Dodaj do ulubionych

próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ

05.01.11, 19:32

Wychodzę z imprezy na zaśnieżoną ulicę. Nogi niosą mnie obecnie w jedno z bardziej niesamowitych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam.
Zima jest obfita, mroźna i czarowna. Piękna. Zdradliwa w swoim pięknie. Nieprzenikniona.
Jest cicho, bezwietrznie i rześko. Światła latarni tworzą psychodeliczny klimat. Płatki śniegu migoczą w żółtawym świetle. Połyskują gwałtownie, by równie szybko opaść w mrok. Choć niebo pokrywa mglista powłoka, zdaje się, że błyszczą na nim gwiazdy. I że są one na wyciągnięcie dłoni. Wystarczy wyprostować rękę jak tylko wysoko się da i zerwać jedną małą gwiazdkę z nieba. A potem wypowiedzieć życzenie i czekać, aż się spełni.
Nie przejeżdża żaden pojazd, nikt nie spaceruje po chodnikach. Mam wrażenie, że jestem w innym wymiarze. Wydaje mi się, że zza rogu kamienicy wyjadą dorożki, że słychać będzie stukot końskich kopyt, zobaczę barwne peleryny, bajkowe suknie, strusie pióra. Kto wie, może gdzieś obok odbywa się bal, o którym nie wiem, na który mnie nie zaproszono, a na który zjeżdżają goście. Może jestem jak ten Kopciuszek, który tylko czeka na odpowiednią okazję, by przyłączyć się do balu. Na razie wejście na salę balową jest dla Kopciuszka zamknięte. Jeszcze nie pora, by Kopciuszek tam wszedł, ale właściwy moment niebawem nadejdzie. Wtedy Kopciuszek też będzie mógł uczestniczyć w balu.

Nagle pomyślałam o innej baśni, która pasuje do sytuacji. Pomyślałam, że zaraz spotkam Dziewczynkę z Zapałkami, która będzie siedzieć przycupnięta na śniegu i patrzeć szeroko otwartymi oczami przed siebie.
Kupię od niej całe wielkie pudło zapałek. Zapalimy razem te jej zapałki. Będziemy patrzeć jak budzi się ogień. Jak nagle bucha, jak krótko grzeje, jak w mgnieniu oka przygasa. Rozpalimy na śniegu olbrzymie ognisko, od którego ogrzeje się ona i ogrzeję się ja.
Spotkałabym ją nazajutrz i znów kupiłabym od niej zapałki. Zmieniłabym zakończenie smutnej zimowej baśni.


Wrota


Przede mną okute czerwoną kotarą drzwi do nietypowego lokalu. Otrzepuję ubrudzone śniegiem buty, chowam do kieszeni rękawiczki. Nieśmiało naciskam mosiężną klamkę.
Kiedy ostatnio widziałam dwójkę dziwaków z psem, mówili, że na mnie czekają i że nauczą mnie kochać. Marketing dla ubogich? Być może, jednak zadziałał na mnie jak magnez. Zamierzam wejść w progi lokalu z całą świadomością naiwności tego hasła. Jeśli robię siebie w bambuko, to dzieje się to na mój własny koszt i na moje własne ryzyko.
Dotąd czułam się tak, jakbym była z innej bajki. Nigdzie nie pasowałam. Ani na kobietę sukcesu, ani na panią domu. Ani na żonę, ani na singielkę. Ani na matkę, ani na córkę… Nie należałam do żadnej z grup, żadnej z historii, żadnej ze ścieżek życiowych. Ciągle usiłowałam grać różne role, z wyjątkiem swojej własnej. Teraz to się zmieni. Odtąd bajka będzie moja. Moja własna, osobista, prawdziwa bajka. Bez ściemy. Czuję to. Zmieni się coś, czego na razie nie umiem określić ani opanować.
Potrzebuję zmian, pragnę ich jak powietrza. Nie mogę dłużej trwać w zawieszeniu, pomiędzy prześcieradłem a kołdrą, w samotnej przestrzeni między jednym stolikiem nocnym a drugim. Nie chcę całego życia spędzić w łóżku, jedząc chipsy i rozmyślając o jednaj wielkiej porażce jaką jest moje życie. Nie chcę tak.
Jednak gdybym wiedziała, jak wiele się zmieni, czy wówczas przekroczyłabym ten próg? Wiedząc, czego doświadczę? Że czeka mnie tyle zwariowanych, cudownych przeżyć, tyle namiętności, tyle emocji, wzruszeń. Ale też dużo strachu i niepewności. Czy weszłabym przez te same wrota w tym samym momencie jeszcze raz, będąc świadoma tego, co mnie czeka za kotarą z czerwonego pluszu?
Nie odpowiem wam teraz na to pytanie. Jeśli chcecie, poszukacie odpowiedzi razem ze mną. Myślę, że dowiemy się wspólnie, czy było warto.


Zaszczyt

Piękna ruda kobieta zaprasza mnie do stolika i mówi uroczyście:
- Czekaliśmy na ciebie. To dla nas zaszczyt.
Traktuje mnie tak, jakbym była szczególnym gościem, jakbym weszła do luksusowego lokalu, gdzie pomylono mnie z kimś innym, jakąś gwiazdą filmową, znaną bizneswoman albo dziennikarką, w każdym razie z kimś, kto jest przy forsie i władzy. I stąd ten uroczysty wstęp. Muszę uważać, by nie narobić sobie długów. Jak przyjdzie co do czego, czyli do płacenia, okaże się, że jestem spłukana i wykopią mnie stąd na zbity pysk.
Tymczasem kobieta ni z tego ni z owego pyta, czy lubię teatr. Słyszę to zaskakujące pytanie i w pierwszej chwili nie wiem, jak na nie zareagować. Coś jakby drgnęło w środku mnie, ale nie wiem, o co dokładnie chodzi.
Dziwna fala ciepła przeszła mi wzdłuż kręgosłupa.
Umysł mi podpowiada, że wszystko mi obecnie jedno, czy lubię teatr, czy nie. W ogóle wszystko mi jedno co do tylu rzeczy, nie wiem więc dlaczego miałabym wyróżniać swym zainteresowaniem akurat teatr i akurat w tej chwili.
Nagle jak przez mgłę przypominam sobie, że kiedyś lubiłam teatr i to nawet bardzo. Dziewczęciem będąc, chodziłam na zajęcia teatralne w młodzieżowym klubie osiedlowym. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, ale to prawda. Przez parę lat uczyłam się deklamować wiersze i brałam udział w amatorskich przedstawieniach. Do feralnego dnia, w którym zdecydowałam, że nie pójdę więcej na próbę.
Zabawny przypadek z tym teatrem. Nie mogłam wybrać lepszego momentu na wizytę w tym miejscu. Coś drga głęboko we mnie.
Kiwam głową na tak. Tak, lubię teatr, mówi mój gest.
- To świetnie - rzecze kobieta w taki sposób, jakby wcześniej znała odpowiedź.
Jej twarz nie ma regularnych rysów, jednak coś sprawia, że jest piękna. Chodzi zapewne o spokój, który z niej emanuje.
Skądś znam jej oczy. Te intensywnie zielone oczy kogoś mi przypominają. Także jej niski, głęboki głos kojarzy mi się z głosem kogoś, kogo dobrze znam lub kogo kiedyś znałam. Nie jest mi obcy. Chyba nie jest mi obojętny. Na razie trudno mi to skojarzenie opisać.
Zagłębiam pupę w gąbczastą kanapę. Mebel ugina się, obejmuje mnie swym pulchnym, miękkim ciałem.

Kobieta uśmiecha się i wskazuje kartę:
- Wybierz napój. Na koszt lokalu – zachęca.
Uśmiecham się pod nosem. Kolejny chwyt marketingowy. Najpierw darmowy napój, wygodna kanapa i traktują cię jak królową, a potem wcisną ci garnki za trzy tysiaki albo patelnie za podobną sumę i będziesz myśleć, że ubiłeś interes życia. Nie o takich rzeczach się słyszało. Hola, hola, drodzy państwo, nie jestem aż taka głupia ani aż taka pijana.
W resztkach mego mózgu zapala się lampka kontrolna, a w myślach pojawia się skądinąd sprytne hasło: NIE DLA IDIOTÓW. Należy uważać na promocje i darmowe prezenty. Jeśli czegoś się w biznesie nauczyłam, to właśnie tego. Nic nie jest za darmo, choćby nikt nie żądał pieniędzy od razu.
Pytam więc kobiety:
- Nic nie płacę?
- Nie, ani złotówki – rzecze ona.
Jaki oni mają interes goszcząc mnie tu, skoro nie zarobią na mnie ani złotówki, nie mam pojęcia. To wysoce podejrzane w kapitalistycznym świecie popytu, podaży i zysku.
No chyba, że jestem już na innym, ponoć lepszym świecie.
Co może być prawdą.
Dotykam karty, jest namacalna, prawdziwa, całkiem realna. Może jednak nie ma powodów, by nie wierzyć w słowa kobiety. Wszystko jest namacalne. Na swoim miejscu. Tam, gdzie zawsze. Jestem tu, gdzie jestem, oddycham, przełykam ślinę, czuję pragnienie. Jestem. Zdecydowanie jestem. Chyba nadal na tym świecie.
Może zatem to naprawdę jest całkiem realny, istniejący klub? Mało to podobnych dziwactw w stolicy pootwierali? Wedle zasady, że czym bardziej coś jest udziwnione, tym bardziej jest czaderskie. Marketing jest jaki jest, ale wprost się w nim nie kłamie. Tyle zdążyłam się nauczyć. Naciąganie rzeczywistości, drobne manipulacje, warunki dodatkowe, gwiazdka i mały druk na billboardzie, to owszem, jest chleb powszedni każdego konsumenta. Ale kłamstwo wprost, w żywe oczy – raczej nie. Więc skoro w tym lokalu zapewniają mnie, że ani złotówki nie wybulę, to zakładam, że tak będzie.
A poza tym zaschło mi w gardle.
Zatem decyduję, że złożę zamówienie (...
Obserwuj wątek
    • art-decco Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ 05.01.11, 21:22
      Witajcie,

      Wybaczcie, że się nie przywitałam w poście powyżej,
      i że odpowiadam sama sobie ;)
      ale wkleiłam fragment tekstu i z powodu limitu słów musiałam zrezygnować ze wstępu.
      Przejrzałam przed chwilą forum, podoba mi się, więc pomyślałam, że zaryzykuję z fragmentem tekstu napisanego podczas choroby.
      Pisanie tego sprawiło mi jak pamiętam sporo radości,
      powstaje tylko pytanie, czy tekst może zainteresować także inne osoby poza mną. ;)
      Jeśli chodzi o wydawnictwa, to mam doświadczenia we współpracy, ale od strony marketingu i bardziej od strony książek dla dzieci - z ciekawością poczytam, co macie do powiedzenia
      i wspólnie z wami będę cieszyć się z waszych sukcesów.

      pozdrawiam,
      art-decco
      • lucyolejniczak Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ 07.01.11, 22:08
        Mnie się podobało :) Widać, że coś Ci w duszy gra i to gra, według mnie, na odpowiednim instrumencie. Pomijam drobne wpadki ( przyciąga magnes, a nie magnez jako pierwiastek chemiczny ) i małe potknięcia stylistyczne - to wszystko można dopracować. Ważna jest całość i ogólne wrażenie świadczące o tym, że masz tak zwany potencjał. Powodzenia!
        • art-decco Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ 08.01.11, 11:32

          Tylko, czy taka tematyka... czy to nie jest zbyt osobiste... czy tego typu forma jest w stanie zainteresować kogoś oprócz autora? :)
          Ględzenie w pierwszej osobie, kiedy bohaterka przeżywa wszystko sama... od środka, z własnej perspektywy... Nawet jeśli pisze o zmyślonych i nieco nierzeczywistych sprawach...
          Gdzie jest granica pisania "osobistego"?

          Prowadziłam ostatnio spotkanie z reżyserką krótkometrażowych animacji, techniką wycinankową - niezwykle twórcza i niedoceniana dziedzina sztuki, obrazy, emocje, muzyka, poetycka forma na ekranie. Inspirujące. Malowanie na ekranie.
          Można też malować słowami.
          Wtedy przypomniałam sobie o tych swoich zakręconych piśmienniczych próbach anno domini 2008.
          • lucyolejniczak Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ 08.01.11, 14:32
            Pisarze często piszą w pierwszej osobie, co wcale nie musi znaczyć, że są to ich własne przeżycia. Pisz i nie zastanawiaj się, czy warto. Warto:)
            • art-decco Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ 08.01.11, 16:17
              Jednak w pewien sposób to są moje przeżycia - to ja musiałam sobie wyobrazić pisząc, że jestem bohaterką, to ja "weszłam w jej skórę", trochę, jakbym weszła w rolę.
              Kiedy pisałam, że bohaterka snuje się po mrozie na ulicy w wawie, to prawie czułam, jak śnieg pada także na moje ramiona. :) Później moja bohaterka spotyka dziwne osoby, ma do wykonania nietypowe zadanie, na granicy rzeczywistości i snu, przedmioty zyskują magiczne znaczenie, przez moment wydaje jej się, że jest kimś innym, w tle rzeczywiste życie, no jakby nie patrzeć - schizofrenia... :) A w codziennym życiu trzymam się jednak realiów.

              Poniżej i w nastepnym poście dalszy fragment tej samej opowieści, to będziecie wiedzieć o czym mówię, fragment sporo dalszy, trochę dłuższy. Chciałam podać jakąś w miarę spójną całość. (Najgorsze w tym wszystkim jest to, że takie sobie pisanie jest dla mnie przyjemne,)

              Zdążyłam pokonać może z jedną przecznicę od restauracji, gdy z zaułka wychodzi znana mi już postać długowłosej kobiety z pieskiem. Ilekroć się upiję, mam tę samą wizję.
              Logika podpowiada, że to może być dowolna długowłosa kobieta z psem na smyczy, niekoniecznie znana mi z odlotowych wizji dziwaczka. Jednak z niewiadomych przyczyn cierpną mi nogi i mam ochotę uciec czym prędzej gdzie pieprz rośnie. Swoją drogą to ciekawe, bo skoro tyle rzeczy w tej historii ma znaczenie symboliczne, to co oznacza pies? Dlaczego moja wyimaginowana znajoma chodzi z małym czarnym pieskiem na smyczy? Co to ma oznaczać?
              Mam ochotę uciekać gdzie popadnie, choćby na ulicę, pod koła nadjeżdżającego samochodu. Przynajmniej byłby punkt kulminacyjny tej historii, gdybym zginęła pod kołami rozpędzonego wehikułu, lub co najmniej połamała wszystkie gnaty i została do końca życia kaleką, co z pewnością stanowiłoby dostateczną karę za moje wstrętne słowa wobec Anki. Żeby było ciekawiej, bohaterka nasza, czyli ja, mogłaby wpaść pod koła tej samej taksówki, którą odjechała wcześniej jej siostra. Taksówkarz zgubił bowiem drogę w zawiei śnieżnej i teraz krąży wokół po pustych ulicach Warszawy z pasażerką Anną Marią na tylnym siedzeniu, która chlipie cichutko w haftowaną chusteczkę.
              Ha! To by dopiero było. Kolejne tragiczne i jakże melodramatyczne spotkanie sióstr. Jedna szalona siostra ginie pod kołami samochodu, w którym jedzie druga szalona siostra. Zakończenie godne odcinka dwa tysiące dwunastego, (albo trzynastego, scenarzysta nie jest już pewien) niejednej telenoweli. Zakończenie jak się patrzy. A potem oczywiście litery końcowe i czekaj widzu do odcinka kolejnego, w tygodniu następnym życia twojego, kiedy to obie siostry widzą się w szpitalu i obejmują się radośnie. Jedna zbolała i druga zbolała, połączone niedolą choroby i cierpienia, które są im wreszcie wspólne. Wszystkie drobne w swej naturze niesnaski, jak choćby błaha konwersacja nad sushi, ulegają zatarciu wobec aż tak dramatycznego wydarzenia, jakim jest wypadek jednej siostry, w którym na dodatek druga z sióstr pechowo brała udział. Zakończenie jak ulał, co nie?
              Jejku, dlaczego nikt jeszcze nie wynajął mnie do pisania telenowel! Ludzie, ileż wy tracicie!
              Wróćmy jednak do naszej historii.
              Zatem rzecz ma się tak, że powiedziałam swojej siostrze parę przykrych słów, a następnie szwędałam się pełna wyrzutów sumienia po zawianej śniegiem ulicy. Nagle ujrzałam znajomą postać kobiety z pieskiem i pomyślałam o ucieczce w bok na jezdnię. Co też i uczyniłam, jednak jezdnia była pusta, w związku z czym pod samochód nie wpadłam. Mój skok w bok z chodnika nie był jednak dobrym pomysłem, gdyż w jego efekcie wpadłam po kolana w zaspę śniegu na poboczu drogi, po czym runęłam centralnie głową w śnieg. I gdyby wtedy przejeżdżał samochód, to faktycznie byłoby ze mną kiepsko.
              No a potem oczywiście powtórka z rozrywki, to znaczy usłyszałam:
              - Daj rękę. Pomogę ci wstać.
              Musiałam się jednak porządnie walnąć w głowę upadając, bo zdało mi się, że znam ten głos.
              - Dam sobie radę… - wymamrotałam gryząc śnieg.
              Wyczołgałam się nieporadnie w stronę chodnika, po czym postawiłam się do pionu, wytarłam ręką twarz i otrzepałam ubranie. Wydłubałam śnieg z włosów, strzepnęłam czapkę.
              Nie uszło mej uwadze, choć zapewne bardzo chciało mej uwadze ujść, że przede mną stoi długowłosa kobieta z pieskiem.
              Nie chce być inaczej. Kobieta stoi centralnie przede mną i uśmiecha się przyjaźnie.
              - Zapraszam na gorącą herbatę – wskazuje mi drzwi do restauracji nieopodal.
              - Nie ma mowy! – mówię szybko i odwracam się gwałtownie.
              Dość zabaw w metafizykę, dość odlotowych wizji, dość szaleństw. Jeśli upadając rzeczywiście walnęłam się w głowę i dlatego mam teraz przywidzenia, to właściwym miejscem do którego powinnam się teraz udać jest lekarz, a nie knajpa. Jedną knajpę już dziś zaliczyłam. Wiecie, z jakim efektem.
              - Dziękuję, ale nie. Poradzę sobie.
              - Właśnie widać, jak sobie radzisz – mówi kobieta smutno.
              - O co pani chodzi? Kim pani jest? Proszę się ode mnie odczepić! – wrzeszczę co sił.
              Zaczynam pędzić na oślep przed siebie.
              - Poczekaj. Chcę dla ciebie dobrze – słyszę za plecami.
              - To proszę odejść. Nie chcę pani więcej widzieć – oznajmiam stanowczo.
              - Skoro mnie widzisz, to najwyraźniej tego chcesz.
              - Nie chcę!
              Zaraz do reszty zwariuję. Szlag mnie trafi definitywnie.
              Ruszam przed siebie. Nieważne w którą stronę. Jakoś dobrnę do domu. Byle tylko zostawić tę kobietę za sobą.
              Baba idzie za mną, cholera jedna.
              - Proszę mnie zostawić – dyszę przez zęby – Chcę żyć normalnie, zwyczajnie. Bez dziwnych pomysłów, bez dziwnych wizji. Chcę być zwyczajną, przeciętną osobą!
              - Już nie chcesz być wyjątkowa? – pyta ona z uśmiechem.
              - Nie! Nie i nie! – drę się – Skąd to w ogóle przyszło pani do głowy, że chcę być wyjątkowa?
              Kobieta przystaje, uśmiecha się znacząco i wzrusza ramionami.
              - A nie… Nic…
              To chyba miało być zabawne. Szkoda, że nie jest mi do śmiechu. Znów ruszam przed siebie.
              Kobieta podąża za mną i mówi za moimi plecami. Cicho, niepewnym głosem.
              - Ty nie potrzebujesz chcieć być wyjątkowa. Ty jesteś wyjątkowa… – po czym dodaje głośniej i bardziej pewnie – Co nie znaczy, że masz nie żyć normalnie.
              Znów odwracam się w jej stronę.
              - Proszę, daj mi spokój… Zostaw mnie. Daj mi żyć.
              Na co ona:
              - Niczego innego nie pragnę. Żyj tak, jak chcesz. Bierz za siebie odpowiedzialność, podejmuj decyzje, żyj własnym życiem...
              Tego za wiele. Mam dość tej łzawej szopki. Przystaję i mówię wprost do kobiety.
              - Ile razy mam powtarzać, że nie potrzebuję rad? Dlaczego nie możesz się ode mnie odczepić..? Co ty jesteś… moja matka… żeby mnie pouczać?? – pytam podniesionym tonem.
              Po czym zapada cisza. Robi mi się nieswojo.
              Wokół jest tak cicho, tak przejmująco cicho. Zimowa noc w mieście jest kwintesencją dojmującej, pełnej napięcia ciszy. Niesłyszalne zwykle dźwięki, jak choćby oddech czy bicie serca, zostają zwielokrotnione. Tępy dźwięk skrzypiącego pod stopami śniegu wnika głęboko pod skórę i brzęczy w uszach.
              Słyszę odgłos psich pazurów szorujących po lodzie na chodniku. Kobieta idzie z psem, a raczej ciągnie psa na smyczy, podążając za mną po zalanych lodem chodnikach Warszawy. Więc słyszę też tego psa. Nie można o nim zapomnieć. Odwracam się i idę dalej przed siebie, a śnieg skrzypi mi pod nogami.
              - Ewa. Posłuchaj mnie jeszcze tylko przez chwilę – słyszę zza pleców.
              Idę szybko, wręcz bardzo szybko przed siebie.
              – Wysłuchaj mnie – słyszę zza pleców – Daj mi minutę. Potem zniknę. Taka moja rola w twojej opowieści. Zniknę i nie zobaczysz mnie już więcej. Proszę, wysłuchaj mnie.
              Milczę. Pędzę przed siebie coraz szybciej, sama nie wiem gdzie i po co.
              - Ewa… Ja tylko chcę, żebyś wiedziała… Żebyś to sobie zapamiętała raz na zawsze… Bądź dla siebie dobra. Bądź dobra dla innych. Nie rań innych… Przez to ranisz też siebie.
              Uff, skojarzenie z moją
              • art-decco Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 08.01.11, 16:18
                - Chciałabym, żebyś żyła pełnią życia – słyszę dalej zza pleców i czuję dreszcz – Chcę, żebyś była szczęśliwa. Zawsze tego chciałam... Jakąkolwiek drogę wybierzesz, będzie okey, naprawdę okey, bylebyś tylko żyła w zgodzie z sobą… I nie raniła innych. Żyj tak, żebyś swojego życia nie żałowała. Kapujesz? Chcę, żebyś to wiedziała… I nie myśl już o mnie. Myśl o sobie. Myśl w przód. Nie patrz w tył… Tyle rzeczy chciałabym powiedzieć. Tylu rzeczy nigdy nie powiedziałam i już nie powiem… Słowa są ważne. Pamiętaj o tym. Wykorzystuj swoje pasje, wykorzystuj talenty. A masz talent… Ale nie dlatego jesteś wyjątkowa, że masz jakiś talent lub nie… Jesteś po prostu wyjątkowa. Sama w sobie. Pamiętaj, najważniejsi są ludzie. I masz rację, idź prosto przed siebie.
                Czy można w jednej chwili czuć niesmak i wzruszenie, radość i smutek, niedowierzanie i nadzieję…? Zauważać sarkazm, ironię tej podniosłej, niestrawnej chwili oraz jej kiczowate piękno? A wszystko w jednym krótkim momencie. Żołądek podchodzi mi do gardła. Coś dziwnego się ze mną dzieje.
                W duchu śmieję się sama z siebie. Jednak w moim sercu gości miłe ciepło. Niezidentyfikowana fala ciepła przechodzi mi przez serce.
                Nawet nie zauważam, kiedy od dłuższego czasu za moimi plecami panuje cisza. Słyszę tylko skrobanie pazurów psa o lód.
                Odwracam się i zdaję sobie sprawę, że jestem sama. Widzę za sobą pustkę. Długowłosa kobieta zniknęła. Nikt już za mną nie idzie. Rozglądam się dookoła. Cofam się parę kroków. Wokół nie ma żadnego drzewa, słupa czy zaułku, za którym mogłaby skryć się kobieta. Nigdzie jej nie ma. Zapadła się pod ziemię.
                Wokół mnie jest tylko pustka, cisza i padający śnieg.
                Powinnam się cieszyć. O to mi przecież chodziło. Żeby zniknęła. Tymczasem jest mi smutno.
                Po chwili serce podchodzi mi do gardła. Słyszę żałosny, przeciągły pisk koło moich nóg i dreptanie małych łapek.
                Patrzę z przerażeniem po nogi.
                Dżizas! Kobieta zostawiła psa.
                Koło moich nóg pałęta się mały czarny piesek. Jamnikowaty. Dotąd nie przyjrzałam mu się dobrze, ale jestem pewna, że to on towarzyszył dziwnej kobiecie. Pies patrzy na mnie intensywnie i cichutko skomle. Nie ma obroży ani smyczy.
                Łapię się za głowę w rozterce.
                - Hej, piesku, gdzie jest twoja pani, co? – rozglądam się wokół nerwowo, starając się jednocześnie nie stracić psa z oczu.
                Pies nadal siedzi i patrzy się na mnie wielkimi psimi oczami.
                - Rany koguta… Co za historia… – mamroczę do siebie.
                Nie wiem, co zrobić. Pies siedzi grzecznie przy mojej nodze. Patrzy na mnie intensywnie.
                - No i co piesku? Hę? – odzywam się w jego stronę – Pewnie mam cię teraz wziąć ze sobą, co?
                Pytanie oczywiście pozostaje bez odpowiedzi. Jednak gdyby psy mogły przytakiwać głowami, to jestem gotowa przysiąc, że ten pies właśnie mi przytaknął.
                - Nie no… To jakiś odlot. To za dużo na moją głowę… - drapię się skonfundowana w czerep.
                Odwracam się od psa i idę przed siebie. Mam nadzieję, że w tym czasie pies pójdzie sobie w którąkolwiek ze stron, byle tylko nie w moją.
                Wydaje mi się, że rozpoznaję ulicę, po czym zaczynam iść we właściwą stronę pełna radości i zapału. Zaraz odnajdę drogę i będę w domu, a tam od razu zrobię sobie ciepłą herbatę i rozgrzeję zmarznięte trzewia. Zapomnę o całej tej dziwnej historii, odtajam, uspokoję się, rozłożę na kanapie i ze spokojem będę patrzeć w sufit. Potem zadzwonię do siostry, zacznę ją przepraszać i błagać o wybaczenie oraz kolejną audiencję, o ile w ogóle siostra dopuści mnie do głosu. To właśnie zrobię, kiedy wrócę do domu. A na razie muszę iść we właściwą stronę. Ruszam ochoczo przed siebie.
                Jak łatwo się domyślić, pies idzie za mną.
                Przystaję więc, mając nadzieję, że pies mnie minie, albo pójdzie w inną stronę. Nic podobnego się nie dzieje. Skubaniec przystaje również i spogląda na mnie błagalnym wzrokiem.
                - Piesku… Tylko bez takich numerów, proszę.
                Pies nadal patrzy błagalnie. Jego oczy mówią:
                „Weź mnie, weź, nie zostawiaj mnie tu, na mrozie. Moja pani odeszła i już tu nie wróci. Weź mnie.”
                I co ja mam biedna począć? Zostawić to psię na mrozie, samotne, porzucone, smutne? Czy może zabrać go ze sobą, do swojego pustego mieszkania, pomiędzy tych parę białych ścian w których oprócz mnie nie ma żadnej ożywionej istoty, bo nawet kaktusy odmawiają życia ze mną? Trudny wybór mnie czeka.
                Jeśli zdecyduję się zabrać psa, najpierw muszę sprawdzić jedną rzecz. Po prostu muszę to wiedzieć. I wtedy albo pies idzie ze mną, albo zostaje. Nie ma przebacz.
                Muszę zrobić temu psu pewien test. Zanim podejmę decyzję.
                Po przeciwległej stronie ulicy widzę całonocną aptekę. Nie zastanawiając się długo przechodzę ulicę, a pies towarzyszy mi ochoczo.
                - Sorry piesku. Naprawdę muszę to zrobić – informuję go z zakłopotaniem zanim wejdziemy razem do apteki.
                I nie chodzi o szczepienie na wściekliznę.
                Podchodzę do lady i zwracam się do pani, która układa leki na półkach.
                - Dobry wieczór – mówię grzecznie – Mam do pani nietypowe pytanie.
                Kobieta wychyla się zza lady i patrzy na mnie zza wielkich korekcyjnych okularów, jednak ufam, iż całkiem ślepa jednak nie jest.
                - Słucham!
                - Czy widzi pani tego psa?
                Pokazuję ręką na mojego towarzysza, który stoi grzecznie koło mojej nogi. Nawiasem mówiąc towarzysz mój jest od stóp do głów umorusany śniegiem.
                - Że co? – pyta kobieta, jakby nie dosłyszała.
                Cierpnie mi serce. Proszę, tylko nie to. Nie poddaję się jednak. Nie porzucam nadziei.
                - Czy widzi pani tego psa? – pytam raz jeszcze grzecznie.
                Aptekarka wychyla głowę bardziej zza lady i patrzy na podłogę koło moich stóp.
                - Tak. Tu jest pies – mówi z naganą w głosie.
                Juhu!! Nie zwariowałam do reszty. Podskakuję z radości. Mam ochotę ją wyściskać.
                - No i czemu się tak cieszysz? – słyszę zza kontuaru - Nie widzisz tabliczki na drzwiach, że uprasza się nie wchodzić do apteki z psami? Proszę wyjść. Głupie żarty…!
                Aptekarka mówi coś jeszcze, zapewne o moim nieodpowiedzialnym zachowaniu i tym podobne, ale nie słucham. Z radością zabieram psa na zewnątrz, patrzę w jego błyszczące ślipia i mówię:
                - Zdałeś test, kolego. Zabieram cię.
                Po czym idziemy we dwoje po zaśnieżonych ulicach.
                Teraz mogę przynajmniej gadać ile wlezie, bo przy mojej nodze idzie pies. Mam do kogo otworzyć usta.
                • lucyolejniczak Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 08.01.11, 18:51
                  Hmm... jak dla mnie, trochę to zbyt zakręcone. Nie nadążam. Ale to wcale nie znaczy, że złe. Moim zdaniem masz potencjał i powinnaś trochę nad tym popracować.
                  I kilka uwag technicznych: "wydłubywanie śniegu z włosów" kojarzy mi się z wydłubywaniem czegoś z nosa. Sorry, ale tak mi się to nasuwa, zmieniłabym to. Szwendamy się a nie szwędamy. I nie lubię słowa "centralnie", ale to moje osobiste nielubienie. Razi mnie od zawsze. Przypomina mi chłopaka z tramwaju, który opowiadał swojej dziewczynie, że "centralnie się wzruszył" :)
                  • art-decco Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 08.01.11, 20:37
                    Dzięki za przeczytanie i za cenne uwagi. :)
                    Sama wiem, że to jest pokręcone. Próbowałam innego stylu, bardziej uporządkowanego, z dokładnym planem wydarzeń, ale traciłam cały zapał do pisania, więc uznałam że zajmę się czym innym. Może za jakiś czas coś tu jeszcze wkleję, spośród dawnym piśmienniczych eksperymentów. Podoba mi się to forum. Widzę tu spoko ludzi, którzy znają się na rzeczy.
                    (Bez obaw, nie za często będę wklejać)
                    Mam jeszcze pytanie - czy ta pierwsza osoba cię razi? Filtorwanie wydarzeń przez psychikę narratora, czy to jest tu rażące?
                    pozdrawiam,
                    • lucyolejniczak Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 09.01.11, 00:14
                      Nie, pierwsza osoba mnie wcale nie razi, bo sama tak piszę. Książka, nad którą teraz pracuję będzie w trzeciej osobie i muszę przyznać, że idzie mi to znacznie gorzej:)
                      • art-decco Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 09.01.11, 11:01
                        O czym piszesz teraz książkę?
                        Jakie napisałaś?
                        Mnie się dotąd zdarzyło opublikować opowiadanie w magazynie science fiction, prawie 10 lat temu. Plus parę tekstów nieliterackich, raczej incydentalnie, przypadkiem, w różnych miejscach.
                        Co do pierwszej osoby - to jest to co mnie osobiście w mojej pisaninie razi.
                        Poza trudnościami z chronologią. Pewnie te trudności z chronologią sprawiają, że tak jak pisałaś, trudno nadążyć - to nie jest linearna, chronologiczna pisanina, bo mi niestety podczas pisania mózg działa skojarzeniami (asocjacyjnie) a nie chronologicznie.
                        Który fragment twoim zdaniem należałoby najbardziej "naprostować" (rozwinąć, dodać więcej opisów...?) żeby czytelnik mógł łatwiej czytać?
                        pozdrawiam,
                        • lucyolejniczak Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 09.01.11, 11:11
                          Teraz piszę dwie naraz :) Jedna dzieje się w Nowej Hucie i będzie to trochę eksperyment, druga obyczajowa, szczegółów na razie nie zdradzam. Co do napisanych, nie chcę uprawiać w tym miejscu autopromocji, wyguglaj Lucynę Olejniczak:)
                          Jeśli masz ochotę, pisz do mnie na priv, bo jak na razie widzę, że wątek prowadzimy tylko my dwie. Będzie prościej. Pozdrawiam
                    • jsa999 Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 09.01.11, 12:19
                      To jest normalny tekst, na pewno nie zakręcony. Masz fajne zdanie, jak Sylvia Plath. Wybór osoby wiele rzeczy ustawia, ale nie da się powiedzieć, że trzecia jest lepsza od pierwszej.
                      • marinellla Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 09.01.11, 19:01
                        Zaciekawiło mnie, co będzie dalej, więc tekst "działa". Ale troszkę zastanawia mnie styl - zaczyna się dość podniośle, kobieta "rzecze", występują resztki "mego mózgu", a potem już ktoś stoi "centralnie przed kimś" i pojawia się "dżizas". Podczas lektury czułam się, jakbym odbyła błyskawiczną przejażdżkę od Andersena do Chmielewskiej. To zamierzone?
                        • art-decco Re: próbka tekstu - ZIMOWA OPOWIEŚĆ część dalsza 09.01.11, 21:56
                          Dziękuję za bardzo ciekawe uwagi. Dwa zacytowane przeze mnie fragmenty przedziela spora partia tekstu, są one fragmentami dłuższej opowieści. Dlatego zamieściłam właśnie te dwa fragmenty, bo wiem, że są w pewien sposób różne. Pierwszy fragment jest właściwie początkiem. Drugi jest połozony bliżej końca. Chciałam, żeby pierwszy fragment był bajkowy, zakręcony, bohaterka dostaje nietypowe zadanie, spotyka postaci z pogranicza baśni i własnych przeżyć. Tak mi się przyjemnie pisze. Potem mam też elementy dramatu, scenę, maski, tego typu zabawy z tożsamością, rolami, uczuciami. Potem bohaterka ulega wewnętrznej przemianie. Momentami bywa jak wesoła Chmielewska, takie trochę niebożę ;) Dlatego tez i nastrój i narracja owszem, bywaja różne. Może powinnam utrzymać jedność stylu, sama nie wiem. Może wkleję jakiś kolejny fragment, kiedy będę przy swoim kompie, bo na razie nie jestem i nie mam dostępu. Tak w ogóle to napisałam to w 2008 roku i od tamtej pory leży w szufladzie. Nikt wcześniej tego nie czytał.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka