palya
17.09.11, 21:20
wczoraj wyjechał w długą trasę. miał dać znać, że dojechał bezpiecznie.
zero, nic, żadnego odzewu, telefonu nie odebrał. Pomyślałam - śpi pewnie zmęczony.
wkurzona, bo olał poinformowanie mnie ze bezpiecznie dotarł, no ale niech to, niech śpi.
Ale rano też: zero kontaktu, nie odebrał telefonu.
Okazało się, że na miejsce nie dojechał! I też nie mogli się dodzwonić.
Pierwsza myśl: wypadek, nieprzytomny w szpitalu albo zimny w kostnicy. No bo jakby przytomny był to by się odezwał raczej.
Panika, co robić. Nie wiadomo gdzie szukać, bo trasa długa.
Cały czas próbuje się dodzwonić. Nic.
Decyzja. Komisariat, rejestr wypadków. Nic, ale mogą dodać z kilkugodzinnym poślizgiem.
Rozpacz.
Po południu, gdy już dostałam od policjanta instrukcje jak zgłosić zaginięcie, żeby mogli szukać po sygnale telefonu - odezwał się. Oburzony, że się martwię i o co mi chodzi. Podobno awaria po drodze i nocleg w aucie.
I jeszcze strzelił focha, że co ja sobie myśle, tak wymagać aby się meldował.
Noż kurna, nie żyjemy w średniowieczu, gdzie głupiego smsa napisać nie było jak.
Faceci (jeśli któryś doczytał do końca), czy ja naprawde przesadzam? Czy spotykam się z emocjonalnym analfabetą, który nie szanuje uczuć drugiej strony?