braineater
06.03.05, 19:56
Wbrew zimie, zmieciom, zawieruchom i przeklętym opadom atmosferycznym,
wyruszyłem wczoraj do kina, by oczy swoje napaść obrazkiem uciesznym
pt. "Marzyciel". Póltorej godziny cukierkowych landszaftów później, odkryłem
po raz kolejny, że pisarz, jak w tytule, nie nadaje sie na bohatera filmowego.
Przez cały film obserwujemy zacnego Johny'ego Deepa, który wplatany w
róznorakie społeczne interakcje epoki edwardiańskiej, stara się widzowi
pokazać J.M. Barriego, jako pisarza niedostosowanego do rzeczywistości,
skłoconego z konwenansem i oddanego dzieciom, ale jakoś zupełnie nie
przekonuje. Nijak się w tej postaci nie da wyczuc geniuszu twórcy "Piotrusia
Pana" i całośc filmu ogląda się jak arcydzieła z serii filmy w środowe
wieczory TVP1, czyli pani/pan umiera na raka/cukrzycę i wszystkim jest
smutno ale się z żalów swych leczą/nie leczą.
I stąd tez refleksja oraz pytanie: czy pisarza nie da się pokazać w filmie?
czy zawsze musi się to kończyć żałosnymi dokonaniami typu "Zakochany
Szekspir" lub hardkorowymi odjazdami w stylu kopulacji z maszyną do pisania -
"Nagi Lunch"?
Pozdrowienia:)