asia.sthm
11.07.06, 16:26
• Re: Trup w kurkach
april02 11.07.06, 14:42 + odpowiedz
Upał był nie do wytrzymania. Już od ponad tygodnia prażącego słońca nie
zasłaniały żadne chmury a gorącego powietrza nie poruszał najmniejszy nawet
powiew wiatru. Na zaokiennym termometrze umieszczonym zapobiegliwie w
najbardziej zacienionym miejscu północnej ściany budynku słupek rtęci
niezachwianie wskazywał 32 stopnie. Jedynie w nocy temperatura spadała do 26
kresek, czasami tylko zrywał się wiatr dający nadzieję na oczyszczającą
burzę.
Niestety burza nie nadchodziła a przyroda wydawała się być coraz bardziej
znużona. Nawet komarzyce, nienasycone nigdy krwiopijczynie, przeczekiwały ten
gorący okres ukryte w sobie tylko znanych miejscach. W taki oto gorący dzień
Luśka wybrała się na jagody. Upał, nie upał sezon się zaczął i trzeba go
wykorzystać. Luśka była gospodynią oszczędną a ponadto nie dalej jak dwa dni
wcześniej naszła ją nagła ochota na pierogi z jagodami. Polane śmietaną,
posypane cukrem i cynamonem śniły jej się po nocach. W końcu uległa. Bladym
świtem wyruszyła do pobliskiego lasu w sobie tylko znane miejsca. Pamięć jej
nie zawiodła, w głębi lasu na niewielkiej polance otoczonej brzozami i dębami
przynajmniej od kilku miesięcy nie stanęła stopa ludzka, co by znaczyło, że
jeszcze nikomu ze wsi nie udało się odkryć Jagodowego Raju. Luśka uśmiechnęła
się do siebie z satysfakcją. Po pół godzinie miała nazbieraną dwulitrową
kankę,
na wierzch wsypała jeszcze garść poziomek i już miała wracać do domu, kiedy
przypomniała sobie o kurkach. Kilka kroków za polanką, odgrodzone od niej
gąszczem świerków, były dwa niezbyt głębokie rowy, pochodzące prawdopodobnie
z
czasów wojny. Ciągnęły się równolegle prawie przez cały las. Nikt nie
wiedział
do czego służyły, ale były doskonałym drogowskazem dla zagubionych w lesie
grzybiarzy. Miejscami zarośnięte drzewami, przykryte suchymi gałęziami
stanowiły również kryjówkę dla lisów i innych zwierząt leśnych. Krótki
odcinek
jednego z nich upodobały sobie również kurki. Rosły tam w ilościach,
zaspokajających zapotrzebowanie Luśki. Teraz też tak było. Jak zwykle rosły
całymi rodzinami, wysuwając z mchu żółte łebki. Luśka zeszła niżej i zaczęła
zbierać. Przezornie zabrała ze sobą niewielki wiklinowy koszyczek, który z
każdą minutą zapełniał się coraz bardziej. Kiedy był już prawie pełny dotarła
do drugiego zbocza. Zaczęła wchodzić na górę, postanawiając wrócić do domu
nieco dłuższą drogą ale za to bez konieczności ponownego przedzierania się
przez kłujące świerki i jałowce.
-Czego też ludzie nie wyrzucą do lasu – mruknęła do siebie, ujrzawszy
zniszczony męski but wystający spod rozłożystej paproci.
Tuż za butem dojrzała jednak coś, co ją mocno zastanowiło, nie wzbudzając
jeszcze niepokoju. Tym czymś był skrawek jasnego materiału, niknący wśród
zieleni. Podeszła bliżej i odchyliła liście, potem kolejne… W końcu zobaczyła
to, czego obawiała się już od dłuższej chwili. Na zboczu rowu, przykryty
paprociami leżał człowiek, a raczej to, co z niego zostało. Mimo iż
zdecydowanie nie wyglądał na żywego Luśka dotknęła niepewnie jego prawej
dłoni
zaciśniętej w pięść i spoczywającej na piersi. Była chłodna. Potężny cios
zmiażdżył mu połowę głowy, czyniąc zeń krwawą miazgę. Druga połowa z otwartym
okiem, wpatrującym się w niebo sprawiała upiorne wrażenie. Mężczyzna wyglądał
na około czterdzieści lat, jego ubiór poza zniszczonymi butami był
nienaganny.
Za życia nosił jasne płócienne spodnie ze skórzanym paskiem, dopasowaną do
nich
koszulkę polo i skarpetki. Był opalony na brąz. Przełamując niechęć i
wzbierające mdłości Luśka przyjrzała mu się dokładniej. Nie znała go i z
pewnością nigdy wcześniej go nie spotkała. Włosy nieznajomego, pokryte teraz
strupem zaschniętej krwi miały niespotykany odcień popielatego blondu. Oko
natomiast miało wcześniej kolor intensywnej zieleni. Takiego połączenia nie
mogłaby zapomnieć. Powód napadu już na pierwszy rzut oka wydawał się
oczywisty.
Na prawym nadgarstku trupa widniał ślad po zegarku a na palcu serdecznym
lewej
dłoni po obrączce. Kieszenie spodni były wywrócone na lewą stronę. Morderca
prawdopodobnie nie pozostawił nic, co dawałoby jakąkolwiek szansę na poznanie
tożsamości ofiary. Po chwili Luśka uznała, że zobaczyła już wszystko, co
chciała i zaczęła się wycofywać. Kiedy już miała litościwie pozwolić liściom
paproci opaść na dawne miejsce zauważyła niewielkie wybrzuszenie w kieszonce
koszulki. Zaciskając zęby odsunęła delikatnie rękę przyciśniętą do piersi i
wyciągnęła z kieszeni kawałek papieru. Była to połówka serwetki. Na jednej
stronie widniał znak firmowy zajazdu „Zamczysko”, położonego po przeciwnej
niż
wieś stronie pobliskiego jeziora, na drugiej zaś kilka pośpiesznie
zanotowanych
cyfr.
Całą drogę do domu Luśka zastanawiała się, co powinna w takiej sytuacji
zrobić.
Pierwsza myśl nasunęła się sama: zawiadomić policję. Gdyby Antek był na
miejscu, nie byłoby problemu, zadzwoniłaby z domu do syna i tyle. Ale
niestety
po wydarzeniach sprzed roku Antek dochrapał się w końcu awansu i młodzi
wyprowadzili się do miasta wojewódzkiego. Luśce się to nie podobało, wcale a
wcale. Zwłaszcza, że miejsce Antka zajął ten przemądrzały syn sołtysa,
Wojtowiak. Zostawienie sprawy odłogiem nie leżało natomiast w charakterze
Luśki. Temu jakiemuś spod paproci ostatecznie też należał się chrześcijański
pogrzeb. Z drugiej jednak strony, jeżeli zaprowadzi kogoś na to miejsce, to i
kurki a pewnie i jagody szlag trafi. Gapie się zlecą i po zbiorach. Tak źle i
tak niedobrze. Doszła do wsi ciągle niezdecydowana. „Iść do Wojtowiaka, czy
nie
iść” – ten iście hamletowski dylemat zaprzątał jej umysł. Nieoczekiwanie
problem rozwiązał się sam.
-Dzień Dobry! – z dumną miną stał przed nią sołtysiak.
-Nie taki dobry – Luśka prychnęła z niechęcią – trupa znalazłam – te słowa
wypłynęły z jej ust zanim zdążyła pomyśleć.
-Trupa? – policjant podniósł z niedowierzaniem brwi do góry – chyba się pani
przywidziało z upału – powiedział pobłażliwie.
-Nic mi się nie przywidziało – trudno, jak się powiedziało A to trzeba brnąć
dalej – leży tam w paprociach – machnęła ręką w stronę lasu.
-Czyżby? – młody Wojtowiak nie przepadał za Luśką od czasu, kiedy kilka lat
wcześniej pogoniła go miotłą z pałacowego sadu.
-To jest oficjalne zgłoszenie – oczy Luśki zaświeciły się niepokojąco – masz
obowiązek je przyjąć i sprawdzić.
-Dobrze – westchnął policjant, poprawił czapkę i stwierdził – no to niech
pani
prowadzi.
Pół godziny później byli na miejscu. Luśka z bólem serca zaprowadziła
posterunkowego na skraj swojego kurkowego rowu. I tu czekało ją nie lada
zaskoczenie. W miejscu, gdzie jeszcze przed godziną leżał trup, teraz nie
było
niczego.
-Tu leżał – stwierdziła niepewnie odchylając paprocie – o tutaj.
-Rzeczywiście – Wojtowiak może i był zarozumiały, ale nie był głupi – trawa
zgnieciona, połamane liście. No, ktoś tu leżał – podrapał się po głowie – ale
chyba raczej nie trup.
-A kto? – zaperzyła się Luśka – miał rozbite pół głowy i był zimny! –
oświadczyła z triumfem.
-Pijaka pani jakiegoś widziała, obudził się i poszedł sobie – policjant
wzruszył ramionami, ale bystro rozglądał się po otoczeniu.
Coś tu się w okolicy działo, to pewne. W miejscu, gdzie według Luśki miała
być
głowa, zauważył kilka rdzawych plam. Prawdopodobnie krew, ale nie musiało to
oznaczać zaraz nagłego zgonu. Poprzedniego wieczora była zabawa w remizie,
więc
opuchniętych i obitych głów we wsi nie brakowało.
-Może po zabawie ktoś poszedł nad jezioro? – myślał na głos – wywiązała się
bójka i jeden padł.
-To nie był nikt z naszych, przecież ci mówię – ziry