Niby tak samo, jak w dzień: te same ekspozycje, ten sam zapach wieków
zakonserwowanych środkami chemicznymi, tak samo ciche i bezszelestne panie od
pilnowania eksponatów... Lecz kiedy za oknami ciemno, to podłoga, jakby
bardziej skrzypiąca, kąty dziwnie mrocznieją, na meblach pojawiają się ślady
dawnych użytkowników, słabo widoczne w dziennym świetle: dziwnie wytarta
klamka, wgłębienie w oparciu krzesła, to znów zmętniałe lustro, w które
trochę strach spojrzeć. Bo z portretów patrzą żywe, błyszczące oczy, jakby
śledziły każdy nasz krok, a grymasy twarzy wyrażają dezaprobatę, że włóczymy
się po tych salach, nie wiadomo po co i zaburzamy ich nocny spokój. Nawet
dziewczynka w czerwonym płaszczyku, zwykle grzecznie stojąca i miło
uśmiechnięta, dzisiaj wyglądała, jak dziecko obudzone ze snu.
dziewczynka w czerwonym płaszczyku
Lubię muzea. I zwykle w każdym, gdy nikt nie widzi, przymierzam się do
halabardy. Jeśli tylko takowe stoją w jakimś kącie, rzecz jasna. A dzisiaj
jakoś nie miałam śmiałości. Bo przez moment wydawało mi się, że te stojące
obok zbroje nie są całkiem puste i jakieś oczy łypią zza przyłbicy. Bardzo
strachliwa nie jestem, ale wolałam nie sprawdzać. Zresztą, nie wolno dotykać
eksponatów. Swoją drogą, ciekawe, co czułabym, gdybym nagle została tam,
wśród tych duchów przeszłości, samiuteńka, jak palec... Niestety, ludzi było,
jak mrówków, nie dało się sprawdzić. Ale i tak jestem pod wrażeniem, co noc
potrafi robić z naszą percepcją. Oraz z wyobraźnią. Którymi to wrażeniami,
zamiast iść spać, musiałam się z Wami podzielić, za co bardzo przepraszam