Moje wnioski nie są dziełem eksperta, ale jeżdżę na rowerze z upodobaniem, od lat i w różnym terenie, obserwowałam dzieci jeżdżące i uczące się jeździć, czytać umiem, nawet ze zrozumieniem, myśleć logicznie też.
Usiłowałam zrobić jakiś podział tematyczny, średnio wychodzi.
Rower dla przedszkolaka, takiego 3-4 lata, możliwe, że pierwszy.
Niska rama. Koniecznie. Taka jak ma rower miejski, a jeśli z już z tą poprzeczną rurą, to maksymalnie obniżoną. Ale to już raczej dla tych umiejących jeździć.
Dziecko ma siedzieć prosto, nie może zadzierać głowy, żeby patrzeć przed siebie, ani to bezpieczne, ani zdrowe. Musi być mu łatwo wsiąść i zsiąść. Zwłaszcza zsiąść awaryjnie, jeśli hamowanie wyszło przesadnie gwałtowne albo ten podły rower się przewraca. Żadna rura nie może wtedy walić w krocze ani zaplątywać sie między nogami. I absolutnie bez żadnych bajerów. Tzn drobiazgi w rodzaju śmieszny dzwonek czy koszyczek na misia mogą być, ale z całą pewnością nie będą potrzebne przerzutki ani amortyzatory.
Że te miniatury górskich atrakcyjniej wyglądają? A przepraszam, rower ma być do patrzenia czy do jeżdżenia? Ośmiolatek może powiedzieć, że na takim obciachowym rowerze jeździć nie będzie, trzylatek wsiądzie na każdy, ale jak mu będzie źle to doświadczenia nie powtórzy.
Jak już rowerzysta podrósł, jest starszy i bardziej ogarnięty, to mamy większy wybór. Jeśli ma własne wymagania co do wyposażenia, to trzeba poćwiczyć negocjacje. Bo pełnej amortyzacji nie będzie potrzebował jeszcze długo, a może nawet nigdy. A takiemu 6-9 latkowi, a może i starszemu, w zupełności wystarczy jedna przerzutka, i tak częściej będzie bajerem niż wyposażeniem użytkowym.
Hamulec szczękowy czy torpedo - to już chyba dowolnie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że torpedo jest pewniejsze i łatwiejsze w obsłudze, ale na przykładzie Juniora widziałam, że ze szczękowym nawet trzylatek radzi sobie bez problemu. Zwłaszcza, że rowerki na kółkach 12" mają tak duże opory, że nie rozpędzają się do zawrotnych prędkości i wystarczy zaprzestać napędu żeby znacząco zwolniły. Większym problemem jest raczej przestawienie się z jednego rodzaju hamulca na inny, niż nauczenie posługiwania się którymś.
Waga. "Nie ma znaczenia, ile waży rower dziecka, bo przecież nosić go nie będzie". Takie hasła pojawiają się nagminnie i nagminnie wywoływały u mnie zgrzyt zębów, parę z uszu i chęć mordu. Na ogół autorami są faceci, pewnie ze 100 kilo żywej wagi, którzy na rowerze ostatnio siedzieli we własnym dzieciństwie. JEST różnica w jeździe na lekkim i ciężkim rowerze, i stąd mój upór przy wyszukiwaniu jak najlżejszych i ograniczaniu wyposażenia dodatkowego do minimum. Zwykle zwraca się uwagę tylko na ramę, ale tam jest jeszcze cała kupa żelastwa, i co z tego, że każdy kawałek waży niedużo, jeśli tych lekkich kawałków jest dużo. Więc jeśli coś nie jest absolutnie niezbędne, to precz z tym.
Rozmiar MA znaczenie. Też nagminnie pojawia się kupowanie dziecku roweru na wyrost. No i co z tego, że sięga nogami do pedałów, jeśli do ziemi już nie? A jeśli nawet do ziemi, to co z tego, jeśli trudno wziąć zakręt, bo rama jest za długa i rąk brakuje? Oczywiście, że w jakimś stopniu da się dopasować wyskokość kierownicy i siodełka, ale bez przesady. Na za dużym czy za małym będzie tak samo niewygodnie. Najlepiej rower przymierzyć, wtedy można ocenić, czy wysokość siodełka, kierownicy i wielkość ramy pasują. A że dziecko zaraz wyrośnie? Z butów też wyrasta, a rower bez problemu można kupić używany.
Dodatki i personalizacja. Rower dziecka, więc musi się podobać dziecku. Więc warto poszukać dłużej i kupić mu wymarzony zielony, a nie wciskać niebieski, bo akurat jest. I przyczepić klakson z głową myszki Miki albo pęczki wstążek, pozwolić oblepić naklejkami.
Z punktu widzenia rodzica konieczne są błotniki. Długie. Bo przejeżdżanie pędem przez kałuże jest bardzo fajne. A po takim przejeździe bez błotników, na plecach pojawia się taki długi, błotnisty bryzg. Jak błotnik jest za krótki, to bryzg też jest, tylko mniejszy. Byłam bardzo odporna na brudne dziecko, nawet na mokre dziecko w ciepły dzień, ale mokrego dziecka w zimny i wietrzny dzień bym jednak nie wytrzymała. Można też dorzucić stopkę, jeśli się da. Junior miał od rowerka 16" (do 12" nie dało się zamontować), od początku uczyliśmy go dbania o rower i nigdy nie zdarzyło mu się go rzucić byle jak i byle gdzie.
Teraz o tych nieszczęsnych przerzutkach i amortyzatorach.
Gdzie zwykle jeżdżą dzieci? Po alejkach w parku, ewentualnie po leśnych czy polnych drogach gruntowych. To jest łatwy teren, amortyzatory naprawdę nie są w nim potrzebne. Do tego dzieci są lekkie, żeby amortyzator zadziałał musi go trzepnąć odpowiednia masa. A kawałek stalowej rury, czyli normalne sztywne widełki, jest lżejszy. O tej sprężynie udającej tylny amortyzator nawet nie warto wspominać, nie ma szansy zadziałać, a oczywiście swoje waży.
Przerzutki: wózek, kilka zębatek - znów to waży. A obsługiwać też trzeba umieć i okazuje się, że to wcale nie takie proste. Junior jeździł z nami dużo, rower z przerzutką dostał mając 6 lat, i jeszcze dłuuuugo z własnej inicjatywy używał wyłącznie do zabawy. Jak jechaliśmy razem, to podpowiadaliśmy wygodne przełożenie. Jak podpowiedzi nie było, to jechał jak się trafiło. I właściwie ciągle, stary koń czternastoletni, potrafi pchać się pod górkę po dziurawej i kamienistej drodze na szosowym przełożeniu, chyba tylko po to, żeby pokazać jaki to z niego twardziel.
Co nie zmienia faktu, że w pewnym wieku przerzutki są absolutnie niezbędne i rower bez nich to w ogóle nie rower. I po prostu trzeba się zgodzić.
Poza pierwszym rowerkiem, który dostaliśmy od znajomych, kolejne dobierałam Juniorowi wg powyższych zasad i chyba wybory były dobre. Po pierwsze, czterolatek na rowerku z kołami 16" potrafił o własnych siłach zrobić 10km (wycieczki zwykle były dłuższe, ale część trasy przejeżdżał na holu), a dla dziesięciolatka (Wheeler Junior 400, koła 24", rama chyba 10) jedynym problemem na wyprawie rowerowej, gdzie dzienne przebiegi miały mniej więcej po 60km, była nuda. Ponadto z tego 16" (to była jakaś Atala, z obniżoną górną rurą, nie zdołałam znaleźć obrazka) korzystała później córka znajomych, następnie jej młodszy brat, później jej za naszym przykładem kupili Authora Cosmic, a kiedy z niego wyrosła, radośnie przyjęła Wheelera twierdząc, że wszystkie rowery Juniora były super.
Tak na wszelki wypadek, jakby się jakiś wielki brat czepiał, to to nie jest żadna kryptoreklama tylko moja prywatna opinia o wybranych rowerkach
I już tak ogólnie, nie nalezy kupować roweru no name z supermarketu. Małż ma hopla i nagminnie pokazuje mi w tych marketowych pordzewiałe łańcuchy i zębatki, pokrzywione przerzutki i różne inne wady. Czytałam też opowieści o niestandardowych śrubkach, braku części zamiennych i różnych perypetiach związanych ze "znakomitą" jakością. Nawet jeśli były przesadzone, to stan tych nowych rowerów i tak nie zachęca do korzystania z nich. Lepszy używany porządnej marki niż nowe byle co.
W przypadku zakupów w sklepie rowerowym jest też szansa (ale nie pewność) fachowej porady. Np kiedyś ojciec opowiadał (ciekawe co on robił w sklepie rowerowym?), przyszła pani w wieku emeryckim i chciała rower górski. Pani sportowo nie wyglądała, sprzedawca zainteresował się sposobem użytkowania.
- No tak na spacer do parku, albo trochę za miasto...
- To po co pani rower górski?!
Wyciągnął jej mieszczucha z przerzutką w piaście.
- Ale on ma mało przerzutek...
- A po co pani więcej?
Pogadali sobie, pani przymierzyła oba rowery i uznała, że jednak ten mieszczuch pasuje jej bardziej. Zwłaszcza, że był też sporo tańszy.