movieman
23.09.02, 23:55
Gdy oglądam film, o którym prawie wszyscy wypowiadają się w samych
superlatywach, to z reguły mam wobec niego dość wysokie oczekiwania. Nie
inaczej było i tym razem - o najnowszym dziele Stevena Spielberga słyszałem
prawie same pozytywne opinie – negatywne pojawiały się bardzo rzadko.
Tytułem wstępu nadmienię, iż jestem wielkim fanem dzieł okraszonych
mianem „science-fiction” (w skrócie – SF). Przyznam, iż urzeka mnie każda
profesjonalnie wykonana wizja przyszłości. Zupełnie pogrążyłem się w świecie
z roku 2054, przedstawionym w „Raporcie Mniejszości”, podziwiając piękno
zarówno budynków, jak i prostych gadżetów codziennego użytku. Jednak
największe wrażenie zrobił na mnie samochód, którym poruszał się główny
bohater – John Anderton (w tej roli Tom Cruise) – niesamowita konstrukcja, z
charakterystycznym znakiem marki Lexus na przedzie. Marzyłem sobie, że może
już za kilkanaście lat sam będę mógł podróżować takim futurystycznie
wyglądającym pojazdem.
Film został stworzony w oparciu o opowiadanie Philipa K. Dicka
(autora „Blade Runnera”) i jest to główny atut dzieła. Pomysł jest moim
zdaniem rewelacyjny - trzy osoby, „powstałe” w wyniku eksperymentów
genetycznych, przewidują przyszłe morderstwa. W oparciu o te wizje
przyszłości działa oddział policji prewencyjnej, która zajmuje się łapaniem
przestępców - zanim jeszcze popełnią swoje zbrodnie. Wszystko funkcjonuje
doskonale przez 5 lat – do momentu, w którym następną osoba odpowiedzialną
za dokonanie „przyszłego” morderstwa jest sam detektyw John Anderton.
Oglądając „Raport Mniejszości” miejscami odnosiłem wrażenie, że
oglądam „Mission Impossible”. Główny bohater nie dość, że wygląda
identycznie (w obu filmach Tom Cruise), to jeszcze robi bardzo podobne
rzeczy, które w skrócie można opisać jako „niemożliwe”. Jednak tutaj w żaden
sposób nie ujmuje to filmowi, a wręcz przeciwnie – sceny akcji są naprawdę
niesamowite – szczególnie, że dzieją się w świecie przyszłości, gdzie
oddziały policji korzystają z dość ciekawych zdobyczy techniki. Widać, że
nie oszczędzano pieniędzy na efekty specjalne. Poza skojarzeniem z „Mission
Impossible” można również zauważyć podobieństwa zarówno do „Piątego
Elementu”, bądź „Gwiezdnych Wojen – Atak Klonów” jak i również do
kultowego „Matrixa”.
Jednak film nie jest tym, czego po nim oczekiwałem. Skrycie miałem nadzieję
na dzieło, które można by stawiać na równi z takimi obrazami jak „Blade
Runner” lub „Obcy”. Niestety, wymogi komercyjne są twarde i film produkowany
za olbrzymie pieniądze w dzisiejszych czasach musi się przynajmniej zwrócić –
mamy więc przynajmniej o jedną żenującą scenę za dużo oraz zbyt mocno
lukrowane, typowe dla filmów amerykańskich zakończenie. Mimo iż fabuła jest
naprawdę rewelacyjna, to jednak jest w niej o wiele za dużo „dodatków”
uprzyjemniających odbiór filmu przez tzw. „odbiorcę masowego”. Wszystkie
motywy każdej z postaci zostały wytłumaczone do najdrobniejszego szczegółu.
Dobro zwycięża – zło zostaje pokonane w stu procentach. Brakuje
zastanawiania się „dlaczego on tak postąpił?” – wszystko podane jest na
złotej tacy. Trochę przeszkadza, że nie zostawiono widzowi żadnych zagadek –
zupełnie nie czuję potrzeby oglądania filmu jeszcze raz.
Kończąc tę recenzję chciałbym powiedzieć, iż film mi się jednak bardzo
podobał. Były to dwie i pół godziny rozrywki na najwyższym poziomie. Szkoda
jedynie, że „Raport Mniejszości” pozostawia tak wielkie uczucie niedosytu.
movieman.blog.pl