nabialowiec
27.02.02, 08:22
Programowo staram się odwiedzać wyłącznie małe, zdezelowane, ale klimatyczne
kina. Niestety okazyjnie uczestniczę również w "ucztach filmowych", jakie
odbywają się w multipleksowych molochach.
Jestem w stanie przeżyć wiele z multikinowej otoczki;
A więc :
wysokie stężęnie (na metr kw.)wielbicieli pasków na dresach, tudzież
towarzyszący temu w seryjnym wyposażeniu ABS (Absolutny Brak Szyi).
Przywykłem również do kloacznych komentarzy na sali kinowej, mimo tego, że
poziom "kawalarzy" nie odbiega zazwyczaj od zeznań Pana Gasińskiego.
No cóż, co kto lubi...;
Ale nigdy nie potrafiłem wyłączyć zmysłu słuchu na tyle, aby nie dochodziły do
mnie ze wszystkich stron odgłosy konsumpcji, toczącej się w najlepsze w trakcie
projekcji filmowej( z moich obserwacji: im bardziej drastyczna scena, tym
intensywniejsza przeżuwalność; im weselej, tym brudniejsza sala, a co za tym
idzie i sąsiedzi - bleeee).
Nie chcę tutaj nikogo obrażać, aczkolwiek przyznaję, że czuję się wtedy jakbym
czytał "Folwark Zwierzęcy" i rozdział "Ranne biesiadowanie proszczoków przy
korycie".
Jak widzę te dziwne zeschlaki podawane w wiadrach rodem z obory, jak słyszę
siorbanie towarzyszące pochłanianiu czarniawego wywaru będącego spadkem po
indiańskich szamanach - ćpunkach, to naprawdę mam ochotę wstać i ryknąć:
a na hujnia mnie z taką sztuką, gdzie nawet gołej dupy u Pasoliniego nie dadzą
porządnie obejrzeć!!!!!!!!!