Dodaj do ulubionych

Nagi lunch

07.01.07, 14:55
Nagi Lunch
Ten film to kamień milowy w historii kina. Powód jest jasny: Cronenberg
pokazuje rojenia zatrutego używkami umysu jak nikt dotąd. Do tej pory
niewiele było takich przypadków: deliryczne majaki Yvesa Montanda z
chodzącymi po pokoju jaczczurkami i robalami we "W kręgu zła" (1970) to przy
tym filmie zestawienie takie jak brutalność z "Sokoła maltańskiego" i ta
z "Kill Billa". Nie tylko innowacyjność, ale i klimat filmu jest genialny, a
nakładają się na niego zarówno dopasowane do ponurych wnętrz w których
przebywa bohater sroje, tj kapelusze i płaszcze a'la Humphrey Bogart,
oszczędna gra aktorów, jakby zmęczonych życiem, niezbędne gadżety, takie jak
ciagle eliminowane przez bohatera maszyny do pisania, pistolet i szklanka,
którą ma on zestrzelić z głowy swojej żony. Do tego dochodzi piękna dla
pisarza z kryzysem twórczym wizja maszyny do pisania, która sama pisze,
przemieniającej sie - co już mniej piekne - w nieznośnego gadającego robaka.
Film ten ogląda się scenami, albo wręcz obrazami. Niektóre sa niesamowite,
jak ciągle skupiona, kamienna (busterkeatonowska) twarz Petera Wellera, inne
koszmarne, jak Roy Scheider zdzierający z siebie starą skórę innej osoby, ale
wszystkie zapadają głęboko w pamięć.

Mimo to zaryzykuję stwierdzenie, że pod tym dla jednych atrakcyjnnym, dla
drugich obrzydliwym płaszczykiem ociekających śluzem stworów i różnych
dziwactw nie ma szerzej zakrojonej filozofii. Oto mamy do czynienia z nowym
(jak nowym) typem bohatera, zupełnie biernym, który zaszył się w swoim
świecie fantazji i koszmarów, a jedyne co robi, to sprzedaje albo wciąga
proszek na robaki. Jego destrukcujny wpływ na najbliższych jest przypadkowy,
to kwestia spudłowania w szklankę. Czy film z takim bohater może dać jakiś
przekaz? Odczuwam, że nie o przekaz tu chodzi, ale o swego rodzaju zabawę
reżysera z widzem. Teoretycznie wchodzimy w jego świat, obserwujemy to co on,
ale jego zachowanie jest irracjonalne. Typowe to dla Cronenberga na przykład
w "eXistenZ" gdzie reżyser wprowadza bohaterów w grę, później ich z niej
uwalnia, by na końcu się okazało, że ze cały film był grą. Podobnie wywrotowo
stawia sprawę w "Historii Przemocy" gdzie zaczynamy sympatyzować z bohaterem,
który zabija bezwzględnych bandytów atakujacych jego bar, po czym dopiero
dowiadujemy się kim bohater tak naprawde jest i że obdarowaliśmy go sympatią
trochę na wyrost. Sądzę więc, że po "Nagim Lunchu" nie odkryje się jakiejś
nowej prawdy o egzystencji ludzkiej, ale na pewno pozostaną po nim
niezapomniane wrażenia.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka