Dodaj do ulubionych

Trup w kurkach - autorstwa April

11.07.06, 16:26
• Re: Trup w kurkach
april02 11.07.06, 14:42 + odpowiedz

Upał był nie do wytrzymania. Już od ponad tygodnia prażącego słońca nie
zasłaniały żadne chmury a gorącego powietrza nie poruszał najmniejszy nawet
powiew wiatru. Na zaokiennym termometrze umieszczonym zapobiegliwie w
najbardziej zacienionym miejscu północnej ściany budynku słupek rtęci
niezachwianie wskazywał 32 stopnie. Jedynie w nocy temperatura spadała do 26
kresek, czasami tylko zrywał się wiatr dający nadzieję na oczyszczającą
burzę.
Niestety burza nie nadchodziła a przyroda wydawała się być coraz bardziej
znużona. Nawet komarzyce, nienasycone nigdy krwiopijczynie, przeczekiwały ten
gorący okres ukryte w sobie tylko znanych miejscach. W taki oto gorący dzień
Luśka wybrała się na jagody. Upał, nie upał sezon się zaczął i trzeba go
wykorzystać. Luśka była gospodynią oszczędną a ponadto nie dalej jak dwa dni
wcześniej naszła ją nagła ochota na pierogi z jagodami. Polane śmietaną,
posypane cukrem i cynamonem śniły jej się po nocach. W końcu uległa. Bladym
świtem wyruszyła do pobliskiego lasu w sobie tylko znane miejsca. Pamięć jej
nie zawiodła, w głębi lasu na niewielkiej polance otoczonej brzozami i dębami
przynajmniej od kilku miesięcy nie stanęła stopa ludzka, co by znaczyło, że
jeszcze nikomu ze wsi nie udało się odkryć Jagodowego Raju. Luśka uśmiechnęła
się do siebie z satysfakcją. Po pół godzinie miała nazbieraną dwulitrową
kankę,
na wierzch wsypała jeszcze garść poziomek i już miała wracać do domu, kiedy
przypomniała sobie o kurkach. Kilka kroków za polanką, odgrodzone od niej
gąszczem świerków, były dwa niezbyt głębokie rowy, pochodzące prawdopodobnie
z
czasów wojny. Ciągnęły się równolegle prawie przez cały las. Nikt nie
wiedział
do czego służyły, ale były doskonałym drogowskazem dla zagubionych w lesie
grzybiarzy. Miejscami zarośnięte drzewami, przykryte suchymi gałęziami
stanowiły również kryjówkę dla lisów i innych zwierząt leśnych. Krótki
odcinek
jednego z nich upodobały sobie również kurki. Rosły tam w ilościach,
zaspokajających zapotrzebowanie Luśki. Teraz też tak było. Jak zwykle rosły
całymi rodzinami, wysuwając z mchu żółte łebki. Luśka zeszła niżej i zaczęła
zbierać. Przezornie zabrała ze sobą niewielki wiklinowy koszyczek, który z
każdą minutą zapełniał się coraz bardziej. Kiedy był już prawie pełny dotarła
do drugiego zbocza. Zaczęła wchodzić na górę, postanawiając wrócić do domu
nieco dłuższą drogą ale za to bez konieczności ponownego przedzierania się
przez kłujące świerki i jałowce.
-Czego też ludzie nie wyrzucą do lasu – mruknęła do siebie, ujrzawszy
zniszczony męski but wystający spod rozłożystej paproci.
Tuż za butem dojrzała jednak coś, co ją mocno zastanowiło, nie wzbudzając
jeszcze niepokoju. Tym czymś był skrawek jasnego materiału, niknący wśród
zieleni. Podeszła bliżej i odchyliła liście, potem kolejne… W końcu zobaczyła
to, czego obawiała się już od dłuższej chwili. Na zboczu rowu, przykryty
paprociami leżał człowiek, a raczej to, co z niego zostało. Mimo iż
zdecydowanie nie wyglądał na żywego Luśka dotknęła niepewnie jego prawej
dłoni
zaciśniętej w pięść i spoczywającej na piersi. Była chłodna. Potężny cios
zmiażdżył mu połowę głowy, czyniąc zeń krwawą miazgę. Druga połowa z otwartym
okiem, wpatrującym się w niebo sprawiała upiorne wrażenie. Mężczyzna wyglądał
na około czterdzieści lat, jego ubiór poza zniszczonymi butami był
nienaganny.
Za życia nosił jasne płócienne spodnie ze skórzanym paskiem, dopasowaną do
nich
koszulkę polo i skarpetki. Był opalony na brąz. Przełamując niechęć i
wzbierające mdłości Luśka przyjrzała mu się dokładniej. Nie znała go i z
pewnością nigdy wcześniej go nie spotkała. Włosy nieznajomego, pokryte teraz
strupem zaschniętej krwi miały niespotykany odcień popielatego blondu. Oko
natomiast miało wcześniej kolor intensywnej zieleni. Takiego połączenia nie
mogłaby zapomnieć. Powód napadu już na pierwszy rzut oka wydawał się
oczywisty.
Na prawym nadgarstku trupa widniał ślad po zegarku a na palcu serdecznym
lewej
dłoni po obrączce. Kieszenie spodni były wywrócone na lewą stronę. Morderca
prawdopodobnie nie pozostawił nic, co dawałoby jakąkolwiek szansę na poznanie
tożsamości ofiary. Po chwili Luśka uznała, że zobaczyła już wszystko, co
chciała i zaczęła się wycofywać. Kiedy już miała litościwie pozwolić liściom
paproci opaść na dawne miejsce zauważyła niewielkie wybrzuszenie w kieszonce
koszulki. Zaciskając zęby odsunęła delikatnie rękę przyciśniętą do piersi i
wyciągnęła z kieszeni kawałek papieru. Była to połówka serwetki. Na jednej
stronie widniał znak firmowy zajazdu „Zamczysko”, położonego po przeciwnej
niż
wieś stronie pobliskiego jeziora, na drugiej zaś kilka pośpiesznie
zanotowanych
cyfr.
Całą drogę do domu Luśka zastanawiała się, co powinna w takiej sytuacji
zrobić.
Pierwsza myśl nasunęła się sama: zawiadomić policję. Gdyby Antek był na
miejscu, nie byłoby problemu, zadzwoniłaby z domu do syna i tyle. Ale
niestety
po wydarzeniach sprzed roku Antek dochrapał się w końcu awansu i młodzi
wyprowadzili się do miasta wojewódzkiego. Luśce się to nie podobało, wcale a
wcale. Zwłaszcza, że miejsce Antka zajął ten przemądrzały syn sołtysa,
Wojtowiak. Zostawienie sprawy odłogiem nie leżało natomiast w charakterze
Luśki. Temu jakiemuś spod paproci ostatecznie też należał się chrześcijański
pogrzeb. Z drugiej jednak strony, jeżeli zaprowadzi kogoś na to miejsce, to i
kurki a pewnie i jagody szlag trafi. Gapie się zlecą i po zbiorach. Tak źle i
tak niedobrze. Doszła do wsi ciągle niezdecydowana. „Iść do Wojtowiaka, czy
nie
iść” – ten iście hamletowski dylemat zaprzątał jej umysł. Nieoczekiwanie
problem rozwiązał się sam.
-Dzień Dobry! – z dumną miną stał przed nią sołtysiak.
-Nie taki dobry – Luśka prychnęła z niechęcią – trupa znalazłam – te słowa
wypłynęły z jej ust zanim zdążyła pomyśleć.
-Trupa? – policjant podniósł z niedowierzaniem brwi do góry – chyba się pani
przywidziało z upału – powiedział pobłażliwie.
-Nic mi się nie przywidziało – trudno, jak się powiedziało A to trzeba brnąć
dalej – leży tam w paprociach – machnęła ręką w stronę lasu.
-Czyżby? – młody Wojtowiak nie przepadał za Luśką od czasu, kiedy kilka lat
wcześniej pogoniła go miotłą z pałacowego sadu.
-To jest oficjalne zgłoszenie – oczy Luśki zaświeciły się niepokojąco – masz
obowiązek je przyjąć i sprawdzić.
-Dobrze – westchnął policjant, poprawił czapkę i stwierdził – no to niech
pani
prowadzi.
Pół godziny później byli na miejscu. Luśka z bólem serca zaprowadziła
posterunkowego na skraj swojego kurkowego rowu. I tu czekało ją nie lada
zaskoczenie. W miejscu, gdzie jeszcze przed godziną leżał trup, teraz nie
było
niczego.
-Tu leżał – stwierdziła niepewnie odchylając paprocie – o tutaj.
-Rzeczywiście – Wojtowiak może i był zarozumiały, ale nie był głupi – trawa
zgnieciona, połamane liście. No, ktoś tu leżał – podrapał się po głowie – ale
chyba raczej nie trup.
-A kto? – zaperzyła się Luśka – miał rozbite pół głowy i był zimny! –
oświadczyła z triumfem.
-Pijaka pani jakiegoś widziała, obudził się i poszedł sobie – policjant
wzruszył ramionami, ale bystro rozglądał się po otoczeniu.
Coś tu się w okolicy działo, to pewne. W miejscu, gdzie według Luśki miała
być
głowa, zauważył kilka rdzawych plam. Prawdopodobnie krew, ale nie musiało to
oznaczać zaraz nagłego zgonu. Poprzedniego wieczora była zabawa w remizie,
więc
opuchniętych i obitych głów we wsi nie brakowało.
-Może po zabawie ktoś poszedł nad jezioro? – myślał na głos – wywiązała się
bójka i jeden padł.
-To nie był nikt z naszych, przecież ci mówię – ziry
Obserwuj wątek
    • asia.sthm Re: Trup w kurkach - cd autorstwa April 11.07.06, 16:28
      : Trup w kurkach c.d.
      april02 11.07.06, 14:44 + odpowiedz

      -To nie był nikt z naszych, przecież ci mówię – zirytowała się Luśka – poza tym
      do drogi nad jezioro stąd jest prawie pół kilometra, komu by się chciało tu
      łazić po nocy.
      -Dziękuję pani – Wojtowiak ocknął się i pomyślał, że towarzystwo Luśki przy
      badaniu śladów nie jest mu wcale do szczęścia potrzebne – może już pani iść do
      domu. Zobaczę co i jak, a jakby co, to do pani wpadnę.
      -Jak tam chcesz – Luśka wzruszyła ramionami.
      Spoglądając nieżyczliwie na swojego towarzysza zabrała kankę z jagodami i
      koszyk z grzybami i ponownie udała się w drogę do wsi. Po drodze rozmyślała
      gdzie też mógł się podziać nieboszczyk, bo nie miała wątpliwości, że facet w
      paprociach był nieżywy.
    • april02 Re: Ślady 14.07.06, 10:41
      Józek Wojtowiak był młody i ambitny. W wieku dwudziestu dwóch lat miał cyniczne
      poglądy na otaczający go świat i dopasowane do nich własne plany. Życiowym
      celem Józka była przeprowadzka do stolicy, zajęcie eksponowanego stanowiska i
      prowadzenie światowego życia. Drogi do osiągnięcia celu widział dwie. Pierwsza,
      trudniejsza, zakładała uczciwą pracę w policji, ciągłe dokształcanie,
      odniesienie spektakularnych sukcesów i awans do Komendy Głównej. Nie było to
      niemożliwe, ale prawdopodobne również nie. No chyba, że nastąpi cud. Druga
      droga pozornie wydawała się łatwiejsza, w Warszawie mógłby się przecież znaleźć
      jako poseł. O, a to już zupełnie inna perspektywa. Józek uważnie obserwował to,
      co się dzieje w kraju i stwierdził, że nie ustępuje niczym większości
      parlamentarzystów. Problem stanowiła tylko partia z ramienia której miałby
      startować. Jego własne przekonania nie miały tu nic do rzeczy, istotne były
      szanse na zajęcie odpowiedniego miejsca na liście. Ostatnimi czasy, biorąc pod
      uwagę wszystkie czynniki, przychylał się do partii paskowanych krawatów
      aczkolwiek ojciec-założyciel i jego poglądy nie do końca mu pasowały. Przed
      zrobieniem ostatecznego kroku (zapisanie i aktywna działalność na rzecz)
      powstrzymywała go nadzieja na jakąś wielką sprawę. Marzyło mu się coś takiego,
      co miało miejsce w zeszłym roku, kiedy Antek znalazł skrzynie wypełnione
      skarbami. Z całego serca zazdrościł mu sukcesu i awansu. Wiedząc, że piorun
      nigdy nie trafia dwa razy w to samo miejsce, nie lekceważył żadnych informacji
      od społeczeństwa, postanawiając pomóc szczęściu, jeśli tylko będzie miał taką
      okazję. Opowiadanie Luśki zainteresowało go chociaż nie dał tego po sobie
      poznać. Kiedy już się jej pozbył z lasu postanowił dokładnie obejrzeć zbocze
      rowu. Nie do końca jej wierzył, że widziała trupa, niemniej jednak mogła to być
      właśnie TA szansa, na którą czekał.
      Od razu zorientował się, że pod paprociami ktoś leżał. Mimo panującej suszy
      trawa nie straciła jeszcze swojej miękkości i sprężystości. Odgnieciony kształt
      w przybliżeniu odpowiadał dość wysokiemu człowiekowi. W miejscu gdzie powinna
      być głowa, już wcześniej zauważył krwawe ślady. Krwi nie było zbyt dużo, a już
      na pewno nie sprawiało to wrażenia jatki opisywanej przez Luśkę, ot kilka plam
      na trawie i na liściach paproci. Oprócz krwi w tym miejscu nie było żadnych
      materialnych śladów. Józek postanowił więc dla pewności przeszukać okolicę.
      Zataczając coraz większe kręgi kawałek po kawałku sprawdzał poszycie, krzaki i
      korę drzew. W końcu jego cierpliwość została nagrodzona. Po kilkunastu minutach
      znalazł na białym pniu brzozy delikatną krwawą smugę na wysokości swoich
      piersi. Wyglądało to tak, jakby ktoś oparł się zakrwawioną dłonią o pień. Na
      pobliskich krzaczkach jeżyn dostrzegł również jasną nitkę zaczepioną o kolce.
      Oznaczało to, że ranny szedł od strony drogi prowadzącej nad jezioro. Droga ta,
      a właściwie leśny dukt, był skrótem prowadzącym od wsi do jeziora. Służył on
      najczęściej zakochanym parom, rowerzystom i amatorom jazdy konnej w terenie.
      Wjechanie tu samochodem nie było niemożliwe ale jednak utrudnione, zwłaszcza że
      w tak suchym okresie służby leśne gorliwiej sprawdzały każdy kawałek lasu
      wlepiając niesubordynowanym słone mandaty. Samochodem można się było dostać do
      jeziora jadąc asfaltową szosą, która szła kilka kilometrów dalej. Józek obszedł
      jeszcze kilkakrotnie okoliczne zarośla, ale nic ciekawego już nie znalazł.
      Podążył więc w kierunku leśnej drogi sprawdzając uczciwie każde drzewo i każdy
      krzaczek. Kilka kroków od zakrwawionej brzozy coś błysnęło mu przed oczami
      oświetlone przypadkowym promieniem słońca. W trawie wystając tylko rantem
      leżała moneta. Z pewnością nie zauważyłby jej gdyby nie nagły błysk. Chwytając
      przez chusteczkę podniósł ją delikatnie i gwizdnął przez zęby.
      - Jedno euro, ciekawe – mruknął pod nosem i z nowym zapałem zaczął szukać dalej.
      O ile wiedział, nikt we wsi nie nosił ze sobą na drobne wydatki obcej waluty,
      dlatego czyniło to sprawę coraz bardziej interesującą. Jeżeli moneta nie
      znalazła się w tym miejscu przypadkowo, to prawdopodobnie pod paprociami leżał
      obcokrajowiec, albo ktoś kto z jakiegoś powodu euro się posługiwał. Przypomniał
      sobie strój, jaki opisała mu Luśka i skłonił się raczej do pierwszej opcji, co
      jednak nie do końca pasowało do hipotezy pijaka. Na razie postanowił nie
      zaprzątać sobie tym głowy i szukał dalej. Na skraju drogi zobaczył znowu kilka
      krwawych śladów, tym razem na trawie. Mimo energicznych poszukiwań, poza
      końskim łajnem, nie udało mu się znaleźć nic więcej. Nie wiedząc, z którego
      kierunku mógł nadejść zakrwawiony osobnik pokonał drogę w obie strony. Doszedł
      do jeziora, zawrócił i poszedł w stronę wsi. Na piasku nie było żadnych śladów
      poza jego własnymi, końskimi kopytami i oponami rowerowymi. Żadnej więcej krwi
      i żadnych pieniędzy.
      Idąc na posterunek usilnie zastanawiał się nad znalezionymi śladami. Mogły one
      oznaczać niewinne skaleczenie lub bójkę lecz mogły również sugerować coś
      znacznie groźniejszego. Z drugiej jednak strony: nie ma ciała nie ma zbrodni.
      Ostatecznie doszedł do wniosku, że poczeka na dalsze wypadki, węsząc w
      międzyczasie tu i ówdzie.
      • april02 Re: "Zamczysko" 24.07.06, 15:11
        Dopiero kiedy pierogi zostały polepione i przygotowane do gotowania a kurki
        obrane i umyte, Luśka spokojnie zastanowiła się nad poranną przygodą. Pod
        paprociami w kurkowym raju z pewnością leżał nieboszczyk. Dużego doświadczenia
        wprawdzie w temacie nie miała, ale to szklane otwarte oko wpatrujące się w
        niebo nie pozostawiło jej cienia wątpliwości. Nieboszczyk zatem sam oddalić się
        nie mógł. Mógł zostać zakopany, przeniesiony w inne miejsce, ostatecznie
        przewieziony ale odejść nie mógł. Wykluczone! Zniknięcie trupa wiązało się z
        obecnością osoby trzeciej. Ktoś jeszcze musiał tam być. Kto? Morderca,
        przypadkowy świadek, miłosierny Samarytanin… Ktokolwiek by to nie był, kluczową
        kwestią dla Luśki było czy została zauważona? Czy ten nieznany ktoś wie o jej
        odkryciu i co zamierza z tą wiedzą zrobić? Jeżeli nie wie, to pal go licho.
        Jeżeli natomiast wie… a na dodatek przyczynił się do śmierci nieznajomego
        faceta. O to może być krucho. Z głębokim westchnieniem Luśka nalała sobie
        kieliszeczek nalewki. Nie, żeby się bała, o co to, to nie, ale tak jakoś lepiej
        się myślało. Z tego wspomaganego myślenia wyszło jej, że jeżeli ją zauważył, to
        należało działać szybko.
        Pół godziny później zasapana zsiadała właśnie z siodełka przy kuchennych
        drzwiach „Zamczyska”. Uroczą swą nazwę zajazd zawdzięczał ruinom
        średniowiecznego zamku znajdującymi się nieopodal. Sam hotel i restauracja
        mieściły się w odrestaurowanym dworku, który po przejęciu go spod zarządu
        władzy ludowej, przez prawowitych właścicieli odzyskał dawny blask i stał się
        najlepszym miejscem noclegowym w okolicy. Luśka starannie oparła rower o murek
        otaczający wypielęgnowany trawnik i weszła do środka. Bez pytania skierowała
        się do gabinetu kierowniczki.
        -Luśka, co ty tu robisz? – szczupła i wytwornie odziana kobieta podniosła ze
        zdziwieniem wzrok na intruza.
        -Mam problem – wyspała Luśka i osunęła się na fotel – masz coś do picia?
        -Jaki znowu problem? – kierowniczka wyciągnęła z lodówki butelkę z wodą, wlała
        trochę do szklanki i podała przybyłej.
        Luśka z namaszczeniem piła wodę zastanawiając się, ile może zdradzić swojej
        kuzynce. Edyta z reguły plotek unikała, ale coś tam jej się mogło wymknąć.
        -Widziałam dzisiaj faceta – zaczęła w końcu niepewnie – wysoki blondyn, o taki
        popielaty, z zielonymi oczami. Zgubił tę kartkę – podała kuzynce wymiętoloną
        serwetkę – i pomyślałam sobie, że mu oddam, bo to może ważne…
        -Nie mieliśmy tu takiego gościa – Edyta zmarszczyła brwi – nie, czekaj –
        podeszła do komputera i zaczęła sprawdzać – mam…
        -No – ponagliła ją Luśka.
        -Pan Stephen Restarick obywatel Wielkiej Brytanii, zajął u nas pokój
        przedwczoraj późnym wieczorem. Rezerwację ma do środy.
        -Widziałaś go?
        -Nie – Edyta pokręciła przecząco głową – to w ogóle było jakoś dziwnie.
        Poczekaj chwilę.
        Kilka minut później w gabinecie pojawiła się recepcjonistka. Rzut oka na
        trzymany przez Luśkę paszport wystarczył żeby zorientować się w sprawie.
        -Przyjechał w nocy z czwartku na piątek i zapytał czy mamy wolny pokój.
        -Po polsku czy po angielsku? – zainteresowała się kierowniczka.
        -No właśnie, po polsku. Bardzo dobrze mówił, słowa mu się tylko trochę myliły.
        Apartament, który mieliśmy zarezerwowany dla niego był jeszcze zajęty, więc
        zaproponowałam mu zwykły pokój. Zgodził się bez dyskusji, dał mi paszport i
        poszedł spać.
        -No i co w tym dziwnego? – Luśka popatrzyła podejrzliwie to na swoją kuzynkę to
        na recepcjonistkę.
        -Następnego dnia nie zszedł na śniadanie. Jego sprawa – Edyta wzruszyła
        ramionami – ale o 11 chcieliśmy go przenieść do apartamentu. Jedna z dziewczyn
        poszła go obudzić. Nikt nie odpowiadał, więc otworzyliśmy drzwi.
        -I co? – Luśka zachłysnęła się wodą.
        -I nic. Nie było go, nie było też żadnego bagażu. Nic osobistego.
        -Może w ogóle nie spał w hotelu.
        -Spał – z pewnością stwierdziła recepcjonistka – widziałam jak wnosi bagaże na
        górę. Zresztą umówiliśmy się na rano na przeniesienie do innego pokoju i nie
        zgłaszał zastrzeżeń. Poza tym w pokoju widać było ślady obecności. Na pewno
        brał prysznic i spał w łóżku…
        Dalsze pytania pozwoliły Luśce ustalić, że tajemniczy gość od tamtej pory nie
        był widziany. Nikt w hotelu nie zauważył ani jego wyjścia ani wynoszenia
        bagaży. W pokoju nie zostało po nim nic. Żadna z kobiet nie wiedziała też, co
        oznaczają liczby nabazgrane na kartce.
        -No to teraz powiedz o co chodzi – Edyta podziękowała recepcjonistce i zwróciła
        się do Luśki.
        -Tajemniczy człowiek z tego Restaricka – Luśka wpatrywała się w zdjęcie w
        paszporcie – ale to na pewno on – westchnęła – na razie nie mogę ci powiedzieć –
        mruknęła pod nosem – ale na twoim miejscu nie spodziewałabym się go szybko z
        powrotem.
        Pożegnała się i pojechała do domu. Po drodze miała sporo rzeczy do
        przemyślenia.
        • april02 Re: Gość 22.08.06, 10:43
          Praca myślowa, jakkolwiek wytężona, nie przyniosła Luśce żadnego wymiernego
          rezultatu. No owszem, dowiedziała się, że zamordowany był obywatelem angielskim
          mówiącym biegle po polsku. I cóż w tym dziwnego? Zdarza się. Może miał tu
          rodzinę, może robił interesy a może jeszcze coś innego. Kto to może wiedzieć?
          Luśka wzruszyła ramionami i skręciła na drogę prowadzącą do pałacu. Jej myśli
          po chwili zaprzątnęła osoba mordercy i dylemat „widział ją czy nie?”, nie
          zauważyła zatem ani czarnego lśniącego samochodu stojącego na podjeździe przed
          pałacem ani mężczyzny zmierzającego w jej kierunku.
          -Pani Lusia?
          -O Matko Boska, Józefie Święty! – Luśka o mało nie spadła z roweru – Kysz!
          Przepadnij maro zaziemska! – krzyknęła i machnęła w stronę pytającego ręką.
          -Co to jest mara zaziemska? – wbrew sobie zainteresował się mężczyzna.
          -A pan kim jest? – Luśka potrzebowała dobrą chwilę, żeby uświadomić sobie, że
          ten szczupły, czarno odziany mężczyzna z ciemnymi włosami i hiszpańską bródką
          nie jest, jak jej się na początku wydawało, szatanem zesłanym przez piekło w
          sobie tylko wiadomym celu – no? – dźgnęła go palcem w pierś, w połowie dlatego
          żeby przyspieszyć odpowiedź a w połowie chciała jednak sprawdzić czy to duch
          czy materia.
          -Ulrich von Jungingen, do usług – mężczyzna ukłonił się dworsko. Gdyby miał
          kapelusz z pawim piórem, zapewne machnąłby nim Luśce pod stopami.
          -Żarty pan sobie stroi? - spojrzała na niego podejrzliwie.
          -Niestety nie – zafrasował się potomek słynnego Krzyżaka – wprawdzie pochodzimy
          z bocznej linii von Jungingenów ale mój ojciec uważał, że dzięki imieniu
          powinienem przejąć cechy charakteru po naszym wspaniałym przodku.
          -To się pewnie rozczarował – Luśka obrzuciła znaczącym spojrzeniem wątłą postać
          stojącą przed nią w wyczekującej pozie – a mogę zapytać co pan tu robi? –
          zapytała po chwili z nową energią.
          -Manfred nic pani nie powiedział?
          -Rzeczywiście coś tam mówił – mruknęła pod nosem – ale miał przyjechać jakiś
          artysta malarz.
          -No, to właśnie ja – Ulrich uśmiechnął się szeroko ukazując dzieło rąk swojej
          mamuni dentystki.
          Godzinę później przybysz został ulokowany w jednym z pokoi gościnnych pałacu,
          zaproszony do oficyny, nakarmiony pierogami z jagodami i dokładnie
          przesłuchany.
          -Zaraz, zaraz… To znaczy, pana matka jest Polką?
          -No tak, chodziłem nawet do polskiej szkoły w Berlinie. Jak tu się u was
          zrobiło normalnie, to przyjeżdżaliśmy na każde wakacje do dziadków.
          -Tu jeszcze nigdy nie było normalnie – Luśka wzruszyła ramionami i kontynuowała
          przesłuchanie – a tutaj co pan ma zamiar robić?
          -Jak to co? – spojrzał na nią ze zdumieniem – malować! Właśnie… - zmrużył oczy
          i zaczął przyglądać się Luśce uważniej – ja będę panią malować! – wykrzyknął z
          zapałem - zrobię portret, albo akt, albo… - porzucił talerz z niedojedzonym
          pierogiem i wybiegł z domu. Po chwili wrócił ze szkicownikiem.
          -Zwariował pan? – Luśka patrzyła na niego z niepokojem – jak to malować?!
          -No bo pani jest piękna! – wykrzyknął – taka du… - w ostatniej chwili zdążył
          ugryźć się w język – taka dominująca – dodał po chwili słabym głosem z
          nadzieją, że gospodyni nie zauważyła potknięcia.
          -Doprawdy? – Luśka siedziała bojąc się poruszyć – ale ja nie mam czasu na takie
          głupoty.
          -Pani Lusiu, nawet pani tego nie odczuje – Ulrich szkicował szybko i wprawnie –
          to będzie wspaniałe dzieło – dodał po chwili.
          W tym momencie zabrzęczał dzwonek telefonu. Luśka z żalem porzuciła nieźle
          zapowiadającą się zabawę i poszła odebrać.
          -Luśka? W coś ty się znowu wplątała? – kierowniczka „Zamczyska” nie bawiła się
          w uprzejmości – przed chwilą była tu u mnie policja i pytała o wszystkich
          cudzoziemców.
          -Policja czy Józek Wojtowiak?
          -A to nie to samo? – zdziwiła się Edyta.
          -Poniekąd – mruknęła Luśka i zapytała zaniepokojona – powiedziałaś mu o mnie?
          -Ja nie… - padła błyskawiczna odpowiedź z akcentem na „ja”.
          -A kto?
          -Recepcjonistka wygadała się, że pytałaś już dzisiaj o tego gościa. Wojtowiak
          się bardzo tym zainteresował…
          -Nie wątpię. Pewnie już tu jedzie.
          -No i właśnie dlatego dzwonię. Wsiadł na ten swój motor jakby go goniło stado
          kowadeł, tego chciałam powiedzieć, stado… no, zresztą obojętne czego.
          -Słuchaj – to, co powiedziała Edyta nasunęło Luśce nową myśl – a czym
          przyjechał ten Restarick?
          -Samochodem – odparła Edyta bez zastanowienia – albo… nie, właściwie to nie
          wiem czym przyjechał. Poczekaj chwilę!
          W oczekiwaniu na odpowiedź Luśka zajrzała do kuchni. Po jej gościu nie było ani
          śladu. Rozejrzała się jeszcze dla porządku, ale wszystko było na swoim miejscu.
          Wzruszyła ramionami i wróciła do telefonu.
          -No i gdzie ty łazisz? – usłyszała po chwili głos Edyty – pan Restarick
          przyjechał swoim samochodem ale nikt nie wie jakim. W nocy nikomu nie chciało
          się chodzić i oglądać a rano już go nie było. Teraz na parkingu stoją tylko
          samochody gości.
          -Cholera… - Luśka nie zdążyła powiedzieć nic więcej bo z ganku dobiegł ją
          odgłos szybkich kroków, do którego dołączyło po chwili walenie w drzwi – muszę
          kończyć.
          Luśka odłożyła słuchawkę i podeszła do drzwi wejściowych po czym otworzyła je z
          rozmachem.
          -O co chodzi? – zapytała ze złością – pali się czy co?
          -Chyba musimy porozmawiać – Józek Wojtowiak władował się do kuchni bez
          zaproszenia - za utrudnianie śledztwa grozi kara – dodał spoglądając łakomie w
          stronę michy górą pierogów – to z jagodami?
          -Z jagodami – Luśka potrafiła myśleć szybko – masz – podała mu czysty talerzyk
          i podsunęła miskę.
          Zyskała w ten sposób chwilę, nawet dobrą chwilę, na zastanowienie.
          • april02 Re: Rozmowa 24.08.06, 11:39
            Józek nałożył sobie na talerz dziesięć pierogów, polał śmietaną i zaczął jeść.
            Od rana nie miał nic w ustach, więc pochłanianie jedzenia szło mu dosyć
            sprawnie. Mniej więcej po dziesięciu minutach błogi uśmiech zagościł na twarzy
            i Józek był już gotowy do przesłuchania.
            -To może zaczniemy od początku? – zaproponował.
            -Możemy, czemu nie – Luśka odpowiedziała ostrożnie, bo nie zdecydowała jeszcze,
            co powinna mu powiedzieć a czego nie.
            Józek miał taki sam problem. Z jednej strony nie miał ochoty pokazywać, że ta
            sprawa aż tak go zainteresowała a z drugiej strony nie lubił czegoś nie
            wiedzieć. A tu zdecydowanie coś nie pasowało.
            -Skąd pani wiedziała, że w „Zamczysku” zatrzymał się ten… - zerknął ukradkiem
            do swoich zapisków – Restarick?
            -Nie wiedziałam – Luśka wzruszyła ramionami.
            -Ale miała pani serwetkę z jakimś napisem? – zapytał podchwytliwie a po chwili
            nie doczekawszy się na odpowiedź zażądał – niech mi ją pani pokaże.
            Luśka bez słowa wyjęła z kieszeni zgniecioną serwetkę i podała ją Józkowi,
            myśląc w przelocie, że tej zołzie recepcjonistce łeb ukręci, przy pierwszej
            nadarzającej się okazji.
            -Hmm… Co to za cyfry?
            -A bo ja wiem – Luśka nie wykazywała się zbytnio chęcią pomocy.
            -Dlaczego nie pokazała mi pani tego od razu? I w ogóle gdzie to pani znalazła?
            -W kie… - zacięła się – w kierzach.
            -W czym, proszę?
            -No przecież mówię, że w kierzach, no w krzakach – dodała wyjaśniająco,
            zastanawiając się w duchu czy w jakiejkolwiek gwarze istnieje wymyślone przez
            nią właśnie słowo.
            -W którym miejscu – Józek zainteresował się natychmiast.
            -Niedaleko miejsca, gdzie leżał ten trup – odpowiedziała z wahaniem próbując
            przypomnieć sobie szybko topografię – jak wracałam do drogi to ta kartka leżała
            po lewej stronie pod kępą jałowców. Schyliłam się, bo w pobliżu rosła spora
            rodzina kurek – dodała wyjaśniająco.
            -No tak… - mruknął i zamyślił się.
            -Powiedz mi czego ty się dowiedziałeś – Luśka wykorzystała moment milczenia i
            rozpoczęła natarcie.
            -Tajemnica śledztwa – Józek odpowiedział odruchowo, ale spojrzawszy na minę
            Luśki szybko zmienił zdanie – nic takiego – przyznał po chwili – trochę krwi,
            jedno euro…
            -A jak trafiłeś do „Zamczyska” – zainteresowała się gospodyni.
            -Sprawdzałem po kolei wszystkie hotele i pensjonaty. Pomyślałem sobie, że
            jeżeli to był obcokrajowiec, to musiał się tu gdzieś zatrzymać.
            -Mógł jeszcze zamieszkać u rodziny.
            -No mógł, ale nie zamieszkał. Muszę już iść – Józek spojrzał łakomie na miskę z
            pierogami, ale mimo najszczerszych chęci nie dałby rady wcisnąć w siebie nawet
            odrobiny. Z żalem porzucił wiec myśl o dokładce – zabieram to – machnął Luśce
            przed nosem kartką, poprawił jakoś dziwnie ciasne spodnie, obciągnął marynarkę
            od munduru i wyszedł.
            Rozmowa z Luśką niewiele wyjaśniła. Z pewnością widziała gdzieś Restaricka, bo
            jej opis zgadzał się z fotografią w paszporcie. Znalazła też gdzieś tę
            serwetkę. Józek nie wierzył w zapewnienia na temat krzaków jałowca. Musiała
            znaleźć ją gdzieś bliżej ciała, w innym przypadku nie domyśliłaby się tak od
            razu, że należy do gościa z „Zamczyska”. Bił się z myślami przez całą drogę na
            posterunek. Tuż przed drzwiami podjął decyzję.
            -Co tam? – komendantowi Łajbusowi zostało niewiele ponad pół roku do emerytury,
            które postanowił spędzić jak najspokojniej. Józek wraz ze swoją nadmierną
            ambicją stanowił dla niego mniej więcej taką przyjemność jak wrzód na tyłku.
            -Mam sprawę – Józek nie liczył na wiele, ale próbować trzeba.
            -No – Łajbus spojrzał na niego ponuro – znowu trafiłeś na trop jakiejś afery? –
            zapytał złośliwie.
            Na początku służby, kiedy Józek był jeszcze młody i głupi, a na pewno głupszy
            niż w tej chwili, wydawało mu się, że będzie mógł góry przenosić. Do pracy
            zabrał się z zapałem, na który koledzy patrzyli z pobłażliwością.
            -Przejdzie mu – machali rękami i uśmiechali się do siebie.
            Po miesiącu wpadł na trop „wielkiej afery narkotykowej” a przynajmniej tak mu
            się wydawało. Od dziecka wychowany w okolicy, znał wszystkie pobliskie lasy i
            chaszcze jak własną kieszeń. Pewnego dnia zauważył ciemne BMW wjeżdżające do
            lasu i jadące w stronę zrujnowanej leśniczówki. Od tamtego momentu samochód
            zaczął pojawiać się regularnie raz w tygodniu. W leśniczówce zazwyczaj już ktoś
            na niego czekał. Samochody oczekujących zmieniały się. Józek postanowił
            przeprowadzić śledztwo na własną rękę. BMW było zarejestrowane na nazwisko
            jednego z radnych z pobliskiego miasta. Chodziły plotki, że jego syn jest
            powiązany z miejscowym światkiem przestępczym. Na tę wiadomość Józkowi
            zaświeciły się oczy. A kiedy wybrał się do leśniczówki i znalazł odrobinę
            białego proszku, które laboratorium zidentyfikowało jako heroinę był w siódmym
            niebie. Przekonał komendanta i z pomocą zaprzyjaźnionych kolegów z sąsiedniego
            miasta zrobili obławę. Na jej wspomnienie komendant jeszcze do tej pory jest
            gotów wyrzucić delikwenta przez okno, a jeżeli okno jest zamknięte to tym
            lepiej a Józkowi ze wstydu płoną uszy. Akcja została przeprowadzona
            perfekcyjnie. Pięciu policjantów wpadło do leśniczówki w kulminacyjnym, zdaniem
            Józka, momencie. Dla pary zażywającej właśnie rozkoszy na kocu rozłożonym na
            podłodze moment był zaiste kulminacyjny. Wątpliwe jednakże czy życzyli sobie w
            tej chwili towarzystwa, zwłaszcza uzbrojonych, ubranych w kamizelki ochronne i
            kominiarki facetów. Dama wpadła w histerię i zemdlała. Wyglądało na to, że
            towarzyszący jej mężczyzna ma zamiar zrobić to samo, ale ostatkiem sił
            spróbował wstać z godnością, co zważywszy odzienie, a raczej jego brak nie było
            zadaniem łatwym. Afera jaka się potem rozpętała objęła swoim zasięgiem trzy
            powiaty. Okazało się bowiem, że syn radnego „dotrzymuje towarzystwa” znudzonym
            małżonkom kolegów tatusia. Narkotyków nie znaleziono. Na delikatne pytanie
            policji, mężczyzna oburzył się i stwierdził, że dopalaczy to on nie potrzebuje
            co z zapałem potwierdziła towarzysząca mu dama. Efektem całej sprawy były dwa
            rozwody, trzy mordobicia i jeden zawał. Komendantowi zagrożono degradacją a
            Józkowi wylaniem z pracy z wilczym biletem. Na szczęście samym zainteresowanym
            nie zależało zbytnio na rozgłaszaniu całej sprawy więc wszystko rozeszło się po
            kościach. Od tamtego wydarzenia komendant Łajbus podchodził do rewelacji Józka
            co najmniej sceptycznie.
            -A bo ja wiem – Józek zaczerwienił się, ale brnął mężnie i jąkając się lekko
            opowiedział całą historię.
            -I co zamierzasz z tym zrobić? – Łajbus zapytał bez specjalnego zainteresowania.
            -No właśnie nie wiem – zakłopotał się młody.
            -To ja ci powiem – komendant nachylił się nad biurkiem i popatrzył groźnie –
            nic nie zrobisz. Gość wypił sobie trochę, dostał po pysku, przespał się w lesie
            potem wstał o własnych siłach i poszedł do domu. Nie przerywaj – Łajbus
            podniósł rękę – ktoś go okradł, nie miał pieniędzy, żeby zapłacić za hotel,
            więc zwiał nie odbierając paszportu. I to wszystko. Zrozumiano?!
            -Zrozumiano – westchnął Józek – ale…
            -Nie ma żadnego ale! – wrzasnął w odpowiedzi komendant a jego nalana twarz i
            kark widoczny spod rozpiętego kołnierzyka poczerwieniały ze złości – nie chcę
            więcej o tym słyszeć – zrobił taki ruch jakby chciał walnąć pięścią w biurko
            ale w ostatniej chwili się powstrzymał – przyjdź jak będziesz miał ciało –
            dodał spokojniej – a teraz zejdź mi z oczu.
            • april02 Re: Jaguar 16.10.06, 14:44
              Cóż było robić? Józkowi nie pozostało nic innego jak tylko zastosować się do
              tak subtelnie przekazanego polecenia służbowego. Przelotnie zastanowił się czy
              wystarczy jak wyjdzie z gabinetu szefa czy na wszelki wypadek ma też zniknąć z
              budynku komisariatu. Przezornie wybrał tę drugą opcję. Nie zwracał uwagi na to
              gdzie idzie, rozmyślając nad słowami swojego szefa. „Ciało, cholera” – kopnął
              Bogu ducha winny kamień, który napatoczył mu się pod nogą – „skąd ja mu wezmę
              ciało? Żeby go pokręciło” – te niezbyt przyjemne myśli przerwały mu jakieś
              dziwne odgłosy. W jednej chwili oprzytomniał i rozejrzał się dokoła. Nie zdając
              sobie z tego sprawy opuścił wieś i szedł teraz w stronę starej leśniczówki.
              Nagle z lewej strony coś mu mignęło między krzakami i znowu usłyszał ten
              dźwięk: „psss… psss…”
              -Ki diabeł? – mruknął do siebie i odruchowo skręcił w las. Kilka kroków dalej
              natknął się na dobrze mu znanego małego oberwańca.
              -Co ty tu robisz? – zapytał surowo.
              -Wołam cię i wołam, a ty leziesz jak taka ślepa komenda – mały stwierdził z
              oburzeniem – mam sprawę.
              -Bo co? – Józek spojrzał na małego nieufnie. Kajtek miał dopiero dziesięć lat,
              za szkołą i robotą nie przepadał, ale sprytu życiowego mu nie brakowało – wiesz
              coś ciekawego?
              -No.. – mały pokiwał głową a spod płowej czupryny błysnęły niebieskie niewinne
              oczy – a co za to dostanę? – wzrok nagle nabrał twardości.
              -Nic – Józek wzruszył ramionami – a co najwyżej parę razy po grzbiecie. Gadaj
              co wiesz, nie mam dzisiaj nastroju na żarty.
              -Dobra, dobra – życie nauczyło Kajtka bezbłędnego wyczuwania momentów, w
              których należy spasować – ale spróbować zawsze warto, nie?
              -Warto – zgodził się Józek i przysunął się trochę do małego – no!
              -Gruby ma na stanie nową brykę – Kajtek szepnął konfidencjonalnie – ale jaką…
              Stary, to najnowszy jaguar – oczy mu się zaświeciły bo samochody to była
              największa miłość małego – piękny jest, ale nawet nie dał mi go dotknąć –
              skończył po chwili z żalem.
              -Skąd?
              -Podobno stał bezpański w lesie – mały wzruszył ramionami – to Gruby, no wiesz…
              -Dlaczego mi to mówisz?
              -Dasz mi się przejechać? – młody wyglądał jak pies żebrzący o miskę wody –
              proszę. A poza tym – urwał na chwilę a jego głos nabrał ostrych nut i nie
              przypominał już głosu dziesięciolatka – mam z Grubym swoje porachunki.
              -Ty uważaj – ostrzegł go Józek i po chwili powiedział – dzięki.
              Rozstali się bez słów. Józek spojrzał jeszcze za znikającym w głębi lasu
              Kajtkiem i ponuro pokiwał głową. Ojciec alkoholik, matka niespełna rozumu i
              trójka rodzeństwa. Nie miał mały lekkiego życia, o nie. Błąkał się całym
              światem tu i ówdzie podkradając jabłka, jakieś warzywa albo jajka. Ale
              porządnie nakarmić się nie dał. A już na pewno nie za darmo, swój honor miał.
              Józek westchnął głęboko i pomyślał, że ktoś w końcu powinien się tym zająć.
              Tymczasem jednak miał inny problem do rozwiązania. Gruby już od jakiegoś czasu
              robił szemrane interesy. Wszyscy o tym wiedzieli ale nikt nie mógł mu niczego
              udowodnić. Łajbus miał całą sprawę w tak zwanej pompie, bo ojciec Grubego
              prowadził hurtownię alkoholi i swoimi produktami hojnie sponsorował policyjne
              bale i pikniki integracyjne w komendzie powiatowej. Dopóki nie było niezbitych
              dowodów, Gruby był bezkarny. Dłuższą chwilę Józek rozmyślał nad planem
              działania ale nie wymyślił nic nawet w połowie tak porywającego jak fabuły
              amerykańskich filmów klasy B i postanowił zadziałać w najprostszy możliwy
              sposób. Pół godziny później wchodził na podwórze rodziców Grubego. Szczęście
              wydawało się mu sprzyjać. Jak okiem sięgnąć nikogo. Ani w domu, przypominającym
              bardziej cygański pałacyk niż wiejską chałupę, ani w obejściu. Dla pewności
              zadzwonił jeszcze do drzwi ale te pozostały zamknięte na głucho. Już swobodniej
              zaczął się rozglądać po zabudowaniach gospodarskich. Grubasińscy może i
              mieli „miastowe” mniemanie o sobie ale zupełnie niekonsekwentnie hodowali „na
              własny użytek” kurki, gęsi, kaczki, krowy i świnki. Zabudowań było więc sporo.
              Z tego co wiedział i Józek i cała wieś Gruby senior zatrudniał dwóch parobków a
              Gruba seniorka kucharkę i pokojówkę, „służbę” czyli. Tego dnia jednak i służba
              i jaśniepaństwo musieli mieć wychodne bo węszącym Józkiem nie zainteresował się
              nawet żaden z dwóch dobermanów, leżących z wywieszonymi językami w cieniu
              wiekowej lipy. Jak można było przewidzieć samochodu nie było ani w kurniku, ani
              w chlewie ani nawet w nowoczesnej stajni (Gruba juniorka od kilku lat bez
              powodzenia próbowała nauczyć się trudnej sztuki jazdy konnej). Józek miał już
              zamiar skląć w myślach Kajtka na czym świat stoi kiedy pomyślał o stodole. Na
              pierwszy rzut oka nie było w niej nic podejrzanego ale po bliższych oględzinach
              kupa siana na klepisku okazała się skrywać nowiutkiego czarnego jaguara. Zanim
              Józek zdążył odkryć go w pełni drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich
              Gruby.
              -Czego tu szukasz? – warknął na widok Józka, z którym kiedyś chodził do jednej
              klasy. Łączyło ich nawet coś w rodzaju przyjaźni, dopóki nie pojawiła się taka
              jedna Kaśka.
              -Tego – Józek machnął ręką – chyba nie powiesz, że to twoje, co?
              -Moje, nie moje. Nie twój interes.
              -Oj, chyba mój. Tak się składa, że właściciel zgłosił kradzież – to był blef,
              ale Józek nie miał wyboru – i popatrz wpadłem cię odwiedzić a tu nagle zguba
              się znajduje. Co za zbieg okoliczności.
              -No, zbieg – Gruby nerwowym ruchem wyciągnął z kieszeni papierosy – to bierz go
              i spadaj.
              -Nie tak prędko – Józek myślał szybko – opowiesz mi wszystko i sobie pójdę.
              -Akurat – Gruby ze spokojem wypuścił równiutkie kółko – ja ci opowiem a ty mnie
              wsadzisz. Chociaż – myślenie za to nie było najmocniejszą stroną Grubego –
              ojciec chyba by mnie i tak wyciągnął – dodał niepewnie.
              -No to nie masz nic do stracenia.
              -No nie – pokiwał głową – dobra co ci będę szklił – przydeptał dokładnie peta
              butem - bryka stała pod lasem, otwarta z kluczykami w stacyjce. Aż się
              prosiła, żeby się nią ktoś zaopiekował. No to się zaopiekowałem.
              -W którym miejscu? – Józek wyczuł trop, ale odpowiedź go rozczarowała.
              -Na tym parkingu leśnym przy końcu jeziora, gdzie zazwyczaj stoją panienki.
              Tego dnia akurat była zabawa w remizie więc tam było pusto.
              -Ale to prawie dziesięć kilometrów… - zaczął Józek.
              -Od czego? – bez specjalnego zainteresowania zapytał Gruby.
              -Od niczego. Dotykałeś czegoś?
              -Pewnie – Gruby spojrzał na Józka jak na wariata – sam tu nie przyszedł.
              -Przeszukałeś go już?
              -Nie zdążyłem – w głosie Grubego wyraźnie było czuć nutki zawodu –
              przyprowadziłem go tutaj, przykryłem sianem a potem musiałem pomóc ojcu w
              hurtowni i już nie miałem czasu.
              Józek pomyślał chwilę, potem poprosił Grubego o gumowe rękawiczki i zasiadł za
              kierownicą samochodu. Przekręcił kluczyk i silnik zamruczał miarowo. Czuł miłe
              podniecenie, prawdopodobnie natrafił w końcu na jakiś ślad. Gotów był się
              założyć o wszystkie pieniądze świata, że jaguar należał do Restaricka.
              • april02 Re: Odciski 17.10.06, 09:44
                „Co teraz?” Józek nagle uprzytomnił sobie, że nie wie co zrobić z samochodem.
                Trzeba by sprawdzić odciski palców i właściciela, ale najpierw musi mu znaleźć
                jakieś miejsce. Pseudo-policyjny parking pod komisariatem nie wchodził w
                rachubę. Po pierwsze Łajbusowi by się to nie spodobało, a po drugie Jaguar
                zniknąłby z niego jeszcze szybciej niż spod lasu. U siebie też nie może, no bo
                jak to policjant a melinuje kradziony towar. „Nie miała baba kłopotu” –
                pomyślał melancholijnie i drogą skojarzeń przyszła mu na myśl Luśka.
                -Chciała wziąć pani udział w śledztwie to proszę bardzo – powiedział na
                przywitanie.
                -Oj Józek ty się kiedyś doigrasz – mruknęła Luśka w odpowiedzi – bo co?
                - Mam problem – westchnął jak miech kowalski – a to jego sedno – wskazał na
                lśniący w słońcu samochód.
                Zreferował Luśce krótko swoją rozmowę z Łajbusem, spotkanie z Kajtkiem i
                przeprawę z Grubym.
                -No i co mam teraz zrobić?
                -Gdyby Antek nie był na urlopie to pewnie by ci pomógł – Luśka wzruszyła
                ramionami – a tak to… Czekaj – uśmiechnęła się triumfalnie – zadzwoń do wuja.
                -No jasne – Józek walnął się w czoło – kto jak kto ale wujek Franek będzie
                wiedział co robić.
                Wyciągnął komórkę, wstukał numer i czekał na połączenie. Po chwili odezwał się
                sympatyczny męski głos.
                -Kociuba, słucham.
                -Cześć wujku, mówi Józek. Mam sprawę… - odszedł kilka metrów i ponownie zaczął
                opowiadać o wszystkim, co tu się od rana zdarzyło.
                Godzinę później pod pałac przyjechał zaprzyjaźniony z Frankiem Kociubą technik
                z pobliskiego miasta. Józek czekał na niego u Luśki pochłaniając tym razem
                jajecznicę z kurkami. Pani domu obserwowała go spod oka.
                -Przyjeżdżają w tym roku na urlop? – zapytała w końcu niby od niechcenia.
                -Uhm – Józek był właśnie w trakcie przeżuwania – tak jak zwykle.
                Luśka zamyśliła się. Kiedyś, dawno temu Franek Kociuba był jej pierwszą
                miłością. Do tej pory miała do niego sentyment. Niestety pokłócili się i tak
                jakoś wszystko się rozpadło. Potem on wybrał Hankę, awansował, wyjechał do
                Warszawy i odwiedzał rodzinę w święta i w wakacje. Cóż, różnie się życie
                plecie. Te smętne rozważania przerwało pukanie do drzwi. Znudzony i zniechęcony
                do życia technik spytał ponuro:
                -Gdzie wóz?
                Józek w pośpiechu przełknął ostatni kęs chleba i wyprysnął na podwórze jak z
                procy.
                -No i co? – zapytał bez tchu pół godziny później, kiedy jaguar przeistoczył się
                w wóz młynarza.
                -Nic – technik wzruszył ramionami – absolutnie nic. Jedyne ślady jakie
                znalazłem to odciski palców na klamce, dźwigni zmiany biegów, lusterku,
                kierownicy, gałce od radia, przełącznikach kierunkowskazów i klimatyzacji. No i
                na kluczykach. Muszę to sprawdzić, ale z dużym prawdopodobieństwem należą do
                tej samej osoby.
                -Gruby – Józek mruknął pod nosem.
                -To już pan powinien wiedzieć – technik skinął głową i kontynuował wywód –
                część tych śladów jest zamazana, jakby coś nałożyło się na nie. Poza tym – tu
                po raz pierwszy wykazał śladowe zainteresowanie tematem – wygląda na to, że
                ktoś bardzo dokładnie wytarł wszystkie ślady, poza jednym – uśmiechnął się
                triumfująco.
                -Tak? – Józek spojrzał z nadzieją.
                -Na klamce lewych drzwi jest niewyraźny, ale dający się wyodrębnić, odcisk
                lewego kciuka.
                -Pasażer? – Józkowi zaświeciły się oczy.
                -Niekoniecznie – technik pokiwał głową – raczej wygląda to tak, jakby ktoś,
                przyzwyczajony do naszego ruchu, chciał otworzyć te drzwi a potem zauważył, że
                kierownica jest po drugiej stronie. Głowy bym nie dał, ale wydaje mi się, że
                przy tak niewielkim nacisku na klamkę te drzwi nie otworzyłyby się. Zresztą
                niech pan spróbuje.
                Próbowali obydwaj. Po kilkunastu minutach okazało się, że technik mógł mieć
                rację. Jeżeli drzwi dawały się otworzyć to odciski były większe i wyraźniejsze,
                w momencie kiedy tylko dotykali od niechcenia klamki odciski były niewyraźne, a
                drzwi pozostawały zamknięte.
                -To znaczy, że to musiał być ktoś z nas – myślał głośno Józek.
                -Wie pan co – technik chował wszystkie swoje przyrządy do torby – nie podoba mi
                się to wszystko.
                -Dlaczego?
                -Bo ja wiem – wzruszył ramionami – ten samochód jest za czysty. Jeżeli jeździła
                z nim z reguły jedna osoba to może nie być wiele śladów użytkowania, ale jakieś
                powinny być. Nawet z fabryki samochody tak nie wychodzą.
                -Myjnia?
                -Owszem – technik z aprobatą skinął głową – i czyszczenie w środku. Tak mogło
                być, ale jak już to odbyło się przed długą drogą. Niech pan spojrzy samochód
                jest lekko zakurzony. A nikt mi nie powie, że za każdym razem kierowca
                dokładnie wyciera wszystko, czego używał. Nie – oświadczył stanowczo – to
                niemożliwe. Aha – dodał po chwili – na siedzeniu kierowcy i z tyłu znalazłem
                kilka włosów zwierzęcych. Te z przodu są krótkie i rude a te z tylniej kanapy
                długie i biało rude.
                -To znaczy, że były dwa zwierzęta?
                -Na to wygląda. To chyba na tyle – uścisnęli sobie dłonie, pożegnali się i
                technik odjechał. Po chwili zaterkotała komórka Józka.
                -Cześć, mówi Franek – głos wuja otrzeźwił go trochę – sprawdziłem ci ten
                samochód. Należy do Stephena Restaricka, obywatela brytyjskiego. W czwartek
                około południa przekroczył naszą granicę w Świecku.
                -Wie wuj coś więcej na jego temat? – Józek w duchu pogratulował sobie intuicji.
                -Na razie nie – Kociuba zawahał się przez chwilę – nie mogę iść kanałami
                oficjalnymi, trzeba to zrobić dyplomatycznie a to musi potrwać. W przyszłym
                tygodniu przyjeżdżamy tam do was na kilka dni. Wtedy powinienem coś mieć.
                Józek z ulgą wyłączył komórkę. Wuj należał do tych solidnych, budzących
                zaufanie ludzi, którzy dotrzymują obietnic choćby się waliło i paliło. Jeżeli
                powiedział, że spróbuje to znaczy, że poruszy niebo i ziemię żeby się
                dowiedzieć czegoś o Restaricku. Dla pewności zadzwonił jeszcze do Grubego.
                -Słuchaj czy ty wycierałeś dokładnie samochód zanim go przyprowadziłeś do
                siebie?
                -Z byka spadłeś? - głos Grubego wyrażał bezbrzeżne zdumienie - ja nawet swojego
                sam nie czyszczę.
                -A dotykałeś klamki z lewej strony? Albo miałeś pasażera?
                -Tobie chyba upał się już do końca na mózg rzucił - Gruby zniecierpliwił się w
                końcu - co to ja dziecko jestem? Od razu widziałem, że to anglik to po cholerę
                miałem iść z lewej strony. A i sam jechałem. Coś jeszcze?
                No to rozwiązywało sprawę. Przynajmniej w części.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka