Dodaj do ulubionych

Jestem wrogiem jego marzeń? :(

23.10.06, 11:29
Drodzy Panowie (i Panie).

Postanowiłam się poradzić, bo nie bardzo wiem co robić. Od prawie tygodnia w
naszym związku trwają ciche dni. I to ja nie odzywam się do Niego. Już
tłumaczę w czym rzecz.

Otóż szukaliśmy wspólnie auta. Mieskamy razem od 2 miesięcy, parą jesteśmy 5
lat. Mój mężczyzna ma fioła na punkcie motoryzacji. Czasami myślę, że mógłby
żyć podłączony do TVN Turbo jak do kroplówki. Ale wiadomo, każdy ma jakiegoś
bzika, ja również. Samochodem uwielbiam jeździć i dlatego oboje
stwierdziliśmy, że chcemy kupić auto. Mielismy wspólnie wybrać to co nam
obojgu by pasowało, ale w rezultacie powoli zaczęło wychodzić na to, że
szukamy tego co on chce, a co mi się kompletnie nie podoba.

W międzyczasie wyszła opcja by dostać auto od mojej rodziny. Może nie jakieś
super, ale bardzo zadbane z malutkim przebiegiem (Skoda Felicja 1.6). Bo
generalnie rzecz biorąc auto nam jest niepotrzebne (wszędzie mamy blisko),
chcieliśmy tylko zaspokoić nasz kaprys. ;) Mój Nie-Mąż nie zgodził się na
auto od mojej rodziny nadal przegrzebując internet w poszukiwaniu rupieci z
silnikiem 2,5.

I teraz o co poszło... Po kilku rozmowach i moich przemyśleniach powiedziałam
mu, że rezygnuję ze wspólnego kupowania auta i wezme auto od rodziny (nie
jesteśmy małżeństwem, on nie kwapi się do ożenku a na dodatek zaczął mnie
pomijać przy rzekomo wspólnym wyborze pojazdu, a to dla mnie dobrze nie
wróży). Chciałam go namówić na to auto od mojej rodziny, bo byśmy mieli auto
za darmo, moglibyśmy zaoszczedzić nieco (wynajmujemy mieszkanie i mamy kredyt
do spłacenia w 3 lata). Mamy po 25 lat, więc jakbyśmy wkopali się jeszcze w
kredyt samochodowy to za kilka lat mielibyśmy starego gruchota i zero
oszczędności. Mój Nie-Mąż zareagował wyjątkowo nieprzyjemnie i agresywnie.
Wrzeszczał, że on ma marzenia, że zawsze chciał mieć takie i takie auto i
nigdy nie spełni swoich marzeń jeśli nie zrobi tego teraz.

Generalnie potraktował mnie jak wroga, jakbym mu chciała krzywdę zrobić. Jak
narkoman, któremu wyrywa sie strzykawkę. Na dodatek, gdy poprosiłam go o
więcej szacunku to wrzasnął "Nie!!!". Uznał mnie za zdrajczynię, bo wycofałam
sie z kupna auta i stwierdził, że sam weźmie kredyt.

Nie odzywam sie do niego, nie dlatego, że on chce sobie kupić sam auto, tylko
dlatego, że nie wysłuchał moich argumentów, potraktował mnie jak napastnika,
wroga, wrzeszczał i generalnie zachowywał sie jak małe dziecko, któremu mama
nie chce kupić zabawki. Nie przyszło mu na myśl, że właśnie chcę zrobić
wszystko by nam było w pzyszłości lepiej, bysmy sie nie udupili na zaś w
długach. Jest mi przykro z tego powodu, bo nie zasłużyłam sobie niczym na
miano jego "wroga".

Zawsze to ja jakoś sprawy łagodzę, przytulam się i proszę byśmy się nie
kłócili, przepraszam jeśli zrobie coś nie tak. To ja za nim latam i kadzę jak
bardzo go kocham (bo w gruncie rzeczy to naprawdę fajny facet). A on
potraktował mnie jak wroga. Ja czuję się jak świnia, bo mu zabieram marzenia.
A z drugiej strony jak nic nie zrobię to będzie klęska finansowa.

On nie kwapi się do przeprosin ani do zaczęcia rozmowy. Widzę, że go ta
sytuacja troche męczy, czasami coś tam do mnie powie, spyta jak dzień minął,
albo pyta gdzie idę, a ja odpowiadam mu półsłówkami i generalnie go olewam.
Ale powiem szczerze, że mi cieżko. Tym bardziej, że podejrzewam, iż on uważa
moje milczenie za szczeniackie obrażenie się i pewnie jak już przyjdzie to
tylko po to by spytać kiedy ma się wyprowadzić, bo z taką babą jak ja nie
będzie mieszkał. Nadal widzę, że przegląda ogłoszenia, więc nie przemyślał
sprawy naszych finansów.

I takie fundamentalne pytanie... Co do licha mam zrobić?

P.S. Bardzo dziękuję, że doczytaliście to wszystko. Należy Wam sie medal. ;)
P.S.2 Bardzo proszę, nie pastwcie sie nad nim jakos bardzo, bo wiadomo, że
każdy z nas ma marzenia i chłopak juz już witał sie z gąską i nagle okazuje
sie, że gąski może nie być. W zasadzie to go rozumiem, że go rozpacz
ogarnęła. Tylko, że co zrobić by w końcu znaleźć złoty środek... I czy dalej
się do niego nie odzywać czy może spróbować rozmawiać po raz kolejny
narażając się na następną awanturę? :/
Obserwuj wątek
    • sprzedam Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 12:06
      Nie ma co się nad nim pastwić. Doskonale chłopaka rozumiem :) Napalił się i
      tyle :)
      Myślę, że on potrzebuje trochę czasu, przemyśli i zrozumie.
      Tylko nie obrażaj się na niego, bo jeszcze bardziej się zatnie w sobie i nawet
      nie będzie próbował zrozumieć sytuacji.
      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 12:34
        No własnie, kłopot w tym, że ja sie do niego nie odzywam. Nie wiem czy zrobiłam
        dobrze czy nie, ale za każdym razem gdy chciałam z nim spokojnie porozmawiać to
        była z jego strony awantura. Inaczej by nasza rozmowa poszła gdyby on panował
        nad emocjami. Zastanowiłabym sie nad tym, gdyby mi powiedział spokojnie, że mu
        bardzo zależy, że to jego marzenie od dawna i bardzo mnie prosi bym mu pomogła
        je zrealizować. Tymczasem on mnie sam przestawił na druga stronę barykady.
        Poczułam sie jak totalna świnia, która go nie rozumie. Na dodatek musiałam mu
        tłumaczyc, ż enie jestem jego wrogiem, ż echcę dla nas dobrze. To w gruncie
        rzeczy było upokarzające. Dlatego teraz unikam kontaktu z nim. Wiem, że on to
        moż eodebrać jako obrażenie się, ale ja po prostu wyszłam z założenia, że nie
        mam co z nim zaczynać rozmowy, a po drugie, skoro on mnie uważa za swojego
        wroga to może przestanę sie wysilać, by go z tego błędu wyciągnąć. Ile razy
        mogę wyciagać pierwsza rękę i mówić, że go kocham? Bo jeśli on do tej pory nie
        jest w stanie tego zrozumieć, to kiedy zrozumie?

        A nie chce by było tak, że za 10 lat on bedzie patrzył na mnie i nasze dzieci z
        obrzydzeniem, że mu młodość i marzenia odebrałyśmy i stał się tylko robotem do
        zarabiania kasy, który nie ma nic do powiedzenia.
    • jamesonwhiskey Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 12:13
      jak hcesz go uszczesliwic felka czyli fura kapelusznika dzialkowca to ci sie
      nie uda za ten zlom nie warto wysluhiwac potem przez dlugie lata o jaka fajna
      moja rodzina dali nam samohod jedyna rada jak juz hcesz pomoc to opylic felke
      dolozyc i kupic cos normalnego
      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 12:29
        Generalnie własnie wczoraj z rodziną rozmawiałam i sami wpadli na pomysł by
        furkę sprzedać i dać nam pieniądze bysmy zrobili z nimi co chcemy. Naprawdę
        bardzo kombinują by nam pomóc,m a on tego nie docenia. :( Ja najchętniej
        wsadziłabym kasę na jakąś lokatę czy fundusz na zime (bo w zimie i tak niewiele
        się jeździ, szczególnie, że Nie-Mąż ma do pracy przez ulice... dosłownie!).
        Jakiekolwiek grosze by sie tam nagromadziły i potem moglibyśmy mieć lżej.
        Szczególnie, że on w przyszłym roku będzie musiał wywalic kolejne 5000 na
        studia. :/

        Ja też bym bardzo chciała mieć fajną furkę, ale mam bardzo duże obiekcje co do
        wydawania pieniedzy na samochód jaki on chce kupić (10-12 letni Citroen XM z
        silnikiem 2,5). Rozumiem, że on ma marzenia i szanuję je. Chciałabym by je
        spełniał, ale nie kosztem naszego wspólnego życia. Teraz on tłumaczy, że mi nic
        do tego, bo on chce kupić za swoje pieniądze, ale wyjdzie i tak, że ja będę
        płacić wiecej na mieszkanie czy inne domowe wydatki, bo on zostanie całkiem bez
        kasy. A świnia nie jestem i nie podzielę lodówki na "moje i twoje".
        • gixera Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:05
          Masz racje, strasznego gruchota chce kupic, tym bardziej, ze to francuz, to
          pozniej bedziecie tylko dokladac, a to to sie popsuje, a to to tamto. Tym
          bardziej, ze samochod ni chuchu atrakcyjny nie jest. Przekonaj go do kupna
          jakiegos niewielkiego samochodu z duzym silnikiem, mlodszego, a nie jakiegos
          12-letniego zloma. Mozesz uzyc argumentu, ze auto bedzie dla ciebie niewygodne,
          bo ciezko bedzie ci zaparkowac taka wielka fura. Maz mojej siostry tez sie
          kiedys upieral przy Oplu Vectrze, w koncu kupil Golfa IV, bardzo dobry wybor.
          Twoj tez pojezdzi, pooglada, przejedzie sie i moze sam zrezygnuje.
          • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:14
            Tyle, że ja kocham, uwielbiam wręcz wielkie fury. Swego czasu jeździłam 13-
            letnim Mitsubishi Spacewagonem. ;) Tyle, że XM naprawde mi sie nie podoba,
            dziwny jakiś jest. Natomiast dla niego to jest bardziej pożądany obiekt niż
            napalona mulatka z biustem DD. ;)

            Swego czasu patrzyliśmy na Volvo V40 i uważam, że ten samochód to był właśnie
            kompromis między tym co ja chcę i tym co on chce. Bo samochód i duży, i dobrze
            wyposażony, i z silnikiem fajnym. Jeździliśmy nim oboje i tak samo nam sie
            podobał. A potem on nagle stwierdził, że jednak mu się nie podoba i on chce XM,
            co totalnie już mi nie pasowało. I teraz cały czas wertuje ogłoszenia w
            poszukiwaniu XM. :/
    • fruttini Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 12:18
      wrogiem?????? absolutnie nie.
      Moim zdaniem zachował się jak dziecko i to w dodatku rozkapryszone. Z tego co
      piszesz wynika, że nie jest osobą zbyt dojrzałą...
      Jeśli chcesz zawsze pierwsza wyciągać rękę i martwić się czy następnym razem
      jak się pokłócicie to nie zabierze swoich zabawek z Waszej piaskownicy, to idź
      do niego i powiedz, że zachowałaś się głupio...
      • cleer13 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 14:00
        Wiesz co - myslę,ze Wy po prostu nie pasujecie do siebie. On jest zdolny do
        mniejszych i większych szaleństw, a Ty jesteś realistka i racjonalistką. Każde
        z Was ma swoje racje - ja akurat rozumiem jego - nie raz robiłam jakąs mało
        rozsądną rzecz - aby spełnić swoje marzenia, sprawic sobie radość. Nie mialo to
        nic wspolnego ze zdrowym rozsądkiem, spłacałam potem rózne koszty - te
        finansowe i inne, ale nigdy nie żałowałam i mysle ze troche szaleństwa jest nam
        w życiu potrzebne. On chce miec samochód taki jaki sobie wymarzył, a nie
        jakiekolwiek 4kółka i nie chce byc wdzięczny Twojej rodzinie. Jęsli nie wiesz o
        czym on mowi wyobraż sobie, ze ktoś zamiast Twoich ulubionych markowych perfum
        każe Ci używac jakiegoś badziewia. Rozumiesz różnicę?
        A TY masz oczywiście rację - tak naprawde to pieniadze od rodziny powinniscie
        odłozyć na mieszkanie, bo samochód wcale nie jest wam potrzebny i to bedzie
        najrozsądniejsze. Ale...
        • hispana Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 14:13
          niech sobie sam wezmie kredyt i kupi samochod.. ty wezmiesz od rodziny,
          bedziecie jezdzic obydwoje, kazde bedzie zadowolone
          • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 14:24
            Było by super, gdyby nie fakt, że nas na to nie stać... Poza tym jakby to miało
            wyglądać? Jak rodzice Judyty w "Nigdy w życiu"? Każdy oddzielnym samochodem,
            oddzielne zakupy, przepołowiona lodówka? :/
        • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 14:37
          Hmmm... Myślę, że to nie do końca tak. My do siebie całkiem pasujemy. On jest
          bardzo odpowiedzialny, spokojny, często mysli logiczniej niż ja i tak jak ja
          jest domatorem. Rzadko wychodzimy gdzies szaleć, nigdy tego nie
          potrzebowalismy. W zasadzie to ja częsciej niż on robie jakieś głupie rzeczy.
          często mam słomiany zapał, zapisuję sie na różne zajecia i potem mi sie nie
          chce na nie chodzić, to ja częściej mam ochotę gdzies wyjść. I wtedy to on jest
          tą stroną, która przejawia głos rozsądku. Szczególnie jeszcze, że kończył
          studia ścisłe (fizyka).

          Kłopot w tym, że w zestawieniu z jego marzeniem i pasja samochodową, wyłączają
          mu sie wszytskie praktyczne i logiczne funkcje w mózgu, włacznie z tym, że nie
          panuje nad nerwami. Tak bardzo mu zależy na tym aucie, że totalnie traci rozum
          i nawet nie jest w stanie odpowiednio argumentować.

          Wiesz, problem polega nie na tym, że on chce samochód, tylko na tym, że w
          konfrontacji z moim przeciwnym zdaniem on traci panowanie nad soba. Jakże
          inaczej wyglądała by nasza rozmowa gdyby potoczyła sie tak"

          Ja - Co byś powiedział na to byśmy wzieli samochód od naszej rodziny,
          zaoszczędzili pieniądze, których nie zmarnowalibyśmy na spłate rat i potem
          kupili lepsze auto?
          On - Ale mi tak bardzo zależy na tym XM i teraz mógłbym spełnić swoje marzenia
          Ja - Ale tak i tak wygladałabyw tym przypadku nasz sytuacja finansowa za jakiś
          czas. Nie mielibyśmy żadnych pieniędzy i samochód już byłby stary.
          On - Postarajmy ise tak to zrobić żeby kupić jak najlepszy samochód, tak żeby
          potem nie było z nim takich kłopotów.
          Ja - no dobrze, możemy tak zrobić, ale spróbujmy teraz nieco zaoszczędzic by
          potem móc kupić lepszy. Możemy spieniężyc auto od rodziny i wsadzic na lokatę a
          o samochodzie pomyślimy za rok i kupimy taki jak ci sie podoba, pod warunkiem,
          że ja też będę mogła jeździć.

          No i to by była rozmowa dwojga dorosłych ludzi. Jakis kompromis... A nie
          wrzaski, obrażanie drugiej osoby i tupanie nogami. Ja nie mam serca z kamienia,
          jeśli bysmy razem pomyśleli o jakimś dobrym rozwiazaniu sytuacji i gdyby on był
          gotowy na jakis kompromis to tej całej głupiej sytuacji by nie było. :/

          A teraz jest cisza na morzu i wzajemne międlenie do siebie pretensji...
          • moniarb Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:11
            No teraz to Ty gadasz jak marzycielka. On sie wkurza, bo wie że Ty masz rację.
            Ale racja to jedno, a to że chce miec samochód to drugie. Skoro sam jest na
            codzień rozsądny, to czuje ze to jest szaleństwo i nie ma argumentów zeby Cie
            przekonywac, wiec ucieka w złośc. I skoro na codzień jest taki oszczędny, to ja
            bym w tym względzie odpuściła. Przecież kocha sie po to żeby ta druga osoba
            była szczęśliwa - i jeśli tylko kupno tego samochodu nie zrujnuje was
            doszczędnie - to jakbym powiedziala kupuj i bądź szczęsliwy,a ja przy tobie.
            Bedzie Ci wdzięczny do grobowej deski - właśnie za to ze nie wymagalaś
            logicznego uzasadnienia, którego nie ma.
        • gixera Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:11
          Sory, ale dla mnie Citroen XM jest jeszcze wieksza pierdziawa niz Felicja, wiec
          nie porownuj tego do uzywania badziewia i markowych perfum, bo to dla mnie jest
          zawzinanie sie na badziewie, jakim niewatpliwie jest Citroen XM, ktory
          kilkanascie lat temu byl zamochodem bardzo wysokiej klasy. Ale jak dla mnie to
          tylko namiastka tej klasy, ktora mial kiedys. To tak jakby kupic sobie 20-letnie
          pierdzace BMW, tylko dlatego, ze jest to BMW, a BMW i BMW to tez roznica.
          • moniarb Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:20
            Boże, przeciez to nie ma znaczenia jaką markę samochodu on chce kupic, tu znowu
            porównanie do perfum - moze Twoje ulubione dla kogoś innego są zupełnie bez
            sensu - i nie warto wydawac na nie pieniędzy. To nie o to chodzi. Facet ma
            marzenie, a jego kobieta udowadnia mu,ze to glupie i nierozsądne. Marzenia
            zwykle sa glupie i nierozsądne, a kochająca osoba go rozumie, jest jedyna
            osobą na świecie, ktora pomoze mu je spelniac i nie każe sie z tego
            tłumaczyc.
            • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:35
              Tyle, że ja nie mówię, że on nie ma sobie wcale tego auta kupować... Chodzi o
              to, że właśnie ja bym bardzo chciała by on spełnił swoje marzenie, ale jeśli je
              przesunie w czasie troche to może jego kupno nie urządzi na nas na cacy na
              kilka lat.

              ja bardzo marzę o rodzinie, dzieciach. Taka generalnie rodzinna jestem. No i
              wizja tego, że my dopiero za 3 lata z długów wyjdziemy po tym jego "marzeniu"
              napawa mnie strachem. Bo ja mam 25 lat i nie chce rodzic dziecka koło 30-tki,
              szczegóolnie, że oboje myślimy o 2 lub 3-ce. Teraz on mówi, ż enie mamy
              pieniedzy na dziecko, ale na samochód juz mamy. Wiem, że to tylko głupia
              wymówka, bo on jeszcze nie dojrzał, ale to też mnie troche dotyka
              taka "podwójna moralność".

              Ja też mam swoje marzenia, chciałabym mieć swojego konia. Mogę w kazdej chwili
              wziąć na niego kredyt, przecież to żaden problem. Ale potem trzeba za konia
              płacic żeby miał gdzie w stajni stać, trzeba za weterynarza płacić i sie
              zwierzakiem opiekować, włącznie z kupieniem odpowiedniego osprzętu itp. Nawet
              jeśli stać mnie na konie to nie stać mnie na jego utrzymanie. Ale wiem, że
              kiedyś będę go mieć i koniec. Nie robię z tego jednak dramatu.

              Gdyby Nie-Mąż zaczekał rok czy dwa, skończył studia, dostał więcej kasy w
              robocie (i może mi też by strzeliła podwyżka) to kupilibyśmy auto o wiele
              lepsze, nowsze, może nawet z salonu. i o to mi chodzi,. marzenia trzeba
              spełniać, od tego są. Ale nie można sobie strzelić samobója na poczatku
              dorosłego życia.
    • oxygen100 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 14:33
      Duzy blad!! Samochod dla faceta jest przedluzeniem penisa. To cos co ma owszem
      ejchac z punktu A do B ale najchetniej przez punkt G:)) A Ty go tej mozliwosci
      pozbawilas (czytaj wykastrowalas biedaka):)) Skoda Felicia??? Wcale sie nei
      dziwie ze sie wkurzyl:))
      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 14:37
        Jego penisa nie trzeba przedłużać, zapewniam ;) Tak w zasadzie to tylko z
        powodu jego penisa jestesmy jeszcze razem. hihi ;)
        • oxygen100 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 14:53
          nie watpie:)) ale samochod dla faceta to jak Chanel dla kobiety:)) Bylabym b.
          nieszczesliwa gdyby moj maz np wpadl na genialny pomysl zebym ubierala sie na
          bazarze czy jakims obskurnym lumpeksie z oszzcednosci np czy innego banalnego
          powodu. Niestety kazdy ma swoj mroczny obiekt pozadania dla kobiety moga to byc
          buty od Blahnika a dla faceta carrera. Do idealow nalezy dazyc i nie odbierac
          sobie prawa do marzen:) Rozumiem Cie dobrze bo slubny moj mimo ze ma czym
          jezdzc onanizuje sie dobrymi samochodami i rozwaza czy lepsza dla niego bylaby
          sportowa bryka typu roadster czy np. mercedes clk czy moze cls nie pamietam
          dokladnie:)) No to laze za nim po tych salonach bo sama nie wiem kiedy sie w to
          dalam wkrecic. Wspolne kupowanie samochodu to tez jest jakas forma jaja w
          zyciu. Po coz sobei odbierac te przyjemnosc?:))
          • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:09
            A potem czeka nas śmierć za kierownicą, bo z głodu zemdlejemy przy zawrotnej
            prędkości 200 km/h. :] No ale cóż to za fantastyczna śmierć? :D

            Bardzo spodobało mi się "onanizowanie samochodem". W zasadzie właśnie tak to
            wygląda. On nawet pornoli tyle nie ogląda co aut. ;)

            A ja sie boję, bo jak juz pokochałam samochody i jazdę to on mi to obrzydza i
            zaczynam patrzeć z nienawiścią na każdą blaszaną puszkę na czterech kołach.
            Nawet Top Geara już mi się nie chce ogladać. :/
            Wczoraj usunęłam sie w cień, gdy zobaczyłam, że ogląda F1, mimo że w planie
            nmiałam "Taniec z Gwiazdami". Że sie do niego nie odzywam, to stwierdziłam, ze
            wolę jednak iść do drugiego pokoju niż z nim dyskutować, kto teraz rządzi
            telewizorem. No i czy ja mogę być jego wrogiem? No mogę? ;)
    • tapatik Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 14:38
      Szczurza_mamo, pomyśl chwilkę. Związek składa się z kompromisów. Każdy. Nie ma
      dwóch identycznych osób, jesteśmy różni i dlatego w związkach dochodzi do
      sporów. Problem w tym, jak te spory sa rozwiązywane. W Waszym związku te spory
      są rozwiązywane przez Ciebie. Ty pierwsza wyciągasz rękę na zgodę.
      Związek składa się jednak z dwóch osób. Dlaczego tylko Ty masz być tą, która
      przeprasza i przerywa ciche dni?

      W przypadku samochodu masz rację - będzie on nie dobrem użytkowym, tylko ozdobą.
      Sama piszesz, że samochód właściwie nie jest Wam potrzebny. Czyli posłuży tylko
      i wyłącznie do pokazania sie przed sąsiadami czy też rodziną. Natomiast w
      przyszłości może Wam zabraknąć kasy na rzeczy, które są potrzebne (na przykład
      na studia). Po co więc ten samochód kupować?
      • szczurza_mama Re: Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 14:51
        No właśnie. Moim zdaniem on chce się popisać przed kumplami. W zasadzie każdy z
        nich ma samochód, chociaz sa to samochody raczej "normalne", tzn Opel Astra czy
        cos w tym stylu. Żadne tam wypasione fury. Zreszta jeden z jego kolegów sam
        powiedział, że pewnie on szuka takiego samochodu by zaimponować innym "samcom".
        Wiadomo, męska rzecz... ;)

        Teraz nie odzywam sie do niego, bo nie chce już wyciagać ręki na zgodę. Wiem,
        że to on źle zrobił, nie ja i to on powinien zrobić pierwszy krok. Jest mi
        bardzo cieżko, bo wcale nie jestem na niego obrażona, czy zła. gdyby tak było,
        to było by mi łatwiej. A nie odzywam sie przez rozsądek. Wiem, ż ejeśli i tym
        razem, gdy jego wina jest ewidentna, wyciagnę rękę to on nauczy sie, ż emu
        zawsze wszystko płazem ujdzie.

        Zreszta to ja jestem taki domorosły psycholog i empata. Wczouwam sie w
        sytuację, analizuję, rozmyślam i dzielę winę na pół. Do swojej połowy sie
        przyznaję i przepraszam. Mówię mu co moim zdaniem on zrobił źle, a on nie
        zaprzecza, ale też nie przeprasza. I niby wszystko jest ok, ale po pewnym
        czasie dochodzi do mnie, że on de facto nie przyznał sie do winy i nie czuł
        skruchy. To troche tak jak na wizycie u psychologa. On powie co i jak dlaczego
        się stało, a ty możesz to przyjąć do wiadomości i juz się czujesz
        usprawiedliwiony.

        Dlatego teraz nie ugnęsię i nie przyjdę pierwsza podac ręki. Jak na mnie to
        troche szczeniackie i niedojrzałe zachowanie, ale to tez pewnego rodzaju
        sprawdzian. Ciekawa jestem jak on długo wytrzyma i czy przyjdzie do mnie po
        zgodę czy po to by mi zrobić awanturę, że zachowuje sie jak dziecko?
        • tapatik Właśnie..... 24.10.06, 07:36
          > Dlatego teraz nie ugnęsię i nie przyjdę pierwsza podac ręki. Jak na mnie to
          > troche szczeniackie i niedojrzałe zachowanie, ale to tez pewnego rodzaju
          > sprawdzian. Ciekawa jestem jak on długo wytrzyma i czy przyjdzie do mnie po
          > zgodę czy po to by mi zrobić awanturę, że zachowuje sie jak dziecko?

          I tutaj się z Tobą zgodzę. Miejmy nadzieję, że wybierze kopertę nr 1.
      • szczurza_mama Re: Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 15:02
        A jeśli chodzi o użytkowość auta... Jak juz wyzej wspomniałam mój Nie-Mąż ma do
        pracy przez ulice. Nawet całego papierosa nie wypali. Ja mam bardzo dobry
        dojazd do pracy (30 minut tramwajem bezopśrednio spod domu pod samą pracę).
        Mieszkamy obok dużego sklepu, wiec nie musimy jeździć na gigantyczne zakupy do
        Geantów i innych choler. Moja rodzina mieszka od nas 15 minut tramwajem, a jego
        1 przystanek autobusem. Wszyscy nasi znajomi mieszkaja w tej samej dzielnicy i
        spotykamy sie w knajpie, która też jest blisko. Do szkoły Nie-Mąż ma 15 minut
        piechotą. I naprawdę, ale to naprawdę nie jestem w stanie wymysleć po co mu
        bryka z silnikiem 2.5, pomijając oczywiście wspominane przez ciebie walory
        estetyczne i zwykłe popisywanie się.
        • hispana nie ma prawa 23.10.06, 15:13
          bez wzgledu na powod roznicy zdan, moim zdaniem, nie ma prawa odnosic sie do
          Ciebie podniesionym glosem... mamy tu do czynienia z podwojnym problemem. Co
          cie bardziej boli:
          a) ten samochod, czy
          b) to ze poczulas sie zraniona
        • to.ja.kas Re: Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 15:13
          Szczurza mamo kompromis w twoim wykonaniu wyglada tak, ze on ma posłuchac
          Ciebie :))))
          Do tej pory Ty zapisywałas sie na jakies kursy i zajecia ktorych nie konczyłas
          (pewnie to tez byl koszt) i on Cie wspieral, a Ty..... ???? A dla Ciebie
          kompromis istnieje tylko wtedy jak on zgodzi sie z Tobą :-)))))
          Może przejaskrawiam, ale tak sie Ciebie czyta.....ja tez czasem szaleje, potem
          kombinuje jak t szalenstwo opłacic i NIGDY nie załowałam :-))))
          • szczurza_mama Re: Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 15:22
            No tak, ale ja płaciłam za swoje kursy jak mieszkałam sama, bo mieszkamy ze
            sobą od dwóch miesiecy. Ja pracowałam a on studiował, i płaciłam z własnych
            pieniedzy. No i kursy kosztowały co najwyżej 100 zł miesiecznie a nie 10
            000. :/ Jest taka lekka różnica... Szczególnie, ż enie o kupno auta tak do
            końca chodzi, tylko o sposób w jaki on ze mna o tym samochodzie rozmawia, w
            jaki sposób zmienia nasze wspólne ustalenia by tylko dopiąć swego. Przecież ja
            miałam spłacic w 50% to auto, więc tak samo jak on miałam prawo decydować jakim
            autem chcę jeździć.

            Kompromis w moim wydaniu to nie jest to czego ja chcę. Komprmois to sytuacja, w
            której on ze mną rozmawia a nie stawia mnie na miejscu swojego wroga i osoby,
            która chce mu zaszkodzić. Napisałam już wczesniej, że od biedy zgodziłabym się
            na jakieś auto, które jemu pasuje albo pod pewnymi warunkami.

            Zresztą... nie jestem głupia, wiem że jesli on kupił by za nasze wspólne
            pieniądze swój wymarozny od dziecka samochód to emocjonalnie to byłby JEGO
            samochód. Ja bym miała pietra, że w coś walnę, lakier odpadnie, albo stłuczka
            bedzie. Nie chciałabym go pytać czy mogę wziać auto, a pewnie tak by było, że
            on by nim chciał jeździc non stop, bo to jego dziecko by było.


            Odpowiadając jeszcze na posta Hispany:

            Boli mnie to jaki sposób on mnie potraktował, a nie to że chce kupic samochód.
            Auto to rzecz drugorzedna. W naszym życiu będziemy musieli podjąć wiele
            decyzji, ważnych decyzji. Nie zawsze będziemy sie ze sobą zgadzać. W takich
            wypadkach liczę na to, że będziemy sie nadal darzyć szacunkiem i ze sobą
            rozmawiać a nie traktować jak wrogów nr 1.

            I wkurza mnie, że robi ze mnie taką wiedźmę i podłą babę, która go nie rozumie
            i chce odebrać jego marzenia. Byłabym skłonna sie z nim dogadać w temacie, ale
            zabolało mnie jak jasna cholera, że potraktował mnie w ten sposób.
            • to.ja.kas Re: Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 15:24
              Wiec: za auto niech płaci sam, Ty wez auto od rodziny i wloz kase na lokate i
              problem z glowy...kazde ma to co lubi...
              Forma jaka sie posłuzył do zakomunikowania swego zdania to inna kwestia i nie
              pochwalam, ale tez sie nie wypowiadam.....nie widziałam, nie słyszałam, ne
              oceniam, to bardzo subiektywne zawsze :-))))
            • hispana Re: Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 15:27
              Wydaje mi sie, ze wlasnie ten problem trzeba najmocniej zaatakowac - niech raz
              na zawsze zrozumie, ze nie po to jestescie ze soba, zeby nawzajem walczyc,
              tylko po to, zeby budowac jakas nowa wartosc.

              Niech zrozumie ze sytuacja wygrana/przegrana tak naprawde jest przegrana dla
              dwoch osob, bo w zyciu chodzi o sytuacje wygrana/wygrana, inaczej nie ma sensu
              tracic czasu. Powiedz mu to na tyle czytelnie, ze taki samochod to tylko wyboj
              na drodze waszego zycia, jednak nie jestes sobie w stanie wyobrazic takiego
              zycia, jesli nie umie z toba rozmawiac, tzn. nie panuje nad emocjami i
              krzywdzi. Nie musisz byc krzywdzona. Warto jest sobie to uprzytomnic, ze ty
              przeciez nic nie musisz i nie jestes do niczego zobowiazana - ale to
              ostatecznosc, mam nadzieje ze dogadacie sie w tej kwestii.
              • szczurza_mama Re: Ano jesteś, tylko..... 23.10.06, 15:37
                Ja również mam taką nadzieję, w końcu kocham tego drania już tyle lat, a to
                chyba o czymś świadczy. Jak mogłabym byc jego wrogiem skoro jeszcze od niego
                nie zwiałam... patafiana jednego ;)
    • cioccolato_bianco Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:41
      facet zachowuje sie jak male dziecko. 12 letni samochod, to mozna sobie kupic w
      ramach kaprysu, jak sie ma inne sprawne auto do jezdzenia i nadmiar kasy.
      • moniarb Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 15:53
        Szczurza mama napisala:
        I wkurza mnie, że robi ze mnie taką wiedźmę i podłą babę, która go nie rozumie
        i chce odebrać jego marzenia. Byłabym skłonna sie z nim dogadać w temacie, ale
        zabolało mnie jak jasna cholera, że potraktował mnie w ten sposób.

        Jestes pewna, ze on z Ciebie robi?
        Ja tam mam inną metodę - mozna sie na tym przejechac, ale mnie sie jak na razie
        udaje. W wyniku tej metody, ja bym ustąpiła i cieszyla sie z nim,a jestem
        pewna,ze przy pierwszej nadażającej sie chwili on by mi kupil tego mojego
        wymarzonego konia. I powiem Ci, ze bardziej mnie by to wtedy cieszylo, niz
        gdybym sama go sobie kupiła.


        • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 16:17
          Jestem pewna, że on ze mnie robi wiedźme a nie ja sama z siebie robię. Bo za
          mną da się zawsze dogadać, wystarczy tylko ze mna rozmawiać a nie na mnie
          wrzeszczeć. Napisałam już kilka razy, że na samochód sie zgadzam, ale może
          niekoniecznie teraz. Nie za 20 lat, ale np. za rok, kiedy nasza sytuacja sie
          porpawi.

          Proszę bardzo oto kalkulacja miesieczna:
          razem mamy ok. 4 000 zł na nas dwoje
          1200 zł kosztuje nas mieszkanie
          300 zł miesiecznie spłacamy kredyt 10 000zł
          do tego dohchodza rachunki za komorki ok 150 zl
          jedzenie i rozne domowe rzeczy typu proszek do prania 500 zl
          Trzeba tez kupic sobie czasami cos ekstra jak np buty na zime itd
          Wypadałoby też oszczedzic jakieś pieniadze
          Za rok on bedzie musiał zapłacić 5000 zł na swoja szkołe.

          I teraz dodaj do tego kolejna rate za kredyt na samochod, dodaj koszta benzyny
          i napraw (bo samochod swoje lata bedzie mial). Czy widzisz jak wiele pieniedzy
          nam zostanie? Ja to widze wyraźnie... I nie bede sie w tej sytuacji cieszyć z
          jego szczęscia, będę kombinować jak nie wiem żebyśmy mieli pieniadze. Teraz i
          tak dorabiam sobie po pracy robiąc biżuterie i sprzedając koleżankom.

          A gdy on skończy szkołę, którą spokojnie opłaci, dostanie podwyżkę i moze ja
          też, pozbedziemy się długów, to wtedy będę wręcz skakać z radosci jak kupi
          swoje wymarzone auto. On ma 25 lat i życie sie tutaj nie kończy, będzie miał
          jeszcze wiele możliwości by swoje marzenie spełnić.

          Nie uważam sie za wiedźmę absolutnie...
    • bogo2 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 23.10.06, 17:43
      alez powiedz mu, ze jak najbardziej chcesz , aby on realizowal swoje marzenia,
      i nie bedziesz sie zupelnie sprzeciwiala temu,jak on wezmie kredyt, na siebie,
      na auto jego marzen... i nawet pozwolisz mu splacac ten kredyt z jego pensji...
      i zeby sie nie marwil skoda...niech to bedzie na twoje glowie..;)

      szczurza_mama napisała:

      > I takie fundamentalne pytanie... Co do licha mam zrobić?
      >
      >
    • swawolny.diabel No masz racje że nie chcesz sie zgodzic 23.10.06, 18:28
      na jakieś 2.5 - to nie najlepszy pomysł bo to będzie 6 cylindrów, może nawet
      jeszcze w ykładzie R a nie V. Zaproponuj żeby kupić jakieś V8 brzmeinie silnika
      bedzie zdecydowanie lepsze.
      • cleer13 Re: No masz racje że nie chcesz sie zgodzic 24.10.06, 08:20
        Ty jesteś tak pewna swoich racji, że naprawde nie wiem czego oczekujesz od
        nas - chyba tylko potwierdzenia i pochwalenia Cie jak jestes mądra i rozsądna.
        Ja o uczuciach, Ty robisz bilans . Jakbys sie postarala to spoko by sie tam
        zmieściła mala ratka za samochód, a pieniadze ze skody? Ale nie o to chodzi -
        Ty wiesz jak powinniscie planować wydatki - i wcale mu sie nie dziwię,ze on nie
        chce z Tobą dyskutowac i rozmawiac o tym - bo Ty i tak wiesz swoje najlepiej.
        • szczurza_mama Re: No masz racje że nie chcesz sie zgodzic 24.10.06, 09:25
          Mylisz się... nie wiem najlepiej. I piszę nie dlatego, że chcę by mnie chwalono
          tylko dlatego, że nie wiem co zrobić w obecnej sytuacji w jakiej znalazł sie
          nasz zwiazek przez głupiego blaszaka.

          Kolejny dzień minął a on nic. Nie pierwsza to sytuacja, w której on nie jest w
          stanie wyciagnąć ręki. Prawdę powiedziawszy nie przypominam sobie sytuacji, w
          której on przyszedł do mnie po kłótni i powiedział, że nie chce się ze mna
          kłócić. To zawsze ja przychodzę. Moje argumenty są silne ale nie przejednane.
          Nie wiem czy czytałaś wszytsko co napisałam, bo to jest dosyc trudne, gdyż
          pisałam sporo, ale napisałam, że byłabym sie nawet w stanie zgodzić na to auto,
          gdyby on mnie o to poprosił. POPROSIŁ! A nie wrzeszczał, tupał, piszczał i
          obrażał.

          Nasza rozmowa wcale nie była długa i ciężka. Zgasił mnie swoim wrzaskiem jak
          tylko wspomniałam o tym by może jednak przyjąć prezent od mojej rodziny. Nie
          miałam szansy powiedzieć potem czegokolwiek, bo posypała sie fala pretensji z
          jego strony. Można powiedzieć, że żadnej rozmowy między nami nie było. A skoro
          nie było nawet rozmowy to jak mógł być jakikolwiek kompromis?

          Skoro on mnie z góry traktuje jak jędzę, która mu chce zabrać zabawkę to ja mam
          mu jeszcze przytaknąć, pocałować w czółko i życzyć wszystkiego dobrego? Owszem,
          życzyłabym mu, gdyby wykazał chociaż chęć porozumienia. A on z góry założył, że
          ja mu źle życzę. Jest mi z tego powodu cholernie przykro.

          A jeśli mowa o marzeniach. Ja też mam marzenie, które dzieki jego marzeniu może
          sie spełnić za kilka ładnych lat. Napisałam na samym początku, że jesteśmy już
          razem 5 lat. Przez ten czas ja mieszkalam sama, a on studiował i mieszkał z
          rodzicami. Ja dość miałam już życia w pojedynkę, bardzo chciałam z nim
          zamieszkać. Musiałam na to czekać bardzo długo. Rozmawialiśmy o kupnie
          mieszkania, o dzieciach. Ja bardzo bym chciała mieć rodzinę. On zreszta też
          opdobno od liceum gadał o tym, jak bardzo by chciał mieć swoją rodzinkę i
          gromadkę dzieci. W zasadzie planowaliśmy sobie jak to będzie i marzyliśmy. Ja
          marzyłam nieco bardziej niż on. I teraz on chce sobie kupić auto, ale jak ja
          mówię o dzieciach to on mówi, że nie ma pieniędzy.

          Mam mówić o uczuciach, o marzeniach? Dobrze... Boję sie, cholernie się boję, że
          on pogrzebie nas tym samochodem, że przez kolejnych kilka lat nie będzie mowy o
          założeniu rodziny, bo naprawdę nie będzie nas na to stać. To są moje marzenia i
          pragnienia. Bardzo chciałabym miec dziecko, ale chciałabym by on chciał je mieć
          tak samo jak ja. Pochodzę z rozbitej rodziny, mam dużą potrzebę miłości. Nie
          lubię kłótni, bo mnie wykańczaja, wolę rozmawiać i rozwiązywać problemy.

          Moje marzenia tez są ważne, a poza tym ja nie młodnieję. Mam ponad 25 lat.

          No i własnie w tej sekundzie kolega mi napisał, że mój Nie-Mąż chce sie z nim
          spotkać omówić kwestie mieszkaniowe. Dostalismy propozycję by wspólnie ze
          znajomymi zbudować bliźniaka. Na to trzeba dużo kasy i oczywiscie trzeba wziąć
          kredyt. Ja nie wiem co on znowu wymyślił. Chce sobie brać ten samochód na
          kolejny kredyt i jeszcze rozmawiać o budowie domu? Za co????

          Ręcę mi opadają już. :(
          • no1teresa Re: No masz racje że nie chcesz sie zgodzic 24.10.06, 10:06
            wiesz co, ja doskonale wiem o co Ci chodzi, tylko szkopul w tym, ze potrzebujesz
            dojrzalego madrego partnera, a masz dzieciaka
            ja slabo widze przyszlosc takich par, Ty sie po prostu bedziesz stale frustrowac
            w oczekiwaniu na jego dorosniecie, Ty ojrzalas do MY, on wciaz jest na etapie JA
        • szczurza_mama Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 10:01
          I jeszcze troszke o moich uczuciach. Tylko o uczuciach... bo tak naprawde nie o
          samochód chodzi.

          Czuję sie naprawdę mocno zraniona, bo od jakiegoś czasu czuję, że sie nie
          liczę. Na poczatku współnie ustaliliśmy, że kupimy samochód, bo wiedziałam jak
          bardzo mu na tym zależy, a ja też kocham jeździć samochodem. Stwierdziłam, ż
          ejakoś to będzie, kupimy coś co nam obojgu będzie pasowało. Szukaliśmy,
          oglądaliśmy i nic. Potem ja byłam już bardzo tym zmęczona i powiedziałam
          mu "zajmij sie proszę tym autem, wierzę, że wybierzesz cos co i mnie się będzie
          podobać". I tu zaczęła sie klęska. On stwierdził, że dałam mu wolną rękę i
          zaczął szukać wszytskiego co mu sie podobało. Gdy ja cos zaaprobowałam (a było
          kilka takich samochodów) to on zaraz wynajdywał coś innego. W pewnym momencie
          zupełnie nie pytał mnie o zdanie, a gdy doszło do scysji powiedział "koledzy
          już dawno mi mówili, że przywyborze auta nie można oglądać się na babę". Wryło
          mnie i poczułam sie jakby mi ktoś przywalił z baseballa. Wtedy on już zaczął
          patrzeć na XM, czyli cos co mi sie kompletnie nie podobało. Zaczynaliśmy szukać
          aut od silnika 1,8 a on rozpędził sie tak, że szukał nawet 3.0. Co wtedy
          czułam? Było mi cholernie przykro, że on mnie nie słucha, że moje zdanie sie
          nie liczy. Każde moje zaczęcie rozmowy kończyło sie awanturą. Jak Gollum przy
          swoim pierścieniu, on atakował wszystkich, którzy chcieli mu go zabrać. Nie
          mogłam nic zrobić, bo kończyło sie to awanturą i wypominaniem, że przecież
          dałam mu wolną rękę. Nie pamiętał, że powiedziałam też, że "wierzę, że on
          znajdzie cos co mi również będzie pasowało". Po prostu zaufałam mu, a on to
          zaufanie zawiódł.

          Ostatnio nie dał mi dojść do głosu nawet. Jedyne co zdołałam powiedzieć to "a
          może byśmy zastanowili sie nad propozycją mojej rodziny, zaoszzędzilibyśmy
          pieniądze.." i tutaj zaczęła sie jego tyrada, jego wrzaski, wypominanie mi, ż
          esie wycofałam ze wspólnego zakupu, że teraz nie mam nic do gadania i żebym sie
          nie wtrącała. Gdy poprosiłam go by zwracał sie do mnie z większym szacunkiem on
          wrzasnął "Nieee!!!" i dalej na mnie wrzeszczał. Nie chodzi o argumenty, których
          mogłam użyć, nawet ich nie wysłuchał. Nie chciał w ogóle wiedzieć co mam do
          powiedzenia. Założył z góry, ż edziałam na jego niekorzyść, że chcę mu
          zaszkodzić.

          I własnie w tym leży problem, nie w samym aucie, nie w pieniądzach. Jeśli
          chcemy byc razem, to nie raz będziemy mieli różne zdania na ważne tematy,.
          Jeśli on zakłada, że moje zdanie jest inne niż jego, bo mu robię na złość, czy
          rzucam kłody pod nogi to tak jakby dał mi w twarz. Przecież go kocham, jak
          mogłabym mu chcieć zaszkodzić? Boli mnie, że on mnie traktuje jak wroga, że
          atakuje i wyrzywa sie na mnie.

          Dlaczego nie mógł założyć, że ja po prostu martwię sie o naszą przyszłość? Że
          boję się tych wydatków, że może powienien własnie na spokojnie mnie przekonać,
          że będzie ok i on nie chce przekreślić naszych wspólnych planów na przyszłość.
          Ja czuję sie zagrożona. Mój partner mnie nie słucha i uważa za swojego wroga.

          Na dodatek od tygodnia nie robi nic żeby sytuacje wyjaśnić. Niby odzywa sie do
          mnie, mówi gdzie idzie i kiedy wróci, nie odnosi sie do mnie nieprzyjaźnie.
          Omija mnie raczej, bo widzi, że ja sie wycofałam. Tyle, że to zawsze ja
          wyciagam rękę i chcę zgody. Gdyby to ode mnie zależało, już onastępnego dnia
          sprawa by ybła wyjaśniona. A on woli tak sie wozić niż przyjść porozmawiać.

          A na dodatek w tej sytuacji umawia się z naszym znajomym by rozmawiać o budowie
          domu.

          Czy to było wystarczające o moich uczuciach na ten temat?
          • cleer13 Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 11:06

            No tak - ja przeczytalam wszystko - i jakos tak mi zapadly w pamięc Twoje
            zdania :
            - chcialam żeby mnie poprosił o zgode,
            - wyrzucil stek pretensji - oczywiscie nieslusznych i dlatego nie piszesz o
            co on ma pretensje do Ciebie - a moze tez ma trochę racji,
            - umawia sie ze znajomym, zeby gadac o budowie domu - czyz to nie realizacja
            Twojego marzenia? Ale też masz mu to za złe.
            Jeszcze raz : oczywiście to bardzo subiektywne, ale macie zupelnie inne
            podejscie do zycia i bedzie wam bardzo trudno - dobrze ze zdecydowaliscie sie
            zamieszkac przed slubem, bo wychodza te róznice i lepiej teraz niz poźniej.
            A moim zdanie wiek 25 lat to naprawde jest jeszcze troche czasu i nie trzeba az
            tak spieszyc sie z dzieckiem.
            • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 11:23
              Myślę, że nadinterpretujesz moje słowa. Nie chcę by mnie pytał o zgodę tylko
              chciałabym by mnie poprosił. Niby to samo, ale jednak nie do końca. Ja jak mam
              podjąć jakąś decyzje a on się nie zgadza to go proszę, a nie drę sie na niego
              bez opamiętania. Inaczej by było jakby powiedział "bardzo mi na tym zależy,
              pragnę, chcę, marzę", a nie sie na mnie darł tylko dlatego, że mam wątpliwości,
              które, jak zreszta sama wcześniej zauważyłaś, są słuszne.

              Nie mam nic przeciwko temu by kupował sobie auto, ale w takim razie dlaczego
              zdecydował sie zamieszkać ze mną? Bo to mnie zastanawia... Skoro ma tyle
              niezrealizowanych marzeń, to czemu zdecydował się mieszkać ze mną, płacić za
              wynajem, za rachunki? Czy nie mógł pomieszkać w domu z rodzicami i wtedy kupic
              auto? Skoro wyprowadził sie z domu, to znaczy, że zaczął myśleć poważniej o
              wspólnym życiu, a tymczasem on zachowuje sie jak dziecko w sklepie z zabawkami.

              Stek pretensji był o to, że wycofałam się ze wspólnego zakupu i że jestem
              zdrajczynią i mam się nie wtrącać w to co on robi. Wiele więcej tego nie było.
              A wycofałam się, bo stwierdziłam, że nie chcę płacić pieniędzy na jego auto.
              Generalnie miało byc tak, ż eon bierze kredyt a ja mu wpłacam na konto moją
              część raty. I wycofałam się, bo stwierdziłam, że to nie fair. On nie liczy się
              z moim zdaniem, kupuje co chce, przywala mi z tekstu, że "baby nie można
              słuchać przy kupnie auta". Nie poprosił mnie o rękę, więc po tych 5 latach
              nadal nie jest pewien. No i gdybym płaciła na to auto to bym była kompletnym
              łosiem. Nie miałabym nawet dokumentu, który by stwierdzał, że auto jest choć
              troche moje, on by miał wymarzoną brykę, której ja nie chciałam. To było by nie
              fair. A z drugiej strony miałam szanse dostać auto za darmo. On stwierdził, ż
              ejetsem zdrajczynia i tyle i teraz to on ma mnie w dupie i mam sie nie wtrącać,
              a on zrobi to co chce. oczywiście nie byłam w staie podać mu powodów, dla
              których podjełam taką decyzję, bo wrzeszczał w niebogłosy.

              A wypominał mi własnie to, że się wycofałam, nadal nie znając powodów mojej
              decyzji. Nawet nie chciał ich znać.

              Co do budowy domu... nie bądźmy śmieszni. Owszem, chciałabym mieć swój dom, ale
              to juz zakrawa na kpinę. Facet ma 10 000 długu, chce kupić samochód, ledwo
              będzie wiązał koniec z końcem i będzie jeszcze chciał dom budować? Jaki bank mu
              da taką pożyczkę przy tylu kredytach? A poza tym, jak on może umawiać nas na
              rozmowę o budowie domu, jak nawet nie widzę u niego chęci rozmowy na tematy
              bieżące. Nie rozwiazaliśmy naszych problemów, z dnia na dzień jest mi coraz
              cieżej, bo widzę, że on mógłby tak żyć obok mnie chyba całą wieczność, a
              jednocześnie chce rozmawiać o wspólnym domu.

              To tak jakbym dostała śmierdziela z bazaru zamiast Channel, skoro lubisz takie
              porównania. To nie są żadne konkrety. Będzie gadał z kumplem o pierdołach, a i
              tak nic z tego nie wyjdzie, bo nie ma takiej możliwosci.

              Mam 25 lat i pragnę mieć dziecko, nie liczy sie dla mnie to czy ktos uważa ten
              wiek za dobry lub zły. Dla mnie po prostu jest odpowiedni i czuje taką
              potrzebę. To wszystko. Jedyne co sie dla mnie liczy to to, czy mój mężczyzna
              też tego chce. A ponoć chciał, tyle, że teraz nie wiem czego on chce tak
              naprawdę. Chyba nmajlepiej jakby miał wszystko od razu.

              Kiedys mówił mi, że kredyt to ostatnia rzecz na jaką by sie zgodził. Nie mogłam
              go w ogóle namówić na to. A teraz jak wziął jeden to nagle poczuł wiatr w żagle
              i chulaj dusza, wszytsko można wziąć na kredyt. :/

              Oczywiście my jesteśmy inni, ale mamy wiele wspólnego. Łączy nas też 5 lat
              spedzone razem i przede wszystkim uczucie. Przynajmniej z mojej strony. Nie
              mogę tak po prostu powiedzieć sobie "nie pasujemy do siebie" i dać w długą.

              To nie jest takie proste.
              • cleer13 Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 11:44
                Tylko ja mam jeszcze cierpliwośc ,zeby przeczytac te Twoje powtwornie dlugie
                posty, w ktorych tak naprawde udowadniasz,ze ty jestes dojrzała, rozsądną ,
                opanowaną kobieta, a on wrzeszczącym gó..arzem, ktory nie wiadomo czego chce
                od zycia, opocz tego ze chcial Cie naciągnąc finansowo.- Przekonałas mnie -
                pewnie tak jest, tylko nie wiem po co Ci taki głupek.
                • alfika Re: jak nie zrozumiesz, to trudno 24.10.06, 12:01
                  napisałaś:

                  Mam 25 lat i pragnę mieć dziecko, nie liczy sie dla mnie to czy ktos uważa ten
                  wiek za dobry lub zły. Dla mnie po prostu jest odpowiedni i czuje taką
                  potrzebę. To wszystko. Jedyne co sie dla mnie liczy to to, czy mój mężczyzna
                  też tego chce. A ponoć chciał, tyle, że teraz nie wiem czego on chce tak
                  naprawdę. Chyba nmajlepiej jakby miał wszystko od razu.


                  ok, ja to widzę podobnie z jego strony:

                  Mam 25 lat i pragnę mieć ten a nie inny samochód, nie liczy sie dla mnie to czy
                  ktos uważa ten pomysł za dobry lub zły. Dla mnie po prostu jest odpowiedni i
                  czuje taką potrzebę. To wszystko. Jedyne co sie dla mnie liczy to to, czy moja
                  kobieta też tego chce. A ponoć chciała, tyle, że teraz nie wiem czego ona chce
                  tak naprawdę. Chyba nmajlepiej jakby miała wszystko od razu....

                  .....

                  czeka was długa droga do rozumienia, co drugi człowiek mówi i dlaczego -
                  a stawianie się w jego sytuacji nie powinno być upiornie trudne
                  • szczurza_mama Re: jak nie zrozumiesz, to trudno 24.10.06, 12:11
                    Widocznie nie zrozumiałam, bo akurat jeśli chodzi o dziecko to mu powiedziałam
                    kiedys, że ja bardzo go pragnę, ale nie zajdę w ciażę dopóki on mnie o to nie
                    poprosi i kiedy on sam nie bedzie tego pragnął tak jak ja. Myślę, ze to zybt
                    ważna decyzja by sie licytować.

                    A jeśli chodzi o samochód, to ja wiem i rozumiem jak bardzo jest dla niego
                    ważny i wcale nie mam zamiaru niczego mu zabraniać. jedyne o co mi chodzi to
                    to, że mam wiele wątpliwości i sie boję, a on moje wątpliwości odebrał jako
                    atak na niego. Zamiast mnie wysłuchać uważnie i porozmawiać ze mna zaczął na
                    mnie krzyczeć i obrażać. Nie opwiedziałam, że sie nie zgodzę na auto. Po prostu
                    boję się, że nie damy sobie rady. Myślę o NAS o nie o sobie. Nie chcę żeby
                    wybierał dzieci albo samochód. Boli mnie, ż euznał, że chcę postawić tylko na
                    swoim i on sie dla mnie nie liczy. A jedyne co chciałam to powiedzieć mu o
                    swoich wątpliwościach.
                    • alfika Re: jak nie zrozumiesz, to trudno 24.10.06, 13:24
                      ale jeśli bedziesz tak stawiała sprawy - że Ty mądrzej, a on całkiem głupio, to
                      w końcu wyjdzie na to, że to on ma Ci się w pełni podporządkować - a tego
                      człowiek na dłuższą metę nie zdzierży

                      a szkoda by było

                      kurczę, mam wrażenie, że masz do niego żal o coś innego i tym samochodem chcesz
                      mu dać popalić

                      ale mogę się oczywiście mylić
                      pozdrawiam
                      • szczurza_mama Re: jak nie zrozumiesz, to trudno 24.10.06, 13:49
                        O nie, absolutnie nie mam do niego żalu o nic. Wręcz przeciwnie, wychwalałam go
                        pod nibiosa, bo jest wspaniałym partnerem w domu i robi czasami wiecej niż ja.
                        Normalnie aż mi głupio momentami. Dlatego właśnie znajduje sie w takim szoku,
                        że tak mnie potraktował nie ładnie i tak na mnie wrzeszczał.

                        Napisałam już, że ja nawet nie zdążyłam postawic sprawy, bo mnie nie wysłuchał,
                        a ja jestem gotowa na kompromis. Przecież wcześniej też chciałam samochodu.
                        Tylko, że on pozmieniał wszystko co razem ustaliliśmy i zaczął szukac tego co
                        mu sie podoba. Ja jestem gotowa na kompromis, mogę nawet wyłożyc pieniądze,
                        które dostane od rodziny. Ale chciałabym by traktował mnie na równi, wysłuchał
                        mnie i sam spokojnie powiedział czego chce. A on tylko mnie przekrzykuje, nawet
                        mnie nie wysłucha, a juz uważa, że ja tylko chcę mu marzenia odebrać. A myli
                        się, bo ja włąśnie chciałabym by on marzenia spełnił i jednocześnie bym nie
                        musiała sie bać o naszą przyszłość.

                        Z rata za auto dalibysmy jeszcze jakos radę, ale jeśli on planuje kupić auto o
                        kosmicznej pojemności silnika i do tego jakieś 10-letnie, to po pierwsze co
                        roku bedziemy płacic ogromne OC, po drugie będziemy płacić za benzynę masę
                        pieniedzy, po trzecie w takim starym aucie na pewno będzie sie cos psuło i
                        trzeba będzie naprawiać. Dlatego samochód sam w sobie nie jest złym pomysłem,
                        ale żeby to był samochód, który nas nie zrujnuje. Dlatego chciałam mu
                        zaproponować bysmy wstrzymali sie choc trochę, poczekali na pieniadze od
                        dziadków, zaoszczedzili jeszcze nieco i wtedy kupowali auto, ale już młodsze i
                        może nie aż z takim silnikiem. Przecież możemy kupić 2.0. takie auta maja też
                        niezłego kopa, a przeciez on nie jedzie na wyscigi F1... no chyba, że o czyms
                        nie wiem. ;)
                        • silic Re: jak nie zrozumiesz, to trudno 24.10.06, 14:23
                          Co do pojemności - niech założy firmę, kupi ciężarówkę ( duża pojemność
                          gwarantowana) jeszcze będzie zwrot vatu, koszta, bajka zwyczajnie.
                          • szczurza_mama Re: jak nie zrozumiesz, to trudno 24.10.06, 14:28
                            Ja mu proponowałam jakiś traktor czy coś. Normalnie szał ciał i uprzęży, a
                            jakie wielkie felgi by miał. hehe ;)
                • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 12:04
                  Niczego nie udowadniam, piszę jak wygląda sytuacja. I on nie jest żadnym
                  głupkiem, na codzień to odpowiedzialny i solidny facet. Pomaga w domu, gotuje,
                  robi zakupy i sprząta, jest czuły i kochany. Nie chleje jak smok, nie
                  przesiaduje godzinami w barze z kumplami i jest naprawdę porządnym facetem.
                  Nie mam na co narzekać. Nie wiem co mu odwaliło w związku z tym samochodem, to
                  tyle. Po prostu totalnie mu odbiło i zachowuje sie w stosunku do mnie bardzo
                  nieprzyjemnie i nie wiem jak mam to ogarnąć. Nie wiem co robić...

                  Piszę dużo, owszem, bo męczy mnie to i chciałam poradzic sie co mam zrobić w
                  tej sytuacji, jak z nim rozmawiać. Na razie jestem w impasie. Cokolwiek zrobię
                  i tak będzie źle, a on nie kwapi się do rozmowy. Najwidoczniej w tym punkcie
                  miałaś rację, nie chce ze mna rozmawiać, bo nie chce sie sprzeczać z moimi
                  argumentami. Po prostu zrobi co chce i nie nie ma zamiaru sobie gmatwać w
                  zasadzie dobrej dla niego sytuacji, bo teraz w końcu się nie odzywam i mu nie
                  przeszkadzam.

                  Chciałabym by ze mna rozmawiał jak człowiek, to wszystko. Ja pisałam wcześniej,
                  że pragnę dziecka, ale nie posnunęłabym sie do tego by specjalnie zajść w ciażę
                  nie mając na uwadze tego czy on pragnie tego dziecka czy nie. A możemy tak
                  zrobić prawda? Ja bedę miała dziecko, a on samochód. Ja będę dziecko utrzymywać
                  ze swojej kasy, a on auto ze swojej. Fantastycznie, ale gdzie w tym jest jakieś
                  porozumienie i miłość??
                • tapatik Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 13:39
                  cleer13 napisała:

                  > Tylko ja mam jeszcze cierpliwośc ,zeby przeczytac te Twoje powtwornie dlugie
                  > posty,

                  O przepraszam, jeszcze ja zostałem.

                  > w ktorych tak naprawde udowadniasz,ze ty jestes dojrzała, rozsądną ,
                  > opanowaną kobieta, a on wrzeszczącym gó..arzem, ktory nie wiadomo czego chce
                  > od zycia, opocz tego ze chcial Cie naciągnąc finansowo.

                  Też mi to przyszło do głowy, ale nie chciałem tego pisać, bo człowiek pod
                  wpływem emocji czasem różne głupoty robi mimo, że jest rozsądny.

                  > - Przekonałas mnie -
                  > pewnie tak jest, tylko nie wiem po co Ci taki głupek.

                  Miłość?
              • silic Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 12:13
                Ja też czytam te posty, nie są przydługie :)
                Wracając do tematu: ja jak dotąd jedyny problem upatruję w tym ,że on zachował
                się niezbyt miło. Nie powinien krzyczeć, rzucać obelg ale ty chyba znasz go
                dobrze, wiesz czy to " w jego stylu" czy raczej wynik silnych emocji związanych
                z realizacja ( bądź nie ) jego marzenia ( jakkolwiek by go nie oceniać ). To, że
                mieszka z tobą nie znaczy chyba że ma nie myśleć o swoich pragnieniach ( które
                zresztą w jakiś sposób popierałaś - bo też chciałaś samochodu).
                Ty myślisz o dziecku. Czujesz że to jest odpowiedni wiek. Odpowiedz sobie sama:
                czy jeśli będziecie mieli teraz dziecko, to czy nie odsunie to tego samochodu w
                nieokreśloną przyszłość ? Wydatki zwiazane z dzieckiem będą bardzo absorbujące.

                >A ponoć chciał, tyle, że teraz nie wiem czego on chce tak
                > naprawdę
                To napisałaś o dziecku. Jak poczułabyś się gdyby on powiedział " nie , nie chcę
                " ? To samo on dostał od ciebie w sprawie samochodu. Oczywiście nie stawiam
                znaku równości miedzy dzieckiem i samochodem ( dla mnie samochód to przedmiot
                taki jak łyżka , tylko mniej funkcjonalny ) ale chciałem pokazać podobieństwo w
                sytuacji.

                • silic Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 12:22
                  No i ktoś już widzę napisał to co ja :).
                  Czytając ciebie , zaczynam trochę mięknąć, bardziej przychylam się do twojego
                  zdania. Jeśli jemu wyłożyłaś sprawę tak jak nam, to chyba widzę tylko jedno
                  wyjście: odłożyć dumę na bok ( wiem jakie to trudne ) i jeszcze raz z nim
                  porozmawiać, rzeczowo, od strony ekonomiczej - niech policzy z tobą czy stać was
                  na to. Wspomnij przy wyliceniach o dziecku, dalszym życiu ( jeśli samochód
                  będiecie spłacać np. 1,5 roku to wspomnij, że będziesz chyba wtedy w ciąży, będą
                  takie i takie wydatki ).Jeśli wyjdzie że stać ( nawet przy pewnych
                  oszczędnościach ) to kupcie ten samochód.
                • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 12:23
                  Boże, nareszcie ktoś mnie zrozumiał... Może jednak piszę za duzo i przez to
                  pogmatwałam cała sprawę. Własnie o to chodzi jak on sie zachował w czasie
                  naszej rozmowy-kłótni.

                  Z dzieckiem to kompletnie inna sprawa. Chcę je mieć, ale czekam na niego. Tzn.
                  nie zajdę w ciażę, bo ja tak chcę. Dla mnie największym szcześciem by było,
                  jeśli mój mężczyzna poprosiłby mnie byśmy mieli dziecko i pragnął i czekał na
                  nie tak jak ja. To ważna decyzja dla nas obojga.

                  Owszem, popierałam jego decyzję o kupnie auta. Na poczatku szukaliśmy zupełnie
                  innych aut. On powiedział, że nie zejdziemy poniżej 1998 r. a teraz szuka aut
                  nawet z 1993r. byle by tylko miały duży silnik. To mnie martwi, bo widze
                  piętrzące się wydatki.

                  Chciałabym bardzo by spełnił swoje marzenie. Żyję już 5 lat z jego pasją.
                  czasami cieżko mi było, gdy na ulicy non stop gadał o przejeżdżających autach a
                  w domu ogladał ciurkiem wszystkie programy na TVN Turbo. Ale wiem, że to jego
                  pasja i nie mam zamiaru z nią walczyć. Wręcz przeciwnie. Za jego namową
                  zrobiłam prawo jazdy i pokochałam jazdę autem, zaczęłam sie tez interesować i
                  czasami oglądam z nim różne programy a Top Gear pokochałam straszliwie. :)

                  To co mnie własnie boli to to jak zachował sie w czasie naszej kłótni, nic
                  więcej. Potraktował mnie jak wroa, nie wysłuchał mnie, stwierdził, że mu się to
                  auto należy i koniec kropka. Jak w tej sytuacji miałam sie czuć? Dałoby sie tą
                  sytuację rozwiazać. Nawet teraz, gdy wiem, że będę mieć pieniadze od rodziny,
                  gdy sprzedadzą tamten samochód, zastanawiam sie jak by tu zrobić by jednak
                  kupic jakis lepszy. Bo ja też chciałabym mieć samochód. Tylko, że nie rozumiem
                  po co nam silnik 2,5 albo 3.0 i dlaczego to musi byc grat z 1994r. jakbysmy sie
                  postarali, wstrzymali chociażby pół roku (pieniadze mają być na wiosnę) to
                  moglibyśmy kupić sobie coś o wiele lepszego.

                  Wszytsko to moglibysmy spokojnie omówić, ale on nie chce mnie słuchać.
                  Naskakuje na mnie jak na najgorszego wroga. :(

                  I jest mi z tego powodu cholernie przykro, bo ja chcę żeby nam było lepiej, a
                  nie mu marzenia odbierać. :/
                  • sprzedam Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 15:04
                    Paskudny chłopczyk, tak nakrzyczeć na aniołka:)
                    Zrozumiałem, ze kwestie finansowe już odeszły na bok, a sprawa dotyczy realcji
                    mesko-damskich.

                    Wiem, że trudno spojrzeć na siebie z dystansu, ale może spróbuj. Czy... to ty
                    swoim gwałtownym i może mało delikatnym sprzeciwem nie sprowokowałas jego
                    agresji? Rozumiem, że czujesz się skrzywdzona i twoja duma została szczególnie
                    dotkliwie ugodzona. Pomyśl jednak jak poczuł się ON gdy najbliższa mu osoba, od
                    której oczekiwałby wsparcia, podcina mu skrzydła w tak ważnym dla niego
                    temacie, ba... w tak waznym dla niego momencie życia. W takich okolicznościach
                    wymagasz od niego rozsądku i spokojnego podejścia do tematu, ale sama nie
                    mozesz opanować emocji. Strach pomysleć co będzie jeśli będziecie mieli różne
                    zdania na temat jakiegoś twojego "konika".

                    Kurcze... dla czego akurat XM ???
                    :)))

                    • silic Czemu XM ? Proste 24.10.06, 15:16
                      Z tych samych powodów co pierwszy Mustang, Harley-Davidson z lat 70 itd. Bo
                      wyjątkowy i ma w sobie coś więcej niż sumę blach i gumy. Nie jestem fanem
                      motoryzacji, ale XM zawsze mi się podobał.
                    • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 15:20
                      Od pocztku nie chodziło o kwestie finansowe, tylko o to w jaki sposób on sie
                      zachował wobec mnie. Kwestie finansowe są bardzo ważne,ale po to mamy ze soba
                      rozmawiać żeby coś ustalić. Jeśli chodzi o mojego konika to sie nie bój,
                      planuję go mieć jak juz będę dużą dziewczynką, jak odchowam troche dzieci i nie
                      będzie żadnych przeszkód by zająć sie swoim hobby. Poza tym jak już napisała,
                      gdy ja podejmuję jakąś decyzje to pytam go o zdanie i liczę sie z nim.

                      Powyżej napisałam, powtórzę, bo nie wiem czy czytałeś, że ja jestem nawet
                      skłonna mu sie do tego auta dołożyć z pieniędzy które dostanę od rodziny.
                      Wszytsko jest do dogadania. Grunt w tym by ten samochód to nie był wrak, który
                      pali jak smok i rozwali się po kilku miesiacach. Samo kupno auta to nie dramat.
                      Dramatem jest kupowanie paliwa, OC i ewentualne naprawy.

                      On też mi momentami podcinał skrzydła, ale nie traktowałam go w taki sposób. To
                      ja w tym zwiazku raczej jestem w gorącej wodzie kąpana. Potefie sie na cos
                      napalić i raz dwa chcę to mieć. Wtedy to on mnie trzyma za frak i tłumaczy, że
                      tak nie wolno. Teraz wystąpiła sytuacja odwrotna a on reaguje wściekłością.

                      Poza tym ja nie mam najmniejszego zamiaru mu tych skrzydeł podcinać. Chciałabym
                      go poprosić yb ise wstrzymał z pół roku, do wiosny z tym zakupem, bo wtedy
                      możemy mieć o wiele lepszą sytuację finansową. On pod koniec roku dostanie
                      premię, a ja na wiosnę pieniądze od rodziny. Wtedy będziemy mogli kupic auto za
                      gotówkę i nie wchodzic w kolejne kredyty. A nawet jeśli bysmy wzieli jakis to
                      niewielki. Miałby samochód i to o wiele lepszy niz to czego teraz szuka. To
                      jest podcinanie skrzydeł? :(

                      No i własnie... dlaczego do licha XM??? :/
                      • trust2no1 Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 15:57
                        Marzenia, żeby pozostały marzeniami, muszą być trochę "powyżej" rozsądku i
                        codzienności. W przeciwnym razie to nie marzenie - to kolejna rzecz do
                        załatwienia. Taka jak "prawie Volkswagen" oferowany przez twoich rodziców ;)
                        Jak już ci się uda porozmawiać z tym twoim skarbem, to nie poruszaj tematu
                        samochodu. Wcale. Nieistniejacy temat. Lepiej zapytaj go, dlaczego tak
                        gwałtownie zareagował. Może tu coś interesującego usłyszysz. Coś o słomce pod
                        którą załamał się wielbłąd?
                        Z tego co piszesz możnaby odnieść wrażenie, że chcesz żeby twój mężczyzna
                        spełniał swoje marzenia, pod warunkiem, że są projekcją twoich.
                        Przez chwilę przyłożyłem opisaną sytuację do swojego (pogiętego) chrakterku i
                        wyszło coś takiego: "Nie mam takiego samochodu jaki chciałem mieć. Jeżdżę
                        czymś, co wzbudza co najwyżej życzliwe politowanie, a poza tym nie jest moje,
                        tylko teściów. A za kilka lat, jak już się dorobię, to XM-a będę mógł na
                        obrazku co najwyżej pooglądać, bo wszystkie już szlag trafi. A jak miałem
                        szansę kupić, to ona się nie zgodziła..."
                        Nie pochwalam tego, że w rozmowie z tobą krzyczał. Skąd wiesz zresztą, że na
                        ciebie? Może tak naprawdę wrzeszczał na sytuację? Na to, że nie może tak po
                        prostu kupić tego swojego wyśnionego wózka?
                        Bardzo rozsądnie - powiedziałbym, po kobiecemu - racjonalnie podchodzisz do
                        sprawy. Tak, masz rację: paliwo, opłaty, naprawy - to wszystko kosztuje. Ale
                        kto powiedział, że marzenia mają być tanie? :)
                        Idziesz do sklepu po schab, a sprzedawca wciska ci kotlety sojowe, bo są
                        zdrowsze... Rozumiesz metaforę?
                        Na pewno za trochę czasu będziecie mogli kupić jakiś samochód za gotówkę, tylko
                        czy to bedzie również jego samochód, czy tylko taki który on prowadzi?...

                        • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 16:25
                          Wiesz, ja nie miałabym nic przeciwko temu żeby to był po prostu NASZ samochód.
                          A i tak wiem, że on będzie nim więcej jeździł. ;)

                          Ja miałam przez jakis czas auto, które zostawił mi tato, gdy wyjechał do innego
                          miasta i kupił sobie inny. Jeździłam Mitsubishi Space Wagon 2.0 Miało to
                          popsutą skrzynię biegów, przełożenia kiepskie a paliło jak smok (wyliczyłam, ż
                          eok. 16L/100). Gruchota kochałam bardzo, mimo że był cały przerdzewiały i chyba
                          tylko na dachu sie trzymał. Wiem jak to jest mieć emocjonalny stosunek do auta
                          i wiem, ż emój Nie-Mąż na pewno by tak samo głaskał i chuchał na swoje
                          motoryzacyjne dziecko. Nie bronię mu tego.

                          Chodzi o to, że ja też jeżdżę i naprawdę to lubię. Chciałabym byśmy mieli takie
                          auto, którym ja też mogę czasami pojeździc i które mi się podoba. Nie, ż etakie
                          które mu się nie podoba, tylko takie, które podoba nam się obojgu. i kilka
                          takich samochodów było, ale on w rezultacie stwierdził, że jednak chce XM-a
                          którego ja nie trawię.

                          Chciałabym z nim pogadać oczywiście otym co mnie zabolało, a nie o samym kupnie
                          auta. No to czas przyjdzie potem. Troche mi jednak przykro, bo gdy zaczynaliśmy
                          mieszkać razem to powiedziałam mu, że teraz to troche tak jakbyśmy razem
                          prowadzili firmę, jesteśmy partnerami, musimy dbać o nasze wspólne dobro i
                          dochodzic do kompromisów. Dla mnie to też nie łatwe. Przez 5 lat mieszkałam
                          sama, nie musiałam się z nikim liczyć, a on przychodził do mnie i wracał do
                          domu. Ja bardzo sie staram żeby byc wobec niego fair. Nigdy nie podnoszę głosu,
                          nie obrażam go, staram się byc spokojna. Może to go właśnie wyprowadza z
                          równowagi?

                          Tak czy siak, zależy mi na tym by sie z nim porozumieć, a nie ciągnąć w swoje.
                          Ale tak jak czytam wszytskie wasze posty to wychodzi na to, że kompromis, o
                          którym ja myslę też nie jest dobry. Mam wrażenie, że powinnam ustąpic i dać mu
                          kupic tego XM.

                          Tyle, że ja naprawdę cholernie sie tego boję, bo wiem, że jeśli on spełni swoje
                          marzenie, to wtedy ja będę cierpieć i zastanawiać sie jak zwiazać koniec z
                          końcem. A chciałabym nie mieć takich problemów.

                          Nie wiem, może w końcu on wyciagnie rękę i jakoś zaczniemy rozmawiać. na razie
                          ja za wiele nie mogę zrobić. :/
                          • trust2no1 Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 17:35
                            Nie wiem jak inni, ja bardziej widzę nie: konkretny zakup konkretnego
                            samochodu, a bardziej jakieś zaburzenie komunikacji miedzy dwojgiem ludzi.
                            Nie znam charakteru twojego mężczyzny, nie wypowiadam się za innych. Wiem - na
                            własnym przykładzie - że są takie typy, dla których w pewnych obszarach życia
                            pojęcie "nasze" czy "wspólne" nie ma zastosowania. Po prostu muszą mieć
                            coś "swoje". Własne. (Oczywiście, rozumiem cię całkowicie, że trzeba mieć na
                            uwadze wpływ "swoich" marzeń, czy gadżetów na wspólne życie).
                            Co do kompromisów, kłopot w tym, że każdy inaczej definuije te pojęcie, chociaż
                            wszyscy wiedzą co oznacza. W twoim przypadku widziałbym kompromis na zasadzie:
                            czy poza Citroenem XM, na liście twoich marzeń jest samochód który jest także
                            na mojej liście. Jeśli tak, to kup go - a ja pomogę ci w jego eksploatacji (nie
                            tylko używając :)
                            Jeszcze jedna rzecz: być może (ale podkreślam: tylko _być może_) facet myśli
                            takim tropem: skoro teraz ustąpię jej przy samochodzie, to później będę musiał
                            w kwestii mieszkania, potem dzieci i nie wiadomo czego jeszcze.
                            A to już się nie wszystkim podoba.
                            Nawet, jeśli ty tak nie myślisz, to on może to tak odbierać. Kto wie...
                            O ile nie uważam rozmowy za Uniwersalne Lekarstwo Na Wszystkie Problemy
                            Ludzkości, tak tu wydaje mi się, że mogłaby ona pomóc. Na zimno, bez emocji.
                            Rozmowa z rodzaju: zadaj pytanie, wysłuchaj odpowiedzi, przedstaw swoje
                            widzenie sprawy.

                            A w ogóle, to skąd założenie ciężkiego wiązania końca z końcem? Jutro kumulacja
                            sie szykuje, skąd wiesz, że to nie na ciebie czeka ta kasa ;)
                            • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 17:45
                              O mamo, mój Nie-Mąż regularnie grywa w Lotka i jeszcze mnie ciagnie bym i ja
                              kupony wysyłała. ;)

                              To bardzo możliwe, że on odbiera to w taki sposób jak napisałaś. heh...

                              Wróciłam do domu i jestem załamana. Przyszłam pierwsza, poszłam nastawic obiad,
                              a on wraca, radośnie od progu krzyczy "cześć", poczym równie radosnie oznajmia,
                              ż ewychodzi i mnie zagaduje, gdzie może zapłacic rachunek za komórkę i cos tam
                              nawija, jakby totalnie nic sie nie działo. Nie odzywam sie do niego juz tydzień,
                              a on zachowuje sie jak skowronek. Ja nie wiem czy on udaje, czy nie widzi tego,
                              że w ogóle coś sie dzieje? Mam ochote krzyczeć! Nie mam chyba co liczyć na to,
                              że on mnie przeprosi, a już w ogóle nie wiem czy jest szansa na to by on w ogóle
                              zauważył co się dzieje. Nie chcę demonstrować tego, z ejestem na niego zła, po
                              prostu go omijam, olewam. A on nic! Nawet nie zapyta co sie stało... :/
                              • trust2no1 Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 18:14
                                No widzisz. Jest dobry klimat na rozmowę. Może nawet na luzie. Z uśmiechem: To
                                ja, cholero jedna, na głowie staję, żeby dać ci do zrozumienia, a ty nic?!!
                                Skoro wrócił jak skowronek, to już dobrze. Mężczyzna wyszedł ze swojej jaskini.
                                Może temat Citroena już nieaktualny.
                                (Bo znalazł okazyjnie Rolls-Royce'a Silver Shadow...)
                                Może wylukał atrakcyjną działkę budowlaną (pomiędzy spalarnią odpadów
                                szpitalnych, a zakładem utylizacji azbestu)
                                A może jeszcze coś?
                                Jak wróci, to postaw na stole po browarze, czy co tam lubicie, rozepnij ze dwa
                                guziki bluzki (ale bez przesady, chodzi o odwrócenie jego uwagi od problemu),
                                nachyl się, popatrz mu w oczy i słodkim głosem zamrucz:
                                "Nie lubię k$#wa, kiedy na mnie krzyczysz. A teraz sobie pogadamy..."
                                A potem to już pójdzie z górki, zobaczysz...
                                • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 18:37
                                  Wiem, że powinnam z nim porozmawiać, ale widzisz, kłopot w tym, że to zawsze ja
                                  pierwsza podaje rękę. A to kolejny przypadek, w którym on nie wyszedł mi na
                                  przeciw, tylko udaje, że nic sie nie stało. Boje się, że tym, że zawsze to ja
                                  pierwsza zaczynam rozmowę nauczy go, że nie musi nic robić, a rozwiązanie
                                  przyjdzie samo. Potem ja mówie i tłumaczę co czuje idlaczego, a on słucha,
                                  potakuje głową, sam niewiele mówi i potem niby mi lepiej, ale tak naprawdsę z
                                  jego strony nic się nie dzieje, on sam z niczym nie wychodzi, nie mówi o swojej
                                  stronie problemu. Dlatego tak bardzo zależy mi by on pierwszy sie odezwał do mnie.

                                  Wiem, że to przeciaganie i nie czuję sie z tym dobrze. Nie wiem co robić... On
                                  po prostu nie chce rozmawiać, chce by było jak dawniej, ale nie robi nic by
                                  normalnie to rozwiązać.

                                  Teraz go nie ma, a mi sie chce ryczeć, po raz pierwszy od tygodnia. :/
                                  • trust2no1 Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 18:53
                                    Bo to częściowo wygląda (z męskiego punktu widzenia) tak:
                                    Rwanie zębów bez znieczulenia, walka na gołe pięści z niedźwiedziem grizzly,
                                    atak z saperką na pluton czołgów - to wszystko pikuś, w porównaniu z
                                    koniecznością przyznania się, że walnąłem jakąś głupotę.
                                    Żaden mężczyzna nie przyzna się dobrowolnie, że jest złym kierowcą, kiepskim
                                    kochankiem i do tego, że popełnił błąd. Tak mamy i koniec. Funkcja wbudowana w
                                    system. Dlaczego - nie pytaj. Pewnie atawizm. Dodaj do tego niechęć do
                                    dzielenia się widzeniem problemu. Dla mężczyzny JEGO problem, to JEGO problem.
                                    Konieczność szukania pomocy w rozwiązaniu to przyznanie się do klęski. Również
                                    nie pytaj dlaczego.
                                    Skoro jak piszesz, zawsze ty wyciągasz rękę do zgody, spróbuj może zrobić to
                                    jeszcze raz. Może tym razem się uda coś zmienić.
                                    A jak masz chęć ryczeć, to paradoksalnie nawet lepiej. Milczenia może dalej nie
                                    zauważać, ale ośmiu na dziesięciu z nas natychmiast zauważy chlipiącą partnerkę
                                    i podejmie jakieś działania.
                                    Chyba, że kobieta chlipie przed telewizorem w którym leci kolejny odcinek
                                    serialu...

                                    A tak przy okazji: jak wygląda ten citroen od którego sie zaczęło?
                                    • szczurza_mama Re: Kilka słów o uczuciach 24.10.06, 19:15
                                      Ten XM? Tzn. dokładnie żadnego konkretnego auta nie oglądaliśmy, on marzy o XM
                                      jako tako i przegląda ogłoszenia, snuje marzenia itp.

                                      Mi też jest ciezko sie przyznać do błędu, bo jestem dumną osobą, ale mimo
                                      wszytsko stwierdzam, że nie warto sie kłócić. Ale jak tak dalej będzie to on już
                                      zawsze będzie myslał, że ma zawsze rację i że to ja będę przypełzać do niego. A
                                      ja nie chce tak, ja mam juz dość.

                                      Na razie daruję sobie rozmowy, nie chcę. Sama jest coraz bardziej zdenerwowana. :(
    • seth.destructor Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 24.10.06, 18:52
      Przestac zarzadzac jego zyciem i oczekiwac za to szacunku. I to notoryczne ja-
      ja-ja...
      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 24.10.06, 19:16
        nie jego życiem tylko moimi pieniędzmi miedzy innymi.
        • alfika Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 24.10.06, 19:54
          chyba nie za bardzo pieniędzmi, choć to całkiem fajna, logiczna wymówka - ale
          przecież wcześniej razem postanowiliście kupić auto?
          tu chodzi tylko o to, że ma być inny, a najlepiej ten, który Tobie się spodoba

          nawet jak ubierzesz to w płaszczyk pięknej logiki i troski o dobro rodziny -
          nie dziwię się, że facet się wściekł
          • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 24.10.06, 20:03
            Wiesz, myślę, że to ja miałam święte prawo sie wściec. Moglismy kupic samochód
            już kilka razy i mieć to z głowy. Szukając go wspólnie dochodzilismy do wniosku,
            że to własnie ten i oboje sie cieszyliśmy, że znaleźliśmy samochód dla nas, a po
            kilku dniach on przedstawiał mi nową propozycję auta. Na moje pytanie co jednak
            z tamtym było nie tak nie potrafił powiedziec nic mądrego. Zmieniał nasze
            wspólne decyzje wiele razy, aż w końcu kompletnie nie pytał mnie o zdanie i
            jeszcze stwierdził, ze przy kupnie auta sie baby o zdanie nie pyta (bo tak mu
            koledzy w pracy powiedzieli). Tym sposobem zostałam ze spółki wykopana. Zabrałam
            wiec też swoje fundusze.

            W tym przypadku ciężko mi było nie stwierdzić, że jestem robiona w balona i
            jednak on nie ma na względzie mojego interesu. Zaczynaliśmy szukać auta nie dla
            niego ale dla nas. A potem wyszło tak, że to on spełnia swoje marzenie, bo skoro
            mogliśmy kupic samochód A, to czemu nie możemy kupic samochodu B?

            I do cholery, dlaczego jeśli płacę za coś kilka tysięcy złotych ryzykując nawet
            to, że samochód ma byc zapisany na niego, to nie mogę po prostu chcieć czuć sie
            w tym aucie dobrze? A może po prostu oddać mu cała moją kasę z pocałowaniem ręki
            i cieszyć się jak ostatnia łosica, że mój mężczyzna ma na nową zabawkę?

            Jeśli za cos płacę grube pieniądze to tez chcę sie z tego cieszyc. Czy to jest
            takie dziwne?
            • alfika Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 25.10.06, 10:43
              to idź do notariusza, żeby potwierdzić udział w zakupie albo zażądaj ślubu...

              i przestań się czepiać tego nieszczęsnego auta
            • seth.destructor Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 27.10.06, 17:12
              Nie dosc, ze ja-ja-ja, to jeszcze obdarzona swietym prawem...
    • chijana Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 25.10.06, 10:55
      Szczurza mamo...jelsi ma takie a nie inne marzenie, to niech sobie kupi ten
      wymarzony samochod a Ty wez od rodziny. jak podkrelsalasz..nie jestescie
      malzenstwem, wiec mysle, ze problemu nie ma.
      • cleer13 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 25.10.06, 11:20
        Ktos Ci juz tu napisał, jakie odnosi sie wrazenie czytając twoje wypowiedzi -
        ja, ja, ja. Ja jestem dumna osobą, ja wiem, ja uważam, ja chcę...
        On moze nie jest zbyt rozsądny - i jak kazdy mężczyzna - głupieje kompletnie w
        sprawie samochodu, tym bardziej ze to jego konik, ale to Ty nie potrafisz
        wykrzesac w sobie odrobiny empatii. Walczysz o swoją pozycję w tym związku, nie
        ma w Tobie empatii , tolerancji dla czyichś słabości i chęci sprawienia by Twoj
        ukochany był szczęsliwy. Ty masz racje i koniec. To nie jest dobra postawa w
        związku. A tak mysle sobie,ze dośc wazne jest chyba to ze piszesz o nim: moj
        NIe -Mąz. Czy tak naprawdę, to nie chodzi o to ze największy zal masz do
        niego,ze jeszcze nie zaproponowal małżeństwa, nie wyznaczyl daty slubu i jestes
        w zwiazku, ktorego forma zupelnie Ci nie opowiada i dlatego okopujesz sie na
        swoich pozycjach. Ty juz bys chciala pewnosci, dziecka, mieszkania, dorosłego
        życia - a on jescze nie jest do tego gotowy, chce jeszcze pożyc troche na luzie
        i pozwalac sobie na takie szaleństwa jak kupno samochodu. I troche go rozumiem -
        jestescie jeszcze mlodzi i nie potzreby takiego przyspieszenia. Zreszta - tego
        musza chcec oboje partnerzy.
        • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 25.10.06, 12:35
          Z tą empatią to bym nie szarżowała. To zawsze ja rozmyślam nad naszymi
          kłopotami, to zawsze ja wyciagam rękę i proponuję kompromisy. Włąsnie widać jak
          to jest z nim. Minął tydzień od naszej kłótni, ja po raz pierwszy sie wycofała,
          nie próbuję nic naprawić, a on nawet nie zainteresuje się co sie dzieje. Nigdy
          nie było tak bym przez tydzień czasu była wobec niego tak chłodna. Zawsze
          przychodzę sie przytulić, jestem dla niego czuła i miła. Nie to, że sie
          obraziłam na maksa i chodzę nadąsana jak 150. Wszystko co trzeba zrobic w domu
          robię. Do mnie należy pranie i piorę równiez jego rzeczy (a może raczej pralka
          pierze ;)), jak robie obiad do robię dla nas dwojga.

          Owszem piszę "ja" bo piszę o sobie i o swoich lękach w zwiazku z zaistniałą
          sytuacją. A jeśli miałabym użyć innych słów niz tylko "ja" to
          napisałabym: "ustalalismy od początku iż oboje kupujemy dla nas samochód,
          składajac sie na niego po połowie. Oboje ustalalismy, że będzie to samochód,
          który będzie pasował nam obojgu i razem go szukaliśmy. Potem sie to skończyło i
          on zaczął szukać samochodu takiego jaki on chce, nie licząc sie ze mną i nawet
          nie starając sie mnie wysłuchać. Reagował agresją i dla niego nie było "my"
          tylko "ja"."

          Inna by była sytuacja, w której on by uczciwie przyznał od samego początku, że
          marzy o takim i takim aucie i poprosiłby mnie bym pomogła mu spełnić jego
          marzenie. Inną sprawą było danie mi na samym początku ułudy tego, że mam wpływ
          na to co sie dzieje. Jak myślisz? Zgodziłabym sie na to? Ja myślę, że tak.
          Nawet bardzo chętnie. Cała sprawa leży tak naprawdę w gestii porozumienia
          między stronami i pewnej uczciwości. Nie uważam siebie za wyrocznię, chociaż
          tak, uważam, że mam wiele racji i nie bedę robic z siebie świętoszka i
          zaprzeczać. masz rację, ja walczę o swoje "ja", bo miało być "my", ale
          wyszło "ty i ja". Być może poddałam sie tej walce, że każdy w swoje ciagnie, bo
          poczułam sie zagrożona, wykopsana z intersu. Poczułam, że moje zdanie nic nie
          znaczy w starciu z jego marzeniami.

          Masz racje, nie jesteśmy małżeństwem. Ja akurat nie mam nic przeciwko temu by
          życ na kocią łapę. Grunt w tym, że mój mężczyzna zachowuje się zawsze
          asekuracyjnie, lubi zmieniać zdanie i jest raczej introwertykiem, który wybucha
          właśnie w chwilach gniewu i wtedy zmienia sie w kogoś dla mnie całkiem obcego.
          Dlatego chciałabym usłyszeć od niego, że zdecydował się na jakiś krok. Nawet
          nie chodzi o jakiś tam papier (kościelnego nie chcę bo jestem niewierząca)
          tylko o to, że zobaczę, że on sie do czegoś przekonał. Tak czy siak to, że
          piszę Nie-Mąż nie jest wyrazem mojej frustracji, tylko zaakcentowaniem relacji
          miedzy nami, tzn. że mieszkamy razem, jako osoby nie będące w zwiazku
          małżeńskim. Nie chcę pisać o nim "mój chłopak", bo brzmi to trochę
          niepoważnie, "narzeczony" to też nie prawda. Po prostu Nie-Mąż to jest
          odpowiednie określenie i nic wiecej.

        • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 25.10.06, 13:22
          Dobra, nie wiem juz jak mam to napisać, ale spróbuję i to w punktach żeby było
          czytelniej. Mam taki słowotok, bo myśli kłębią mi się wraz z natłokiem uczuć.
          Jak to poukładam to może wreszcie wyjdzie jakieś sedno sprawy. ;)

          Początek sprawy:
          1. Ja i on, czyli my decydujemy się WSPÓLNIE kupić samochód i chcemy razem za
          niego płacić po równo.
          2. Rozmawiamy o tym samochodzie i decydujemy co dla nas obojga jest
          najważniejsze w aucie (wyposażenie, rocznik, silnik etc.) Wybieramy kilka
          samochodów, które nam pasują i zaczynamy szukać.

          Ciag dalszy:
          3. Nasze poszukiwania nie dają rezultatu, więc zaczynamy szukać innych
          rozwiazań obniżając nieco swoje wymagania.
          4. Nie-Mąż jako większy znawca tematu ma więcej propozycji i proponuje coraz to
          nowsze auta. ja zgadzam sie na jego propozycję, ale on ciągle szuka czegoś
          innego.
          5. Zmęczona poszukiwaniami mówię mu, by sam zajął się wybieraniem, bo wierzę,
          że bedzie pamiętał o tym co było dla mnie najważniejsze jeśli chodzi o
          samochód. Tzn. będzie sie trzymał wspólnych początkowych ustaleń.
          6. On zaczyna szukać coraz bardziej wzajmując się samochodami, które mi
          kompletnie nie pasują, na co mu zwracam uwagę i dostaję ochrzan.
          7. W końcu on zaczyna szukać tylko i wyłącznie takich samochodów jakie on chce
          i kompletnie nie zwraca uwagi na to czy mi to pasuje czy nie.
          8. Ja dostaję od rodziny propozycję dostania auta za darmo i mówię mu o tym, a
          on sie nie zgadza. Przyjmuję to do wiadomości i oświadczam rodzinie, że
          dziękujemy, ale szukamy czegoś zupełnie innego.
          9. Kilka dni później mamy rozmowę w trakcie, której on ogłasza mi, że przy
          kupnie samochodu "baby sie nie pyta o zdanie" i zachowuje sie bardzo
          nieprzyjemnie, gdy chcę z nim porozmawiać na temat tego wspólnego samochodu.
          10. Po długich rozmyślaniach postanawiam wycofać się ze wspólnego zakupu
          odczuwając, że niestety nie jestem już partnerem do rozmów i zostałam
          pominięta, mimo że mam za owy zakup płacić. Oznajmiam moją decyzję, co kończy
          się totalną awanturą, po czym dzwonię do rodziny i mówię, że przyjmę samochód.
          W końcu jak dają to bierz, jak biją to uciekaj. ;)

          Dzień dzisiejszy:
          8. Kolejne próby rozmowy na jakikolwiek temat związany z autem kończy się
          awanturą, wrzaskiem i chamskimi odzywkami. Po kolejnej awanturze, wynikłej z
          faktu, że chciałam po prostu porozmawiać jak on to widzi i może coś ustalić,
          stwierdziłam, że mam dość rozmów na ten temat, kłótni, wrzasków i obrażania
          mnie. Dlatego też staram się ograniczyć z nim kontakt od tygodnia i mamy
          tzw. "ciche dni".

          Napisałam na forum nie dlatego, że chciałam się dowiedzieć czy mam
          mu "pozwolić" kupić to auto, czy też nie, bo to co zrobimy zależy tylko od nas.
          Chodziło o to, że jestem w sytuacji, w której nie mogę z nim porozmawiać.
          Próbowałam z nim rozmawiać wiele razy, niekoniecznie po to by go zalać moimi
          argumentami, chociaż nie ukrywam, że chciałabym je wyłozyc na stół, bo to ważne
          kwaetsie. Grunt w tym, że nawet nie miałam szansy, bo gdy on tylko słyszy "może
          by tak nie kupować", albo" może byśmy się tak zastanowili nad kupnem", to
          dostaje ataku furii.

          Argument, że nie jesteśmy małżeństwem i nie możemy sobie czegoś zakazywać czy
          nakazywać jest bez sensu, bo mieszkamy razem i mamy wspólne "gospodarstwo" oraz
          pracujemy na wspólną przyszłość, być może ze ślubem i dziećmi. Nie wiem co to
          zmienia, że ludzie sa przed czy po ślubie. Ważne by sie dogadywać. Czy fakt, że
          bysmy sie pobrali wpływał by na to, że mogę legalnie mu czegoś zabronić? I niby
          to miało by polepszyć nasze stosunki? Skoro razem mieszkamy to znaczy, że razem
          też podejmujemy pewne decyzje. Decydując sie na wspólny dach nad główą, oboje
          zdecydowaliśmy się na pewne kompromisy.

          W tym przypadku kompromisu nie może nawet być, bo nie mogę do niego dotrzeć,
          przełamać sie przez barierę jego wrzasku i agresji. Gdyby on w ogóle zechciał
          wysłuchać moich racji i sam potrafiłby w spokojny sposób rozmawiać o swoich to
          reszta jest tylko kwestią naszych wspólnych ustaleń. I nie ma tu mowy o tym, że
          ja koniecznie chcę by on zrobił cos jak ja chcę.

          Chociaż nie... jest jedna rzecz, którą chciałabym by on zrobił tak jak ja chcę.
          Chcę by mnie spokojnie wysłuchał i przestał mnie uważać za swojego wroga. To
          wszystko.
          • mar.was Refleksja n/t 25.10.06, 15:35
            Obserwuję tą dyskusję od momentu kiedy założyłaś swój wątek i prawdę mówiąc nie
            bardzo rozumiem czemu tłumaczysz wszystkim po kolei swój problem. Istotą
            dyskusji jest min. to że czytający ze zrozumieniem nie zadają kilka razy te
            samych pytań, co niestety, tutaj się zdarza. Według mnie wytłuszczyłaś meritum
            sprawy b. dokładnie w kilku swoich odpowiedziach.

            Co do sedna sprawy to uważam że Wasza obecna sytuacja (kredyty) nie jest
            sprzyjająca do kupna nowego samochodu. Dziwię się Twojemu facetowi że nie
            skorzystał z propozycji twojej rodziny (samochód za friko). Najgorsze chyba jest
            to w jaki sposób zareagował i jak Cie potraktował. Pomijając wszelkie kwestie
            pasji i zamiłowania Twojego faceta do samochodów to trzeba mierzyć siły na
            zamiary. A z tego co widzę to przy kredytach, kupno starego samochodu w dodatku
            z dużym silnikiem (2,0 -2,5) i spalaniu co najmniej 15L/100km to porywanie się z
            motyką na słońce.
            Zdaję sobie sprawę że marzenia każdego faceta (moje także) są często
            odrealnione, ale będąc w związku każdy z partnerów powinien zachować minimum
            realizmu i przyziemności. A niestety tego brakuje Twojemu facetowi.
            Jeśli nawet Twój facet postawi na swoim i kupi "swój" samochód to uderzy to w
            Wasz budżet i sposób gospodarowania (więcej pieniędzy pójdzie na auto, mniej na
            dom). A poza tym on nie będzie z tego zadowolony, i Ty również nie.

            Ja na Twoim miejcu nie rozpoczynał bym dyskusji, tylko poczekał na jego krok w
            Twoim kierunku (nie Ty jesteś tu winna a kajanie się z Twojej strony spowoduje
            że będzie miał nad Tobą przwagę i będzie mógł to wykorzystać w innym przypadku)

            I na sam koniec taka uwaga, zastanów się jak to widzisz dalej, bo przecież
            wspólne życie składa się min z podobnych decyzji i podobnych problemów.
            pzdr
            ---
            I umieć nie spaść, kiedy piersi pęd rozpiera
            A spadłszy, szepnąć jeszcze — equus polonus sum!
            • szczurza_mama Re: Refleksja n/t 25.10.06, 16:52
              Napisałam jeszcze raz to samo, bo mam wrażenie, że dyskusja potoczyła sie w
              innym kierunku niz to było zamierzone. Meritum sprawy jest nie auto a
              porozumienie w związku. A moim głównym problemem jest to w jaki sposób dotrzeć
              do mężczyzny, który tak bardzo zaciął się w sobie i jest taki zeźlony, ż enie
              da rady sie przebić przez jego wrzaski.

              Wiele osób pisało, że powinnam mu "pozwolić" kupić to auto. Problemem nie jest
              to czy ja na coś pozwalam czy nie, bo to idiotyczne. Gdyby sytuacja była taka,
              że on sam wpadłby na pomysł kupienia swojego auta i od poczatku do końca
              planował kupić je sam, to rzeczywiście wiele do gadania bym nie miała. Jednak
              to my obydwoje razem stwierdziliśmy, że chcemy kupic samochód, a potem wyszło
              na to, że to on go kupuje sam. To ciupinkę inna sytuacja. A ja odniosłam
              wrażenie, że nie bardzo moi rozmówcy to zrozumieli.

              Nawet nie wiesz jak bardzo sie zastanawiam nad przyszłością tego wszystkiego.
              On na sobotę umówił nas z kolegą, z którym mamy rozmawiać o ewentualnej budowie
              bliźniaka. Nie pytał mnie nawet czy mam wtedy czas, ot oznajmił, że kolega
              przychodzi. A to kolejna przecież ważna sprawa, prawda? Budowa domu to nie
              przelewki. I znowu pada pytanie, skąd on chce brać na to kasę? Te wszytskie
              sprawy, które nakładaja sie na siebie dają mi niezbyt miły obraz naszego
              związku, w którym mało co sie liczę.

              Postanowiłam, ż edzisiaj złamię barierę milczenia, powiem co mi na sercu leży i
              zobaczymy. Podejrzewam, że on uważa iż ja nie odzywam sie do niego, ponieważ
              ostentacyjnie chce ukazać jak bardzo niezadowolona jestem z tego, że on jednak
              chce kupić auto sam. Nic bardziej mylnego. Jedyne na co jestem zła to właśnie
              fakt, w jaki sposób on mnie omija przy ważnych wspólnych sprawach. Bo niestety,
              kwestia samochodu była kwestią wspólną od samego poczatku, takie były nasze
              ustalenia, dopóki on mnie nie wykopsał z interesu w zasadzie nawet nie wiadomo
              kiedy.

              Zobaczymy co będzie, chociaz spodziewam sie z jego strony kolejnej awantury i
              wrzasków.

              I jeszcze mam taka jedną myśl, a raczej porównanie. Gdybym miała dziecko, które
              pod sklepem robi mi sceny i wrzeszczy i sie awanturuje, że chce cukierka to
              tylko dostało by po dupsku i mogłoby się pożegnać ze słodkościami. Jednak gdyby
              dziecko poprosiło w miły sposób i powiedziało np. "mamo kup mi lizaka, odrobie
              wszytskie lekcje jak wrócimy do domu", to oczywiste jest że bym go kupiła. I
              wcale nie chodziło by o kasę tylko o pewne zasady. Jak ktoś z góry uważa, że mu
              się należy i egzekwuje to siłą to nikomu potem nie jest fajnie.

              No dobra... po tym kolejnym wywodzie lezę do domu. Trzymajcie kciuki. :)

              P.S. W sumie to dobrze, że mogę jednak sie tak wypisać, bo mi to pomaga upuścić
              nieco emocji. Może go nie zmasakruje w domu jakoś tragicznie. ;)
              • szczurza_mama Re: Refleksja n/t 25.10.06, 16:56
                P.S. oczywiscie nie mam absolutnie zamiaru go za nic przepraszać.

                I przepraszam, że znowu tak sie rozwlokłam, ale jest mi to potrzebne jak to
                babie, by sie wygadać. ;)
              • helikopter2 Re: Refleksja n/t 28.10.06, 13:20
                To on powinien Cie przeprosic, bo to on nie ma racji zachowuje sie dziecinnie,
                nie patrzy w przyszlosc. Wiem wiem to na prawde fajny facet. Ale czy Ty chcesz
                zawsze przystawac na jego zadanie. Raczej nie. Z drugiej strony napisze troche
                nie na temat. CZytajac Twoj artykul przypomnialo mi sie moje rodzenstwo. Jak
                bylismy mali nie mielismy za duzo pieniedzy, glownie dlatego, ze byly zle
                gospodarowane przez rodzicow, ale nie o tym chce pisac. Moje rodzenstwo jak
                zaczelo dobrze zarabiac, zaczelo tez bardzo duzo wydawac. I tak jedna osoba w
                trakcie jednej zimy kupila sobie 8 kurtek zimowych, druga drogi dom i samochod.
                Moze mu tez nie wiodlo sie w dziecinstwie i czuje potrzebe udowodnienia sobie,
                ze on potrafi moze miec to co mu sie marzy. Z drugiej strony raz sie zyje i
                zyjemy po to zeby spelniac swoje marzenia. Wiem, ze nie chcialas juz zebysmy
                pisali o samochodzie tylko o waszym zwiazku. Sprobuj go zrozumiec, ale nie
                wyciagaj reki do niego, bo unieszczesliwisz sie. Dlugo poczekasz na jego
                przeprosiny, bo on sie przyzwyczail, ze to Ty wyciagasz reke do niego i to on
                pewnie czuje sie silny. pamietaj nie jestesci malzenstwem i jestes jeszcze
                mloda:) To ze on chce realizowac swoje marzenia nie patrzac na Ciebie to zly
                znak. Macie byc razem i razem podejmowac decyzje, a nie realizowac jego marzenia!!!
              • helikopter2 Re: Refleksja n/t 28.10.06, 13:31
                w sumie milczenie tu nic nie da musisz z nim pogadac, ale nie daj sie przegadac
                to Ty masz racje. Zapytaj dlaczego zalezy mu bardziej na samochodzie niz na
                waszym zwiazku. Ja bym postawila sprawe na ostrzu noza na mojego faceta to
                dziala, bo wie jaka jestem, ze niektore rzeczy sa bardzo wazne i bez nich nie
                potrafie tworzyc z kims powaznego zwiazku. Twoj nie-maz chce kupowac powazne
                rzeczy, a dlaczego nie mowicie o slubie. Czyzby byloby to nie potrzebne. Jesli
                nie chcesz gadac o tym blizniaku to powiedz mu ze nie masz czasu i sobie gdzies
                pojdz. Ten konflikt z "samochodem" uwazam za naprawde powazny i w sumie co Cie
                ma dzisiaj interesowac samochod czy blizniak Ciebie interesuje wasz przyszlosc i
                tyle wiec na bok samochody i blizniaki a pogadaj o was. Jestes mloda i to Twoj
                atut. A jesli Cie kocha to niech sie nauczy poswiecic Tobie. Pierwszy raz bedzie
                najtrudniejszy
              • moniarb Re: Refleksja n/t 30.10.06, 10:06
                I tu jest sedno sprawy. Ty nie widzisz roznicy miedzy dzieckiem, ktore powinnaś
                wychowywac, a nie-męzem, ktory jest rownoprawnym partnerem, z ktorym trzeba
                isc na kompromis i nawet pomysly, ktore ci sie wydaja glupie, wziąc pod uwagę.
                No tyle,ze z dzieckiem nie mozesz sie rozstac, a z nie-mezem bez problemu -
                przynajmniej na razie.
                • no1teresa Re: Refleksja n/t 30.10.06, 10:42
                  autorka doskonale widzi sedno i jest gotowa na kompromisy, to ty nie rozumiesz
                  istoty problemu
                  do wypracowania kompromisu potrzebna jest rozmowa/umiejetnosc komunikowania
                  sie, dobra wola i myslenie kategoriami MY - i po stronie szczurzej mamy te
                  warunki sa spelnione, jej nie-maz zas nie dorosl do partnerstwa, chce decydowac
                  i ustawiac wszystko sam, z pominieciem swojej nie-polowki
          • silic Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 25.10.06, 16:17
            Ja już się przekonałem - trzymam twoją stronę. Najwyżej ktoś mi napisze, że
            jestem nieudacznikiem - spłynie to po mnie jak po kaczce...

            hmm, napisałem kaczka, hm...żyje się tylko raz
    • tapatik Szczurza mamo... 29.10.06, 20:50
      I jak ostatecznie potoczyła się rozmowa?
      • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 10:39
        Witaj :) Miałam właśnie napisać co i jak.

        Otóż to ja przerwałam ciszę. Okazało się, że Nie-Mąż jednak zdawał sobie sprawę
        z tego dlaczego sie do niego nie odzywałam. On sam nie odzywał sie do mnie, bo
        miał straszne pretensje, że go zostawiłam na lodzie i wycofałam sie z zakupu.
        Awantura trwała do 2 w nocy. :/ Generalnie wtedy nic a nic nie rozwiazaliśmy, a
        wręcz mnie facet jeszcze wpienił i to maksymalnie.

        Następnego dnia emocje trochę opadły i był kłótni ciag dalszy. Wyjaśniłam mu,
        że dla mnie najważniejsze jest teraz wiedzieć czego on chce jeśli chodzi o nasz
        związek. Powiedziałam, ż epo 5 latach chyba jest w stanie powiedzieć mi czy
        chce ze mna spędzić życie czy nie. Przecież nic nowego w sobie nie odkryjemy...

        On po prostu nie dorósł na razie do małżeństwa, priorytetem numer 1 ciagle jest
        samochód. Powiedziałam, że nigdy nie miałam nic przeciwko samochodowi, ale boję
        się o to co będzie z kasą, czy i moje marzenie o rodzinie i dziecku będzie
        miało szansę się spełnić. Po długich i cieżkich rozmowach wyszło, że on jednak
        kupi samochód, szczególnie, że przyznał sie, iż w międzyczasie dostał jakieś
        dodatkowe pieniądze z firmy i pewnie dostanie jeszcze w przysżłym miesiącu.
        Powiedział, że postara sie zrobić tak by nam ten zakup nie przyniósł
        specjalnych strat.

        Ja natomiast kazałam mu sie głęboko zastanowić nad jego planami wobec mnie. Mam
        25 więc spokojine mogłaym znaleźć sobie jeszcze mężczyznę, z któym mogłabym
        założyc rodzinę. A jeśli on nie czuje sie na siłach i ma inne priorytety w
        życiu, to świństwem jest takie przetrzymywanie mnie na czas aż mu się zachce.

        Bo w sumie niby to ja taka wredna jestem, że go zmuszam, ale tak naprawdę on
        robi to samo. Zmusza mnie do czekania aż on będzie chciał i ja przez to
        cierpię. Wolałabym by nasz zwiazek był już na bardziej zaawansowanym etapie.
        Oczywiście to nie jest jego wina, że na razie nie czuje potrzeby załozenia
        rodziny, ale mógłby być wobec mnie bardziej szczery i nie zasłaniać się np.
        sprawami finansowymi. Bo jak widać to wcale od spraw finansowych nie zależy
        tylko od jego chęci. Ma chęc na auto to kasa sie znajdzie, na dziecko już
        nie...

        Rozmawialiśmy jeszcze na ten temat i wyszło na to, że najprawdopodobniej
        będziemy rezygnować z antykoncepcji w lato 2007. :) Nie-Mąż powiedział, że
        najpierw chce skończyc studia, a kończy w 2008. Wiadomo, że w ciążę nie
        zachodzi się ot tak (chociaż są wyjątki), więc może będzie tak akurat, że
        dziecko pojawiłoby się na swiecie gdy on już by skończył studia i dostałby
        jakiś awansik. ja mam stałą pracę, więc też jest pozytywne. Zresztą u mnie w
        pracy są prawie same babki i naprawdę jest duża tolerancja na ciąże i
        inne "babskie sprawy". Trafiło mi sie w tych czasach. :) Mam nadzieję, że on
        zacznie poważniej o tym myśleć o naszym związku. A jeśli nie, to niech chociaż
        mnie dłużej nie zwodzi, bo to okrutne.

        Jeśli on chce miec samochód, to ja tez chcę spełnić moje marzenie. Ja
        się "poświęciłam" i mimo moich obaw "pozwoliłam" mu na kupno. Może teraz niech
        będzie jego kolej...

        Czas pokaże.
        • no1teresa Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 10:49
          mamo, ale nie zwalaj calej winy za zwodzenie na niego
          Twoj udzial tez w tym jest
          • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 11:37
            Jaki jest mój w tym udział? Po prostu dorosłam do małżeństwa i dzieci. Pochodzę
            z rozbitej rodziny i chciałabym mieć swój dom, chciałabym wiedzieć, że jestem
            kochana na 100%, i że mój mężczyzna kocha mnie i chce być ze mną. Po prostu
            jest mi przykro, bo cały czas czuję się jak na cenzurowanym. Zresztą... w
            czasie naszej kłótni on powiedział wiele słów, które utwierdziły mnie w
            przekonaniu, że uczestniczę w jakimś sprawdzianie na żonę. Jak mu powiedziałam,
            że chciałabym zostać matką to powiedział "to udowodnij mi, że byłabyś dobrą
            matką". Myślałam, że mnie szlag trafi. Właśnie o to następnego dnia poszła
            awantura, gdyż powiedziałam, że kategorycznie nie mam zamiaru dać sie
            szantażowac, ż eniby mam teraz mu cos udowadniać czy sie nadaję czy nie. Po 5
            latach chyba wie czy mogłabym ybc jego żoną i matką jego dzieci. A on po prostu
            chciał mnie zaszantażować moim marzeniem, chciał żebym robiła teraz wszytsko
            tak jak on chce by mnie wynagrodził pierścionkiem i potomkiem.

            O to poszła największa awantura, bo co jak co ale na coś takiego w życiu bym
            sie nie zgodziła. Powiedziałam mu, że jesli ma zastrzeżenia co do mojego
            zachowania czy tego co robię bądź nie robię w domu to niech mi o tym powie, a
            nie zachowuje się w ten sposób, bo jeśli mam cos zmienić w sobie to dlatego, że
            go kocham a nie dlatego, że będę mu lizać stopy byle by mnie łaską obdarzył.
            Chyba zrozumiał co i jak... no przynajmniej mam taką nadzieję.

            Byc może jest w tym gdzieś moja wina, nie przeczę, ale uważam, że mam pełne
            prawo do tego by mieć marzenia i je spełniać. Na równi z nim. On broni swego
            tak zajadle, że nie waży nawet słów, a ja staram sie ciagle jakoś rozmawiać i
            do niczego go nie zmuszam. No przecież go do ołtarza nie zaciagne na siłę, ani
            nie będe po kryjomu nam gumek przebijać? Grunt w tym by on mi nie ściemniał, ż
            enie ma kasy albo to i tamto, bo dobrze wiem, ż etak naprawdę on wcale tego nie
            chce. Najważniejsze dla mnie to to by on był szczery, bo jak on mi wylatuje z
            argumentami, ż enie ma kasy na dziecko, po czym sobie chce kupić auto i ukrywa
            przede mną jakieś dodatkowe dochody (nie przecze, że jego własne) to mi coś
            zgrzyta. Co innego jakby prosto z mostu walnął, ż enie chce dziecka i slubu, bo
            nie dorósł i teraz chce mieć auto. To przynajmniej jest jakieś logiczne i
            spójne, i jak dla mnie, do zaakceptowania.
            • trust2no1 Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 12:32
              No i w końcu doszłaś do sedna: samochód był w całym wątku tylko kawałkiem
              większej układanki. Równie dobrze mogłoby wam pójść o bilet na mecz, czy nowe
              zasłony do sypialni. Cokolwiek.
              Mogę teraz, po takim wyjaśnieniu sprawy powiedzieć: tak, jesteś wrogiem jego
              marzeń.
              Dlatego, że twoje marzenie - do którego masz całkowite prawo oczywiście - jest
              z gatunku tych, które zabijają inne marzenia. Albo inaczej: odsuwają ich
              realizację poza rozsądne ramy czasowe. Co w końcu na jedno wychodzi.
              Twoje główne marzenie - rodzina, dom i dziecko - są tak normalne, że nawet nie
              są marzeniem. No, bo pokaż mi kobietę, która marzy o tym, żeby całe życie
              turlać się po wynajmowanych stancjach ze zdradzającym ją partnerem. Chcesz mieć
              to, co jest zwyczajne. Bardzo ważne, ale banalnie zwykłe.
              I nie jest niczym nowym, że dla realizacji TEGO marzenia trzeba będzie zabić
              inne. Sporo innych marzeń. I twoich i twojego faceta.
              Czyli mówiąc wprost: twoje marzenie jest wrogiem jego marzeń.
              No i teraz masz w perspektywie następną zadwozdkę: z czego twój facet jest
              gotów jeszcze zrezygnować?
              Ale odpowiedź, to zna tylko on...
              • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 12:49
                Świetnie to ujęłaś. :)
                Też mi sie tak wydaje, że jednak jestem wrogiem jego marzeń, ale vice versa. On
                tez jest wrogiem mojego. Głupio tak jednak sie sprzeczać o to czyje marzenie
                jest ważniejsze, szczególnie, że mimo wszytsko łączy nas jakieś uczucie, ale
                obopólny w tym wypadku egoizm prowadzi ku katastrofie.

                Nie mówię, że ten egoizm jest zły, bo wynika z różnych sytuacji życiowych, w
                których sie znaleźliśmy. Ja wychowywałam sie bez pełnej rodziny, w zasadzie
                opiekowali się mną dziadkowie, troche mama (jest chora) i tato (którego
                poznałam jak miałam 12 lat). Dlatego dążę do tego by wreszcie czuć sie kochana
                i spełnioną w życiu rodzinnym. On z kolei pochodzi z rodziny pełnej, ale nigdy
                nie miał pieniędzy. gdy zaczynaliśmy być razem, to ja już pracowałam po
                maturze, a on studiował i ciułał na herbatę. To zazwyczaj ja kupowałam na pizzę
                i za moja kasę szliśmy do kina. Wiem, że on miał kompleksy na tle pieniędzy, oj
                miał straszne. Nie mógł wtedy sobie na nic pozwolić, na dodatek ja miałam
                więcej pieniedzy od niego. Teraz zarabia więcej niż ja. Dostaje bonusy w pracy,
                ja co najwyżej raz na 3 miesiące dostane dodatkowe 200 zł. :/ Wiem, że chce
                sobie kupic wszystko to czego nie mógł wcześniej sobie kupić.

                Tylko, że teraz ja zostaję z ręką w nocniku, bo umówione mamy, że płacimy po
                równo za mieszkanie, rachunki itd. Wychodzi to tak, że ja wydaję prawie całe
                moje pieniądze, a jemu zostaje sporo więcej. Staram się zarobić trochę na mojej
                biżuterii, ale jak na razie to dodatkowe 200 zł miesiecznie, czyli jakos
                niespecjalnie wiele. On uważa (słusznie zresztą), że to jego kasa i on będzie
                robic z nią co chce. A ja w tym miesiącu nie mogłam kupić juz sobie butów na
                zimę, bo zostałabym bez grosza przy duszy. :/ A gdy rozmawiam z nim o jego
                kasie to on dostaje nerwów i mówi "spadaj od moich pieniędzy".

                Prawdę powiedziawszy nie wiem sama co o tym mysleć. Wydawało mi się, że będzie
                to inaczej wyglądać .Kiedy nie miał kasy mówił ile to mi kupi jak już będzie ją
                miał (namiętnie grywa w Toto Lotka). Nie chodzi o to, by mi kupował coś co
                chwila, ale kurcze, jak mi już nie starcza na nic, nie mam na swoje potrzeby, a
                on dostaje jakąś dużą premie i nawet mi o tym nie wspomni, to trochę to jest
                nie fair... :(
                • no1teresa Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 13:14
                  posluchaj sama siebie:

                  " Grunt w tym by on mi nie ściemniał, że nie ma kasy albo to i tamto, bo dobrze
                  wiem, że tak naprawdę on wcale tego nie chce. "

                  otoz to!
                  rozmowy nt. wspolnej przyszlosci trzeba prowadzic, trzeba wiedziec, czy macie
                  wspolne cele i zmierzacie w jednym kierunku, czy raczej nie
                  jesli w jednym, to rowniez dobrze jest zakreslic sobie jakies ramy czasowe
                  jesli rozbieznosci jest duzo, to tez warto sie o nie spierac tak dlugo, az staje
                  sie wiadome, czy dacie rade, czy sa jednak nie do pogodzenia
                  sadze, ze wy to robicie teraz
                  a z mojego i innych doswiadczenia to powinno byc duzo wczesniej
                  ewidentnie potrzeby kazdego z was sa inne i byc moze stracilas tylko sporo
                  czasu, bo faktem jest, ze nie czujesz sie w takim ukladzie i przy takiej
                  komunikacji komfortowo
                  osobiscie doskonale rozumiem Twoje racje i odczucia i tez bym z obawa myslala,
                  jak to bedzie wygladac dalej

                  " On uważa (słusznie zresztą), że to jego kasa i on będzie
                  robic z nią co chce. A ja w tym miesiącu nie mogłam kupić juz sobie butów na
                  zimę, bo zostałabym bez grosza przy duszy. :/ A gdy rozmawiam z nim o jego
                  kasie to on dostaje nerwów i mówi "spadaj od moich pieniędzy" "

                  z przykroscia stwierdzam, ze nie widze z jego strony troski o Ciebie i milosci,
                  facet ewidentnie nie dojrzal do zwiazku, a tym bardziej malzenstwa
                  jestescie niby razem, a na zupelnie innych wyspach
                  jego pieniadze w zwiazku (malzenskim) niezupelnie sa tylko jego; finanse to
                  bedzie nastepny bardzo wielki problem

                  slowem masz duuuzo do myslenia, a intuicja juz Ci podpowiada, ze nie tak
                  wyobrazalas sobie swojego zyciowego partnera
                  i nie lekcewaz jej!
                  • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 13:56
                    Postaram sie podjąć właściwą decyzję. Bo prawdę powiedziawszy to nie jest zły
                    faect, jest cholernie trudny czasami. Być może, gdy juz dojrzeje do zwiazku i
                    sie wyszumi, to będzie z niego naprawdę dobry parnter. Grunt w tym, że nie
                    wiadomo kiedy to nastąpi. A wiem, że jak go do czegos zmuszę, to prędzej czy
                    później skończy sie to tym, że będzie miał do mnie pretensje, że sie nie
                    spełnił tylko od razu wpakował w małżeństwo i dzieciaka.

                    To ciekawe, że w liceum tak bardzo marzył o własnej rodzinie i dzieciach, a im
                    starszy sie robił tym to marzenie schodziło na dalszy plan. U mnie było
                    dokładnie odwrotnie. Kiedyś panicznie reagowałam na samo wspomnienie, że mam
                    być w ciaży czy rodzić dziecko, a teraz wydaje mi sie to naturalne i piękne.
                    Troche się rozjechaliśmy w tym wszystkim...

                    Prawdę powiedziawszy, ciezko mi to pisać, ale jak tak dalej pójdzie to oboje
                    sie unieszczęsliwimy. Ja, bo bede czekać na nie wiadomo na co, a on bo będzie
                    się zmuszany do rzeczy, których nie chce, a które są bardzo ważną decyzją w
                    życiu człowieka (małżeństwo i rodzicielstwo).

                    Dodatkowo, zaczynam chcieć by się wyprowadził spowrotem do rodziców, bo zaczyna
                    mi to przypominać taka zabawe w dom. Niby podjeliśmy się tego by razem
                    mieszkać, co oznacza jakąs współpracę, a on zachowuje się tak jakby nadal był
                    sam. Robi wszytsko na co ma ochotę i gdy próbuje z nim rozmawiać to mnie
                    odpycha.

                    Niestety gdy on się wyprowadzi, ja sama nie utrzymam mieszkania. A nie mam
                    domu, do którego mogłabym wrócić. Od wielu lat musiałam mieszkać po katach i
                    myślałam, że to sie w końcu zmieni, a teraz wyglada to tak, że jesli on sie
                    wyprowadzi to ja znowu będę musiała ciułać. Moja sytuacja nie wygląda różowo. :
                    (
                • trust2no1 Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 13:54
                  Ujęłaś? Hmmm... poczekaj, popatrzę między duże palce od nóg - nie, nic się nie
                  zmieniło, nadal jestem facetem :)))

                  Wiesz, tak naprawdę to wrogami są wasze marzenia - nie wy. I dlatego tym
                  bardziej ważne jest aby się dogadać. No, bo jeśli nie będzie porozumienia - to
                  szkoda czasu i życia. Twojego i jego też. Są ciekawsze sposoby na życie, niż
                  kłótnie o pieniądze, szczególnie jeśli nie ma ich tyle ile trzeba.
                  Znam zarówno uczucie "teraz mogę!" jak i asymetrię zarobków w związku.
                  Nie tak dawno kupiłem sobie (i tu zaznaczę: sobie!) aparat fotograficzny. Nie
                  jakiś pierwszy lepszy, ale dokładnie taki, do jakiego wzdychałem lat
                  temu ...naście. Wtedy kosztował tyle, co moje ówczesne dziesięcioletnie
                  kieszonkowe i jedyne co mogłem - to się poślinić do folderu, który wpadł mi w
                  rece. A teraz kupiłem go za równowartość połowy koszyka zakupów w
                  supermarkecie, jakie robimy w związku z "rodzina, dom, dziecko".
                  Owe zakupy są niezbędne, aparat był "bonusem od losu". Dałoby się bez niego żyć.
                  Może podobny mechanizm zadziałał w sprawie od której zaczął się wątek?
                  Nie ma przebacz: marzenia bywają ważne i ważniejsze. Koniec, kropka. Twoje jest
                  w tym konkretnym przypadku ważniejsze. Dla ciebie.
                  A on? Ciężko cokolwiek powiedzieć na podstawie kilku zdań jakimi go opisałaś.
                  Bunt przed świadomością, że trzeba będzie cos poświęcić? Gradacja marzeń - te
                  odpuszczę sobie bez żalu, nad tamtymi uronię łzę, a z jeszcze innymi naprawdę
                  trudno się będzie rozstać.
                  A jego bonusy w pracy, kwestie finansowe, etc...
                  Ktoś ci obiecywał, że życie będzie fair? To odnajdź gościa i kopnij go w ....
                  bo cię w konia zrobił :) Tam gdzie w grę wchodzi kasa, kończą się sentymenty i
                  nic nowego tu nie odkryłem.
                  • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 14:04
                    Aj... przepraszam bardzo, że zmieniłam ci płeć. Wybaczysz? :>

                    Wiesz co mnie najbardziej przygnębia? To, że od kiedy jesteśmy razem to własnie
                    rpzez kasę są wszytskie nasze kłopoty. Bo od kiedy go znam, to on nie miał
                    pieniedzy i naprawdę to były dla mnie cieżkie czasy. Nie mogłam liczyc na nic.
                    Ja bardzo lubie, gdy mężczyzna kupuje mi kwiaty, albo gdzieś zaprasza. Nie
                    jestem pijawką, ale mimo wszystko, to po prostu miłe i czuję sie wtedy jak
                    Kobieta. Przez ponad 3 lata naszego związku musiałam czekać na ten dzień, gdy
                    on zacznie pracę i będzie miał swoje pieniądze. Nasłuchałam sie wtedy co on by
                    zrobił, gdyby tylko miał. Czasami doprowadzało mnie to do szału. A ja płaciłam
                    nawet za jego mandaty (ze dwa razy, żeby nie było, że to jakis pirat drogowy),
                    zapraszałam go do kina itd. To była beznadziejna sytuacja, bo jak ja nie
                    płaciłam, to siedzieliśmy w domu non stop, a jak płaciłam, to on też pewnie
                    czuł się z tym kiepsko. Na pewno narosły w nim kompleksy i coraz częściej
                    wybuchały awantury.

                    Byc może zacząłsie czuć juz tak nie męsko, że zaczął zbyt zaznaczać swoje
                    samcze granice, za bardzo starać sie udowodnić, kto tu nosi spodnie. Teraz to
                    on ma więcej pieniędzy i ja nie mam nic przeciwko temu, wręcz bardzo sie
                    cieszę. Myślałam, że to będzie koniec naszych problemów, ż eon teraz będzie sie
                    czuł spełniony mogąc mi zafundować to i tamto. Ale niestety... gdy mamy iść
                    gdzieś razem, to on oczywiscie płaci, ale czasami mówi mi, że mam płacić za
                    siebie, mimo iż wie, że nie mam prawie w ogóle kasy. Egzekwuje ode mnie
                    wszelkie płatności i wypomina, gdy zapomne zapłacić za coś.

                    Niestety, wydaje mi się, że teraz poszło w drugą stronę. tak czy siak pieniądze
                    pozostają głównym problemem. A raczej to jak kwestia pieniędzy wpływa na jego
                    zachowanie... :( A ja mam wrazenie, że cokolwiek zrobie to i tak przegram...
                    • trust2no1 Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 15:07
                      Spoko, po nicku trudno się połapać :))

                      Miłość i finanse to trudna koalicja... Dla mnie to od zawsze było naturalne, że
                      w moim związku to ja płacę. A gdy okazało się, że z tą kobietą to już mur,
                      beton i do grobowej deski, to już w ogóle nie było dyskusji. Ale ja jestem z
                      tej mniejszościowej grupy na wymarciu.
                      Mojej Pani z kolei nie interesuje ile zarabiam, co także uważam za rzecz jak
                      najbardziej normalną :)
                      No ale tu jakieś dziwny z opisu ten wasz przypadek. Czy aby na pewno "WY" to
                      nie jest przypadkiem "JA i ONA" w czyimś widzeniu?
                      • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 15:56
                        No dziwny dziwny. Im wiecej piszę tym bardziej dochodzi do mnie, że to nie jest
                        to co chciałam.

                        To może zabrzmi dziwnie, ale nie pot to męczyłam sie z gołodupcem przez tyle
                        lat, wierząc w jego obietnice, by teraz być tak traktowaną, jak jakaś
                        naciąragaa, która chce tylko wsadzić łapy w jego pieniadze.

                        najgorzej jest z wydatkami domowymi. Wiadomo, ż etrzeba robic zakupy i raz ja
                        je robię, raz on. Ale rachunek rachunkowi nie równy. Ja mu nie wypominam, ż
                        ecos kupiłam, a on czegoś nie. Chciałam bysmy załozyli sobie wspólne konto na
                        które byśmy przelewali kasę na wydatki. Mielibyśmy dwie karty tak by każde z
                        nas w dowolnym czasie mogło robic zakupy do domu. Dokłądnie bysmy wiedzieli ile
                        wydajemy i nikt nie mówił by, że wydaje mniej lub więcej. Bo o to też szły
                        awantury. Niestety w czasie tej całej ostatnij kłótni Nie-Mąż powiedział, że on
                        ze mną żadnego konta zakładać nie będzie bo mi nie ufa. Skończyło sie na tym,
                        że składamy równą sumę "do słoika" i stamtąd bieżemy pieniądze na jedzenie. nie
                        jest to złe rozwiązanie, ale to co ważne to fakt, że mi powiedział cos takiego.

                        W zwiazku z tym czuję się dziwnie. Czuję sie tak jakby on się ode mnie
                        odgradzał jakaś barykadą. To co jego to jego i koniec. A ja nawet nie chcę mu
                        tego zabierać. Mam wrażenie, że traktuje mnie jak jakąś oszustkę, albo
                        złodziejkę.

                        Im bardziej nad tym myślę i uświadamiam sobie pewne sprawy tym bardziej mnie to
                        boli. A najgrosze jest to, że nijak nie jestem w stanie do niego przemówić.
                        Zreszta po co tak naprawdę? Chyba podświadomi zdaję sobie sprawę, że nasz
                        związek skazany jest na niepowodzenie, ale tak jestem spragniona tej rodziny i
                        dzieci, że sama sobie zakładam klapki na oczy. gdyby on naprawdę mnie kochał,
                        to dbałby o moje dobro, byłby ze mną szczery i nie traktował mnie w taki sposób.

                        Ja mu nie wypominam tego, że gdy jest w szkole to gotuję i sprzątam ,robię
                        pranie, sprzątam zwierzakowi, odkurzam. Uważam, że to normalne, bo on sie uczy,
                        a ja jestem teraz w domu. Nie będę mu tego wypominać... Ale on potem wypomina
                        mi, że on znowu wyniósł śmieci a nie ja , albo że ja nie umyłam naczyń czy nie
                        poodkurzałam.

                        Gdy byliśmy pokłóceni to jedyne co mi powiedział to "kup proszek i zrób
                        pranie", o już mu brakowało czystych rzeczy, a proszek sie skończył.

                        Niestety... moze on mnie i kocha, ale nie ma dla mnie szacunku. A prawdę
                        powiedziawszy, uwazam, że szacunek to jedna z ważniejszych rzeczy w zwiazku. :(

                        No i powoli zaczynam dochodzić do bardzo nieprzyjemnych i smutnych dla mnie
                        wniosków. :(
                        • kraminowa Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 16:04
                          przeczytaj mój post poniżej. Jeszcze chcę cośdodać:

                          "Bo o to też szły
                          awantury. Niestety w czasie tej całej ostatnij kłótni Nie-Mąż powiedział, że on
                          ze mną żadnego konta zakładać nie będzie bo mi nie ufa. "

                          Widzisz, w normalnym, zdrowym związku (mówię z doświadczenia) nie ma czegoś
                          takiego. Wy nie traktujecie siebie jako związku z przyszłością. W związku z
                          przyszłością nie myśli się, że ktoś wydał 4 złote więcej na zakupy domowe. W
                          związku z przyszłością, nie ma wypominania. I tylko w takim związku powinny się
                          pojawiać dzieci...
                        • trust2no1 Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 16:25
                          No cóż, z każdym postem wygląda to coraz mniej różowo...
                          Na początku wątku wyglądało banalnie - ot, facet napalił się na strego grata a
                          jego kobieta jest przeciwna.
                          No i to dałoby się jakoś załatwić. Kompromisem jakim strzelić, albo coś...
                          A tu coś zalatuje związkiem mocno asymetrycznym uczuciowo. Houston, chyba mamy
                          problem... Mówiąc bez ogródek: chcesz przetworzyć ten związek tak, aby
                          funkcjonował na zasadach akceptowalnych przez obie strony ale nie bardzo już
                          widzisz możliwość, tak?

                          Wiesz, ja już trochę wyrosłem z romantycznych porywów serca (a szkoda, a
                          szkoda...) i wyżej cenię w związku zaufanie, lojalność i szacunek, niż takie
                          wszystkie romantyczne hokus-pokus. Gdybym usłyszał od mojej Pani hasło o braku
                          zaufania (co do kasy), i gdybym miał spędzać te resztki czasu co mi zostają po
                          robocie na utarczkach kto za co zapłacił, a kto wyniósł śmieci - to znaczyłoby,
                          że coś się zepsuło. Że przedsiębiorstwo Moje Małżeństwo Sp. z o.o nie
                          funkcjonuje poprawnie. Pytanie czy da sie jeszcze naprawić, czy ogłaszamy
                          upadłość.

                          W twoim przypadku wygląda na to, że masz możliwość z dnia na dzień powiedzieć z
                          usmiechem "auf wiedersehen" i odpłynąć na jakieś szczęśliwsze morza. Ale to już
                          tylko ty wiesz jak i - przede wszystkim czy na pewno - to zrobić.
                          I nie łudź się: nikt (a już na pewno nie ja) nie da ci na tacy recepty na
                          rozwiązanie problemu.
                          • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 16:38
                            Hmmm.. nie szukam recepty, bo wiem, że sprawa jest za trudna by ja ot tak
                            rozwiazać. mimo, że znam faceta tyle lat to nadal nie wiem jak do niego trafić.
                            jak na razie trafiam jedynie łzami. Jak sie popłaczę, to jakoś mięknie,
                            aczkolwiek nigdy nie płaczę by cos uzyskać. Po prostu czasami puszczają mi
                            emocję i tyle. Gdy powiedziałam mu o tym, ż erezygnuję ze wspólnego zakupu on
                            straszliwie sie wkurzył i obraził. Wieczorem w łózku chciałąm sie do niego
                            przytulić, wytłumaczyc mu dlaczego taka podjęłam decyzję. On mnie odepchną
                            odwrócił sie tyłem. Wtedy sie popłakałam, poczułam sie strasznie. I wtedy on
                            się odwrócił i mnie zaczął przytulać.

                            Dla mnie to jednak dziwne jest. Nie chce by do mnie przychodził, jak juz
                            doprowadzi mnie do łez, chciałabym by mnie słuchał. Nie chcę by zmuszał mnie do
                            przekrzykiwania go. Bo tylko to, że krzyczałam podczas ostatniej kłótni
                            sprawiło, że w ogole mnie wysłuchał.

                            Wcale nie chcę się liczyć na kasę, mimo że to ja w tym zwiazku teraz jestem
                            biedniejsza. Nie chce po prostu czuć, że jestem zdrajczynią, oszustką,
                            naciągarą.

                            Za przeproszeniem... do dupy z tym wszystkim. :/

                            grunt, że rozmowa tutaj powoli otwiera mi oczy na prawdziwy problem, to chyba
                            najważniejsze. Tylko co z tego, ż emi sie oczy otworzą jak i tak niewiele z tym
                            pewnie będę mogła zrobić. Chociaż nie powiem, na pewno będę próbować.
                            • kraminowa Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 16:55
                              Rozpoznanie problemu to krok w dobrą stronę.
                              Po pierwsze, musicie sobie uświadomić, że związek nie polega na przerzucaniu
                              się pieniędzmi. Owszem, są ważne, ale najważniejsza jest wizja wspólnej
                              przyszłości w oparciu o dostępne środki i możliwości.

                              Ty cały czas myślisz w kategoriach: ja daję tyle, Ty daj mi tyle. Ja robię to,
                              Ty zrób tamto. Ja zrezygnuję z mojego, Ty zrezygnuj ze swojego. Związek to nie
                              zawody ciągnięcia liny, tylko budowanie wspólnej konstrukcji. Tu nie
                              ma "wygranych" i "przegranych". Póki sobie tego nie uświadomicie, trudno będzei
                              cokolwiek zbudować.

                              Z tego co piszesz, jesteście ze sobą długo i jesteście młodzi, więc wnioskuję,
                              że to Wasz jedyny poważny związek w życiu. Przemyślcie, czy jesteście ze
                              sobą "bo zawsze tak było", czy dlatego, że naprawdę tego chcecie. Bo jeden
                              zakończony, nieudany związek to coś o wiele lepszego niż ciągnący się, nieudany
                              związek.
                            • trust2no1 Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 17:17
                              Skoro znasz go tyle lat a nie wiesz jak do niego trafić - to najprawdopodobniej
                              przez następne tyle samo się tego nie dowiesz. Teraz trafiasz łzami, a za kilka
                              lat już nie będzie ci się chciało płakać, a zresztą on się na twój płacz
                              uodporni.
                              Masz do dyspozycji jeszcze kilka innych scenariuszy:
                              - Będziesz szarpała się sama ze sobą i z nim, o pieniądze, o dom, o dziecko i
                              wszystko jeszcze, aż spotkacie się jako dwoje szczerze się nienawidzących ludzi
                              na sali rozpraw.
                              - Ty będziesz jeszcze przez trochę popłakiwać, a potem zobojętniejesz, zajmiesz
                              się wychowywaniem dziecka i wpadniesz w taki rodzaj mentalnego czyśćca, gdzie
                              radości i smutki są tak samo płaskie i szare (Brrr... Taka śmierć za życia...)
                              - Twój niemąż po poślubieniu cię zmieni się nie do poznania, wszystko będzie
                              wspólne, piękne, uśmiechnięte i lukrowane, a problemy znikną.
                              (Nie śmiać mi się tu, cuda są możliwe!)
                              Jak widzisz, wybór jest szeroki. Miej tylko na uwadze, że twoje marzenie
                              domowo-rodzinne nie zniknie, ot tak dlatego, że (ewentualnie) się rozstaniecie.
                              Z tego co wiem, populacja mężczyzn liczy więcej niż jedną sztukę :)

                              • szczurza_mama Re: Szczurza mamo... 30.10.06, 17:56
                                Z tych wszytskich opcji chyba najprawdopodobniejsza jest opcja smierci za zycia
                                niestety. Moje życie nie było usłane różami, mam wspaniałych dziadkó, ale np.
                                moja mama jest chora na schizofrenie, a tak jak pisałam wcześniej tate poznałam
                                w wieku 12 lat, gdy wygrał sprawę o opiekę. Wtedy też poznałam się bliżej z jego
                                kobietą, która urządziła mi i mojej siostrze piekło na ziemi. Do tej pory
                                szczerze sie nie znosimy. Przez wiele lat trzymałam się dzielnie, znosiłam
                                wszystko, tylko... zakochiwałam sie co i rusz. Musiałąm sie w kimś kochać. To
                                tropche głupie, ale rzeczywiście jak sobie przypominam, to nie było chyba
                                takiego czasu, gdy w nikim sie nie kochałam. Jakos zawsze wydawalo mi się, że w
                                końcu spotkam ksiecia z bajki i będę szczesliwa. Może dlatego tak sie upieram
                                przy tym związku?

                                Juz raz od niego odeszłam, rok temu. Zaczęłam chodzic na fitness, odświeżyłam
                                wiele znajomości, przez jakis czas czułąm sie wolna. A potem to wróciło.
                                Zaczęłam za nim tęsknic coraz mocniej, aż wróciłam. Niby to sie stało tak, że
                                razem tego chcieliśmy, ale w gruncie rzeczy to ja poprowadziłam tą sprawę w
                                "dobrym" kierunku. Potem, gdy o tym myślałam, on nie zrobił nic by mnie
                                zatrzymać. Nie wiem czy przez wzgląd na dume, czy dlatego, że mu to powiewało.
                                Jednak gdy doszło do ponownego zejścia on nie oponował. Przez wiele czasu trwała
                                sielanka, a ptoem znowu zaczęło się coś psuć.

                                Może ja naprawdę się łudzę... Tylu jest mężczyzn, a ja sie do niego przyssałam.
                                Tak sobie myślę czasami czy ja go kocham, czy ja kocham jmoje wyobrażenie o nim
                                i naszym wspólnym życiu.

                                Był taki czas, gdy mieszkałam w piwnicy. Wiem, że brzmi to dziwnie... otóż w
                                domu mojego ojca był pokój w piwnicy. nie mogłam mieszkać na górze, włąsnie
                                przez wzgląd na "macoche". Ojciec też miał juz wszytskiego dosć i unikał
                                konfrontacji ze swoja kobietą. Ja miałam swój kat, ale bez łazienki, jedynie
                                miałąm umywalke. Dzieki bogu zaraz niedaleko mieszkają moi dziadkowie. Wtedy
                                pracowałam, zarabiałam ok. 1000 zł netto. Nie musiałam płacic za mieszkanie ani
                                za rachunki wiec to były tylko moje pieniadze. Nie-Mąż przychodził do mnie
                                bardzo czesto, ale z rzadka zostawał na noc. Mówił, że nie chce bo nie ma kibla.
                                Ale tak to leżał u mnie w łózku, ogladał tv i jadł pizzę, a potem wracał do
                                domu. Potem, gdy udało mi sie juz wynająć mieszkanie, nadal nie chciał zostawać.

                                Kiedys mój tato w przypływie szczerosci powiedział mi "Córka, on ma prostytutkę,
                                która mu ugotuje, poda, właczy telewizor i jeszcze da kasę! A co ty z tego
                                masz??". No i tak jakby nie patrzec to własnie tak było. Własnie wtedy zaczełąm
                                nad tym rozmyślać poważniej, a ptoem wynikła sytuacja, w której umierał mój
                                zwierzak, a on nawet do mnie nie przyjechał, bo akurat był na mnie za cos zły.
                                Gdy zadzwoniłąm do niego prosząc by przyjechał, bo źle sie czuję, on powiedział,
                                że nie moze bo jest zajęty. Nie wiedział, że ja wiem, iz właśnie jeździ po
                                salonach samochodowych z kolegami i objeżdża auta na jazdach próbnych. A mamy
                                wspólnych znajomych (w zasadzie moi przyjaciele z liceum to jego przyjaciele,
                                tak sie poznalismy) i w zasadzie zawsze wiem, gdzie on jest. Nie zebym go
                                szpiegowała, ale po prostu jestesmy jenda paczką i wiemy co sie u kazdego
                                dzieje. Własnie po tamtej sytuacji byłąm tak załamana, zostawiona ze swoim żalem
                                i smutkiem. Poszułam, że jestem kompletnie sama. No i go zostawiłam...

                                A teraz zastanawiam sie czy sama nie wpadłam we własną pułapkę.
                                Chyba po prostu poobserwuję go, postaram sie z nim porozmawiać na spokojnie,
                                wybadam sytuacje.

                                Niestety nie jestem w stanie utrzymać sie sama. Nie mam możliwości mieszkania z
                                dziadkami, a mój tato wyprowadził sie do inengo miasta. Siostra mieszka za
                                granicą. Sama nie dam sobie rady. Jedyne co to wynająć jakis pokój bądź wspólne
                                mieszkanie z kimś na spółkę. On beze mnie dałby sobie radę swietnie, ale to ja
                                jestem w tej gorszej sytuacji. Z moją pensją nie mam szans. :(

                                Ale sie załatwiłam... :(
                              • tapatik Re: Szczurza mamo... 31.10.06, 10:32
                                trust2no1 napisał:

                                > Skoro znasz go tyle lat a nie wiesz jak do niego trafić - to
                                > najprawdopodobniej przez następne tyle samo się tego nie dowiesz.
                                > Teraz trafiasz łzami, a za kilka lat już nie będzie ci się chciało płakać,
                                > a zresztą on się na twój płacz uodporni.

                                Bardzo prawdopodobne.

                                > Masz do dyspozycji jeszcze kilka innych scenariuszy:
                                > - Będziesz szarpała się sama ze sobą i z nim, o pieniądze, o dom, o dziecko i
                                > wszystko jeszcze, aż spotkacie się jako dwoje szczerze się nienawidzących
                                > ludzi na sali rozpraw.

                                O ile w ogóle do ślubu dojdzie.

                                > - Ty będziesz jeszcze przez trochę popłakiwać, a potem zobojętniejesz,
                                > zajmiesz się wychowywaniem dziecka i wpadniesz w taki rodzaj mentalnego
                                > czyśćca, gdzie radości i smutki są tak samo płaskie i szare (Brrr...
                                > Taka śmierć za życia...)

                                Brrrrrrr............

                                > - Twój niemąż po poślubieniu cię zmieni się nie do poznania, wszystko będzie
                                > wspólne, piękne, uśmiechnięte i lukrowane, a problemy znikną.
                                > (Nie śmiać mi się tu, cuda są możliwe!)

                                Podejrzewam, że opcja ze zmianą męża po ślubie występuje tylko w wersji "na
                                gorsze". Sugerował bym wpływ na chłopa PRZED ślubem, bo PO to już się nic nie
                                osiągnie.

                                > Jak widzisz, wybór jest szeroki. Miej tylko na uwadze, że twoje marzenie
                                > domowo-rodzinne nie zniknie, ot tak dlatego, że (ewentualnie) się
                                > rozstaniecie. Z tego co wiem, populacja mężczyzn liczy więcej niż jedną sztukę :)

                                Wiesz, ile trzeba czasu na to, aby sobie to uświadomić? Szczególnie po 5-letnim
                                związku?
    • facet123 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 12:59
      Wg. mnie powinnaś wziąść auto od rodziców i olać całą sprawę. Jak on chce to
      niech sobie kupuje samochód dla siebie.
      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 13:04
        Takoż właśnie będzie, z tymże, że rodzina auto sprzeda i mi da pieniądze. W
        sumie to lepsze rozwiazanie, bo auto sie starzeje i jest coraz mniej warte ,a
        kasa w tej sytuacji na pewno sie przyda. Zresztą... na razie żyję bez auta, to
        jeszcze jakoś pożyję dłużej. ;)
    • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 15:49
      przeczytałam cały wątek i specjalnie założyłam skrzynkę, żeby odpisać.

      W kilku postach pisałaś, że dla Ciebie życie na kocią łapę jest równorzędne z
      małżeńskim. Na pewno jest to prawda w niektórych przypadkach, ale nie w Waszym.
      Wy nie żyjecie "jak małżeństwo", tyle że bez papierka. Jesteś Ty, z marzeniem
      szczęśliwej rodziny, i jest On, niezdecydowany, czy chce tę rodzinę mieć.

      Mam wrażenie, że zaangażowanie uczuć z obu stron jest nierówne. Wiadomo jest,
      że uczucia fluktuują, czasem bardziej kocha jedno, czasem drugie. Ale z Twojego
      opisu wynika, że on nawet nie jest specjalnie do Ciebie przywiązany. A Ty
      owszem, nawet bardzo kurczowo.

      Niby jesteście równolatkami, a jednak bardzo się różnicie. Ty jesteś na etapie
      zakładania rodziny, a on na etapie pierwszej pracy i cieszenia się z
      pierwszych, własnych pieniędzy. I tu nie można powiedzieć, że ktoś ma rację.
      Każdy ma prawo zarówno do własnego tempa rozwoju emocjonalnego.

      Niestety wydaje mi się tylko, że w tej sytuacji możecie albo się rozstać, albo
      ktoś może zrezygnować ze swoich marzeń. Tą stroną - moim zdaniem - możesz być
      tylko Ty. Bo nie wyobrażam sobie szczęśliwej rodziny, w której jedna ze stron
      została zmuszona do jej założenia a następnie powiększenia.

      Wiem, że nie wygląda to zbyt różowo, ale zanim zdecydujecie się na dziecko,
      warto, a nawet trzeba, najpierw rozwiązać fundamentalne kwestie między sobą -
      czy idziemy w tym samym kierunku w miłości, czy tylko prowadzimy "wspólną
      firmę", cytując Ciebie.
      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 16:12
        Dziękuję, że specjalnie dla mnie się zarejestrowałaś. :)

        Wiesz, właśnie dla mnie niestety jest to sytuacja, w której jestem zawsze
        przegrana. Moim marzeniem jest byc z kimś kto mnie kocha i szanuje, z kim
        byłabym szczęśliwa i odnalazłabym spokój. Spokoju nie mam w tym związku za
        wiele niestety.

        Grunt w tym, że ja naprawdę nie chcę nikogo zmuszać, bo zdaję sobie sprawę, że
        zmuszając mężczyzne do takich poważnych decyzji unieszcześliwię samą siebie.
        Prędzej czy później on będzie miał do mnie juz tylko pretensje, że mu
        zrujnowałam życie. Moje życie wcale nie będzie takie szczęśliwe ze
        sfrustrowanym, nienawidzącym mnie facetem. A ja nie chce by moje dzieci
        przeżywały to co ja...

        Jeśli natomiast go nie będę zmuszać i będę czekać, to tak naprawdę mogę sie nie
        doczekać. Biorąc pod uwagę fakt, w jaki sposób on już teraz traktuje mnie i
        nasz zwiazek, to nie zanosi się na nic lepszego. Wątpie, by pokochał mnie jak
        szalony i mógł zrobić dla mnie wszystko.

        Na samym początku, gdy byliśmy w sobie mocno zakochani, on nie miał możliwości
        dać mi gwiazdki z nieba i się jakoś wykazać. Zamiast tego popadał w frustracje
        z powodu braku kasy. Kazdy facet chce żeby kobieta go podziwiała, a on niestety
        nie miał jak sie wykazać. Podejrzewam, że w związku z tym teraz nawet już nie
        stara się wymazać tego "wspomnienia" w moich oczach. Aczkolwiek nie rozumie,
        że żadnego wspomnienia w moich oczach nie ma, że skoro z nim byłam to
        rozumiałam sytuację. Na dodatek samej mi było cholernie cieżko. Byłam
        młodziutką dziewczyną, chciałam wychodzić, bawić się. A mój facet nie mógł
        nigdzie mnie zabrać, bo nie miał kasy. Przez to wolał ciagle siedzieć w domu. A
        ja musiałam koszmarnie uważać, bo go nie urazić i jednocześnie chciałam żeby
        moje potrzeby były spełnione. I tak minęło kilka lat... :(

        Wiem, że tmoze to głupie co napiszę, ale chyba jest to całkiem prawdopodobne.
        On może spotkać jakąs dziewczynę, której będzie mógł zaimponować, która pozna
        go juz z pieniędzmi, z gestem. Będzie mógł się przeglądac w jej oczach i
        widzieć meżczyzne, a nie zbiedniałego faceta. No i ja pójdę w odstawkę. Ja i
        moje marzenia o rodzinie.

        Niestety ale właśnie taki scenariusz widzę... :(
        • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 16:21
          Sytuacja nie jest prosta, ale nie beznadziejna.
          Moją radą bynajmniej nie jest zostawienie go, wyprowadzka lub inne podobne
          drastyczne kroki. Na pewno łatwo jest napisać "olej go", a trudniej wcielić w
          życie.

          Po prostu musisz sobie uświadomić, że na chwilę obecną przeżywacie kryzys,
          który z autem ma niewiele wspólnego. Tu chodzi o Waszą odmienną wizję związku,
          rodziny, przyszłości, pieniędzy itd.

          Jego sytuacja też nie jest prosta. Ma wreszcie swoje tak wymarzone pieniądze i
          raptem się okazuje, że powinien się nimi dzielić na tak banalne rzeczy, jak
          zakup przysłowiowego chleba. W jego oczach to zapewne wywalanie pieniędzy,
          skoro za pieniądze można kupić ukochane auto!

          Oboje jesteście dość dziecinni. Ty niby dorosłać do rodziny i dziecka, ale z
          dziecięcą naiwnością patrzysz na Wasz związek. Do miłości nikogo zmusić nie
          można. Między Wami jeszcze może się ułożyć, pod warunkiem, że każde z Wam
          zrezygnuje z czegoś swojego na rzecz marzeń drugiej osoby. Nie mówię tylko o
          samochodzie i dziecku, ale o bardzo podstawowych sprawach, jak chociażby
          wypominanie (on słownie, Ty w myślach/na forum) kto kiedy wyniósł śmieci. Nie
          tędy droga do udanego związku.
          • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 16:28
            Myślę, że masz rację. Szczególnie z tym, że i ja jestem dziecinna. Jestem.
            Uwzięłam się jak dziki osioł, moje marzenia powoli zasnuwaja mi zdrowy
            rozsądek, a jak zobaczę jakiś zgrzyt to jestem w cieżkim szoku. Casami
            zastanbawiam sie czy ja sama siebie nie oszukuję. Myślę, że on tak samo może
            oszukiwać siebie. Nie podejrzewałabym go o taką podłość, żeby oszukiwał mnie
            celowo, byle by mieć stałą dupkę pod bokiem, a potem czmyh do takiej co sie
            nada na matkę jego dzieciom.

            Myślę, że nasz problem jest o wiele bardziej złożony, tak jak mówisz. Grunt w
            tym, że nie bardzo wiem co z tym zrobić. To się piętrzy od lat, niby nic sie
            nie działo, jakoś sobie dawaliśmy radę, ale w sumie to wszytsko w nas zostało.
            Wzajemne pretensje i żale.

            Nie chce z nim poruszać tego tematu, bo sie boję. W zasadzie wolałabym
            porozmawiać, ale wydaje mi sie, że on po raz kolejny uzna to za atak na jego
            autorytarność.

            Na razie, szczerze przyznam, wolę gdy on znajduje się poza domem. mam wtedy
            spokój i mogę oddać sie robieniu bizuterii co mnie bardzo uspokaja, a przy
            okazji zwiekszam swe szanse na zarobek...

            Co będzie dalej zobaczymy. Nie chcę robić nic pochopnie, ale jeśli nie
            wyjaśnimy między sobą tych wszytskich spraw to nie sadzę by cos z tego wyszło.
            A nasze rozmowy od serca polegaja na tym, że ja nawijam, a on siedzi i chyba
            udaje, że słucha czekając aż mi przejdzie do następnego razu. :(
            • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 16:36
              Dobrze, że sama w gruncie rzeczy widzisz, jak jest. Że widzisz, że sama
              trochęsię oszukujesz, aby tkwić w micie "szczęśliwego i trwałego związku".
              Dlaczego? Ano dlatego, że to jest zapewne marzenie większości ludzi, dlatego,
              że inni wokół biorą slub, mają dzieci, a Ti im pewnie trochę zazdrościsz i
              mamisz się, że u Was jest tak samo, że dziecko "lada dzień", że ślub to "tylko
              do niczego nie potrzebny papierek, i gdybyśmy chcieli, to żaden problem"...

              Nie podejmuj decyzji pochopnie, dajcie sobie czas... musicie porozmawiać, bo
              tak się tylko sfrustrujecie oboje, a 25 lat to przecież najpiękniejsze lata
              życia!
            • rosa_de_vratislavia Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 30.10.06, 19:23
              szczurza_mama napisała:

              Szczurza Maamo,
              Tu nie ma co ratować. On cię nie kocha...on Cię tez nie szanuje:
              -krzyczy na Ciebie,
              - rozlicza z każdej złotówki i np. nie obchodzi go, że nie masz zimowych
              butów, podczas gdy on dostaje w pracy premię,
              - sam powiedział, że CI NIE UFA w sprawach finansowych...toż to najgorsza
              obelga - jesteś złodziejką? coś ukradłaś?

              Jakk ty chcesz z kimś takim planować dziecko?
              Przecież on Ci wypomni,
              ze dziecko go ogranicza,
              że naciskałaś na założenie rodziny,
              że jak "siedzisz w domu" na wychowawczym to nie zarabiasz...i nie da Ci na
              podpaski.

              Tego chcesz?
              Błagania o zaintersowanie?
              Błagania o uczucia?
              Błagania o pieniądze na pampersy?
              • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 10:07
                No i wczoraj znowu sie pokłóciliśmy... Poszło o to, że gdy on wrócił z
                wieczornych zajęć nie było posprzątane w kuchni, pietrzyła się masa garów w
                kuchni. Na dodatek ja nic nie jadłam przez cały dzień prawie, i przypomniało mi
                się, gdy on sobie sam zrobił kolację. Oddał mi troche swojej, a potem jeszcze
                poszedł sobie cos robić do jedzenia. Chciałam go poprosić by uciał mi kawałek
                serka, a on walnął mi takie dwie gigantyczne bułki z serem i łaził za mną
                prawiąc morały, że powinnam jeść. To troche takie banalne w sumie i głupie, ale
                wkurzył mnie, bo go nie prosiłam o jeszcze dodatkowe jedzenie, szczególnie, że
                było juz późno. Na dodatek ja prawie w ogóle nie jem bułek. A ten sie uparł,
                łaził za mna z talerzem i kazał mi jeść. Wściekłam się i kazałam mu zabrać ten
                talerz, a on sie opbraził, bo chciał dla mnie dobrze.

                Potem od słowa do słowa poszło o te naczynia, bo on je umył po powrocie, a ja
                byłam wcześniej w domu i nic nie zrobiłam. Nie zauważył, że przez cały weekend
                gotowałam i zmywałam. Stwierdził, że to narosło przez ten weekend, kiedy ja
                siedziałam w domu, gdy on sie uczył. Prawda jest taka, że sam nie wie ile garów
                potrafimy wyprodukować w ciagu jednego dnia, szczególnie, gdy się gotuje...

                Zresztą, wczoraj musiałam sprężyć sie z zamówieniem na biżuterię przed
                swiętami. Miałam szansę troche zarobić, a kasy juz nie mam (dopiero co wypłatę
                dostałam i poszło wszystko na rachunki, opłaty no i na szaleństwo... spodnie do
                pracy). Zaraz po pracy wróciłam i zabrałam się za robienie. Zapomniałam zjeść
                cokolwiek, to fakt. A jego nie obeszło to, że ja pracowałam, że to co robiłam
                wczoraj da mi kasę dzisiaj. Dla niego po prostu "siedziałam w domu i mogłam cos
                w tym domu zrobić".

                Oczywiście już są kłopoty jeśli chodzi o kasę ze słoika, bo wczoraj zaczął cos
                gadać, że on ze swoich pieniedzy płacił, a moich tam nie widział. A ja
                wyłożyłam dokładnie 200 zł na nasze wspolne wydatki. Teraz z tych wspólnych
                pieniędzy zostało tam 60 zł. :/ oczywiście wszystko co wydał, było z jego
                kieszeni...

                Wiecie co... ja nie mam sił. Wczoraj on gadał i gadał, a ja mu
                powedziałam "dobranoc" i odwróciłam sie na drugi bok. Po prostu totalnie nie
                chce mi się z nim gadać. Nawet nie wiem co miałabym powiedzieć...

                W sumie to po prostu nie chce mi sie sprzeczać o takie pierdoły. Ja za kazdym
                razem układam jego ubrania, które juz po kilku godzinach leżą skotłowane na tym
                samym fotelu, zamiast w szafie. W zasadzie nawet do głowy mi nie przyszło, by
                mu robić z tego powodu jakieś wyrzuty. Po prostu układam je i tyle. Nie
                przypominam sobie bysmy razem sprzatali w domu, tzn robili razem wielkie
                porządku w weekend. Zawsze to ja robię. Ale nie wypominam u tego, bo wiem, że
                skoro on siedzi w szkole, to ja mogę cos zrobic w domu.

                On jednak nie zauważa nic co ja robię, ciagle tylko ma pretensje o to, że
                czegoś nie zrobiłam.

                Jak zaczęłam z nim rozmowę na temat tej premii to mnie zbył, a jak zaczęłam
                mówić, o tym, że zarabiam mniej i wychodzi na to, ż epo zapłaceniu wszytskiego
                po połowie, nie zostaje mi prawie nic to odpowiedział tylko: "a czyja to
                wina?". Wina, znaczy się, że studiów nie skończyłam.

                Mam już tego dość, poważnie... zaczynam czuć sie jak cżłowiek drugiej
                kategorii, zaczynam w to nawet wierzyć.

                W pracy mam możliwość dokształcenia sie i awansu, postaram sie to zrobić jak
                najszybciej, będę pracować nad moją biżuterią jeszcze intensywniej, tak by móc
                zarobić kasę. Może uda mi sie dogadać z tatą czy dziadkami, by mi pomogli, ale
                muszę w końcu jakoś się usamodzielnić. Mieszkałam tyle lat sama, a teraz czuję
                się uzależniona od człowieka, z którym wiązałam swoją przyszłość.

                Dość tego!!!!
                • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 10:20
                  Po pierwsze - Wy nie jesteście dla siebie partnerami. Rywalizujecie ze sobą,
                  kłócicie się o rzeczy, które w "normalnym" związku są załatwiane podświadomie.
                  To, że tak kurczowo się rozliczacie świadczy o tym, że tak naprawdę żadne z Was
                  nie ufa drugiej stronie (nie tylko on Tobie, ale Ty jemu też nie ufasz).
                  Okopujecie się na swoich pozycjach.

                  W poprzednich postach pisałaś, że chcesz z nim porozmawiać. Wczoraj on chciał
                  porozmawiać z Tobą, a Ty się odwróciłaś. Do tanga trzeba dwojga, jeśli chcecie
                  rozwiązać Wasze konflikty to powinniście oboje tego chcieć, a nie bawić się w
                  dziecinne obrażanie. Szczęście nie przychodzi samo, tylko jest efektem pracy
                  dwojga ludzi.

                  Często w Twoich postach mówisz "nie chcę dawać kasy na samochód, który potem
                  będzie praktycznie tylko jego". Nie chcę obwiniać tylko Ciebie, ale Twoje posty
                  są długą litanią grzechów Nie-Męża i oskarżaniem go o brak zaufania do Ciebie,
                  ale Ty tak naprawdę też mu nie ufasz! Oczywiście, zdrowy rozsądek jest bardzo
                  ważny, ale nie wyobrażam sobie związku (szczególnie takiego, w którym dwójka
                  ludzi mieszka razem i planuje dzieci!), w którym toczy się ciągła walka o
                  moje/Twoje.

                  Myślę, że to to właśnie jest podstawową wadą Waszych relacji. Nie myślicie
                  długoterminowo. Wypominacie sobie takie bzdury, jak niepozmywane gary. Jeśli
                  nie potraficie sobie poradzić z takimi błahymi sprawami, to gdzie tu miejsce na
                  duże zobowiązania finansowe, powiększenie (ba! nawet założenie!) rodziny??

                  Nie mówię, że wszystko stracone. Ale powinniście sobie oboje wyjaśnić, co Wam
                  leży na wątrobie i przede wszystkim, jak widzicie Waszą przyszłość. Bo mam
                  trochę wrażenie, że żyjecie pod dyktando otoczenia. On chce zaimponować
                  kolegom, pokazać im swoje auto. Ty dążysz do powiększenia rodziny...

                  Pozdrawiam!
                  • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 11:19
                    On wczoraj nie chciał ze mna rozmawiać, o wygłaszał litanię swoich pretensji do
                    mnie. A ja po prostu nie miałam już ochoty tłumaczyć się jak dziecko dlaczego
                    zrobiłam to i to, a dlaczego nie zrobiłam tego i tego. Skoro on nie rozumie, że
                    robienie biżuterii dla mnie to praca (chociaż i ogomna przyjemność
                    jednocześnie) i robie to by miec pieniądze to bardzo mi przykro. Wszystko co
                    robie uważa za cos drugiej kategorii. Daje mi do zrozumienia, że jestem gorsza,
                    bo nie skończyłam studiów, a tym samym nie zrobiłam nic, by zadbać o naszą
                    przyszłość. Tyle, że ja pracowałam od dawna, kiedy on był na uczelni i za moje
                    pieniądze "szaleliśmy". Nigdy go nie rozliczałam. On rozlicza mnie z każdej
                    złotówki.

                    Wczoraj "kazał" mi kupić sobie buty z tego co zarobiłam na biżuterii, bo
                    powiedziałam, że nie starczyło mi na to w tym miesiącu. Jak mu powiedziałam, że
                    nie chce kupowac sobie butów, bo znowu wydam wszytskie zarobione pieniadze, to
                    powtórzył, że powinnam sobie kupić.Tak, oczywiscie, Wydam kasę na buty i nie
                    będę mieć już na nic. Cały miesiąc będę musiała na nim wisieć... Nie chce tego,
                    bo przez to tylko bedzie mnie bardziej dręczył i wypominał, że nie umiem
                    gospodarować własnymi pieniędzmi...

                    Wczoraj wypomniał mi, że ten mój interes biżuteryjny to pic na wodę, bo więcej
                    wydaje niż zarabiam. Musiał sie do tego tez przyczepić. A prawda jest taka, ż
                    epieniądze które wyłożyłam na wspólne jedzenie, to była kasa, którą zarobiłam w
                    zeszłym miesiącu. Nie jest to wiele - 200 zł zarobku, ale przynajmniej wiem, ż
                    ebędę mogła złożyć się na "życie". Teraz przed świętami w grudniu pewnie będe
                    mieć więcej zamóień i staram sie bardzo zrobić jak najwiecej. W zasadzie od
                    kilku tygodni wracam z pracy i siedzę nad tym.

                    On nawet się tym nie zainteresuje... Dla niego to kolejny wybryk, a dla mnie
                    walka o grosz.

                    Masz rację, ja mu tez nie ufam. Czuję sie głęboko zraniona, mam wrażenie, że
                    cokolwiek nie zrobię to jest źle, a on jest mądry i wspaniały. Zreszta, lubi
                    sie mądrzyć, nawet filmu nie mogę spokojnie obejrzeć, bo on komentuje, że tak
                    nie mogło byc bo to i to, albo gada o prawach fizyki (skończył fizykę).
                    Przykładowo... wczoraj ogladałam drugą cześć Titanica, tu katastrofa, ludzie
                    umierają, a on nagle zaczyna gadać o tym, że w zwiazku z tym a tym te kominy
                    powinny sie wczesniej połamać. Proszę go by dał mi obejrzeć, bo to bardzo
                    poruszająca scena, a on sie obruszył, że go nie słucham.

                    Jako kobieta powinnam wpaść chyba w niemy zachwyt... :/ Wrócił z kina ostatnio
                    i pierwsze co zrobił to opowiedział mi zakończenie. I zreszta robi tak bardzo
                    często.

                    Ech... teraz to paplam jak głupia, wywalam swoje pretensje, tu na forum.
                    Gromadzi sie we mnie żal i wylewa na kllawiaturę.

                    przepraszam w sumie, wiem, że nie opwinnam, ale czuje potrzebę wygadania.
                    Rozsadza mnie od srodka. To błędne koło, my serio jesteśmy dla siebie obcy. A
                    ja jeszcze jestem od niego uzależniona. On ma dużo kasy, jak mu sie zachce to
                    może spakować swoje rzeczy i wrócić do rodziców. Ja zostałabym sama z
                    mieszkaniem, na które mnie nie stać, a nie mam nawet domu, do którego miałabym
                    wrócić. Nie zarabiam wiele, musiałabym chyba jeździć na obiady do dziadków.

                    Czuje sie strasznie. Mam wrazenie, że nic nie znaczę, jestem głupia (zresztą
                    wczoraj mi tak powiedział) i beznadziejna. Nie umiem zrobić nic dobrze, by on
                    był zadowolony.

                    Nie chce tak żyć... :(
                    • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 11:41
                      1. masz niskie poczucie własnej wartości. To, że ktoś Ci powie, że jesteś
                      beznadziejna oznacza, że od razu tak się czujesz? Bez przesady, co on wyrocznia
                      delficka, czy co?

                      2. Pamiętaj, w normalnym związku nie ma miejsca na "przez to tylko bedzie mnie
                      bardziej dręczył"! Co to znaczy, dręczył? Dręczenie drugiego człowieka jest
                      niedopuszczalne. W takiej sytuacji faktycznie lepiej się rozstać.

                      3. Piszesz, że nie masz wyjścia, bo jesteś od niego uzależniona finansowo. Otóż
                      nie. Jesteś od niego uzależniona, jeśli nie potrafisz zrezygnować z szregu
                      rzeczy i żyć skromniej. Rozumiem, że życie samemu w wynajmowanym mieszkaniu
                      jest super. Ale jeśli Cię na to nie stać, to zmieniasz lokum na tańsze.
                      Rezygnujesz z dodatkowych zajęć. Przez jakiś czas zaciskasz zęby i czekasz na
                      lepsze jutro. Przez ten okres szukasz pracy, starasz się skończyć studia,
                      inwestujesz w siebie (w wymiarze, w którym Cię na to stać). Tylko ta decyzja
                      jest bolesna, bo człowiek szybko przyzwyczaja się do "lepszego".

                      4. Dlatego też powinnaś rozważyć: albo próbujecie dalej razem, albo się
                      rozstajecie. Ale w momencie rozstania musisz mieć dla siebie alternatywę,
                      musicie być na równych pozycjach. Czy Ty myślisz, że dla niego powrót do mamusi
                      jest szczytem marzeń? Pewnie też nie. Ale on wie, że jest na lepszej pozycji,
                      bo Ty sobie bez niego pewnie nie poradzisz. A poradzić sobie można, jak patrzę
                      na Wasze wspólne dochody, to wcale nie jsteście w złej sytuacji. Masz pracę,
                      możesz dorobić. Przeżyć się da, choć rzeczywiście - niekoniecznie sama, tylko
                      prawdopodobnie w mieszkaniu dzielonym z innymi.
                      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 12:18
                        Kramonowa, problem leży w tym, że ja jestem mu winna pieniadze. Spłącam mu je
                        co miesiąc. Gdy miałam kłopoty finansowe i straciłam pracę, on mi pomógł i dał
                        pieniądze. Teraz ja mu je oddaję w ratach. Między innymi dlatego też nie mam na
                        nic kasy. Zrezygnowałam już z dodatkowych zajęć, na imprezie nie byłam już
                        chyba pół roku. Do kina też nie chodzę. Generalnie siedzę w domu. W tym
                        miesiacu kupiłam sobie spodnie do pracy, bo taki jest wymóg, nie mogę chodzic
                        do pracy w czarnych dżinsach, jedynych spodniach, które sie jeszcze jako tako
                        do tego nadawały.

                        Ostatnio mi powiedział, że chyba sobie kupi garnitur za 2000 zł, bo u niego w
                        pracy koleżanka ma wtyki by kupic taniej jakieś takie "rasowe", znaczy sie od
                        projektanta. A moje spodnie kosztowały 100 zł i to już był koniec moich
                        wydatków.

                        Nie, nie mam ochoty mu wypominać, że sobie cos tam kupuje, czy ma zamiar kupić.
                        Ale nie wiem... przykro mi po prostu, że on mnie traktuje w zasadzie jak
                        swojego dłużnika. Mam mu spłacać dług w miesiecznych ratach i jeszcze chodzić
                        jak w zegarku. Czuję jakby grał na moim poczuciu winy, że on mi tyle a ja mu
                        nic.

                        Czuję się w tej sytuacji jak ktos na gorszej pozycji. Nawet jak sie rozstaniemy
                        to nadal musiałabym mu płacić te pieniądze. Kto wie, może musiałabym mu je
                        oddać od razu w całości. Dlatego część pieniedzy za samochód od rodziny mam
                        zamiar przeznaczyć od razu na spłatę długu u niego.

                        Ciagle ze wszytskiego muszę sie rozliczać. Z pieniedzy i z tego co zrobiłam w
                        domu...

                        A jeśli chodzi o usamodzielnienie sie to owszem, dam sobie radę. Ale musiałabym
                        znowu sie przeprowadzać, po raz enty, znowu rozkrecać meble, szukać mieszkania.
                        Dla mnie to jednak jest przeżycie. W zasadzie miałam tylko jeden prawdziwy dom,
                        gdy byłam mała i mieszkałam z mamą. Potem ciągle sie przeprowadzałam, czułam
                        sie niechciana (od macochy wiele razy słyszałam, że mam gruba dupę, albo jestem
                        głupia i nie mam żadnych zainteresowań). Mój tato żył z tą babą 15 lat, a gdy
                        mysmy sie pojawiły, po dwóch latach juz wyprowadzał sie z domu, bo baba nas nie
                        chciała. Potem wynajmował mieszkanie tu i tam, a ja z siostra miałysmy rotacje
                        między ojcem a dziadkami. W końcu tato wrócił do babki, a ja z siostra
                        zamieszkałyśmy w wynajmowanym przez niego osobnym mieszkaniu. gdy moja siostra
                        wycjechała, ja zamieszkałam w tej nieszczęsnej piwnicy w domu, w którym tato
                        mieszkał z macochą. I gdy ona była w domu raczej nie mogłam przychodzic na
                        górę, a jak juz to przemykać żeby mnie nie widziała.

                        Przeżyłam to jakoś, chociaż nie pwoiem, wiele nocy przepłakałam, czułam sie
                        niekochana, oi przerzucana jak piłka tenisowa. Nie mam swojego domu. Z
                        dziadkami nie mogę zamieszkać, bo maja tylko dwa pokoje i musiałabym zamieszkać
                        w jednym pokoju z mamą, która jest chora na schizofrenię. Nie wytrzymałabym
                        tego.

                        Dlatego tak boję się kolejnej zmiany, kolejnej przeprowadzki, kolejnego
                        odrzucenia. Wiem o tym dobrze, byłam z tym nawet u psychologa. :/ Ale co z
                        tego, że o tym wiem, skoro nie mogę wyprostować swojego życia? Decyzja o
                        rozstaniu to dla mnie ine tylko kwestie porzucenia faceta, to też inne rzeczy,
                        które mnie troche zaczynaja przerastać...
                    • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 11:44
                      W zasadzie to mogę to podsumować tym, że nie czuje sie taką osobą, jaką on by
                      chciał żebym była. Wykształconą, mądrą kobietą, która dba o dom, nosi sukienki
                      (on uwielbia kobiety w kieckach, a ja nie lubię tego stroju), jest kobieca,
                      ciepła i wiernie w niego zapatrzona jaki to on mądry.

                      A ja jak widać wcale taka nie jestem. Jestem uparta, często krnąbrna, mam swoje
                      zdanie, nie skończyłam studiów, nie jestem jakaś światowa. Mam troche pasji,
                      ale często mam też słomiany zapał. Jestem roztrzepana i leniwa. Czasami jak mi
                      sie czegoś nie chce robić, to po prostu to odkładam i robie coś innego, czyli
                      generalnie jestem mało obowiązkowa. Potrafie być czasami wkurzająca, wiem o
                      tym.

                      Mam wrazenie, że jestem jakąś pomyłką w jego życiu i prawdę powiedziawszy nie
                      wiem czemu jest ze mną.

                      Na samym poczatku, gdy mieszkaliśmy razem, naprawdę nie mogłam wyjść z
                      zachwytu. On o wszytskim pamiętał, był czuły i opiekuńczy. Robił w domu wiele,
                      nawet wiecej niż ja, ale zawsze mu dziekowałam i doceniałam to co robił.
                      Myślałam, że robił to z miłości. Potem wszystko to co robił mi wypomniał, a ja
                      poczułam sie jak świnia.

                      Czasami tak sobie myślę, że nie chcę by robił dla mnie cokolwiek, nie chce by
                      dawał mi pieniadze. Staram mu sie oddać wszytsko co mu jestem winna, byle nie
                      dać mu szansy na przyczepienie się. Mam wrazenie, że z każdej rzeczy, którą dla
                      mnie zrobił, będzie mnie rozliczał wcześniej cz później.

                      Byłam bardzo szczęśliwa, myślałam, że on sie tak stara, bo mnie kocha. Chciałam
                      byc z nim. Teraz nie wiem czy chcę. Nie jestem kimś dla niego... moze on mógłby
                      być kimś dla mnie, ale ja dla niego raczej nie. No i jeszcze mu "zakazuję"
                      kupować JEGO samochód za JEGO pieniądze.

                      Przysiegam, że wolałabym by wrócił do swojego domu, chciałabym byc sama. Ale
                      nie wiem, jak dam sobie radę z moja pensją. Sama jestem sobie winna. taka jest
                      prawda... :(
                      • no1teresa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 12:01
                        to toksyczny zwiazek,
                        wiem, ze pamietasz piekne chwile i trudno Ci go zakonczyc, ale teraz on-ten
                        zwiazek wykancza Ciebie
                        prosze, badz dla siebie dobra i szanuj siebie samą
                      • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 12:30
                        No i pojawił się nowy element - Ty mu wisisz pieniądze. I to mi w dużym stopniu
                        tlumaczy jego postawę oraz Wasze relacje, jego brak zaufania itd.
                        Patrząc z jego punktu widzenia, widzę to tak: ma dziewczyna dlugi, a ja
                        zarabiam. Czemu przez jej dlugi mam rezygnować ze swoich marzen? Pieniądze
                        faktycznie są problemem dla Ciebie, nie dla niego. Powiem tak, póki mu wisisz
                        pieniądze to trochę się nie dziwię, że on sięczuje bardziej uprawniony do
                        decydowania o znacznych zakupach. Oczywiście sposób, w jaki Ciebie traktuje nie
                        jest wzrocowy, a wręcz naganny, ale zaczynasz go powoli rozumieć.

                        Na razie nie zdecydowaliście się na wspólne konto. Ty tego chcesz, bo w pewnym
                        sensie Ty na tym zyskasz, on wręcz przeciwnie. Spójrz na to też z tej strony.
                        Więc póki wspólnego konta nie ma, ani nawet deklaracji wspólnej przyszłości, to
                        uważam, że każdy ma prawo sam rozporządzać swoimi pieniędzmi. To, że on kupuje
                        drogi garnitur oznacza, ze go na to stać. A z Twojego postu odnoszę wrażenie,
                        że jest Ci przykro, bo facet więcej zarabia i może sobie kupować, a Ty nie.
                        Wiesz powiem Ci szczerze, że gdybym wiedziała, że ktoś, kto mi wisi pieniądze,
                        które uniemożliwiają mi realizację mojego największego marzenia, nie robi
                        wszystkiego, żeby pieniądze zwrócić, a wydaje na przyjemności (sama mówiłaś o
                        dodatkowych zajęciach), nie byłabym zachwycona.

                        Nie namawiam Cię do zakończenia tego związku tak ot. Ale na pewno namawiam Cię
                        do wyklarowania powiązań finansowych między Wami. Jeśli nie chcecie wspólnej
                        kasy, a każdego z Was z osobna nie stać na wynajmowanie tego konkretnego
                        mieszkania, zmieńcie je na mniejsze, tak by opłaty były mniej obciążające. Są
                        różne możliwe rozwiązania. Ale kluczową kwestią wydaje mi się wyjaśnienie
                        zależności Twojej od niego, długów itd.
                        • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 13:02
                          Z tym wspólnym kontem to chodziło o konto na które byśmy po równo przelewali
                          pieniądze tylko na życie, a nie razem swoje pensje składali. Chodziło o wygodę,
                          tak by każdy miał kartę i mógł robic zakupy do domu (jedzenie, proszki do
                          prania etc.). Nie chciałam nic ponad to. Bo robiło się tak, że jak każde z nas
                          płaciło ze swoich pieniędzy to robiły sie potem awantury, bo on uwazał, ż eja
                          wydałam za mało ostatnio i powinnam teraz coś kupić do jedzenia, a ja upierałam
                          się, że zapłaciłam tyle i tyle. Teraz mamy tak, że jest ten "słoik" do którego
                          wsadzamy po równo kasę po wypłacie i z niego bierzemy. Ten słoik to jakby nasze
                          konto. Tyle, że ja włożyłam tyle ile miałam, a usłyszałam wczoraj, że wszystkie
                          zakupy są z jego kasy. Tak jakbym ja nic nie włożyła do tej skarbonki.

                          Nie chce mu siadać na kasie. Nie chciałam też sytuacji, w której byłabym mu
                          winna pieniadze. Po prostu tak sie stało, że nie miałam innego wyjścia. Staram
                          się mu oddawać tą kasę, na tyle ile mogę. Zrezygnowałam przez to z dodatkowych
                          zajęć. marzę o tym by mu je oddać i na pewno będzie to pierwsza rzecz jaką
                          zrobię, jeśli dostanę pieniadze od rodziny z tego samochodu.

                          Wiem, że jestem winna mu kasę i oddaję mu pieniadze. Ale on mnie traktuje jak
                          jakiegos złodzieja i oszusta. Przecież mu nie ukradłam tych pieniędzy, sam mi
                          je pożyczył, wyszedł z pomocną dłonią, gdy byłam w totalnym bagnie finansowym.
                          I znowu to samo, pomógł mi, a potem wypomniał...

                          Nie jest mi przykro, ż eon wiecej zarabia, ale po prostu czuje się jak
                          pomiotłuch, jak dłużnik. Ciagle słyszę same przykre rzeczy, wypominanie, jestem
                          mu winna pieniadze. mam wrazenie, że on chce mnie uzależnic od siebie kiedując
                          moim poczuciem winy, tym, że jestem mu dłużna.

                          Tyle, że ja przez wiele lat, gdy on nie miał grosza przy duszy sponsorowałam mu
                          wiele rzeczy i nigdy tego nie wypomniałam. Pewnie gdybym na chama obliczyła
                          sobie ile kasy na niego wydała,m, to on jeszcze by na mi musiał oddawać. Ale
                          nie jestem az taka podła. Płaciłam, bo znaczenie dla mnie miało to, że idziemy
                          razem do kina, albo na koncert, a nie to ile mi z portfela zeszło. :/

                          A on kultywuje zasadę "kochajmy sie jak bracia a liczmy sie jak Żydzi".
                          • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 13:19
                            Wydaje mi się, że nie da się na dluższą metę razem mieszkać i nie mieć
                            wspólnych, a przynajmniej cześciowo wspólnych pieniędzy. Tak samo jak uważam,
                            że ciężko razem mieszkać, nie określając się jednoznacznie, że impreza jest
                            długoterminowa, a nie chwilowa. Wy caly czas tkwicie w stanie przejściowym,
                            wyliczacie kto ile i dlaczego.

                            Poza tym, z tego co piszesz wnioskuję, że to jednak on się teraz dokłada
                            więcej, a Ty "ile możesz". Wyjścia są 2. Albo mówisz, że nie stać Cię na kwoty,
                            które on przeznacza na żywność i jeśli on się nie chce dostosować, dzielicie
                            lodówkę. Albo dokładasz się tyle, co on. Pytanie tylko, czy Cię na to stać .

                            Mówisz, że traktuje Cię jak dłużnika. Ale zauważ, że po pierwsze nim jesteś, a
                            po drugie chcesz w równym stopniu decydować o wspólnej kasie, która de facto
                            jest tylko jego (skoro Tobie po spłaceniu jego i Twojej części opłat nic nie
                            zostaje). I jego to gryzie. Szczerze mówiąc, wcale się nie dziwię.

                            Nie rozumiem, czemu na tym etapie rozmowy nie wypomnisz mu właśnie tego, o czym
                            piszesz - że kiedyś Ty sponsorowałaś jego. Uważam, że jest to argument jak
                            każdy inny, szczególnie w sytuacji, w której on Cię drobiazgowo rozlicza.
                            Podejrzewam, że on może być nieświadomy tego, albo zapomniał, że kiedyś
                            płaciłaś Ty, a pamięta jedynie, że wyciągnął Cię z tarapatów. Technika "nie
                            powiem, bo nie jestem podła" do niczego nie prowadzi. Albo obie strony mówią,
                            co myślą, albo jedna nic nie mówi, a rozpamiętuje namiętnie przeszłość.
                            Najwyraźniej dla Ciebie to miało znaczenie - Ty mu "pomogłaś" wcześniej, teraz
                            on Tobie. Spróbuj o tym porozmawiać, bo naprawdę możliwe, że on
                            tych "zamierzchłych czasów bez pieniędzy" nie pamięta.
                            • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 13:59
                              Ależ ja mu wiele razy to przypominałam, ale czułam sie przy tym podle, bo wcale
                              nie miałam takiego zamiaru. Po prostu gdy on zaczynął gadke o tym, ile ja mu
                              Jestem winna, przypominałam mu, że ja również mu sponsorowałam. Ale sama z
                              siebie nie zrobiłabym mu tego wyrzutu, a on nie ma z tym kłopotu.

                              Jestem dłużnikiem, to prawda, ale nie daje mu to prawa traktować mnie jak
                              swojej służącej, jak niewolnika.

                              Czy chcę decydować o wspólnej kasie? Nie... nigdy nie powiedziałam, że chcę.
                              Nigdy nie chciałam decydować o tym na co ma wydawać swoje pieniądze. Po prostu
                              bałam sie o naszą przyszłość i chciałam o tym porozmawiać. Zresztą nie
                              wiedziałam nawet, że on dostał taką wielką premię, bo to przede mną ukrywał.
                              Jakbym mu sie miała rzucić do portfela...

                              Stać mnie na to by składać sie po połowie i robie to. Nie o to chodzi, że brak
                              mi pieniedzy. Chodzi o to, że uczciwie sie składam tyle co on, a zawsze
                              usłyszę, że to on za wszytsko płaci. Mimo, że w słoiku leżały tez moje
                              pieniądze, on uparcie twierdzi, że to były jego, a ja jak zwykle nie mam
                              pieniędzy bo inmi nie umiem gospodarować.

                              ja po prostu juz nie wytrzymuję. Na każdym kroku muszę mu udowadniać, że jednak
                              zapłaciłam tyle i tyle, że byłam na zakupach, że zmywałam w weekend, że
                              odkurzyłam dywan. Wszystko muszę mu udowadniać, a on z uporem maniaka twierdzi,
                              że nie robię nic i jeszcze traktuje mnie jak złodzieja.

                              Wiem, że zarabiamn mniej i staram się sobie dorobić. W pracy mam szansę na
                              awans i pracuję na to. On oczywiscie tego nie widzi, uważa, że osiadłam na
                              laurach i nie robi kompletnie nic. Owszem, ma więcej pieniędzy, ale pamietam
                              dokładnie jedną sytuację, gdy mi się dołożył 100 zł do butów.

                              Także żadne z nas nie dokłada sie więcej. Oboje mamy podzielone wszytsko na
                              pół. A ja zaczynam myśleć by podzielić na pół również lodówkę. Mogłabym
                              zaoszczędzić sporo, bo przez te nerwy rzeczywiscie nic nie jem. Nie mam
                              apetytu. W sumie dzisiaj tez nic nie zjadłam, oprócz tego, że wypiłam jedna
                              herbate rano. Nie mam zupełnie na nic ochoty... Tak reaguję na stres i
                              przygnębienie.

                              Zaczynam cieszyć sie, gdy nie ma go w domu, czekam na piatki gdy wychodzi z
                              kolegami, bo wiem, że w spokoju pójdę sie popluskac w pianie, obejrzę film i
                              posiedzę nad moimi koralikami. Dzisiaj miał też wyjść, ale spotkanie odwołane z
                              tego co wiem, no i cały wieczór będzie w domu. A liczyłam na chwilę spokoju.

                              Muszę zrobić wszytsko by w końcu zacząć życ na własny rachunek, spłacić mu te
                              długi i poprosić by zajął sie szukaniem właściwszej osoby na stanowisku swojej
                              żony.
                              • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 14:25
                                Z tego co piszesz, a zakładam, że jest to prawda, wylania się obraz faceta-
                                despoty, kiepsko rokującego na przyszłość. Moja rada: spłać go, daj Wam
                                ostatnią szansę (poinformuj go o tym, żeby wiedział, że z Twojej strony to
                                ostatnia próba naprawienia związku), zobacz co się wydarzy i jeśli nie będzie
                                ok, to podejmij bardziej drastyczne kroki. Nie może być tak, że cieszysz się,
                                kiedy go nie ma, to jakiś absurd. Każdy potrzebuje samotności i chwili dla
                                siebie, ale w zdrowym związku partnerzy nie dazą do tego, żeby się unikać!
                                A co on na to wszystko? Jemu rozstanie by odpowiadało, czy jest na swój sposób
                                szczęśliwy?
                                • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 15:10
                                  Nie mam pojecia co on tak naprawdę myśli. Kiedy od niego odeszłam w zeszłym
                                  roku, nie próbował mnie zatrzymać i tak samo bezwolnie dał mi do niego wrócić.
                                  Generalnie mam wrazenie, że jest mu wszystko jedno. Aczkolwiek, on zawsze był
                                  raczej introwertykiem, nie odsłania swoich uczuć, chyba, że sa to uczucia
                                  negatywne. Nie umie przeprosić, nie pamiętam żeby kiedykolwiek sam przyznał sie
                                  do błędu i np. przyszedł przeprosić mnie z kwiatami. Odnoszę wrażenie, że
                                  cokolwiek zrobię, to on po prostu pójdzie z falą, nie bedzie ani walczył ani
                                  oponował. W zasadzie to bardzo wygodne z jego strony. Jeśli w głębi duszy
                                  jestem mu obojętna, to jest to bardzo nierówny układ, w którym ja staram sie
                                  ponad miare dorównać jego wymaganiom, a on ma tak naprawdę wszystko głęboko w
                                  dupie.

                                  Acha... no i jeszcze inna ważna sprawa. To nie jest mój pierwszy zwiazek, a
                                  jego owszem. Jestem jego pierwszą dziewczyną. Wcześniej był zakochany, ale bez
                                  wzajemności. Dlatego tak patrzę na to i stwierdzam, że on prędzej czy później
                                  sobie pójdzie. Skoro nie dobraliśmy sie, to dla niego najłatwiej będzie
                                  pomysleć, że mógł trafić na jakis wybrakowany model i pójdzie sobie gdzie
                                  indziej poszukać. Zostawi mnie pewnie na lodzie, zrzuci winę za wszystko,
                                  zostawi z etykietką idiotki i naciagacza, a potem zakocha sie w innej i po pół
                                  roku sie ozeni i zostanie szczęśliwym tatusiem, podczas gdy ja będę wychodzić z
                                  depresji, że straciłam tyle lat na takiego palanta.

                                  No niestety tak to widzę... i cholera im wiecej o tym tu piszę i sama czytam co
                                  wypociłam, tym gorsze mam wizje przyszłości.

                                  Ale szczerze cie podziwiam, że jeszcze chce ci sie to czytać. To, że mogę tu
                                  napisać troche układa mi w głowie... :*
                                  • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 15:46
                                    Zgadzam się z tym, co Ci radzą inni i ja w sumie też pisałam wcześniej. Spłać
                                    go i uwolnij się. Tkwisz w chorej sytuacji. Zaczęłaś sobie z tego zdawać
                                    sprawę, lepiej późno niż wcale.
                                    I nie zakładaj, że wpadniesz w depresję. Nawet o tym nie wspominaj. Facet Cię
                                    zna, i pewnie dobrze wiem, że może sobie na wiele pozwolić, bo i tak z nim
                                    zostaniesz. Weź się w garść, stań finansowo na nogi i uwolnij się od tej
                                    toksycznej (dla obojga) sytuacji.
                              • helikopter2 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 15:10
                                Pisałaś, że dzieciństwo miałaś nieszczęśliwe, a czy chcesz, żeby Twoje dzieci
                                też były nieszczęśliwe?? Ja też nie miałam w życiu łatwo, ale nauczyłam się
                                jednego. moje życie będzie inne od moich rodziców i będę o to walczyć.
                                Czytam i nie mogę się nadziwić z jakim egoistą jesteś. Tyle razy Ty mu
                                pomagałaś. A on nie widzi tego, że teraz jest jego kolej na pomoc. Dzielicie się
                                pół na pół no i na dodatek Ty prawie nic nie jesz. Ale gdybyś nawet jadła czy
                                jesteś w stanie zjeść tyle co on. Ja też ze swoim chłopakiem składam się na pół
                                i oboje mamy świadomość, że on trochę więcej je. Ale nadrabia tym, ze coś
                                przywiezie z domu, że składa się ze mna na produkty, ktore sa tylko dla mnie.
                                Natomiast jesli cos jest tylko dla niego np piwo lub cos innego to on za to
                                placi. Taki podzial jest sprawiedliwy.
                                Wiesz nie wiem czy on Cię kocha. Ale o tym sama musisz sie przekonac. Faceci nie
                                garania sie do slubu i do dzieci przed skonczeniem studiow.
                                Chce żebyś wiedziała jedno:

                                NIE BÓJ SIĘ SZUKAC NOWEGO FACETA
                                NIE BÓJ SIĘ SZUKAC NOWEGO FACETA
                                NIE BÓJ SIĘ SZUKAC NOWEGO FACETA

                                NIE BÓJ SIĘ, ŻE SAMA SIĘ NIE UTRZYMASZ
                                NIE BÓJ SIĘ, ŻE SAMA SIĘ NIE UTRZYMASZ
                                NIE BÓJ SIĘ, ŻE SAMA SIĘ NIE UTRZYMASZ

                                PORADZISZ SOBIE BO JESTES MLODA WYKSZTALCONA
                                1000ZL MIESIECZNIE TO NIE JEST BARDZO MALO, BEDZIE MUSIALO STARCZYC TO STARCZY

                                Twoj ojciec pewnie mial racje mowiac zle, o Twoim partnerze, przynajmniej to co
                                mowil sie spelnia.

                                Pamietaj mozesz byc z nim i rozgladac sie za kims innym spotykac sie, wiem, ze
                                to troche nie etyczne, ale on nie jest w porzadku do Ciebie.

                                SZUKAJ MILOSCI BO NA NIA ZASLUGUJESZ

                                I pamietaj za 10 lat bedziesz sie cieszyc, ze to skonczylas lub plakac ze tego
                                nie zrobilas i Twoje dzieci moga tez plakac.

                                > Muszę zrobić wszytsko by w końcu zacząć życ na własny rachunek, spłacić mu te
                                > długi i poprosić by zajął sie szukaniem właściwszej osoby na stanowisku swojej
                                > żony.
                                To nie on ma szukać właściwej osoby na stanowisko żony, to Ty musisz szukać
                                właściwą osobę na stanowisko MĘŻA
                              • tapatik Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 15:32
                                szczurza_mama napisała:

                                > Muszę zrobić wszytsko by w końcu zacząć życ na własny rachunek, spłacić mu te
                                > długi i poprosić by zajął sie szukaniem właściwszej osoby na stanowisku swojej
                                > żony.

                                Kiedy chcesz to zrobić?

                                Pisałaś, że możesz od swojej rodziny otrzymać samochód, ewentualnie rodzina
                                sprzeda samochód i da Ci kasę. Z tego co opisujesz, to ja widzę tylko jedno
                                wyjście z sytuacji: weź tę kasę, spłać dług (najlepiej przy świadkach) i pogoń
                                nie-męża w siną dal. Nadajecie na zbyt różnych falach. Teoretycznie problemem
                                jest samochód, a tak na dobrą sprawę to powyłaziło zupełnie co innego. Starasz
                                się być samodzielna, zrobić coś w życiu, a dostajesz ciągle w dupę i to od
                                osoby, którą kochasz i która kocha Ciebie, więc powinna Ciebie wspierać w
                                trudnych chwilach. Tak się zastanawiam, po co chłopak pożyczał Ci kasę. Może
                                chciał mieć na Ciebie "haka"? Czarno widzę Wasz związek.

                                Właściwie to gdzie Wy teraz mieszkacie? Wiem, że mieszkacie razem, ale nie
                                doczytałem czy jest to w mieszkaniu wynajmowanym wspólnie czy tylko przez jedno
                                z Was. Co będzie, jeśli zdecydujesz się zerwać ten związek?

                                Piszesz o pracy. Załóżmy, że się rozstajecie. Czy bedziesz w stanie utrzymać się
                                sama tylko ze swojej pracy? Czy możesz znaleźć inną pracę (na przykład lepiej
                                płatną), albo pracę dodatkową?
                                • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 15:57
                                  Cały czas to robie. Pracuje jako sekretarka, ale uczę sie cały czas płac, by
                                  przenieść sie na inne stanowisko. Wiem, że będę mieć taką szansę, bo jest to
                                  juz ustalone w mojej pracy, a koleżanki bardzo mi pomagają leipej wszystko
                                  zrozumieć. Jeśli sie tego nauczę, to będę mieć fach w ręku i powoli przejde na
                                  samodzielne stanowisko, a wiem, że pensja jest duzo wyższa od mojej.

                                  nie wiem dokładnie kiedy rodzina chce sprzedać auto, ale podejrzewam, że jakoś
                                  niedługo. Będę musiała o tym porozmawiać konkretnie, bo wcześniej nie zależało
                                  mi na takim pośpiechu. W obecnej chwili jestem zdecydowana jak najszybciej
                                  spłacić u niego dług. Podejrzewam, że on dał mi pieniądze nie z życzliwego
                                  serca, ale po to by, jak to ująć, pokazać jaki jest męski, jak on teraz może mi
                                  dać kasę. Po tylu latach upokorzeń, gdy to ja miałam kasę, teraz on ma więcej.
                                  Mam wrazenie, że odgrywa się za to, że te lata, gdy nie miał kasy i był ode
                                  mnie zależny. Czuł sie poniżany i teraz mnie poniża. Ale ja nie czuję sie
                                  winna, nigdy nie miałam ambicji by zarabiać wiecej od niego. Uważałam, że
                                  najważniejsze to po prostu pracować i się dzielić. Gdybym zarabiała wiecej od
                                  niego nie miałabym problemu z tym żeby płacić za zakupy, albo wzięłabym na
                                  siebie jakieś tam rachunki.

                                  Jesli chodzi o to kto komu jest winien. Jakis czas temu, gdy poszłam na bazarek
                                  zrobic zakupy, kupiłam dla niego miedzy innymi zeszyty do szkoły. Powiedziałam
                                  mu, że kupię skoro będę koło papierniczego. Kupiłam mu zeszyty za 30 zł. Do tej
                                  pory mi nie oddał. Ja nie domagałam sie zwrotu pieniędzy, ale tak jak teraz
                                  widzę, że on mnie podlicza to moze powinnam. W końcu dla mnie 30 zł to całkiem
                                  sporo...

                                  Mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu. Ja je znalazłam, a w zasadzie wynajmujemy
                                  je dzięki mojej koleżance z pracy. To są dwa pokje. Kiedy wynajmowałam
                                  wcześniej kawalerkę, on powiedział, że nie będzie ze mną mieszkał w jednym
                                  pokoju i muszą być obowiązkowo dwa.

                                  Umowa najmu jest na mnie, ale płacimy po połowie, za wszystko. tylko nie
                                  wiedzieć czemu ja zawsze jstem tą co chytrzy kasę i nie daje, a on ten co daje
                                  na wszystko.

                                  Jeśli uda mi sie zrealizować mój plan, to zmienie stanowisko na lepsze i będe
                                  mogła się sama utrzymać. Na raze jednak sie uczę, więc z tym należy zaczekać.
                                  Niestety jesli on odetnie swoje fundusze wynosząc sie do domu, to ja na 100%
                                  bede musiała szukać nowego mieszkania, o do tego nie można nawet zaprosic
                                  współlokatora. Jest to raczej mieszkanie dla pary. To nie byłaby tylko kwestia
                                  rozstania ale kolejnych ogromnych zmian w moim życiu. Tych zmian, których po
                                  prostu nienawidzę...
                                  • tapatik Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 01.11.06, 16:55
                                    Obawiam się, że zmiany i tak Ciebie czekają.
                                    Piszesz, że wynajęliście mieszkanie dla pary, ale może dało by się tam
                                    "dokwaterować" jakąś koleżankę, która mieszkała by w drugim pokoju? Może jakąś
                                    studentkę. Skoro Ty już zagospodarowałaś się w tym mieszkaniu to szkoda było by
                                    je opuszczać.
                                    Jestem pewien, że coś wymyślisz. Z tego co piszesz wynika, że jesteś bardzo
                                    zaradna życiowo i że potrafisz sobie poradzić.
                • tapatik Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 31.10.06, 10:37
                  Jak to czytam, to tak jak bym czytał o obcych sobie ludziach.
                  • jadwiha Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 01.11.06, 22:44
                    Uff, udało mi się przebrnąć przez całość.

                    Mamo, jesteś bardzo mądrą, wrażliwą, dobrą kobitką. Zasługujesz na wiele
                    szczęscia i życzę CI tego z całego serca. Życie nieźle Cię doświadcza, podziwiam
                    szczerze za lekkość i szalenie sympatyczną formę wypowiadania się na tak
                    drażliwy temat i do tego w takich okolicznościach... Nie ma w Tobie kszty
                    zacietrzewienia, musisz byc aniołem, skoro wytrzymujesz te gorzkie razy od
                    niemęża i jednocześnie piszesz o nim, że to w gruncie rzeczy dobry człowiek.
                    Otóż - na podstawie tego, co opisujesz - sądzę, że to nie jest dobry człowiek.

                    Przyznam się, że przy fragmencie w którym opisujesz siedzisz w domu i dłubiesz
                    przy koralikach spłakałam się jak bóbr, choć na ogół cięzko mnie rozczulić.

                    Zdaję sobie sprawę z faktu, że nie jest łatwo przewrócić do góry nogami życie, w
                    którym wszystko przychodzi tak ciężko. Ale Kochana, jesteś bardzo młoda,
                    wszystko przed Tobą! Sprawa samochodu to jedynie wierzchołek góry lodowej,
                    niestety. Twój partner jest dla mnie dużym chłopcem, dzieckiem, które się bawi
                    we wspólne życie we dwoje. Przeraża mnie sytuacja, którą opisujesz. Rozmawiacie
                    o wspólnym, drogim w utrzymaniu samochodzie a Ty nie masz butów na zimę i po nim
                    ten fakt spływa jak po kaczce? A przy okazji stroi fochy i szeroko opowiada o
                    kupnie garnituru za 2000 zł? Błagam, przestań się łudzić, że ten mężczyzna
                    kiedykolwiek będzie odpowiedzialny za Ciebie i wasze dzieci. Dług, o którym
                    piszesz to kolejny koszmar. W świetle tego, że finansowałaś jego mandaty i
                    fanaberie przez jakiś czas to chyba cos nie gra. Wspólny, równy wkład pieniędzy
                    na życie też wydaje mi się kosmiczną pomyłką, jeśli po składce zostajesz bez
                    grosza. Pakujesz w ten związek całą siebie i w zamian dostajesz trochę czułości
                    od czasu do czasu, seks oraz ciągłe rozliczenia. To nie jest miłość. To jakiś
                    przeklęty dział księgowości rodem z koszmaru.

                    Rozumiem, że pragniesz miłości i spokoju ale naprawdę stać Cię na zbudowanie
                    związku z człowiekiem, który da Ci wsparcie i ukojenie a nie szarpaninę i
                    upokorzenia. Potrafisz być partnerem i masz prawo oczekiwać tego samego od faceta.
                    Napiszę to. A co. Zaciśnij zęby, kopnij dziada w dupsko, weź samochód, wynajmij
                    jakiś pokój. Znajdziesz jeszcze szczęscie bo na nie zasługujesz.
                    Trzymam kciuki :)
                    • moniarb Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 02.11.06, 09:50
                      uff ja tez przeczytalam wszystko. I pojawiające coraz to nowe wątki , wskazują
                      na jedno - nie wiadomo tak naprawde jak to życie wasze wygląda. Jak każdy
                      przedstawiasz wszystko tak jak Tobie pasuje i jak Ty to widzisz - o tym,ze
                      pozyczył Ci pieniądze, dowiadujemy sie po dlugim czasie,( najpierw
                      przedstawilas go wyłącznie jako żerującego na Tobie), o tym ze jednak nie jest
                      mu obojetne czy masz buty, tez wspominasz mimochodem, o tym ze stara sie
                      zadbac ,zebyś jadła - to Ciebie akurat wkurza ,ze biega za Toba z bulką - tez
                      mowisz dośc tendencyjnie.Robi to tak jak potrafi, ale stara sie. Myslę,ze on
                      nie jest taki zły jak go w tej chwili widzisz i nakręciłas sie po prostu teraz
                      okropnie. Ale prawda jest też taka, ze jedyna rzeczą, dla ktorej Ty z nim
                      jesteś to fakt,ze boisz sie byc sama ze względów finansowych. Przeciez Ciebie
                      nic z tym człowiekiem nie lączy: nie rozumiecie sie w codziennych sprawach, nie
                      lubisz spędzac z nim czasu - zwykle oglądanie wspolnie filmu to juz powód do
                      stresu, macie zupełnie inne potrzeby i pragnienia - on chce żebys studiowała i
                      rozwijala sie , Ty chcesz miec dziecko i dom. On nie docenia Twoich prac nad
                      bizuteria, Ty nie doceniasz jego wiedzy "fizycznej". On chce miec " kobiecą"
                      kobietę, Ty masz w nosie jego zachcianki, bo jesteś inna i juz. Ty chcesz
                      mieć "doroslego" powaznie myslacego o zyciu faceta - i on ma w nosie Twoje
                      zachcianki, bo chce zyc na luzie i realizowac swoje samochodowe marzenia.
                      I tak mozna wymieniac róznice między Wami bez końca - trudniej byłoby znależć
                      wspolne sprawy - jedyna to ze bez niego nie utrzymasz mieszkania - to marny
                      powód do tego zeby byc razem.
                      • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 02.11.06, 10:41
                        To nie tak, że ja z nim jestem bo bez niego bym sie nie utrzymała. Jesteśmy
                        razem 5 lat, a mieszkamy razem dopiero dwa miesiące. Po prostu boję się, ze
                        teraz jestem w takiej sytuacji, w której jestem od niego zależna, a on gdyby
                        tylko chciał to mógłby mnie pogrążyć. W pewien sposób czuję się szantażowana
                        samym faktem, że jestem z nim zwiazana długiem.

                        On w gruncie rzeczy nie jest złym facetem. Kupował mi bieliznę, kiecki itd.
                        Pomógł mi finansowo gdy tego potrzebowałam, pomagał mi w moich przeprowadzkach.
                        Zmywa naczynia, wynosi śmieci, robi zakupy do domu i muszę przyznać, że ma
                        lepszą pamieć niż ja jeśli chodzi o różne sprawy domowe. Ja czesto zapominam,
                        że coś tam trzeba kupić czy zrobić. Jego to irytuje, ale ja jestem jakimś takim
                        roztrzepańcem leniwcem. ;)

                        Wiem, że sie okropnie nakręciłam, czuje to. Z drugiej strony jednak to może
                        nawet i lepiej, bo mogę z siebie wyrzucić tyle złych emocji i może mniej się
                        jemu oberwie. ;)

                        Ja naprawdę uwielbiałam z nim spedzać czas, po pracy leciałam do domu jak na
                        skrzydłach. Potem zaczęły się robić te wszystkie awantury i dlatego go unikam.
                        Wycofałam sie emocjonalnie, bo ciagle mam wrazenie, że zaraz zrobi czy powie mi
                        cos przykrego. Dlatego wolę być sama, zamknać się w drugim pokoju.

                        Co do kobiecości... ja po prostu nie lubię sukienek i spódnic. Ale to nie
                        znaczy, ze jestem niekobieca. Mam bardzo kobiecą sylwetkę, gęste włosy, nie
                        jestem brzydka, maluję się i dbam o siebie. On po prostu lubi kobiety w
                        spódnicach, a dla mnie to szczyt niewygody. Podobnie jak obcasy... :/

                        On jest naprawdę wolnym facetem, chodzi gdzie chce, nie musi mnie pytać o
                        pozwolenie, chociaż czesto dzwoni i mówi mi, że gdzies idzie, albo o której
                        będzie w domu, co jest bardzo miłe. Staram sie go nie ograniczać, chociaz
                        czasami nie podoba mi sie, że gdzieś idzie, bo miałam nadzieję na miły wspólny
                        wieczór.


                        My po prostu nie umiemy już ze sobą rozmawiać. Niby o takie pierdoły sie
                        kłócimy, ale chyba oboje oczekujemy innych rzeczy i to jest sedno problemu.
                        Teraz sie wszytsko nawarstwiło i wyglada to tak jakby nic a nic nas nie
                        łączyło, ale tak naprwadę łączy, tylko, że my juz tego nie widzimy. :(
                    • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 02.11.06, 10:11
                      Dziękuję za ciepłe słowa. :)

                      Myślałam bardzo dużo nad tym wszystkim a dokłądniej nad tym czemu ja sie czuje
                      taka nieszcześliwa. Rozmawiałam o tym z siostrą przez internet. Doszłam do
                      wniosku, że po prostu przez całe życie w jakis sposób czułam sie nie
                      akceptowana. W zasadzie pamietam, że gdy chodziłam do pierwszych klas szkoły
                      podstawowej moja mama ciagle mi mówiłóa, że powinnam byc taka jak moja
                      przyjaciółka, bardzo mądra, ładna itd. Zresztą do tej pory mam z tą dziewczyną
                      kontakt i jest dla mnie w sercu jak siostra, ale słowa mamy bolały. Potem
                      ojciec zabrał nas do siebie i zamieszkałysmy z nim i jego babą. Ciągle
                      słyszałam, że mam za gruba dupę (mam na jej tle ogromne kompleksy do tej pory),
                      że nie mam ainteresowań i jestem głupia. Ojca w zasadzie w ogóle nie było w
                      domu, a jak był to tez czasami powiedział cos na żarty, ale takiego, że nie
                      było mi do śmiechu tylko wszytskim wokół. Potem odszedł od baby, wynajmował
                      mieszkanie, a ja z siostra mieszkałyśmy raz u niego raz u dziadków. W końcu
                      wrócił do baby a nam wynajął to mieszkanie. Jak tak sie nad tym zastanowić to
                      nas usunął z drogi by móc z nią być. Mieszkałam z nim od 12 roku życia, a
                      mieszkanie wynajął nam gdy miałam lat 18. Jedynie przez dwa lata mieszkałam z
                      nim i jego kobietą, potem było tylko przerzucanie odpowiedzialności. Gdy moja
                      siostra zdecydowała sie nie wrócić z zagranicznej wycieczki i została, mój
                      ojciec ją niemalże wyklął, a ja zamieszkałąm w tej cholernej piwnicy. niby
                      fajnie, bo miałam swoje klucze, mogłam robic co chciałam, ale nie miałam tak
                      naprawdę wstępu na górę, byłam tam niemile widziana przez babę ojca. Ojciec w
                      międzyczasie wywalił mnie z pracy po miesiącu, mimo że potrzebowałam na studia.
                      Odbyło sie to po tym jak sobie w dwuznaczny sposob na mój temat zażartował w
                      pracy a ja zwróciłam mu uwagę. Potem były ciche dni, które skonczyły sie tym,
                      że ojciec zadzwonił z pytaniem kiedy mam zamiar sie wyniesć. Teraz stosunki
                      miedzy mną a tatą są bardzo dobre, ale nie widujemy sie za często. najbardziej
                      na swiecie kocham jednak moją babcię, która mi dała tyle ciepła i miłości, że
                      bez niej byłabym juz totalnym popaprańcem uczuciowym.


                      Tak czy siak... po prostu odkryłam, że zawsze czułam sie niechciana, spychana,
                      zawadzałam. A jednak zawsze bardzo starałam sie zwrócic na siebie uwagę i byc
                      akceptowana. Kiedy byłam mała byłam klasowym klaunem, ciągle sie wygłupiałam,
                      śmiałam. Czasami, gdy po prostu nie żartowała, koledzy mysleli, że cos mi jest.
                      Do tej pory zresztą mam raczej pogodne usposobienie, aczkolwiek w gruncie
                      rzeczy jestem dość nieszczęśliwa wewnątrz. Po prostu czuję się skrzywdzona.

                      Dlatego chyba wszytsko co zrobi mój Nie-Mąż, każda krytyka z jego strony budzi
                      we mnie taką rozpacz. Kiedy mi powiedział, że mam mu udowodnic, ż enadaję sie
                      na matkę, to mnie to zabolało koszmarnie. I chyba wiem czemu. Po prostu to
                      tylko kolejna osoba w moim życiu, któa chce mnie zmienić, której mam udowodnić,
                      że zasługuję na miłość. Nie taka, która mi zaufa, która powie "co tam! co było
                      to było a ja cie kocham jak wariat i wszytsko ci wybaczę". Im bardziej on mnie
                      krytykuje tym bardziej ja przeżywam, że nie jestem akceptowana, że się nie
                      liczę. I tym mniej mam sił by naprawdę cos zmienić. Dla niego to jest
                      niezrozumiałe, że ja tak sie denerwuje, gdy on mi zwraca uwage na nieumtye
                      naczynia, czy inne pierdoły. Ale on zaczyna sie czepiać coraz bardziej i
                      bardziej, a ja ine robię za wiele żeby sie poprawić. Od jakiegoś czasu mam to w
                      dupie po prostu. A wczoraj pomyślałam sobie, że mam juz szczerze dość robienia
                      wszystkiego by mnie ktos pokochał.

                      Jestem emocjonalnym zgliszczem, niewolnikiem swojego dzieciństwa. Z jednej
                      strony staram się o tym zapomnieć, ale nie umiem. To sie za mna ciagnie jak
                      smród po gaciach, a ja chyba nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy.

                      Postanowiłam o tym wszytskim powiedzieć Nie-Mężowi, ale prawdę mówiąc
                      zastanawiam sie jak on by to odebrał. Boję sie, że pomyśli, że jestem
                      nienormalna, że teraz bedzie musiał uwazać na kazde słowo, bo zaraz będę mieć
                      jakies jazdy. Albo powie, że powinnam tak po prostu zapomniec o tym co było i
                      tak nie przeżywać.

                      Boję się tej rozmowy, ale chyba powinnam mu o tym wszytskim powiedzieć, prawda?
                      A jeśli tego nie zrozumie to znaczy, że nigdy miedzy nami nie będzie dobrze... :
                      (
                      • moniarb Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 02.11.06, 10:47
                        Twoje dzieciństwo to faktycznie trauma, w żadnym stopniu tego nie neguję, ale
                        musisz tez przyjąc do wiadomości,ze nie możesz liczyc,ze twoj nie-mąz, czy
                        ktokolwiek inny, bedzie lekiem na wszystkie doznane urazy. Nikt Ci tego nie
                        zrekompensuje, nie mozesz oczekiwac,ze ktos będzie traktowac Cie szczególnie,
                        dawac Ci wszystko to czego Ci brakowało przez te lata, dostosuje swoje życie do
                        Twoich wyjątkowych potrzeb. Nie da sie po prostu nadrobic miłosci
                        rodzicielskiej, to co sie stało w Twoim zyciu juz sie nie zmieni - i jesli od
                        partnera bedziesz oczekiwała szczególnego podejscia - to zawsze bedziesz czuła
                        sie niezapokojona uczuciowo i rozczarowana.
                        Ze swoimi problemami musimy radzic sobie sami - bliscy moga nam pomóc, ale nie
                        rozwiąża ich za nas. Daltego mysle,ze muszisz sie nimi uporac - moze raczej z
                        pomoca fachowca, a potem dopiero bedziesz gotowa do związku - w ktorym facet
                        nie bedzie środkiem do zbudowania domu i rodziny, ale celem. Jakos od początku
                        to czułam , ze dla Ciebie najwazniejsze, zeby miec szybko dom i dziecko - i do
                        tego potrzebny Ci jest partner-facet. A to nie tak. Najpierw trzeba znależć
                        człowieka ,z ktorym chce sie byc,spędzac kazdą chwilę, z ktorym chce sie
                        ogladac kazdy film, z ktorym nie ma znaczenia, kto więcej daje, dla ktorego bez
                        żalu zrezygnujesz z ulubionej marki samochodu czy telewizora, dla ktorego
                        bedziesz codziennie paradowac w kiecce, choc tego nie lubisz, ktorego bedziesz
                        podziwiac za jego wiedze - nawet gdy sie dziecinnie wymądrza bedzie Cie to
                        smieszyc a nie wkurzac. Którego po prostu bedziesz kochać i ktory bedzie Cie
                        kochal. A wtedy " budowanie" domu i urodzenie dziecka bedzie konsekwencją tego
                        związku, bedzie naturalną koleja rzeczy, a nie wynegocjowanym planem na życie.
                        Masz na to mnóstwo czau - jesteś mloda i mozesz wszystko zacząc od początku.
                        • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 02.11.06, 11:17
                          Masz absolutną racje. Po prostu chce by on był lekiem za wszytskie krzywdy
                          jakich doznałam. Nie chce od niego wymagać by tym lekiem był, ale chciałabym by
                          wiedział dlaczego czasami tak mnie rani to co on mówi. Boję sie, że on
                          zrozumie, iż ja oczekuję specjalnych względów, a tak nie jest. Po prostu
                          chciałabym by wiedział co przęzyłam i jak to na mnie wpłynęło. Ja rozumiem, że
                          on nie mógł sobie pozwolić na wiele rzeczy i teraz chce sobie to odbić.

                          Przez tyle lat nie miał pieniędzy, a teraz ma i chce zaszaleć. Nawet jeśli to
                          może mieć nieprzyjemne konsekwencje w przyszłości. Co bedzie gdy straci prace?
                          A jeśli tak sie życie potoczy, że nie bedzie miał az tylu pieniedzy by spłacać
                          raty? On ma do mnie pretensje i mi nie ufa, bo wyprowadziłam się z mojej
                          piwnicy, gdy byłam na okresie próbnym. Okresu próbnego nie przeszłam, ale
                          zostałam z mieszkaniem do spłacenia. Potem znalazłam pracę (zresztą ta, w
                          której teraz pracuję) i płaciłam ale tamten dług pozostał. No i pod koniec
                          wynajmu to Nie-Mąż mi go pomógł uregulować. Ale do tej pory uważa, że zrobiłam
                          głupotę, ż esie wyprowadziłąm z tamtej piwnicy, bo twierdzi, ż epowinnam
                          zaczekać, aż on by zaczął normalna pracę to by mnie stamtąd wyciągnał i nie
                          było by tych wszytskich długów. Dla mnie to jednak nie była zachcianka, ja
                          chciałam stamtąd uciec i wykorzystałam pierwszą okazję by to zrobić. To było
                          dla mnie ważniejsze niż wszytsko inne.

                          Teraz on chce zrobić dokładnie tak samo z tym samochodem, chce go kupić, bo
                          zawsze o tym marzył i nie liczy sie z tym, że może to opważnie naruszyć nasze
                          finanse. Wytyka mi błędy i nie ufa mi przez to, że postapiłam wtedy tak
                          lekkomyslnie, a teraz robi dokładnie to samo. I ja go rozumiem naprawdę...
                          tylko boli mnie taka dwulicowość u niego.

                          Chciałabym z nim szczerze porozmawiać, powiedzieć wszytsko od seca, bez złości,
                          ale boję się, że on znowu zacznie na mnie krzyczeć. Ten jego krzyk i złość to
                          dla mnie jak bicie bejsbolem. Odsuwam sie od niego, międle wszytskie smutki i
                          porastam gniewem i niechęcią.

                          Spróbuję z nim porozmawiać w ten sposób, może jednak cos do niego dotrze, może
                          nie będzie z tego kolejnej awantury. A jeśli tak będzie dalej to ja nie widzę
                          dla nas przyszłości.

                          Wiesz, byłam u psychologa, ale trafiłam na jakas dziwną kobietę. Siedziała i
                          potakwiała głową, wyglądała na taką natchnioną i poruszona jakyb sie naćpała, a
                          ja tylko gadałam i gadałam, w zasadzie wszystko to co juz wiem. Chciałam by
                          mnie jakos poprowadziła wskazała drogę, a tak naprawdę doszło do tego, że
                          ciagle międliłam to samo co i tutaj międle. I co z tego? Wiem co mi jest, ale
                          nie wiem jak to naprawić... :(
                          • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 02.11.06, 11:38
                            Podpisuję się pod każdym słowem monib.
                            Z każdego posta dowiadujemy się nowych rzeczy, ale i tak nie wiemy, jak jest
                            naprawdę, bo poznajemy tylko Twoją wersję, która jest - jak słusznie zauważyła
                            monia - dość tendencyjna. Co jest absolutnie normalne! Wszyscy widzą siebie w
                            trochę lepszym świetle niż innych.

                            Największym problemem jest Twoja osobowość i Twoje rozterki wewnętrzne. Patrząc
                            obiektywnie - facet nie ma lekko. Ma Ciebie i cały bagaż Twoich (i zapewne
                            swoich, bo nikt nie jest on dnich wolny) doświadczeń, które nie są byle jakie.
                            Chora matka, brak oparcia w rodzinie i ogólnie "nienormalne" stosunki są trudne
                            do zaakceptowania. Myślę, że Twojemu facetowi też nie jest łatwo i potrzebuje
                            trochę czasu, żeby te Twoje różne reakcje przyswoić. Reagujesz dość nerwowo,
                            wręcz historycznie (patrz: przykład z kanapką) a on nie rozumie, co jest grane.

                            Nie usprawiedliwiam go w 100%. Ale trochę mam wrażenie, że lubisz się czasem
                            nad sobą poużalać, że Ci ciężko, że miałaś trudne życie itd. Tylko że nie
                            możesz go obarczać rozwiązaniem tych kłopotów. Nie każdy jest w stanie pełnić
                            rolę psychoterapeuty, i nie wynika to z braku miłości, tylko z tego, że jest to
                            bardzo trudne i obciążające zadanie.
                            • szczurza_mama Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 02.11.06, 12:14
                              No histOrycznie na kanapke nie zareagowałam. hihih ;)Zresztą histerycznie też
                              nie. Po prostu powiedziałam żeby mnie nie dręzył tą kanapką i go o nia nie
                              prosiłam,. Zresztą i tak później zjadłam pół tej bułki, tyle, że z miodem, a
                              druga połowkę wsadziłam do lodówki. ;)

                              Czasami lubię sie nad sobą opużalać w chwili nieszczęścia, ale nie chce tego
                              robić non stop. tak naprawdę bardzo chciałabym z tego wszytskiego wyjść i
                              cieszyc się życiem. Tymczasem to sie za mną ciagnie i nie daje mi spokoju.
                              Chciałabym by Nie-Mąż mi pomógł by to sie skończyło, ale z drugiej strony nie
                              chciałabym go obarczać odpowiedzialnością za moje dzieciństwo. On też łatwo nie
                              miał, jego rodzice nie są bez wad. Ale jego z domu nikt nie wyrzucał...

                              Ja tez jestem nerwus i czasami potrafie sie zdenerwować, zirytować. Czasami jak
                              on cos komentuje i sie wymądrza, to ja też nie moge sie ugryźć w jezyk tylko mu
                              walnę, że sie znowu wymądrza.

                              Wcale nie jestem taka święta, co to to nie.

                              No i dochodzi jeszcze jedna rzecz. Nie-Mąż jest ze mną, a wie, że mam chorą
                              mame. teraz opiekują sie nią dziadkowie, ale kiedys ja będę musiała to robić.
                              Siostra mieszka za granicą i obowiązek spadnie na mnie. Ona będzie przesyłać mi
                              pieniądze i zrzygnuje z części spadku jakby co. Akurat z siostrą mam bardzo
                              dobry układ, bo obie wyrosłysmy z tej samej ziemi i zawsze trzymałyśmy sie
                              razem, pomagałysmy sobie. Tak czy siak, Nie-Mąż wie, że kiedys będę musiała
                              zająć sie mamą, a ja bym nie chciała jej nigdzie oddawać, przeciez to moja
                              mama. Dla niego to też jest pewnie obciążenie psychiczne. A jednak nie porzucił
                              mnie, jest ze mną.

                              Myślę, ze powoli powoli zacznym byc gotowa na prawdziwa rozmowę, nie na
                              kłótnie. Tylko czy on jest gotowy? No i czy mnie zrozumie? Chciałabym mu
                              powiedzieć, że go kocham, że nie chce bysmy sie kłócili i poprosić go o pomoc i
                              wsparcie. Nie chcę by był lekiem na moje traumy z dzieciństwa, ale żeby
                              zrozumiał dlaczego czasami reaguję tak a nie inaczej. No i chciałabym z nim
                              jeszcze raz porozmawiać o tym aucie, ale juz tak normalnie i bez awantur. I nie
                              dlatego, że nie chcę by go kupował, ale żebym poczuła, że nie kupuje go
                              przeciwko mnie.

                              Nie chce marnować tylu lat razem, bo przeciez między nami bywało naprawde
                              wspaniale. Mamy wiele wspólnych zainteresowań, wspólnych przyjaciół i wspólne
                              plany. To co mam w sercu, moje lęki, które noszę nie uciekną ode mnie jak
                              znajdę kogoś nowego. Prędzej czy później znowu będzie to samo, zaczne kogoś
                              obarczać moimi problemami i oczekiwać, że je rozwiaze. A on jest ze mną cały
                              czas mimo że bywałam straszie wkurzajaca. Warto chyba walczyc o to wszytsko,
                              przestać stać po dwóch stronach barykady i rzucac w siebie pretensjami.

                              Postanowiłam, że z nim porozmawiam... i mam nadzieję, że ine będzie kolejnej
                              awantury.
    • tapatik Mam samochód dla Twojego nie-męża 02.11.06, 11:06
      www.otomoto.pl/index.php?sect=show&id=C1759077
      Poprzednia wersja tego ogłoszenia: rbfm.w.interia.pl/

      Bez komentarza.....
      • szczurza_mama Re: Mam samochód dla Twojego nie-męża 02.11.06, 11:25
        O matko! Ale gość! :D
        Ale tego wozu to mój Nie-Mąż by nie tknał. Kolor nie ten... ;)

        A tak na powaznie, to ja sie tej żonie nie dziwię, tez bym nie chciała takiego
        auta. Paskudztwo jak nie wiem. Ale ja generalnie nie lubię sportowych wozów.

        No cóż... widać, że takie drogie prezenty należy jednak omawiać z drugą stroną.
        to tak jak mój Nie-Mąż mi kiedys kupił bieliznę nie w tym rozmiarze co trzeba i
        musiał jeździć wymienić. Dobrze, że to tylko bielizna była. ;)
        • moniarb Re: Mam samochód dla Twojego nie-męża 02.11.06, 12:05
          To co piszesz to jest ciągle kręcenie sie w zamkniętym kółku. To co teraz
          napisze pewnie Ci sie znowu nie spodoba.
          Myslę,ze tłumaczenie teraz twojemu facetowi dlaczego powinien traktowac Cie
          inaczej spowoduje,ze będzie przerazony odpowiedzialnoscią, jaka ma wziąc na
          siebie, bedziesz dalej przy nim czuła sie gorsza, zalezna od niego
          emocjonalnie. Ty powinnaś przede wszystkim uwierzyc w to ,ze jestes takim samym
          człowiekiem, wartym tego zeby go kochac, a nie proszącym o uczucie, bo Ci go w
          dzieciństwie brakowało.
          Powinnas sie usamodzielnic, powinnas osiągnąc pewien stopień stabilizacji.
          Najlepiej byłoby,gdybyś przez jakis czas zamieszkala osobno, osiągnęla w pracy
          to do czego dążysz, przekonała sie ze jestes w stanie sama dac sobie radę
          finansowo i emocjonalnie, wyleczyła sie przynajmniej częściowo ze swoich
          kompleksów, nabrała przekonania,ze nie musisz natychmiast nadrabiac zaległości
          w uczuciowym życiu. Przerzucanie sie z niezrealizowanego zycia rodzinnego domu
          w tworzenie kolejnego domu - to nie jest dobre, zaden facet nie wyrówna braku
          miłości rodzicielskiej i nie mozesz tego oczekiwać i wymagać. Kiedy uwierzysz w
          to, ze mozesz istniec samodzielnie, bedziesz gotowa do zawarcia związku -
          opartego na zasadach prawdziwie partnerskich. Byc moze z tym samym nie-męzem,
          ktory tez moze musi miec czas zeby troche dorosnąć, zeby wiedziec czego chce.
          On musi tez bardzo chcieć byc z Tobą i być przekonanym ,ze to jest to o co mu
          chodzi w zyciu. Z tego co piszesz wynika,ze on wlaściwie godzi sie z tym ,ze
          jestes, jak chcesz odejśc, tez sie z tym godzi, jak chcesz wracac, też jest
          zgodliwy - moze on ma sie nie godzic, tylko chciec, bardzo chciec. Tylko wtedy
          mozna pokonac problemy wynikające z kłopotów dnia codziennego.
          Daj sobie i jemu czas - naprawde masz go duzo. A problemy wynikające z kolejnej
          przeprowadzki tylko przekonaja Cie ze poradzisz sobie ze wszytkim i są warte
          tego zebys uwierzyła,ze nie musisz uzalezniac sie od faceta.
          I jeszcze jedno - trudno zanleżć dobrego psychologa, czasem trzeba próbowac
          kilka razy az sie trafi na tego właściwego, wiec nie zrażaj sie tylko sprobuj
          jeszcze raz. Popytaj na forum psychologia - tam moze cos Ci doradzą konkretnego
          • szczurza_mama Re: Mam samochód dla Twojego nie-męża 02.11.06, 12:27
            moniarb, postanowiłam z nim porozmawiać. Nie chcę go obarczać niczym. Muszę
            dokładnie przemyśleć jak mu to wszytsko powiedzieć i wytłumaczyć żeby go nie
            przytłoczyc. Nie chce go prosic by mnie kochał i akceptował do konca. Bo on
            może poczuc, że nie moze powiedzieć nic złego, bo ja zaraz dostane jakiejś
            paranoi, że on mnie nie kocha i zaraz wyrzuci. Tego nie chce absolutnie.

            Chciałabym natomiast by zrozumiał dlaczego postąpiłam tak a nie inaczej i
            dlaczego zareagowałam w taki sposób. Chciałabym tez by zrozumiał, że dla mnie
            nieodpowiedzialna ucieczka z piwnicy była tym samym co dla niego kupno
            samochodu teraz. Po prostu pierwsza nadarzajaca sie okazja do zrealizowania
            marzenia, która jednocześnie wydaje sie byc tą ostatnią. On ma do mnie straszne
            pretensje o to, że się wtedy wyprowadziłam i popadłam w długi. Dlatego teraz
            nie ufa mi jesli chodzi o finanse, powiedział, że jestem lekkomyslna. Ale sam
            robi dokładnie to samo, tylko nie jest w stanie tego zauważyć. Nie chcę mu tego
            wypominać, chcę tylko by zauważył, że tak naprawdę oboje postępujemy podobnie i
            nawzajem sie o to krytykujemy. A moze gdybyśmy zauwazyli te podobieństwa to by
            to była droga do zrozumienia siebie nawzajem.

            Nie chce sie wyprowadzać. Mieszkałam sama przez ostatni rok, ledwo wiązałam
            koniec z końcem. Teraz gdybym miała się wyprowadzić to nie zmieniłoby to zbyt
            wiele. Wiem jak to jest mieszkać samej. A musiałabym i tak mieszkać z kimś
            obcym, bo samej na wynajem mnie nie stać. Wolę wiec najpierw spróbować się z
            nim porozumieć, a wyprowadzkę zostawie na sam koniec, gdy już nie będzie szans
            by cokolwiek zmienić i wyjaśnić.

            • moniarb Re: Mam samochód dla Twojego nie-męża 02.11.06, 12:41
              Probuj tylko w tej rozmowie nie oskarżac go i nie udawadniac mu ze wszystko co
              złe, to przez ten samochód. I chyba tu Ci sie juz wyjasniło, ze samochód jest
              tylko zewnętrznym objawem tego co tak naprawdę nie gra miedzy Wami. To nie
              samochód jest problemem - tak jak nie sa problemem niezmyte gary czy to ze w
              niewłaściwy sposób namawial Cie na jedzenie. Problemem jest to, czy sie
              kochacie, czy oboje chcecie byc razem i po co jestescie razem. Czy dlatego ze
              tego pragniecie, ze sprawia wam to przyjemnosc, czy dlatego ze tak łatwiej jest
              pokryc koszty mieszkania? Ja ciągle jak czytam Twoje posty to mam wrażenie ze
              ta ostatnia opcja jest dla Ciebie najwazniejsza. I jak najszybciej z tej kasy
              co masz ja dostac oddaj mu cały dług - to powinno tez w zancznym stopniu
              oczyścic atmosferę miedzy wami. Czekam na relację
              • szczurza_mama Re: Mam samochód dla Twojego nie-męża 02.11.06, 12:51
                Nie, to nie tak, że kasa na mieszkanie jest najważniejsza. Tzn jest, ale pod
                tym kątem, że ja sie czuję przez to jak jego dłużnik, a nie partner. Bo
                przecież oddaję mu tak jak sie umawialismy i on wie, że jak tylko będę mieć
                pieniadze to mu oddam jak najszybciej. Ta cała pożyczka psuje atmosferę i
                wprowadza jakies chore klimaty miedzy nas.

                Bardzo chcę uniknąć tonu oskarżania. Chciałabym raczje mówić, tak by on poczuł,
                że go rozumiem, ale tak by i on zrozumiał mnie i może przestał mnie tak
                oceniać, że jestem tylko lekkomyślna, głupia i nie można mi ufać, bo robie
                głupie rzeczy. Nie zmażę tego co zrobiłam kiedyś, ale chciałabym by umiał to
                zapomnieć i dać mi szansę, a nie rozpamiętywać i gnębic za moje dawne błędy,
                które i tak staram sie odkupić (choćby tym, że spłacajac dług sama nie mam
                pieniędzy na swoje potrzeby). Ja staram sie zapomnieć o tym co on mi zrobił,
                jak sie wobec mnie zachował. Nie to, że nie pamiętam, ale nie karzę go za cos
                co zrobił kiedyś, nie wypominam mu tego ot tak żeby czuł sie winny.

                Mam nadzieję, że nasza rozmowa jednak coś da, że dojdziemy do porozumienia i
                obędzie się bez wywalania pretensji. Ja jestem skłonna zapomnieć o tych
                wszytskich przykrych słowach, tylko czy on będzie mógł na nowo mi zaufać i
                przestać ciagle karać za dawne przewinienia?

                Na pewno napiszę jak potoczyła się rozmowa. Bardzo mi wszyscy pomagacie i muszę
                przyznać, że gdyby nie to, że tutaj mogłam wszystko z siebie wyrzucić, to nie
                wiem czy bym nie zrobiłam czegoś głupiego i pochopnego pod wpływem emocji.

                Dzięki :*
                • mami2 Re: Mam samochód dla Twojego nie-męża 04.11.06, 11:45
                  Uwiazalas sie i tyle. Mieliscie po c.a. 20 lat jak sie zaczeliscie spotykac.
                  Toz to jeszcze dziecinstwo;)Wydawalo Ci sie ze z nikim nie bedziesz mogla byc
                  bardziej szczesliwa jak z nim, bo z nikim tak naprawde nie byłas poza nim,
                  prawda? Inaczej- twoja potrzeba miłosci jest tak cholernie wielka ze nie
                  wyobrazasz sobie byc samą, bo całe dziecinstwo byłas sama. Dlatego tez wrociłas
                  do niego po tym rozstaniu. NIe chce faceta pochopnie osądzac (bo go nie znam)
                  ale nie wiem czy nie pozyczył Ci tych pieniedzy specjalnie, zeby juz Cie
                  totalnie uwiazac przy sobie...ktos tu zapytał co on na to? A co on moze
                  powiedziec? Jemu pewnie taki uklad jak najbardziej odpowiada, z niczego sie nie
                  musi tlumaczyc, wychodzi gdzie chce, Ty placisz za siebie, o wspolnych
                  pieniadzach nie moze byc mowy. Najgorsze co mogloby sie teraz wydarzyc to
                  ciąza! Boszz jak mi to cos przypomina....
                  Chce Ci tylko powiedziec jeszcze ze bardzo mu nie będzie na ręke zebys
                  odchodziła...czuje przez skóre ze zrobi wszystko zeby ten "uklad" trwał nadal...
                  Uspi teraz twoją czujność, nakręcisz sie na nowo, ze moze nie było tak zle, ze
                  za duzo wymagałas, za duzo chciałas od zycia....obym sie myliła....
        • tapatik Re: Mam samochód dla Twojego nie-męża 02.11.06, 12:11
          Przyszedł facet do sklepu:
          - Poproszę tę sukienkę.
          - Może być w tym kolorze?
          - Może.
          - I z tym wzorkiem?
          - Może.
          - A rozmiar też może być?
          - Może, może... żona i tak przyjdzie wymienić.
    • kraminowa Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 06.11.06, 21:08
      I coś się ruszyło?
    • tapatik Podbijam.... 10.11.06, 12:30
      Jestem ciekaw, czy autorka wątku zniknęła w czeluściach reala i czy rozwiązała
      już swoje problemy (choć znając życie po ich rozwiązaniu pojawią się następne).
      • szczurza_mama JESTEM W CIĄŻY :))))))))))))))) 13.11.06, 15:36
        Wracam na forum by poinofrmować, że jestem w ciazy. :) Teraz to dokłądnie 5
        tydzień. Dowiedzieliśmy sie tydzień temu, bo zaniepokoiły mnie pewne objawy. Ja
        szalałam ze strachu i nie chciałam tego dziecka, ale Nie-Mąż był totalnie
        spokojny, przytulił mnie, dał mi sie wypłakać i podszedł do tego naprawdę
        wspaniale.

        Jeszcze zanim sie dowiedzieliśmy, rozwiazaliśmy swoje sprawy, porozmawialiśmy
        szczerze i wyszło na to, że w zasadzie wiele rzeczy robiliśmy sobie na złość,
        bo po prostu coraz bardziej ranilismy siebie nawzajem. Doszliśmy do
        porozumienia i zaswieciło nad nami słońce. :)

        Teraz wszytsko obróciło ise o 180 stopni. Co najdziwniejsze, ja, która chciałam
        mieć dziecko, byłam w strasznej rozpaczy, a mój facet powiedział, ż esie bardzo
        cieszy, bo tak nigdy byśmy sie nie zdecydowali. Nagle odnalazł wiele plusów w
        sytuacji i cieszy się na myśl o potomku. Moja rodzina szaleje ze szczęścia,
        jego rodzina juz mniej, szczególnie, że nie chcemy brać ślubu z powodu ciazy.
        Nie chcę popełniać błędu moich rodziców, któzy wzieli ślub i zaraz się z hukie
        m rozwodzili.

        U Nie-Męża w pracy nagle zaczęły sie tworzyc nowe możliwości i prawdopodobnie
        dostaine o wiele lepsze stanowisko i uwaga... z samochodem służbowym! :D Nie
        wiem jak to możliwe, ale po prostu tak jakby nam sie wyboista droga wyrównała i
        jakos tak zniknęły wszytskie kłótnie i problemy. Wiem, że tak nie bedzie
        sielsko do końca życia, ale nagle okazało się, że mogę na mojego Nie-Męża
        naprawdę liczyć i to on jest moja podporą.

        Razem stawiamy czoła jego rodzicom jesli chodzi o kwestie ślubu. Cieżko im
        zrozumieć, że chcemy się pobrać z miłości a nie dlatego, że dziecko w drodze.
        Jesteśmy razem 5 lat i nie jest to dla nas ot taka straszna wpadka. Po wtsępnej
        panice z mojej strony teraz jestem bardzo szcześliwa, otrzymuję opieke i
        miłość.

        W nocy obudziłam sie jakis czas temu a mój mężczyzna leżał i patrzył na mnie.
        Gdy zapytałam co sie dzieje, odpowiedział, że myśli teraz nad wszytskim, jak
        zrobić byśmy wszystko mieli, jak da sobie radę jako ojciec. Wzruszyłam się
        wtedy strasznie.

        Mam nadzieję, że teraz będzie dobrze. Nie mozemy już na siebie tak napadać i
        sie kłócić o byle co, a potem wbijać sobie szpile i ranić. On przyznał, ż
        ewiele rzeczy powiedział żeby mnie zdenerwować i ja wcale lepsza nie byłam.

        Czeka nas wielka przygoda i teraz po prostu musimy trzymać się razem. :)
        • szczurza_mama JESTEM W CIĄŻY :))))))))))))))) 13.11.06, 15:41
          Acha, no i jesli chodzi o kwestie kasy, to w tej chwili już nie ma żdnego
          problemu. Chłop poszedł po rozum do głowy, kazał mi natychmiast iść kupić sobie
          buty (bynajmniej nie za moją kasę) , zaczął myśleć o bardziej odpowiednim
          aucie, robi zakupy i pomaga. :D

          Acha... no i robi to zupełnie sam z siebie. ;)
          • silic Re: JESTEM ... 13.11.06, 16:47
            Gratuluję, miło słyszeć jak coś komuś wychodzi. Powodzenia
        • trust2no1 No to powodzenia ;) 13.11.06, 15:46
          No to życzę wam masę szczęścia. I powodzenia.
          Co więcej, życzę tak bez podtekstów.
          Chociaż cień latynoskiej telenoweli unosi się nad tym wątkiem...
          • szczurza_mama Re: No to powodzenia ;) 13.11.06, 16:20
            Prawda? Też o tym pomyslałam. hehehehe Tu taka kłotnia, dramat po prostu i
            nagle wychodzi, że ciąża. Jak z filmu normalnie. ;)

            Zastanawiałam sie nad tym czy tu napisać, bo jedna osoba napisała wcześniej
            żebym nie daj boże jeszcze zaszła w ciążę w tej sytuacji. No i pach! :D

            A może myśmy sie tak kłócili, bo już miałam jakieś humory ciazowe, ale nie
            wiedziałam o tym i ciezko mi było o jakaś bardziej obiektywną ocenę sytuacji.
            Wszystko jest mozliwe.

            A teraz jestem bardzo spokojna, chociaż mam ochotę jeść tonami, spać i czasami
            wzruszam się bez powodu. :D

            W środe idziemy na pierwsze USG a w sobotę już oficjalna wizyta u ginekologa i
            załozenie karty ciazy. :) Jedyne czego sie boję to pobieranie krwi... bleeeee
            • mar.was Re: No to powodzenia ;) 13.11.06, 18:11
              Fajnie że wszystko idzie w dobrym kierunku :)
              Gratulacje i wszystkiego naj
              ---
              I umieć nie spaść, kiedy piersi pęd rozpiera
              A spadłszy, szepnąć jeszcze — equus polonus sum!
        • kraminowa Re: 14.11.06, 15:40
          To ja pisałam, że ciąża w tym momencie to fatalny pomysł. Nadal jestem zdania,
          że tak głęboki konflikt jak Wasz trzeba rozwiązać na spokojnie, rozmową i
          głębszą refleksją, ale teraz mleko już zostało rozlane i nie pozostaje mi nic
          innego, jak też życzyć powodzenia.
          • moniarb Re: 14.11.06, 15:55
            PO Twom poście,ze jestes w ciązy wysłałam krótka odpowiedź Hurrra i nie wiem
            dlaczego - pewnie tego pan pascal nie wyłumaczy, bo on wszechmocny i humorzasty
            tłumaczyc sie nie musi - ten post moj zostal skasowany. To juz chyba lekka
            przesada, ale ja i tak jeszcze raz wrzasnę sobie: hurrrrrrra!!!
            • szczurza_mama Re: 15.11.06, 11:28
              Dzięki :))))))))))))

              Ja jestem całkiem szczesliwa i chociaż nie planowaliśmy teraz mieć dziecka, no
              to teraz musimy sie jakoś przystosować do sytuacji. Nie-Mąż wykazuje wiele
              zainteresowania kwestią materialną, dużo rozmyśla o tym co i jak.

              Dzisiaj idziemy na pierwsze USG i bardzo sie z tego cieszymy.

              On wyznał mi, że cieszy się, że będziemy miec dziecko, bo teraz widzi jak
              bardzo sie mylił, i że jednak mozemy dać sobie radę. No i że gdybyśmy myśleli
              cały czas tak jak wcześniej, to pewnie nigdy nie byłby dobry czas. A tak
              okazuje się, że jednak czas jest dobry. :) Troche zmienił mu sie sposób
              myślenia, chociaż dalej marzy o samochodzie. Ale teraz niestety nie jest na to
              najlepszy moment. No a poza tym będziemy miec samochód służbowy, również do
              użytku prywatnego. :)))))

              Teraz mamy czas by dokładnie wszytsko przemysleć i działac razem. I to w
              przyspieszonym tempie. A na dodatek może mój Nie-Mąż nauczy sie panować nad
              sobą w chwilach kłótni, bo teraz jak jestem w ciaży to nie moge się denerwować,
              a on powinien mnie wspierać.

              Na razie wspiera bardzo mocno i czuję się super. :)))

              Trzymajcie kciuki!
    • grzes_68 Re: Jestem wrogiem jego marzeń? :( 15.11.06, 13:19
      Nie porzebrnąłem jeszcze przez całą dyskusję, więc nie wiem czy już Ci to ktoś
      radził, ale zanim będzie za późno, radzę przeczytać Ci książkę pt. "Kobiety,
      które kochają za bardzo", autorka Robin Norwood.
      Opis masz np. na www.medicon.pl/4045.html lub w googlach wystarczy
      wpisać fragment tytułu książki.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka