usermanik1234
22.01.13, 14:29
Witam
Do napisania tego postu zmusiła mnie sytuacja - nie mam sie komu wyżalić choć w gruncie rzeczy mam pełno znajomych ale to tylko znajomych... i może tu ktoś podrzuci co robię nie tak.
Jestem po slubie już 12 lat, mamy dwóch synów 9 i 5 letniego. Wydawało mi się, że jestesmy normalnym małżeństwem, mamy wzloty i upadki jak większośc ludzi na świecie ale jak głębiej się nad tym zastanowić to chyba jest inaczej. Całe moje zycie dorosłe pracuję na kilku frontach - mam działalność, świadczę usługi marketingowe, kupuję i sprzedaje auta i zajmuje sie innymi rzeczami. Staram się nie poświęcać zbyt wiele czasu na pracę - max o 17 jestem codziennie w domu. Moja zona nigdy nie pracowała - na początku naszego małżeństwa nie musiała a potem zaczęła studiować (skończyła studia), później zrobiła kilka kursów, które miały pomóc nam finansowo kiedy przyszły ciężkie czasy. Skutki tych "nauk" były różne bo raczej pieniędzy z tego nie było raczej zajęcie dla mojej znudzonej dziećmi zony. Finansami w rodzinie zajmowałem się ja a zony nie interesowało czy mamy pieniądze czy nie, potrzebowała iśc na zakupy to pieniądze miały się znaleźć - i jakoś się znajdowały. Jakoś sobie dawaliśmy radę, ja po pracy pomagałem jej sprzatać, zmywać, zajmować się dziećmi itp zresztą do dziś to robię bo chcę brać aktywny udział w normalnym funkcjonowaniu rodziny.
I tu w zeszłym roku zaczęły się problemy. Aby utrzymać jakiś standard zycia zaciągnąłem kilka kredytów tzn miałem karty kredytowe, które dopóki mogłem to spłacałem ale w końcu wszystko walnęło. Żona nie wiedziała o moich zobowiązaniach bo jak juz pisałem nie interesowała się naszymi finansami. Aby spłacić te zobowiązania wzięliśmy jeden kredyt i spłacamy go bez jakichś większych wymówek ale.. No właśnie. Moja zona ma do mnie ogromne pretensje o te długi i ja ją rozumiem bo tyle czasu ukrywałem przed nią, że mamy zobowiązania ale z drugiej strony patrząc to jakiś jej udział w tym był - nie wiem czy to co napisałem to nie poszukiwanie rozgrzeszenia ale czasami tak czuję, że jest tu jakaś nasza obopólna wina. Z moją zoną nie jestem w stanie porozmawiać na ten temat bo od razu kończy się to kłótnią - tzn z mojej strony jest milczenie a ona krzyczy. Ja nie chcę, nie mogę, nie potrafię się z nią kłócić a tym samym nie mogę przedstawić jej moich argumentów a ponadto myslę, że jak powiem jej o tym co tak naprawdę sądze to zabierze mi dzieci i odejdzie. Kocham dzieci i ją chyba też. piszę chyba bo tak naprawdę to nie widzę jakiejkolwiek akceptacji z jej strony i nie wiem co o tym mysleć. W naszym zyciu wszystko się posrało. Ja zawsze byłem a raczej starałem się byc pomocny dla innych i jezeli ktoś z naszych znajomych zwracał się o pomoc to nie odmawiałem, niestety jednak w domu zona robiła - robi mi o to awantury, że mnie wykorzystują itp. A jak jak ciepłe kluchy nawet nie oponuję tylko zwijam pod siebie ogon i milczę - bo nie chcę awantur ! Nie daje sobie juz z tym rady. Mój dzień powszedni wygląda tak, że rano wstaję robię starszemu synowi sniadanie, kanapki i zawożę go do szkoły, praca, potem zakupy do domu. W domu obiad, zmywanie po obiedzie jakieś odkurzanie, potem chwila z dzieciakami, chwila TV, kompanie młodszego synka, usypianie go i czas dla mnie tzn chwila w necie. Sexu brak bo wypiecie tyłka w moją stronę dwa razy w miesiącu to raczej nie sex. kilka razy w tygodniu muszę zawieźć zonę na zakupy, których nie cierpię bo sam załatwiłbym to kilka razy szybciej ale zona nigdzie nie wychodzi (nie licząc wyjść do koleżanek, kina, na piwo itp na które musze ją zawieźć a potem odebrać) więc dla niej to rozrywka.
Z tego co napisałem wynika pewnie ze jestem dupkiem nie potrafiącym odezwac się do ludzi a to raczej nie jest prawda bo poza domem jestem kontaktowy i potrafię rozmawiać z ludzmi, nie lubie tylko przemocy i spięć. Mam znajomych jak już pisałem ale sądzę, że ci znajomi są przy mnie dlatego że mają w tym biznes.
Dobra chyba starczy tego uzalania się nad sobą, ale jakby ktoś chciał pogadać ze mną na ten temat to byłbym wdzięczny bo sam już nie daję sobie rady.