varsava
21.07.04, 16:57
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040721/publicystyka/publicystyka_a_7.html
Kariera prymitywnego propagandysty wśród lewicowej elity intelektualnej jest
dowodem jej impotencji
Moore, czyli kompromitacja salonów
Uporczywie reklamowanego filmu "Fahrenheit 9.11" oglądać nie warto, ale z
całą pewnością warto przyjrzeć się jego karierze. Groteskowe jest już samo
traktowanie na prawach dzieła wybitnego filmu czysto propagandowego, którego
twórca nie ukrywa wcale, że jego jedynym celem jest narobienie przed
zbliżającymi się wyborami jak największego brudu znienawidzonemu politykowi.
A jeszcze tak niedawno wielu wybitnych artystów, zwłaszcza emigrantów z bloku
wschodniego, było przez zachodnioeuropejskie salony stanowczo odrzucanych za
polityczne uprzedzenia czy stronniczość, ponieważ nie chcieli podzielać ich
głupkowatej miłości do komunizmu.
Popatrzmy na promujące film recenzje. Nawet biorąc poprawkę na normalne
mechanizmy rynkowe - większość recenzentów, nie tylko u nas, to ochotniczy
współpracownicy filmowego "pijaru", w zamian za parę kanapek i gadżetów
przepisujący do swych gazet podetknięte im "press kity". Brak krytycyzmu i
niezdolność zadania najoczywistszych pytań po prostu porażają. Na podstawie
tych reklamowych recenzji można zrekonstruować zasadnicze "argumenty" Moore'a
przeciwko Bushowi.
1. Film wraca do znanego faktu, iż w ostatnich wyborach w USA część
lewicowych wyborców okazała się intelektualnie niezdolna do prawidłowego
zrobienia dziurki w kartce, co grupka fanatycznych aktywistów usiłowała
zrekompensować powtarzanym wciąż i wciąż żądaniem, aby jeszcze raz od nowa
przeliczyć głosy, choć za każdym kolejnym liczeniem wychodziło to samo. Nikt
nie odważył się przypomnieć Moore'owi, że to, iż za którymś razem następnego
przeliczania odmówiono, może być uważane za powód do kwestionowania
legalności wyboru George'a W. Busha tylko przez skrajnie nawiedzonych.
2. Zarzuca Bushowi, że kilkanaście dni po zamachu na WTC wypuszczono z USA
(jakoby bez przesłuchania, co jest nieprawdą) członków rodziny bin Ladena.
Nikt nie zadaje pytania, na jakiej podstawie, pod jakim zarzutem i jakim
prawem miano by ich zatrzymywać. Nikt też nie zastanawia się, jakim
oburzeniem zareagowałby postępowy świat, gdyby prezydent Bush chciał łamać
prawa człowieka tylko z powodu czyjegoś pokrewieństwa z głośnym terrorystą.
3. Kiedyś, gdzieś, na jakiejś budowie firma należąca do jednego z Bushów
współpracowała z firmą należącą do jednego z członków rodziny bin Ladena.
Nikt nie zadaje pytania, co niby z tego ma wynikać.
4. Koronnym dowodem mniemanego debilizmu prezydenta USA ma być to, że -
otrzymawszy wiadomość o zamachu na WTC - przez kilka minut siedział i nic nie
robił. Nikt nie zadaje narzucającego się pytania: co zdaniem Moore'a powinien
zrobić? Podskakiwać? Wejść na stół i przez telefon komórkowy zagrzewać swoich
podwładnych do łapania sprawców? Zwołać naprędce konferencję prasową celem
potępienia zamachowców? A może wybiec ze szkoły, w której akurat się
znajdował, i biegać po chodniku, krzycząc "taxi, taxi"?! Każdy, kto ma
zielone pojęcie o tak zwanych sytuacjach nadzwyczajnych w rozmaitych
strukturach administracyjnych, wie, że Bush po prostu nic innego wówczas nie
mógł zrobić, niż czekać, aż zostaną uruchomione i wykonane przewidziane na
daną sytuację procedury.
5. Pół godziny filmu zajmują łzy i lamenty matki zabitego w Iraku żołnierza.
Tu akurat mogę zrozumieć, iż nikt nie chce przypominać jej, że syn poszedł do
wojska na ochotnika (innych żołnierzy w US Army nie ma), że ryzyko śmierci
było wliczone w jego pracę i wysoko opłacane (również rentą dla niej samej).
Ale dlaczego nikt nie chce tego przypomnieć paszkwilantowi?
6. Moore z zaskoczenia zadaje politykom popierającym wysłanie wojsk USA do
Iraku pytanie, czy wyślą do Iraku swoich synów. Nikt nie zauważa, że wobec
wspomnianego wyżej faktu, iż USA mają armię w pełni zawodową, jeśli dorosły
syn polityka chce wstąpić do wojska i pojechać do Iraku, ojciec nie może mu
tego zabronić, a jeśli nie chce, nie może nakazać, w związku z czym pytanie
jest po prostu idiotyczne. Nie marzę już nawet o tym, by ktokolwiek
przypomniał tak przejętemu płaczem matek żołnierzy Moore'owi, że wedle
obliczeń samych Amerykanów przeciętny mieszkaniec kolorowych przedmieść
wielkich amerykańskich miast żyjący z sutych zasiłków, wychodząc na ulicę,
ryzykuje śmiercią kilka razy bardziej (!) niż żołnierz patrolujący ulice
Bagdadu.
I tak dalej - w żadnej z recenzji pisanych przeważnie w tonie zachwytu nad
mniemaną śmiałością Moore'a nie znalazłem niczego, co nie byłoby oczywistym
bredzeniem propagandysty, któremu nieskrywana nienawiść do Busha do tego
stopnia odebrała rozum, że nie dba o logikę zarzutów ani tym bardziej o
przyzwoitość. Znając "metodę twórczą" Moore'a z jego starych filmów (piłuje
je u nas dość często francuska telewizja Planete), można dośpiewać sobie
resztę - prymitywne granie na emocjach widza, snującego się przed kamerą
autora, który, choć ładny, co tu ukrywać, nie jest, uwielbia się prezentować,
i jego nieustające silenie się na zjadliwe dowcipy. Po obejrzeniu kilku
starych filmów Moore'a jestem zdecydowany bronić tezy, że
demaskujące "Solidarność" kawałki przygotowywane przez reporterów DTV w
stanie wojennym, będąc równie rzetelne faktograficznie, operowały jednak
lepszym warsztatem.
Nie sposób nie zadać sobie pytania: jakim sposobem takie byle co mogło zrobić
taką karierę? Odpowiedzią może być tylko stwierdzenie całkowitego zaniku
przyzwoitości i dobrego smaku lewicujących elit, dla których antyamerykanizm
i skłonność do histerycznej nienawiści wobec każdego konserwatysty stały się
po upadku marksistowskiej utopii namiastką spajającej je religii. Nie ma dla
nich hasła zbyt głupiego, postępku zbyt niesmacznego ani artysty zbyt
marnego, jeśli tylko wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom.
Sięgając przeciwko Bushowi po rozbuchane emocje, amerykańska lewica ukrywa
swą kompletną (i zresztą wspólną całej lewicy światowej) impotencję: fakt, iż
nie zdołała mu przeciwstawić nikogo lepszego niż bezbarwny aparatczyk z
waszyngtońskiej nomenklatury, mający na każdy temat (już nawet i o aborcji)
do powiedzenia mniej więcej to samo, co jego konkurent, tylko w
nieco "zmiękczonej" wersji. Skoro cały polityczny sens istnienia
amerykańskiej lewicy sprowadził się do popierania międzynarodowych koncernów
spożywczych przeciwko międzynarodowym koncernom surowcowym, to jej szansą
jest tylko zagnanie do urn widzów MTV i przeżuwaczy frytek, których wiedza o
polityce i świecie ogranicza się do znajomości tekstów modnych szlagierów
tudzież list dialogowych przebojów kinowych. Można to zrobić, jedynie
rozpętując histerię. To właśnie tworzy koniunkturę dla podobnych typków jak
Moore. I, niestety, można się spodziewać, że ta koniunktura potrwa jeszcze
jakiś czas.
Warto więc zwrócić uwagę Moore'a na kolejny świetny temat: niedawną wypowiedź
irańskiego ajatollaha al-Chamenei, który orzekł, że w Iraku porywają ludzi i
obcinają im głowy agenci CIA oraz Mosadu, aby potem rzucać oszczerstwa na
muzułmanów. Następna Złota Palma i kupa kasy - jak w banku.
RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ
Autor jest publicystą m.in. "Newsweeka" i "Gazety Polskiej", w najbliższym
czasie ukaże się jego książka "Polactwo"