groha
29.09.06, 01:34
Gurua twierdzi, że niechęć do typowo damskiej roboty, opartej na
prawie: "żeby być piękną, trzeba cierpieć", czyli do wszystkich zabiegów
upiększających, przymierzania kiecek, mazideł, malowideł itp., wynika
prawdopodobnie z lenistwa, choć nie wyklucza także, że ma związek z wiekiem.
Mianowicie z tym, w którym kobieta zaczyna lekko powątpiewać w swoją płeć.
Być może, nie chce mi się teraz tego roztrząsać, bo po pierwsze - późno, a po
wtóre - dręczy mnie problem rzeczywisty. Otóż, w najbliższym czasie muszę
kupić wystrzałową kieckę i odpracować te różne męczące zajęcia, czyli zrobić
się na tzw. olśniewające bóstwo. Przynajmniej powinnam spróbować, hehe. O ile
z tym ostatnim kłopot nie taki duży, bo nawet lubię pomazać sobie po twarzy,
zrobić coś nowego z włosami, ponurzać się w pachnących kąpielach etc., o tyle
do latania po sklepach i przymierzania ciuchów, mam prawdziwą awersję. Chora
jestem już po pierwszej przebierance. Zawsze tak miałam. Ciuchy kupowałam
zwykle z przypadku, mimochodem, niechcący, kiedy weszły mi w oczy, co nie
znaczy, że wystarczył mi worek po ziemniakach. To, co na siebie wkładam, aż
tak obojętne mi nie jest, chociaż faktycznie, zauważam coraz większy pociąg
do wygody, luzu i nie przejmowania się niczym, a modą w szczegolności. Kiedyś
chyba się przejmowałam bardziej, ale zawsze bez przesady. A teraz, ta
dręcząca perspektywa szukania eleganckiej kiecki mnie wprost przytłacza. Czy
leciutka abnegacja, to wielkie przestępstwo wobec kobiecości, jak myślicie?