art-decco
05.01.11, 19:32
Wychodzę z imprezy na zaśnieżoną ulicę. Nogi niosą mnie obecnie w jedno z bardziej niesamowitych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam.
Zima jest obfita, mroźna i czarowna. Piękna. Zdradliwa w swoim pięknie. Nieprzenikniona.
Jest cicho, bezwietrznie i rześko. Światła latarni tworzą psychodeliczny klimat. Płatki śniegu migoczą w żółtawym świetle. Połyskują gwałtownie, by równie szybko opaść w mrok. Choć niebo pokrywa mglista powłoka, zdaje się, że błyszczą na nim gwiazdy. I że są one na wyciągnięcie dłoni. Wystarczy wyprostować rękę jak tylko wysoko się da i zerwać jedną małą gwiazdkę z nieba. A potem wypowiedzieć życzenie i czekać, aż się spełni.
Nie przejeżdża żaden pojazd, nikt nie spaceruje po chodnikach. Mam wrażenie, że jestem w innym wymiarze. Wydaje mi się, że zza rogu kamienicy wyjadą dorożki, że słychać będzie stukot końskich kopyt, zobaczę barwne peleryny, bajkowe suknie, strusie pióra. Kto wie, może gdzieś obok odbywa się bal, o którym nie wiem, na który mnie nie zaproszono, a na który zjeżdżają goście. Może jestem jak ten Kopciuszek, który tylko czeka na odpowiednią okazję, by przyłączyć się do balu. Na razie wejście na salę balową jest dla Kopciuszka zamknięte. Jeszcze nie pora, by Kopciuszek tam wszedł, ale właściwy moment niebawem nadejdzie. Wtedy Kopciuszek też będzie mógł uczestniczyć w balu.
Nagle pomyślałam o innej baśni, która pasuje do sytuacji. Pomyślałam, że zaraz spotkam Dziewczynkę z Zapałkami, która będzie siedzieć przycupnięta na śniegu i patrzeć szeroko otwartymi oczami przed siebie.
Kupię od niej całe wielkie pudło zapałek. Zapalimy razem te jej zapałki. Będziemy patrzeć jak budzi się ogień. Jak nagle bucha, jak krótko grzeje, jak w mgnieniu oka przygasa. Rozpalimy na śniegu olbrzymie ognisko, od którego ogrzeje się ona i ogrzeję się ja.
Spotkałabym ją nazajutrz i znów kupiłabym od niej zapałki. Zmieniłabym zakończenie smutnej zimowej baśni.
Wrota
Przede mną okute czerwoną kotarą drzwi do nietypowego lokalu. Otrzepuję ubrudzone śniegiem buty, chowam do kieszeni rękawiczki. Nieśmiało naciskam mosiężną klamkę.
Kiedy ostatnio widziałam dwójkę dziwaków z psem, mówili, że na mnie czekają i że nauczą mnie kochać. Marketing dla ubogich? Być może, jednak zadziałał na mnie jak magnez. Zamierzam wejść w progi lokalu z całą świadomością naiwności tego hasła. Jeśli robię siebie w bambuko, to dzieje się to na mój własny koszt i na moje własne ryzyko.
Dotąd czułam się tak, jakbym była z innej bajki. Nigdzie nie pasowałam. Ani na kobietę sukcesu, ani na panią domu. Ani na żonę, ani na singielkę. Ani na matkę, ani na córkę… Nie należałam do żadnej z grup, żadnej z historii, żadnej ze ścieżek życiowych. Ciągle usiłowałam grać różne role, z wyjątkiem swojej własnej. Teraz to się zmieni. Odtąd bajka będzie moja. Moja własna, osobista, prawdziwa bajka. Bez ściemy. Czuję to. Zmieni się coś, czego na razie nie umiem określić ani opanować.
Potrzebuję zmian, pragnę ich jak powietrza. Nie mogę dłużej trwać w zawieszeniu, pomiędzy prześcieradłem a kołdrą, w samotnej przestrzeni między jednym stolikiem nocnym a drugim. Nie chcę całego życia spędzić w łóżku, jedząc chipsy i rozmyślając o jednaj wielkiej porażce jaką jest moje życie. Nie chcę tak.
Jednak gdybym wiedziała, jak wiele się zmieni, czy wówczas przekroczyłabym ten próg? Wiedząc, czego doświadczę? Że czeka mnie tyle zwariowanych, cudownych przeżyć, tyle namiętności, tyle emocji, wzruszeń. Ale też dużo strachu i niepewności. Czy weszłabym przez te same wrota w tym samym momencie jeszcze raz, będąc świadoma tego, co mnie czeka za kotarą z czerwonego pluszu?
Nie odpowiem wam teraz na to pytanie. Jeśli chcecie, poszukacie odpowiedzi razem ze mną. Myślę, że dowiemy się wspólnie, czy było warto.
Zaszczyt
Piękna ruda kobieta zaprasza mnie do stolika i mówi uroczyście:
- Czekaliśmy na ciebie. To dla nas zaszczyt.
Traktuje mnie tak, jakbym była szczególnym gościem, jakbym weszła do luksusowego lokalu, gdzie pomylono mnie z kimś innym, jakąś gwiazdą filmową, znaną bizneswoman albo dziennikarką, w każdym razie z kimś, kto jest przy forsie i władzy. I stąd ten uroczysty wstęp. Muszę uważać, by nie narobić sobie długów. Jak przyjdzie co do czego, czyli do płacenia, okaże się, że jestem spłukana i wykopią mnie stąd na zbity pysk.
Tymczasem kobieta ni z tego ni z owego pyta, czy lubię teatr. Słyszę to zaskakujące pytanie i w pierwszej chwili nie wiem, jak na nie zareagować. Coś jakby drgnęło w środku mnie, ale nie wiem, o co dokładnie chodzi.
Dziwna fala ciepła przeszła mi wzdłuż kręgosłupa.
Umysł mi podpowiada, że wszystko mi obecnie jedno, czy lubię teatr, czy nie. W ogóle wszystko mi jedno co do tylu rzeczy, nie wiem więc dlaczego miałabym wyróżniać swym zainteresowaniem akurat teatr i akurat w tej chwili.
Nagle jak przez mgłę przypominam sobie, że kiedyś lubiłam teatr i to nawet bardzo. Dziewczęciem będąc, chodziłam na zajęcia teatralne w młodzieżowym klubie osiedlowym. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, ale to prawda. Przez parę lat uczyłam się deklamować wiersze i brałam udział w amatorskich przedstawieniach. Do feralnego dnia, w którym zdecydowałam, że nie pójdę więcej na próbę.
Zabawny przypadek z tym teatrem. Nie mogłam wybrać lepszego momentu na wizytę w tym miejscu. Coś drga głęboko we mnie.
Kiwam głową na tak. Tak, lubię teatr, mówi mój gest.
- To świetnie - rzecze kobieta w taki sposób, jakby wcześniej znała odpowiedź.
Jej twarz nie ma regularnych rysów, jednak coś sprawia, że jest piękna. Chodzi zapewne o spokój, który z niej emanuje.
Skądś znam jej oczy. Te intensywnie zielone oczy kogoś mi przypominają. Także jej niski, głęboki głos kojarzy mi się z głosem kogoś, kogo dobrze znam lub kogo kiedyś znałam. Nie jest mi obcy. Chyba nie jest mi obojętny. Na razie trudno mi to skojarzenie opisać.
Zagłębiam pupę w gąbczastą kanapę. Mebel ugina się, obejmuje mnie swym pulchnym, miękkim ciałem.
Kobieta uśmiecha się i wskazuje kartę:
- Wybierz napój. Na koszt lokalu – zachęca.
Uśmiecham się pod nosem. Kolejny chwyt marketingowy. Najpierw darmowy napój, wygodna kanapa i traktują cię jak królową, a potem wcisną ci garnki za trzy tysiaki albo patelnie za podobną sumę i będziesz myśleć, że ubiłeś interes życia. Nie o takich rzeczach się słyszało. Hola, hola, drodzy państwo, nie jestem aż taka głupia ani aż taka pijana.
W resztkach mego mózgu zapala się lampka kontrolna, a w myślach pojawia się skądinąd sprytne hasło: NIE DLA IDIOTÓW. Należy uważać na promocje i darmowe prezenty. Jeśli czegoś się w biznesie nauczyłam, to właśnie tego. Nic nie jest za darmo, choćby nikt nie żądał pieniędzy od razu.
Pytam więc kobiety:
- Nic nie płacę?
- Nie, ani złotówki – rzecze ona.
Jaki oni mają interes goszcząc mnie tu, skoro nie zarobią na mnie ani złotówki, nie mam pojęcia. To wysoce podejrzane w kapitalistycznym świecie popytu, podaży i zysku.
No chyba, że jestem już na innym, ponoć lepszym świecie.
Co może być prawdą.
Dotykam karty, jest namacalna, prawdziwa, całkiem realna. Może jednak nie ma powodów, by nie wierzyć w słowa kobiety. Wszystko jest namacalne. Na swoim miejscu. Tam, gdzie zawsze. Jestem tu, gdzie jestem, oddycham, przełykam ślinę, czuję pragnienie. Jestem. Zdecydowanie jestem. Chyba nadal na tym świecie.
Może zatem to naprawdę jest całkiem realny, istniejący klub? Mało to podobnych dziwactw w stolicy pootwierali? Wedle zasady, że czym bardziej coś jest udziwnione, tym bardziej jest czaderskie. Marketing jest jaki jest, ale wprost się w nim nie kłamie. Tyle zdążyłam się nauczyć. Naciąganie rzeczywistości, drobne manipulacje, warunki dodatkowe, gwiazdka i mały druk na billboardzie, to owszem, jest chleb powszedni każdego konsumenta. Ale kłamstwo wprost, w żywe oczy – raczej nie. Więc skoro w tym lokalu zapewniają mnie, że ani złotówki nie wybulę, to zakładam, że tak będzie.
A poza tym zaschło mi w gardle.
Zatem decyduję, że złożę zamówienie (...