Dodaj do ulubionych

przeczytajcie...

22.04.07, 14:12
... jakoś mnie walnęło z rana...
Ocalony, przeklęty
Bogdan Wojdowski
2007-04-21, ostatnia aktualizacja 2007-04-20 19:24

Przyszedłem na świat w szalonych czasach i sam oszalałem, aby dać świadectwo szaleństwa - notował w 1985 roku Bogdan Wojdowski. Fragmenty nieznanego dziennika zmarłego 13 lat temu pisarza


z archiwum Marii Iwaszkiewicz
Bogdan Wojdowski: - Żegnajcie marzenia o domu, nic takiego mnie nie czeka. Tylko zarobki od 1-go do 1-go. Tylko pisanina, która nie pozwala żyć. Tylko życie dla tej pisaniny, bez której byłoby jeszcze stokroć gorzej! (1966). Na zdjęciu pisarz w połowie lat 60.
Wielki samotnik - kim był Bogdan Wojdowski

„Byłem opuszczony przez Boga i ludzi. Z determinacją stawiałem sprawę: »Jestem Żydem «, ponieważ moją inicjacją był Holocaust” - pisał o sobie Bogdan Wojdowski w eseju „Judaizm jako los”.

Urodził się w Warszawie 16 listopada 1930 r. w rodzinie "żydowskiego stolarza-tapicera". W domu podstawowym językiem był polski.

Od chwili kiedy Wojdowscy znaleźli się w getcie, rodzice szukali możliwości ukrycia dzieci po aryjskiej stronie. Latem 1942 r. robotnicy idący do pracy poza gettem przekupili konwojentów i kilkanaścioro dzieci żydowskich, wśród nich Bogdan i jego siostra, zostało po drugiej stronie muru. Wojdowskiego i jego siostrę przechowywał stolarz nazwiskiem Grzybowski; kiedy dowiedział się, że ich rodziców wywieziono do obozu, wyrzucił ich z domu. Pomogła im wówczas znaleźć schronienie znajoma, Helena Rybak ("najbliższy mi człowiek" - powie Wojdowski po latach).

Z rodziny Wojdowskiego ocalały jedynie jego siostra i ciotka. Zniknął cały świat, w którym tkwił w pierwszych latach życia - ludzie, miejsca. On sam miał świadomość tego wielkiego przełamania swej biografii na dwie części - przed Zagładą i po niej. Kluczowy był dla niego rok 1942 - początek likwidacji warszawskiego getta i czas ostatecznego rozstania z rodziną. To wtedy zrodziło się w nim silne poczucie osamotnienia, które nie opuściło go już nigdy. To ono i doświadczenie życia w stałym zagrożeniu mocno wryły się w jego psychikę, nauczyły go na stałe nieufności i skrytości. Dziedzictwem tamtych lat będą nawracające depresje Wojdowskiego, coraz cięższe, prowadzące do choroby, wreszcie - samobójczej śmierci.

Wczesne lata powojenne były dla Wojdowskiego początkiem formowania się jego świadomości żydowskiej. Tworzyły ją przeżycie Zagłady i poczucie winy wobec tych, którzy zginęli. Jednocześnie szukał szans na aktywne, twórcze życie, marzył o pisarstwie.

W 1954 r. skończył polonistykę na UW. W 1951 debiutował jako publicysta w tygodniku "Wieś", później był m.in. członkiem redakcji "Współczesności" (1960-64; zwolniony, nie miał już potem żadnej stałej pracy). Publikował eseje, reportaże, opowiadania.

W latach 1956-57 powstał zbiór opowiadań Wojdowskiego "Wakacje Hioba" pokazujący w formie makabrycznej groteski ludzkie okrucieństwo. Decyzją cenzury gotowy już skład książki został rozsypany, co opóźniło o kilka lat debiut książkowy jej autora ("Wakacje..." ukazały się w 1962 r.).

Późne lata 50. i lata 60. przyniosły wyostrzone spojrzenie Wojdowskiego na status pisarza Żyda w Polsce: „Zwrot »Polak żydowskiego pochodzenia « używany od marca 1968 roku nabrał dla mnie nieodwołalnie humorystycznej treści - jestem Żydem polskiego pochodzenia, to znaczy urodzonym w Polsce, i tak już pozostanie” - pisał. Bo u Wojdowskiego nie ma mowy o wyrzekaniu się żydowskości. Zarazem zawsze dobitnie zaznaczał własną przynależność pisarską do literatury polskiej.

Najważniejsze jest dla Wojdowskiego to, jak scalić dwa światy - polski i żydowski; co zrobić z tym rozdwojeniem. Wokół tych problemów buduje swe teksty literackie. Od samego początku jego pisarstwo stawia pytania podstawowe - o własną egzystencję, postawę i obowiązki. Owocem takiej refleksji nad losem stanie się najważniejsza powieść o Zagładzie i warszawskim getcie - "Chleb rzucony umarłym" (1971).

Od tych pytań Wojdowski nie uwolni się nigdy - aż do swej śmierci 21 kwietnia 1994 r.

Alina Molisak

Dr Alina Molisak pracuje na Wydziale Polonistyki UW. Jest autorką książki "Judaizm jako los. Rzecz o Bogdanie Wojdowskim"

*** 1964 ***

4 kwietnia. Koszmarny dzień i - koszmarna noc. Mój błąd: należało wyjść z roboty pół roku temu. Jestem storturowany. Nigdy więcej! Nigdy... [Pisane kilka dni po zwolnieniu Wojdowskiego z pracy w dwutygodniku "Współczesność", gdzie był kierownikiem działu teatralnego].

23 kwietnia. Psy. Ludzie. Ludzie i psy. Ludzie rozmawiają o psach. Psy łaszą się do ludzi. Szczekają, rzadko. Już mi się to znudziło.

25 kwietnia. Echa z Warszawy. I w związku z tym kuję hasło: - Mniej pisać, więcej podpisywać. [Nawiązanie do sprawy Listu 34 z marca 1964 r. - protestu pisarzy i uczonych przeciw cenzurze i tłumieniu przez władze swobód obywatelskich i twórczych; pisane w Podkowie Leśnej].

Wszystko rośnie na świecie i powiększa się z biegiem czasu, tylko kutasy i głupcy są ciągle tych samych rozmiarów.

8 maja. "Podpisuję teksty, które sam piszę": to będzie moją zasadą.

28 maja. Wziąć by się tak za robotę albo co? Zajrzałem do nieszczęsnego VI rozdziału. Boże! [Chodzi o pracę nad powieścią "Chleb rzucony umarłym"].
Obserwuj wątek
    • aisablri Re: przeczytajcie... 22.04.07, 14:13
      *** 1966 ***

      W dzienniku z tego roku Wojdowski na początku umieścił podsumowanie pierwszych sześciu miesięcy.

      Styczeń. Pracuję bardzo wolno. Powoli wyjaśnia się, że to ulcus ventriculi [wrzód żołądka] nie pozwala mi użyć wszystkich moich sił.

      Marzec. Zacząłem pracę nad III rozdziałem i z pewnymi oporami rzecz ciągnąłem do końca miesiąca. Tempo słabe, żałosne. Skutki bromu katastrofalne, katastrofalne! (Nigdy więcej nie zgadzać się na leki niesprawdzone!) Takich lekarzy wieszać, bez obawy o grzech śmiertelny.

      Maj. Udało mi się wylądować z grubsza z rozdziałem III. Zwłaszcza duże, bardzo trudne sceny nabrały jako takiego wyglądu. Ale np. scena z kapłanami miała być monologiem. Wyszedł mi chór, a kapłani rozmnożyli się dość licznie. Mam przed sobą pracę w skali 4 "Konotopów"! ["Konotop" - powieść Wojdowskiego].

      Czerwiec. Rąbać, rąbać zdania, to moje zadanie kamieniarskie. Ich twardość czasem mnie przeraża.

      1 stycznia. Jeszcze jeden rok. Smutny rok. Ciężkie dni. Za mną, przede mną. Chwilami nachodzi mnie szalona tęsknota. Stanąć w ciemnej bóżniczce, pośród tłumu, ukryć twarz w dłoniach i posłuchać słów kantora...

      3 stycznia. Trochę hebrajskiego. Zupełny brak sił. Za lada wysiłkiem koszula na grzbiecie zupełnie mokra. Jestem stary, zmęczony...

      W wieku 35 lat nie posiadam nic, ani domu, ani środków do życia, a moje książki marynowane są latami w wydawnictwach. Budzę się co dzień z takim uczuciem rozpaczy i zmęczenia, że... "W połowie lat mojego życia, pośród ogromnego zabłąkany lasu" [początek "Boskiej komedii" Dantego].

      4 stycznia. Święta się skończyły i żulia wyjechała do W-wy w przeciągu paru godzin. Robić pieniądze. [Pisane w domu pracy twórczej w Oborach pod Warszawą].

      12 stycznia. Ciężko i nie ma człowieka, któremu mógłbym to z zaufaniem powiedzieć. Kogo obchodzę?

      Zagrzewam się do pracy widokami próżniactwa; po ukończeniu tej książki - o, la, la!

      15 stycznia.Nie ustąpię - wstąpię na judaistykę, na UW. Brak mi książek, wskazówek. Przydałyby się również lepsze słowniki. I wyczerpująca gramatyka historyczna.

      16 stycznia. Ta książka jest moim słońcem, moją ziemią, moim niebem, moim grobem.

      17 stycznia. Podobno profesorowie ostatnio śladem literatów wyzywają siebie od Żydów.

      W ciągu dnia zrodziłem 3 stroniczki, z których jestem zadowolony. Mój krok to krok żółwia, ale żółwie są wyjątkowo długowieczne, a ja mam tak mało czasu przed sobą!

      20 stycznia. Rano i wieczorem kuję gramatykę hebrajską, przepisuję regułki. Dużo tego. Niestety, mam tym razem zamiar nauczyć się języka "perfekt". To musi potrwać trochę.

      31 stycznia. Żegnajcie marzenia o domu, nic takiego mnie nie czeka. Tylko zarobki od 1-go do 1-go. Tylko pisanina, która nie pozwala żyć. Tylko życie dla tej pisaniny, bez której byłoby jeszcze stokroć gorzej!

      2 lutego. Warszawa straszna i beznadziejna. Nie chcę tam żyć, nie chcę tam mieszkać, nie chcę tam pracować! Ale jeśli będę miał zamiar się powiesić, to na pewno wybiorę się w tym celu do W-wy.

      5 lutego. Przyrzekłem sobie nie oglądać nikogo z tej literackiej żulii, dopóki nie ukończę książki. Unikać, to denerwuje. Wyjaławia. Że coś strasznego! Dosyć. Dosyć tych Kabatców, Drozdowskich, ćwierćinteligentów i ćwierćinteligentek. Elementy, z których rekrutować się mogą tylko szantażyści.
    • aisablri Re: przeczytajcie... 22.04.07, 14:13
      8 lutego. Podobno dzienniki [Wilhelma] Macha odesłano w dniu jego śmierci, kiedy jeszcze leżał w swoim pokoju - do muzeum Mickiewicza. Naiwni! Wierzą, że dziennik powinien odsłonić "całą prawdę". Wierzą, że dziennik taki może się zachować. Nonsens! W XX wieku?

      12 lutego. Wiewiórecznik [osoba ze środowiska literackiego; nie udało sie ustalić, o kogo chodzi] prowadzi dzienniczek szantażysty. Taki to kraj. Nawet p. Maryjka (coś podobnego!) latami kręciła bat na głowy swoich współczesnych [chodzi o zmarłą w poprzednim roku Marię Dąbrowską]. Wśród tych donosów do potomności, które mają usprawiedliwiać żywoty improduktywów... - nie podejrzewam, by znalazł się jeden prawdziwy dziennik pisarski. Oni tam załatwiają między sobą porachunki, drobne, wszawe zatargi. Tam się mszczą za nieudane życie, nieudaną "sztukę", nieudane łóżko.

      Jureczek drży przed tym, co napisze Mareczek, Mareczek drży przed tym, co napisze Adolfek, Adolfek drży przed tym, co napisze Witek G., a wszyscy razem dygocą ze strachu, co też tam nasmarowała w swoich zeszycikach Maryjka.

      17 lutego. Dawniej cieszyła mnie ogromnie chwila druku, teraz ani mnie to grzeje, ani ziębi. Każdy, kto zaczyna, jest po trosze grafomanem, a to nic innego jak kult druku, sensacja ukazania się tekstu na świstku zwanym czasopismem, lot, gdzie wszystko razem kotłuje się jak groch z kapustą, informacje i bzdury, donosy i szmatławe nękania pijaczków-poetów. Co do mnie, więcej się cieszę, kiedy ukończony tekst, który mi się podoba, zamykam w teczce, niż wówczas, kiedy oglądam go w druku, co dostarcza mi zawsze samych rozczarowań.

      I nigdy, prawie nigdy nie zdarzyło mi się marne słowo usłyszeć od redaktora. Natomiast coraz częściej zdarza mi się spotkać czytelników, którzy po latach zachowali w pamięci jakąś moją rzecz. Każdy taki objaw utwierdza mnie w potrzebie pisania. Bo stosunek redakcji, wydawnictwa, etc. - do mnie jest wyjątkowo zły, zły i coraz gorszy. Wszawa szmata to właściwe określenie dla tych wszystkich bubków literackich.

      21 lutego. Rozmowa z korektorkami, czegoś takiego nie słyszałem - w słowach i w tonie - nigdy od moich kolegów redaktorów, od moich kolegów literatów... Chłodne przyjęcie w "Kulturze", prawie upokarzające. Właściwie ci faceci nie zadają sobie trudu, aby zachować pozory. Literatura jako zło konieczne. Robią zupełnie co innego i czym innym się zajmują, ale tygodnik nazywa się "literacki" i muszą, do cholery, to i owo drukować.

      24 lutego. Literatura nie daje szczęścia, nawet nie daje chleba.

      9 maja. Nikifor lubi zmieniać sobie miejsca pracy, jak każdy malarz. Wynalazł sobie budę w kolorze zielonym na Pułaskiego, skąd przez okienko widać jego głowę. Dzieciaki zbiegają się, zaglądają, nic mu to nie przeszkadza. "Atelier" jest budką w kolorze zielonym. W ogóle upodobanie do zieleni... W niedzielę kręcił się po ulicy w zielonym zabawnym kostiumie. [Pisane w Krynicy].

      18 maja. Modne powieści paryskie spod znaku nowej fali przynajmniej dopięły jednego (chociaż nie posunęły w niczym rzemiosła ani same w sobie nie stanowią żadnych osiągnięć piśmiennictwa, zero) - udowodniły światu, że są panowie, którzy nie mając nic poza tym do roboty, ani chęci, ani doświadczeń, układają powieść jak pasjans.

      20 maja. Eksperyment literacki? Owszem, ma swoje miejsce; między kartką papieru a koszem.

      1 czerwca. Rano, łzy. Od paru lat już mi się to nie zdarzyło. Tylko alkohol może mnie wyrwać z tego stanu. Tak też robię. A co dalej?

      12 czerwca. Skończyć z tymi zawodzeniami! Kiedy ciężko - pamiętać, że nigdy pisanie nie szło mi lżej. To tylko kiksy pamięci.

      5 lipca. W uszach mam jeszcze krzyk ostrzeżenia, jakie woła na podwórzach dzielnicy Żyd z prowincji, który przyjechał do miasta [do Warszawy] po eksterminacji miasteczek, a przed lipcem 1942.

      12 lipca. Pisarz zaczyna się wówczas, kiedy kończy się jego biografia.

      27 lipca. Na Nowym Świecie stoi Himilsbach i okazuje na żądanie umowy z PIW-em. Bardzo malownicza scena, i typowa, bo kretyn i pijacy żyją na koszt państwa. Biedaczek, udaje Żyda, bo to mu się opłaca w sumie. Najgorzej, jak głupi zwariuje.

      22 sierpnia. Kuchta głupawa, okropnie przeszkadza. " Co pan tak nie pracuje? Nie chodzi do roboty? (Ja bym nie mogła). Tylko pisze i pisze cały dzień. Nie przykrzy to się? Ja bym nie mogła!".

      *** 1981 ***

      Zapiski z października 1981 r. to fragmenty pisanego przez Wojdowskiego opowiadania. Jego bohaterem jest literat, który odwiedza swego przyjaciela Marka, aktora w powiatowym miasteczku. Część tekstu to monologi wewnętrzne bohatera.

      16 października. Wyjeżdżają. Po jednemu, po kilku. Całymi rodzinami. Potem listy piszą. Z daleka. A ja co tu robię? Ich pisarz. Giną sprzed moich oczu moje postacie. Już tylko ich widma widzę przed sobą w pamięci. W moim życiu który to już Exodus? A ja tutaj, co robię? Kamień też wrasta w ziemię. Jak ten kamień tu tkwię. Czasami tylko ktoś się potknie.

      17 października. Marek: - Uciekasz od tego wszystkiego, co ważne. Szukasz azylu w problemach wiecznotrwałych, w dramatach "uniwersalnych". Nie, nigdy nie uważałem, że sztuce twojej można odebrać jej wartość. Żeby ciebie pojąć, trzeba czytać Racine'a. Ale czy można być Racine'em epoki zagłady?
    • aisablri Re: przeczytajcie... 22.04.07, 14:14
      18 października. Z tamtego świata nie pozostał jeden kamień na swoim miejscu. Idź, tłumacz to ludziom! Kiedy sobie nie umiem tego wszystkiego wytłumaczyć. Żyję, bo żyję. Rzeka wyschła do dna. A ja przeszedłem suchą stopą na drugi brzeg. Ocalony, to się nazywa ocalony. Już prędzej przeklęty!

      Gdzie oni wszyscy przepadli? Czy to możliwe? Śladu nie widzę. To, co pozostało, mieści się swobodnie w mojej pamięci. Moja myśl jest cmentarzem!

      19 października. Posypać mam głowę popiołem. Żałować każdej chwili nieoddanej ich pamięci. Miałem wołać na placach. Iść w świat z tym wołaniem, aby nikt już nie mógł powiedzieć: "nie wiem". Aby wszędzie było wiadome to, co wiadome jest mnie.

      Złą drogę wybrałem! Sztuka nie może służyć do jakiegokolwiek celu! A mój cel był wyraźny i jasny, nie mogę powiedzieć, że nie wiedziałem, że nie znałem go, że mnie coś usprawiedliwia. To mi wybaczone nie będzie. Nikt nie znajdzie słowa modlitwy za mnie. Odtrąci mnie swój, jak odtrąci mnie i obcy. Żadne światło mi nie oświeci drogi. Wszystko będzie mi odebrane. Będę się błąkał samotny i potępiony, umarły dla żywych, żywy dla umarłych, znikomy cień bez duszy i bez ciała, widmo marne i nieme. Żadne moje słowo nie dojdzie do uszu tych, których minę na swojej drodze. Spluną w moją stronę. Zhańbiona będzie nawet pamięć o mnie. Obcy dla wszystkich, nienawistny samemu sobie, będę tułał się wiecznie, Ahaswer. Z wypisanym słowem zdrady na czole. Ja. Szatan kazał mi szukać całe moje życie piękna. I szatan tylko będzie ze mną.

      Sztuka wymagała ode mnie coraz więcej i więcej. Dla niej wyrzec się trzeba wszystkiego, jest zawistna i uznaje tylko całopalne ofiary. Ustala prawa żelazne i okrutne. Odbiera wszystko i nie szczędzi niczego. Czyni z nas niewolników, zależnych i potępionych. Czcić się każe i wymaga wyłączności. I pewno to tylko mam na swoje usprawiedliwienie. Jej siłę. Jej zło. Jej zawiść.

      22 października. Chciałem służyć narodowi piórem. Nie ma w tym nic złego. Ale narodu broni się inaczej. Naród ginący jest głuchy na piękne słowa. Gdzie byłem, kiedy ich dręczono? Stracono? Uduszono? Uciekłem! Opuściłem okręt. Uciekłem i ocalałem.

      Uciekałem w stare, piękne lata. Zawsze to uciekanie! W życiu i w sztuce. Na nie jestem skazany. To prawda, że sztuka nie wytrzymuje nacisku brutalnej grozy, ale czy nie mogłem poświęcić swoim braciom przynajmniej jednej nieudanej książki? Czy bracia moi niewarci byli tego jednego mojego słowa?

      *** 1982 ***

      12 października. W naszą rzeczywistość wbudowane są elementy obozu koncentracyjnego - w nowej, nieznanej jeszcze skali. Przed nami areszty, kolejki, głód, brak obuwia i brak papieru. W wieku 50 lat trudno to przyjąć do wiadomości, ale całe nasze pokolenie 13 grudnia 1981 roku odeszło w przeszłość!

      14 października. Mój dziennik w tym roku przekształcił się w kronikę zdarzeń politycznych - głównie - ale w takich czasach wszystko inne wydaje mi się i małe, i małoduszne.

      *** 1983 ***

      10 marca. Wszyscy zostali spychaczem zepchnięci do opozycji; nawet mnie to dotyczy, chociaż do tej pory unikałem starannie skrajności.

      12 marca. Homer - Homer jest najkrótszą epiką świata! Przekonanie, że epikę tworzy się przez opowiadanie faktów, dziejących się przez całe dziesięciolecia, jest polskie i anachroniczne. Epos to synteza, a nie gadulstwo. Joyce, Lowry stworzyli nowoczesne poematy epickie prozą, ponieważ rozumieli lepiej Homera, a stare rodzime ramoty wielotomowe uznali za coś wysoce niewygodnego i staroświeckiego. Ba! Nawet gaduła Tomasz Mann załatwił się z mitem Fausta w jednym obszernym tomie.

      23 marca. ...Trzy różne światy! Świat mojej ciotki [Idy], siostry matki, to dwudziestolecie międzywojenne, świat dziewczyn, które wyrywały się z żydowskich domów, robiły matury w prywatnych gimnazjach, pracowały jako nauczycielki języka polskiego po domach bogatej burżuazji, to Gojawiczyńska, piosenki Ordonki, ciągle żywy jeszcze problem emancypacji i asymilacji, związki młodzieżowe, Pawiak, a później ucieczka we wrześniu do ZSRR, a tam zsyłka do centralnej Azji. Świat jej dzieci? Wczesne dzieciństwo w powojennej Polsce, pierwsze antysemickie wybryki lat pięćdziesiątych, a później wyjazd w nieznane. Mąż ciotki, krawiec z Łucka, zmarł parę lat temu. Tu, w kraju, był prezesem spółdzielni rzemieślniczej. Biedny Adam! Niedługo cieszył się ziemią obiecaną. Ale świat ich dzieci, trzecie pokolenie, już dla mnie niewyobrażalny, nowy i bez Polski. Tam urodzone pewno nie bardzo mogą sobie wyobrazić wujka, który żyje za żelazną kurtyną i pisze książki o Żydach, których już nie ma.

      24 marca. Chwilami gubię się w tym wszystkim: skąpe, cedzone przez zęby słowa krytyki krajowej, a przy tym przekłady i pozytywne oceny za granicą. W przeciągu dwóch lat wyszło pięć moich publikacji: szóste wydanie "Chleba", tom opowiadań nowych ["Maniuś Bany"], zupełnie niezauważonych przez krytykę. Nasza prasa literacka nie zamieściła ani jednego wartego wzmianki artykułu o mnie. Rzeczywiście, sierpień ,80, potem burzliwy okres "Solidarności", później szok stanu wojennego - to wszystko odwróciło uwagę publiczności od literatury, ale przecież książki się rozeszły! Nawet mi jakoś nieswojo o własne sprawy zabiegać, kiedy tyle nieszczęść w kraju.

      13 kwietnia. Moim głównym grzechem jest dążenie do przeczekania. Czego? Chaosu. A pora już nabrać tej umiejętności: bycia czynnego.

      Marzec '68 przekonał mnie, że mogę stawić czoła naporowi burzy. Ale "Chleb" był odpowiedzią na fakty za pomocą metafory. Innej drogi nie miałem. Jedno wiem na pewno: "Chleb" nie był ucieczką, był zanurzeniem się we wrzątek.

      Żadna z moich książek nie była formą ucieczki przed rzeczywistością, zawsze repliką. Pierwsze zarysy "Maniusia Banego" powstawały wtedy, kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych głośno i wrzaskliwie odmawiano takim jak ja prawa do polskości. A przecież "Maniuś Bany" to summa dzisiejszej polskości!

      16 kwietnia. Moje jutro było wczoraj, moje dziś nie powtórzy się nigdy, moje wczoraj będzie znów jutro. Byt ma swoje jedyne i wybrane miejsce pośród ogólnego spustoszenia, honorowe miejsce w nicości.
    • aisablri Re: przeczytajcie... 22.04.07, 14:14
      1 stycznia. Decyzja o pójściu do szpitala. Wyraźna depresja.

      2 stycznia. Pogorszenie. Lęki. Wewnętrzny dygot od paru dni. Ok. 11 na F-7 [oddział Instytutu Psychiatrii i Neurologii przy Sobieskiego w Warszawie].

      4 stycznia. Jak i wczoraj - wizyta Marysi [Maria z domu Iwaszkiewicz, żona Wojdowskiego].

      5 stycznia. W szpitalu na F-7 spotkałem znane twarze sprzed 4 lat. Wielu tu wraca.

      30 stycznia. Co to jest człowiek szalony? To okaleczone zwierzę, natchniony wolnością duch, destrukt natury i jej boski odpadek. A co to jest człowiek zdrowy? To jedwabnik ukryty szczelnie w swym kokonie złożonym ze słów, które w pewnej chwili zrzuca na pożytek, a sam w przepychu barw ginie. Właśnie na tym kokonie nam zależy, z niego czerpiemy trwały pożytek, chociaż w życiu owada oznacza on rzecz przemijającą, do zgubienia.

      2 marca. Wyszedłem ze szpitala.

      1 maja. Nie ocalała nawet podobizna mojego ojca. Nic. Tylko ja i we mnie jego ostatnie słowa: "Uważaj, zostajesz sam". Byłby z pewnością zmartwiony ten rzemieślnik żydowski, że ze mnie wyrósł taki sku..syn. Taki literat.

      Zawsze w napięciu, w bolesnej gotowości, jak gdybym za chwilę usłyszeć miał głos z tamtej strony.

      Jeszcze długo w obawie dotykałem lewego ramienia w miejscu, gdzie rękaw obszyty być musiał opaską z gwiazdą. I dziś dotykam.

      Jako Żyd wiem, że moją winą jest samo istnienie.

      18 maja. Nabożeństwo u św. Stanisława Kostki ku pamięci Grzegorza Przemyka.

      5 lipca. Do pewnego momentu myślałem, że wystarczy powiedzieć: Polak, aby rozumieć: romantyk. Teraz wiem, że to moja żydowska powłoka tak pochlebnie oglądała swoją polską istotę. Z wierzchu jestem Żydem, trochę głębiej Polakiem, jeszcze trochę głębiej Żydem, a na samym dnie... Nie wiem. Moja dwoistość musi być zaakceptowana.

      Przekleństwo mnie ściga: ocalenie.

      7 lipca. Pamięć rodzinna polega na tym, że do doznań doplątują się słowa, doświadczenia zostają wzbogacone o konfrontacje, często powtarzane wśród bliskich, tak że wspomnienie odzyskuje kontekst szerszy od wspomnienia "ja". Niczym takim nie rozporządzam. W wieku dwunastu lat jeden świat dla mnie przepadł, narodził się drugi. Ta strona od tamtej strony oddzielona została ostrą granicą. Kiedy mówię "ta", znaczy dosłownie ta, kiedy mówię "tamta", znaczy dosłownie tamta. Strona życia, strona śmierci.

      Moja biografia przypomina historie o dobrych dzikusach, którzy znali wyraźną granicę między naturą a cywilizacją.

      Nie jestem Polakiem pochodzenia żydowskiego, jak chcą niektórzy, ale Żydem polskiego pochodzenia, z którego jestem dumny.

      30 lipca. Muranów: zawsze nowe świątynie stawia się na ruinach starych świątyń, a nowe domy na gruzach starych domów.

      14 sierpnia. Śmierć, śmierć i jeszcze raz śmierć - oto temat, któremu poświęciłem życie.

      15 września. Umarłem. Dawno umarłem i nikt mi nie wierzy.

      Mając 53 lata, dopiero mogłem zrobić coś dla tamtych - dla ludzi z transportów. Bóg mnie zachował i oświecił.
    • aisablri Re: przeczytajcie... 22.04.07, 14:14
      2 listopada. Przywiezienie trumny ks. Popiełuszki na Żoliborz. Wieczorem na mszy.

      3 listopada. Pogrzeb. Aresztowanie Adama Pietruszki.

      11 listopada. Na grobie księdza Popiełuszki. Ogromna kolejka.

      *** 1985 ***

      9 marca. Los zakłada mi na twarz maski: brzmi to jak maksyma, ale nie jest maksymą dla mnie, który nosił w kieszeni fałszywy dowód w wieku lat trzynastu.

      12 marca. Przyszedłem na świat w szalonych czasach i sam oszalałem, aby dać świadectwo szaleństwa.

      20 kwietnia. Gdybym urodził się dziesięć lat wcześniej, byłbym zmuszony wybierać między komunizmem a wiarą katolicką. W 1939 miałbym dziewiętnaście lat i dojrzały wybór poza sobą. W istocie miałem lat dziewięć. Getto, a później ukrywanie się na lewych papierach - uodporniły mnie przed jakąkolwiek z doktryn. Przypadek!

      Mój fałszywy los zaczął się w roku 1942. Mogłem wziąć ojca za rękę i pójść za nim do Treblinki. Taka była konieczność!

      *** 1989 ***

      4 stycznia. Rozmyślania o zbliżającym się (14-15) zjeździe literatów niezrzeszonych. Oby nie czekał na nas nowy cyrk pod dyrekcją Woroszylskiego i s-ki! [Tak pisze Wojdowski o opozycyjnych literatach, którzy w 1989 r. powołali Stowarzyszenie Pisarzy Polskich].

      9 stycznia. To środowisko [literackie] - takie skłócone. Nawet nie wiadomo, co oni mogli paskudnego wymyślić?

      6 lutego. Dziś otwarcie obrad "okrągłego stołu". Oglądałem TV. Uważnie śledziłem te twarze. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Prawdziwe nieszczęścia dopiero przed nami.

      15 grudnia. Na wystawie w Zachęcie "Żydzi polscy". Otwarcie. Wielki bufet. Żarcie i picie. W obecności minister Cywińskiej.

      28 grudnia. Wieczór chanukowy w Klubie [Chanuka - radosne święto żydowskie]. Widok dzieci, które wracają do judaizmu w 50 lat po takiej wojnie!

      *** 1991 ***

      17 stycznia. 1. atak rakietowy Saddama Husajna na Izrael.

      21 lutego. Wieczór autorski. TV. Muzeum Literatury. Przed kamerą siedziałem jak ikona.1

      *** Prowadzony nieregularnie Dziennik Bogdana Wojdowskiego zachował się w pozostawionych przez niego papierach. Jego opracowaniem zajmuje się Alina Molisak. Część zapisków z 1984 r. i zapiski z 1985 ukazały się w miesięczniku "Midrasz" nr 4(12)/1998. Przypisy Alina Molisak i Jan Cywiński

      Źródło: Gazeta Wyborcza
      • Gość: se_nka Re: przeczytajcie... IP: *.adsl.inetia.pl 22.04.07, 14:58
        ,,.. ze moja wina jest samo istnienie.,,Ilez takich biografi znamy, a ile
        jeszcze do poznania.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka