Gość: A:
IP: *.dip.t-dialin.net
21.08.03, 16:02
Tak daleko, tak blisko
Piękna Monica Bellucci i pociągający Bruce Willis, choć prywatnie ku sobie
się (jeszcze) nie mają, na kinowym ekranie i wyglądaja, i grają, jakby byli
dla siebie stworzeni.
Spotkali się w Afryce. Jednak nie w tak romantycznych okolicznościach jak
Robert Redford i Meryl Streep w POŻEGNANIU Z AFRYKĄ. Czarny Ląd wita ich
ogniem i maczugami: w Nigerii trwa wojna domowa. Ona, Bellucci - doktor z
organizacji Lekarze bez granic - powinna opuścić to miejsce, coraz bardziej
niebezpieczne. Z Ameryki przylatuje po nią oddział komandosów. Dowodzi nim
on, Willis, w roli porucznika US Marines. I zaczyna się... Wojenny dramat,
portret piekła na ziemi. I romans - z tych najpiękniejszych, bo
niedopowiedzianych. Gdy atmosfera aż skrzy się od miłosnego napięcia, od
namiętności budzącej się z każdym kolejnym spojrzeniem, przypadkowym
dotykiem. Co jeszcze połączy tych dwoje? Zajadły konflikt. Porucznik chwyta
się najróżniejszych sposobów, z oszustwem włącznie, żeby tylko uparta,
nieposkromiona kobieta (w takich rolach Bellucci wypada najlepiej!) wróciła
do domu. Ale ona postanawia nie rozstawać się z pacjentami.
Część amerykańskich krytyków, wychwalając grę obojga aktorów oraz imponującą
rozmachem pracę scenografów i operatorów, zarzuciła filmowi ckliwość. Fakt:
jest jej tu sporo, ale nie powiedziałabym, że za dużo. Ot, amerykańska
norma. Po premierze ŁeZ SŁOŃCA Willis powiedział: - To była najbardziej
forsująca rola, fizycznie i emocjonalnie. Takie słowa w ustach twardziela
nie pozostawiają wątpliwości: powstała opowieść, przy której poleje się
wiele łez.