klemens7
29.03.05, 09:42
Nawet, gdybym chciał opowiedzieć tutaj o całym zebraniu prowadzonym przez
Albina, nie potrafiłbym. Nie potrafiłbym, bo wyłączyło mnie po pierwszych 10
minutach. Ja tak mam. Wyłącza mnie i dupa blada. Patrzę gdzieś w bok albo w
sufit i dopadają mnie myśli. Najczęściej są to pomysły, które by można opisać
w książce. Albo w którejś z tych, które zaczynałem pisać w różnych okresach
swojego życia (ostatnio policzyłem – mam około 137 początków powieści) albo w
jednej z trzech, które piszę obecnie albo może wcisnąć coś jeszcze do tych
dwóch skończonych, które próbuję teraz opchnąć bezskutecznie w jakimś
wydawnictwie. Albo – i to zwykle wydaje mi się najmądrzejsze – zacząć pisać
kolejną książkę, w której znalazłyby się te pomysły, bo do żadnej starej
jakoś nie pasują.
Przeważnie potem o większości rzeczy, które wymyśliłem, zapominam. Czasami
coś kołacze mi się w głowie do późnego wieczora, kiedy to spokojnie mogę już
sobie zasiąść do komputera i pisać. Siedzę wtedy jakiś czas przed pustą
kartką dokumentu word, żeby przerwać bezczynność sprawdzam sobie wszystkie
swoje 7 skrzynek e-mailowych, 3 blogi, odwiedzam blogi innych, wpisuję się,
czasem jakieś forum, gdzie też się wymądrzam, otwieram przy tym gg, może
odezwie się do mnie ktoś interesujący. Jeżeli mimo wszystko uda mi się coś
napisać, najczęściej, praktycznie prawie zawsze wygląda to znacznie, znacznie
gorzej niż wydawało mi się, że będzie wyglądało, kiedy tak siedziałem i
patrzyłem w sufit i samo się wymyślało. Jak wodorosty wyciągnięte z morza,
jak ślimak z muszelki. W poczuciu marnotrawionego czasu rzucam więc to
najpóźniej po wymęczeniu pierwszej strony, dwóch. I co ja poradzę, że znowu
mam pomysły, że znowu kręcą mi się fabuły, akcje, charaktery, genialne
rozwiązania, przesłania do świata, idee, że znowu mnie ciśnie, żeby to
napisać, co poradzę, co? Przecież nie mógłbym żyć z myślą, że jestem
grafomanem, że to taka choroba, która każe zapisywać wszystko, przecież nie
mógłbym w to uwierzyć tak naprawdę, tak do końca, nawet jeśli żartem tak o
sobie mówię...
Snułem więc swoje pomysły, a Albin mówił i mówił, tłumaczył i pokazywał. I
nikt go już nie słuchał. Wszyscyśmy cierpieli na tę samą chorobę, tę samą
zarazę. Rozglądanie się po ścianach nieprzytomnymi oczami. Głowy nasze, jak
nas tu siedziało trzydziestu, pełne były historii, pomysłów i przesłań do
świata. Jurek Patyczak (wbrew swojemu nazwisku dość facet dość zwalisty)
zapisywał coś nawet na papierowej serwetce, a Marie Francuzeczka pisała w
notatniczku – czerwoniutkim, z naklejonymi jakimiś misiami i osiołkami i
słoneczkiem.
Nic dziwnego, że wszystkim było głupio podjąć jakąś dyskusję, czy zapytać o
coś, kiedy Albin zakończył swój wywód i puścił w obieg list, pod którym
trzeba się było podpisać. List mówił o tym, że protestujemy przeciwko wydaniu
z publicznych pieniędzy tomiku Marleny Goryl, ponieważ jest to kicha straszna
i zwykła grafomania i nikt poza rodziną i gronem znajomych nie zechce tego
czytać, więc po co.
Albin powiedział, że jest to pierwsze wspólne stanowisko naszego, póki co,
nieformalnego jeszcze stowarzyszenia autorów. I że możemy być dumni.