bucefal_macedonski
04.08.07, 18:52
Po każdym kolejnym seansie francuskiego filmu zastanawiam się, co mi takiego
w nich nie pasuje. Obejrzałem wczoraj jeszcze jeden film o miłości - "Męża
fryzjerki" i wreszcie mnie oświeciło! Kinematografia francuska należy do
jednej z najbardziej oderwanych od realiów, zaraz po hollywoodzkich
superprodukcjach.
Ok. Kino to nie dokument i nie musi wiernie obrazować rzeczywistości w myśl
zasady "prawda czasu - prawda ekranu". Jednak nawet operując w sferze marzeń
musi w całej swej rozciągłości utrzymywać kontakt z widzem. Prawdziwym
widzem. Widzem określonego momentu historycznego i społecznego miejsca.
Innymi słowy filmowy sen śniony jest przez kogoś i dla kogoś. I piekelnie
trudne w odbiorze są dzieła śniące widzowi z innej bajki sny, z którymi nijak
nie idzie się utożsamić. Tak, tak! Równie ważnym jak poczucie wyobcowania w
przeżyciu artystycznym składnikiem jest jego przyswojenie tak intymne, że
człowiek jest przekonany, że już dawno mu to chodziło po głowie, tylko nie
mógł tego tak ładnie ubrać w słowa, dźwięki, obrazy czy gesty.
Wracając do francuskiego kina (w odczuciu mem przesyconego nieaktualnym
historyzmem i emocjonalnością damulki do towarzystwa) zapytać zatem można o
kim i dla kogo są poszczególne dzieła. No i co zrodziło i w czyjej głowie ten
czy inen utwór.
O czym jest "Mąż fryzjerki"? O panu, którego od dzieciństwa pociągały
fryzjerki tak dalece, że już dorosłym wąsatym starokawalerem oświadczył się
jednej, a ta bez zbytnich ceregieli dała mu się poślubić.
I co dalej? Kim jest bohater? Jak żyje? Czego takiego przełomowego w filmie
dokonuje, czym zasłużyłby na miano bohatera? I jak jego filmowa życiowa
sytuacja przekłada się na życiową sytuację widza?
Bohater najwyraźniej jest nikim, owym musilowskim człowiekiem bez
właściwości. Poza przesiadywaniem w zakładzie fryzjerskim i nieustannym
adorowaniem swojej małżonki (która - zwróćcie państwo uwagę! - wzorem
wszystkich kobiecych postaci we francuskich filmach - bynajmniej nie wygląda
jak przęciętna pani Lusia z osiedlowego zakładu golibrodziarskiego, a urzeka
powabem dojrzałej ladacznicy o iście buduarowych manierach) nasz tatulek nie
wydaje się zajmować niczym. Zainteresowania też ma nijakie. Podróży nie lubi,
znajomych unika, klientów zakładu najchętniej by wyprosił. Jest dla niego
tylko kosmos ciepła bijącego z jej piersi, odurzający zapach wód kolońskich i
delikatne muskania palców i nożyczek, kiedy poddaje się fryzjerskim zabiegom.
Fajnie, że film obejrzałem we własnym łóżku, tak cudownie zmęczony, że nie
przeszkadzało mi zupełnie jak długo ta nierealna małomiasteczkowa idylla
będzie się ciągnąć. W kinie bym chyba jednak nie wytrzymał i wierciłbym się w
krześle niczym na "Francuzce" z Emmanuelle Beart, innym znowuż francuskim
gniocie.
Przecież ni mniej ni więcej przypomina taki film jakiegoś "koneserskiego"
pornosa, nabywanego przez zamożnych lecz cokolwiek wewnętrznie wypalonych
fiksatów na punkcie damskich pończoszek, dmuchanych balonów, aparacików na
zęby czy też strojów uczennic japońskich gimnazjów. Tylko czemu ten film tak
dobre recenzje zebrał? Bo nietypowy? Bo nieamerykański? Bo klimacik
przyzwoicie nieprzyzwoity i niezła mamuśka z tej Anny Galieny? Bo wchodzi
gładko jak serek homogenizowany?
I kto to ogląda? I kogo wali ten film po głowie natrętnymi myślami, że to
przecież o mnie, że to mogłem być ja, że to chciałbym być ja? Przecież życie
jest gdzie indziej.
Nie jest to oczywiście odosobniony przypadek francuskiego filmu po którym
zęby z zażenowania bolą. Poza szczerą "Nienawiścią" - filmem, który obudził
Francuzów z ręką w nocniku, "Delikatesami" i sprawnie, dowcipnie
zrealizowaną "Amelią" znieść nie mogę tych wszystkich "Francuzek", "Kochanków
Kręgu Polarnego", "Oublie-moi", "Un coeur en hiver" "Sade", ani brutalnie
machystowskich "Dobermanów", czy "Nieodwracalnych".
Jak to jest, że kraj największych powieściopisarzy wydaje na świat tak
przeciętnych i nieporadnych filmowców. Czyżby po prostu wraz z podupadnięciem
literatury Francuzi bezpowrotnie utacili swoje medium i tym samym głos?
A może to ze mną jest coś nie tak? Może niesiony leninowskim hasłem X Muza
najważniejszą ze sztuk szukam w kinie niepotrzebnie odniesień do aktualnej
kondycji ludzkiej - nie tej takiej wydumanej, nieokreślonej, a konkretnej, z
nazwiskiem, wiekiem, zawodem i pozycją społeczną? Może po prostu wystarczy
zamknąć oczy i oddać się temu sennie przyjemnemu uczuciu smyrania we włosach?