tebebe
26.09.11, 18:09
4.
Jeszcze podczas studiów natknąłem się na pojęcie „product placement”, polegającym na odpłatnym umieszczaniu w filmach produktów danej marki. Na takich opłatach opierały się budżety wielu produkcji. Dokonałem tylko biznesowej parafrazy i opracowałem szczegółowy cennik pod szyldem „friend placement”, proponując teraz bliższym i dalszym znajomym występ w pisanej aktualnie książce. Pozycje były z grubsza następujące: postać negatywna- sto złotych, postać pozytywna zwykła- dwieście, pozytywna dowcipna pełna uroku- trzysta (za obdarzenie prawdziwym imieniem dopłata sto, razem czterysta złotych). Poza tym wiele innych kombinacji. Zakładając, że postaci negatywnej, choć najtańsza, nikt nie wykupi, opatrzyłem tę pozycję małą gwiazdką, która jak wszystkie małe gwiazdki w umowach, od samego początku przynosiła mi największy dochód. Wyjaśnienie jej było proste i skierowane do spóźnialskich: jeśli ktoś nie wykupi żadnej opcji, mogę na mocy swojego widzimisię umieścić go w toku fabuły jako postać negatywną, a wycofanie z toku fabuły już popełnionej postaci negatywnej jest technicznie kłopotliwe i kosztuje więcej- pięćset złotych.
Zasady, cennik i numer konta bankowego rozesłałem wszystkim znajomym z portali społecznościowych z wyłączeniem kobiet i dzieci. W sumie sześćset osób.
Człowiek z oryginalnym pomysłem zawsze wydaje się wariatem, zanim nie odniesie sukcesu. Tak, jak przewidziałem, nikt nie potraktował oferty poważnie. W kolejnej więc książce przedstawiłem w bardzo niekorzystnym świetle kilku znajomych, w tym dwóch publicznie znanych z racji obejmowanych stanowisk. Książka znowu okazała się bestsellerem. Ale wciąż nie byłem naprawdę bogaty. Wtedy spławik drgnął na spokojnej tafli jeziora. Przyszedł pierwszy przelew bankowy od przyjaciela sprzed lat. Sto złotych za postać negatywną z jednoczesnym mejlem utrzymanym w żartobliwym tonie. Nie odpisałem ani słowa, za parę dni wpłynęła dopłata z prośbą o pozytyw.
5.
Praca literacka stawała się coraz bardziej uciążliwa. Trzeba było uwzględniać te wszystkie rezerwacje i przede wszystkim pamiętać o tych, co skąpili grosza we własnej sprawie. Relaksowałem się jazdą sportowym samochodem, kąpielą w przydomowym basenie i popijaniem najdroższych trunków. Byłem bogaty. Pomysł chwycił. Zatrudniłem studentkę polonistyki, żeby sporządzała obsadę najbliższych fabuł i pilnowała rozliczeń. Brakowało czarnych charakterów, książki sprzedawały się gorzej, ale pieniędzy było coraz więcej. To wszystko referowała mi Ada, dziewczyna z polonistyki. Bardzo ładna i dobra w łóżku. Nieraz obserwowałem, jak patrzy w ekran z wirującymi rzędami cyfr na koncie i sterczą jej sutki. Kiedy forsy zrobiło się naprawdę sporo zamieniłem ją na studentkę ekonomii, bo to wymyślniejsze zdziry, a ja potrzebowałem wrażeń. Tym bardziej, że miałem sporo wolnego czasu, po siódmej książce nie było już naprawdę o czym pisać. Nietrudno się domyślić, że straciłem wszystkich przyjaciół. Przydałby się chociaż jakiś wróg, żeby nie zwariować, ale mając moje pieniądze i wpływy trudno o zdecydowanego, jawnego wroga.
Wizyty w domu przygnębiały mnie. Niezmiennie wspaniali starzy, bezinteresowni i życzliwi. Ojciec był dumny z mojej kariery. Wspomniał o mnie naszym zakrwawionym vipom, bo ci pojawiali się wciąż z jednakową częstotliwością. Po ostatniej wizycie jechałem do siebie przez ciemną noc. Czułem żal za czymś bezpowrotnie utraconym, wiarą w literaturę i młodzieńczym zapałem, nawet za biedą. Obudziłem się w środku nocy i myślałem o Arturze i tamtych odległych czasach. Nie wiadomo, co działo się za zamkniętymi drzwiami kotłowni. Jako jedynemu z moich bohaterów nie dałem mu szansy wykupu. Strzeliłem mu w plecy. Co się z nim teraz działo?
W ciągu następnych dni sumienie obudziło sie jak wygasły po stu latach wulkan. Zgromadziłem wszystkie pieniądze w gotówce, jakie miałem. Wyśledziłem adres. Nie mogłem uwierzyć. Artur okazał się sąsiadem rodziców zza wysokiego muru. Podjechałem tam z takiej strony, żeby starzy mnie nie zauważyli. Brama otworzyła się i kamyczkową alejką podjechałem pod pałac. Stanąłem obok siedmiu lśniących limuzyn. Prawdopodobnie miał gości. Sytuacja niezręczna, ale postanowiłem doprowadzić sprawę do końca. Przywitali mnie we trzech, Artur, ojciec i dziadek. Kiedy sie przedstawiłem, dwaj ostatni kiwnęli głowami i oddalili się. Byłem tak zdenerwowany, że nie potrafię powtórzyć słów Artura, w każdym razie trwało to wszystko bardzo krótko. Służąca odebrała dwie torby banknotów beznamiętnie, jakbym właśnie dostarczył świeże jaja. Po kilkuminutowym spacerze korytarzem do końca i z powrotem, gdy upewnił się, że torby są na swoim miejscu i służąca wróciła do innych spraw, pożegnał mnie wymawiając się napiętym planem dnia.
6.
I tyle. Odjeżdżałem wolno. Czułem się jak frajer. Jechałem przez otwarte pole, kiedy w bocznym lusterku dostrzegłem samolot nisko nad horyzontem. Pięćset koni mechanicznych poniosło mnie do ściany lasu. W ostatniej chwili skoczyłem w gęste krzaki, słysząc za sobą brzęk szkła i grad pocisków padający na samochód. Biegłem na oślep i trzęsłem się jak galareta, przez co potykałem się jak młody zając, ale poczułem się dziwnie szczęśliwy. Miałem porządnego wroga, którego nie zepsuły żadne pieniądze.