Dodaj do ulubionych

książki z ciężarem

29.04.05, 14:29

Moi drodzy erudyci, oczytani uczestnicy tego forum. Wy, którzy znużeni
jesteście przebijaniem się przez stronice i wy, którzy dopiero odkrywacie, że
Ulisses jest bardzo zabawną książką, podzielcie się proszę spostrzeżeniami na
temat ciężkich książek. Od razu zaznaczę, że nie idzie mi o dzieła w stylu:
- Feynmanna wykłady z fizyki t.3
- Analiza krytyczna wykładów o istocie religii Feuerbacha z punktu widzenia
współczesnego marksizmu-leninizmu, Warszawa 1949
- wielka encyklopedia powszechna
- książka telefoniczna abonentów indywidualnych 2004
czy też inne pozycje w tym stylu. Chodzi, rzecz jasna, o literaturę piękną,
lecz taką, do której piękna trzeba się przekonać. Książki trudne, djace do
myślenia i nie dające wytchnienia. Książki, które śnią się po nocach i których
nie rozkminiliby ziomale (ale my i owszem). No więc?
Poproszę o typy wraz z krótkim opisem, wyłuszczeniem zalet, dla których warto
pośwęcić miesiąc życia (lub więcej).

Zaznaczę może jeszcze, że nie potrzebuję tej wiedzy do jakiegokolwiek tematu
maturalnego i nie każcie mi szukać w google, jak jestem taki kurna ciekawy :-)

m,
.y.

----------------------------------
What is home without Pinezka's Potted Meat?
Incomplete.
violentowy świat braci y
Obserwuj wątek
    • Gość: nienietoperz Re: książki z ciężarem IP: *.nottingham.ac.uk / *.nottingham.ac.uk 29.04.05, 15:36
      Ha,
      watek trudny i ciezki z definicji - bo jakze sie tu przyznac, ze cos czytalo sie
      trudno i powoli, kiedy cale wyedukowane forum zacznie krzyczec: latwe! banalne!
      proste w uzyciu!
      Moglbym ponadtpo dodac, iz nie czuje sie powolany do odpowiadania w zwiazku z
      pierwsza ydoriusowa linijka: Moi drodzy ****, ****, &&&...
      Niemniej jednak perwersyjna potrzeba wypowiedzi nakazuje zgloszenie jako
      kandydata nr 1 `Pod wulkanem' Lowry'ego - czytalem ostatnio, powoli acz z
      zacieciem i satysfakcja. Nie byl to miesiac zycia, ale niewatpliwie ladne
      kilkanascie godzin.
      Goraco, dusznosc i ciagly stan 'o jeden lyk od pelnego rozjasnienia umyslu'
      oddane pierwszorzednie. Tak jak czytajac 'Zamek' (w lipcu) zdarzalo mi sie
      dziwic, ze za oknem nie pada snieg, tak tu mialem co chwile wrazenie, ze
      drobny kieliszeczek pozwolilby mi wszystko lepiej zrozumiec...

      Pozdrowienia,
      Wasz
      nienietoperz

      • Gość: Mica 1 Re: książki z ciężarem IP: *.VR2.NYC4.broadband.uu.net 30.04.05, 01:15
        Skad sie wzielas?Nikt ,nigdy tak tu nie pisal.Przyjemnie czytac Twoj post.Czy
        Sylvia Platt skrzyzowla twoje drogi,a raczej ogniskowe?Czytalas " Kwartet
        Aleksandryjski"?,"Pod Wulkanem", Czytalas naszego Grudzinskieg, Jego pamiatniki
        z lat 70 tych .Czgo oczekujesz od literatury?To ,czy przezywamy nasze zycie
        sami,czy zyemy zyciem nasazych ksiazek, moim zdaniem jest kwestia naszego
        zdrowia psychicznego.
        pamietnikachz lat 70-ch
        • ydorius Re: książki z ciężarem 30.04.05, 20:30

          z wypowiedzi wnoszę, że tak ja, jak i nienietoperz jesteśmy facetami, więc nie
          bardzo wiem, do kogo skierowałaś apostrofę swą. Jeśli do mnie to odpowiadam, że
          pisze na tym forum od czasu do czasu, raczej rzadziej niż częściej.
          I niestety żadnych z wymienionych przez Ciebie pozycji nie miałem w rękach. To
          znaczy Kwartet obił mi się jedynie o uszy, nie zaś o oczy. Grudzińskiego znam z
          jakiś zamierzchłych szkolnych czasów, ale lektury szkolne to akurat coś, co
          pamiętam najsłabiej.

          Co sę tyczy pytań egzystencjalnych: od literatury oczekuję tego, czego oczekuję
          od filozofii. Żeby pokazała mi nowe ścieżki, nowe sposoby rozumienia, świeże
          metafory, które oddają to, co się dzieje, działo, bądź nigdy niue miało miejsce,
          ale przecież mieć mogło. I jeszcze, żeby nie poddawała się byt łatwo pod ciosami
          analitycznego umysłu. Niech stawia opór, niech gruzie, niech walka z książką
          będzie owocna i porządna, a nie takie pitu-pitu :-)

          Oczywiście, że żyjemy życiem naszych książek. Karol M. w chwili uniesienia
          stwierdził, że byt kształtuje świadomość, a książki przecież wplatamy w nasz
          byt. A zdrowie psychiczne? Zapytaj Braineattera. On zdrowych rtozpoznaje na
          kilometr :-)

          m,
          .y.

          ----------------------------------
          What is home without Pinezka's Potted Meat?
          Incomplete.
          violentowy świat braci y
    • miawalles półbrat. polecam zdecydowanie 29.04.05, 16:34
      książka zapiera dech, jest niesamowita. możesz czytac i czytać, chcesz juz
      dobiec do końca, pochałaniając jednoczesnie każde słowo, zdanie. dla mnie
      najbardziej niesamowita książka, jaka ostatnio czytalam
      • ydorius a tak, wiem coś o tym :-) 29.04.05, 23:25

        że dokonam autoreklamy:

        www.pinezka.pl/content/view/409/222/

        Tak, półbrat rzeczywiście nie pozwala się traktować lekko. I ma objętość cegły
        :-) A na czym dla Ciebie polega wielkość tej książki?

        m,
        .y.

        ----------------------------------
        What is home without Pinezka's Potted Meat?
        Incomplete.
        violentowy świat braci y
        • staua Re: a tak, wiem coś o tym :-) 30.04.05, 06:04
          Dla mnie taka ksiazka (dlugo czytana, z zawracaniem i rozmyslaniami, ktora na dlugo utkwila w mojej
          swiadomosci) byla "Gra w Klasy". Troche tez "Mag" (choc moze tutaj czytalo mi sie zbyt lekko)
          Ydorius, tak O/T, czy wiesz, ze Twoja recenzja "Cienia wiatru" , przeciez krytyczna, spowodowala, ze
          zaczela to czytac moja Babcia?
          • ydorius Re: a tak, wiem coś o tym :-) 30.04.05, 20:24

            Maga nie czytałem, a co do gry w klasy to, moim zdaniem, nieaktualna stała się
            metoda czytania tej książki. Trzeba zacząć od Argentyny, a potem ewentualnie
            wrócić do Paryża. Bo z Paryżem chyba porobiło się to, co przypuszczalnie z
            egzystencjalistami wymienionymi w tym wątku - stał się hermetyczny.

            I nie wiem, co odpowiedzieć na drugą część maila. Z jednej strony cieszy i
            łechce mnie opiniotwórczość, a z drugiej - miałem nadzieję, że może parę osób to
            odstraszy :-). Ale chyba zawsze lepiej wyrobić sobie własne zdanie po prostu :-)

            m,
            .y.

            ----------------------------------
            What is home without Pinezka's Potted Meat?
            Incomplete.
            violentowy świat braci y
            • staua Re: a tak, wiem coś o tym :-) 30.04.05, 22:31
              Mnie odstraszylo :-) Ale nie wiem, co ksztaltuje opinie mojej Babci :-) Na pewno o tej ksiazce
              dowiedziala sie z Twojej recenzji, moze to przekora? Jeszcze z nia o tym nie rozmawialam.
              "Czarodziejska Gore" chcialam poczatkowo podac jako przyklad, ale chyba zrozumialam pytanie inaczej
              niz wszyscy (czyli zle w demokratycznym swiecie), bo myslalam, ze nie chodzi o generalna trudnosc
              przebijania sie przez tekst literacki, a o wage tresci, mysli zawartych w ksiazce.
              "Gre w klasy" zamierzam wkrotce przeczytac znowu. Sprobuje Twoja metoda.
        • hrabalek Re: a tak, wiem coś o tym :-) 30.04.05, 18:29
          ydorius napisał:

          >
          > że dokonam autoreklamy:
          >
          > www.pinezka.pl/content/view/409/222/
          >
          > Tak, półbrat rzeczywiście nie pozwala się traktować lekko. I ma objętość cegły
          > :-) A na czym dla Ciebie polega wielkość tej książki?
          >
          > m,
          > .y.
          >
          > ----------------------------------
          > What is home without Pinezka's Potted
          Meat?
          > Incomplete.
          > violentowy świat braci y


          "Półbrat" mocny jak spora dawka dzinu z tonikiem, tequila z robalem i co tam
          jeszcze razem , pełnym duszkiem,

          "ciężka"- "Fale" Wirginii Wolff.Rzeczywiście czułam się czytając -jakoby mnie
          fale o brzeg rzucały, a że spienione , wysokie -a pływać nie umiem- z radością
          dopadłam plaży i tam już pozostanę z wyrzutem ,że ponoć wielka książka - a ja
          nie popłynęłam razem z nią.......
        • miawalles Re: a tak, wiem coś o tym :-) 05.05.05, 09:40
          wielkość? że mozna się w niej smakowac, mozna ją czytac na wielu poziomach,
          mozna delektować się jezykiem, tempem akcji, portretami osób. to książka, którą
          chce sie połknąc, ale jednocześnie szkoda ją zakończyć czytać. to taka książka,
          do której sie wraca i mogę się założyć, że każdym razem odkryję w niej coś
          nowego, niesamowitego.
      • Gość: joannaxxx Re: półbrat. polecam zdecydowanie IP: *.migutmedia.pl 05.05.05, 10:33
        Własnie tak i jeszcze, gdy czytam mam żal, że tak prędko "się" czyta.
        Półprzytomna z błędnymi oczami, skupiona tylko na książce, nic nie wiem ponad
        to, co czytam i niczego nie chcę wiedzieć, nie słyszę, nie czuję jestem tylko
        tym co przebiegam oczami.
    • ada08 Re: książki z ciężarem 29.04.05, 16:41
      ''Doktor Faustus'' T.Manna, najcięższa chyba książka w moim życiu.
      Zaczynałam ją kilka razy, czytałam z wielką uwagą i ukontentowaniem,
      po czym grzęzłam na prelekcji Kretzchmara , podczas której omawiał
      on Sonatę opus 111 Beethovena. Właściwie nie wiem, dlaczego na tej
      prelekcji przerywałam lekturę. Może męczyło mnie jąkanie prelegenta ?:-)
      Jednak za którymś razem pokonałam ten rozdział i jakoś dalej poszło,
      chociaż autor wymaga od autora nie lada otwarcia się na różne
      dziedziny jakimi para się niepokorny umysł ludzki, jako to: filozofia,
      teologia, muzykologia, mineralogia, demonologia, że o literaturze nie wspomnę.
      Teraz to juz jest ''moja'' ksiązka, chociaż nadal ciężka dość, pod każdym
      względem, bo i waży sporo; mam wydanie jednotomowe, które niewygodnie
      jest trzymać wałkoniąc się w słońcu na leżaku; bo muszę tu dodać, że tę
      ksiązkę czytam tylko w słoneczne letnie dni.
      Czy warto ją czytać (tu ukłon w stronę tematu wątku):-), czy warto jej
      poświęcić ileś tam godzin ze swego życia ? A czy ja wiem ? Bo co to w
      ogóle znaczy ''warto'' ? .... ''Kochać nie warto, lubić nie warto,
      znaleźć nie warto i zgubić nie warto... '' :-) .... Faustusa czytać warto,
      uważam jednak :-)

      Z innych ciężkich książek: Szekspir. Tragedie. Jak dla mnie - za dużo trupów :-)
      Pozdr.
      a.
      • ada08 Re: książki z ciężarem 29.04.05, 16:43
        Oczywiście: autor wymaga od czytelnika, a nie od autora :-)
        I Kretzschmar :-) / zmęczenie całotygodniowe daje znać / :-)
        a.
    • braineater Re: książki z ciężarem 29.04.05, 20:02
      Trylogia Gromeghast Mervyna Peak'e - mój prywatny rekord - 11 podejśc
      kończących się najdalej w okolicach 400 strony tomu pierwszego. Wreszcie
      wymusiłem sobie kiedys tydzień wolnego od innych zajęc i połknąłem całośc. I
      teraz wszystkim polecam jako totalnie nierozpoznane w Polsce, arcydzieło.
      Czarodziejska Góra vs braineater lat 16 - porażka wieksza niż Gołoty z Tysonem.
      I trza było imponować kolezance Schulzem:) Przeczytana w całości dopiero 9 lat
      później.
      Praktycznie cały Kafka, którego do dziś nie potrafię ugryźc bez odpowiednich
      psychicznych przygotowań - zamkniety dom, alkohol w poblizu i duzo smutnej
      muzyki.
      "Człowiek bez Właściwości" Musila - także kilka prób, kończacych się zazwyczaj
      rozrzuceniem 1200 stron ksera po całym pokoju i głęboką introspekcją w
      temacie 'no po ch..j ty to czytasz'. Aż przeczytałem i już wiem po co:)
      Pozdrowienia:)
      • makusia_p Re: książki z ciężarem 29.04.05, 22:58
        czyniłam "podchody" kilka razy, i zelówki zdarłam, i ...nic, no nie zachwyca...
        Ulisses

        :)
      • ydorius Re: książki z ciężarem 29.04.05, 23:38

        Odnotowałem sobie pana Peake'a. Zrobię pogrzeb po antykwariatach, bo Zysk
        twierdzi, że się wyczerpał względem nakładu.
        Tak, do Kafki jest dobra wódka i Joy Division. Jak nie pomoże to kupić jeszcze
        paczkę żyletek :-)
        Co zaś się tyczy "czlowieka" to jeszzce się nie przymierzałem, aczkolwiek się
        rozgrzewam, a Musil w drugim narożniku. Już się cieszę na tę walkę, jeszcze
        tylko trzeba zdobyć egzemplarz rzeczonego dzieła, ale to akurat najmniejszy problem.
        Mogę zdawać relacje, jak mi idzie :-)

        m,
        .y.

        ----------------------------------
        What is home without Pinezka's Potted Meat?
        Incomplete.
        violentowy świat braci y
      • beatanu Re: książki z ciężarem 29.04.05, 23:59
        No a ja Kafkę i bez wódki (nie lubię) i bez Joy Division (wolę "solo")
        przyswoiłam i... pokochałam(?) Ale to może dlatego, że przeczytałam tylko
        Proces i Zamek? I w dodatku jakieś dwadzieścia parę lat temu? A może życie
        wtedy bliższe było kafkowskim klimatom i nie dołowało aż tak bardzo?
      • lalka_01 Re: książki z ciężarem 02.05.05, 10:02
        o jak milo ze ktos tez mial problemy z panem Peake. Moj "Tytus Groan"
        kompletnie zzolkl byl, takie wydanie, i dalej zolknie. Trzy razy probowalam,
        trzy razy sie poddalam. ostatnio na 129 stronie :-).
    • ydorius świnia ze mnie, 29.04.05, 23:58

      nie podałem swoich typów:

      Ulisses, oczywiście. Jest to dzieło niewątpliwie ciężkie, ale zabawnie. Nie
      należy, moim zdaniem, zbytnio nastawiaćm sie na to, że się go zrozumie w
      całości. Czytałem go tak, jakbym pogodził się z myślą, że w 80% pozostanie
      niezrozumiały, wychodząc z założenia, że da to jakieś 200 stron zrozumienia,
      więc i tak nieźle. Zaskoczył mnie w kilku miejsach pozytyuwnie i summa summarum
      okazało się, ze nie jest tak źle. To bardzo zabawna książka :-) Zwłaszcza, gdy
      się ją skończy :-)

      Wahado Foucaulta: nie wiem czemu książka ta cieszy się złą sławą. Jest żarte,
      dobrze, w porządku, ale żeby od razu w całości ją odrzucać? Jest najlepszą -
      moim zaniem - pozycja Eco, pominąwszy IR, która to powieść jest zupełnie z innej
      bajki. I wolałbym jeszcze Wahadłao Foucaulta bis niż Baudolino (Panie przebacz).
      Oczywście warstwa językowa bywa irytująca (poza tym miejscami nie bardzo wiadomo
      o co chodzi, do dziś nie pogodziłem nformacji o humunkulusach z resztą książki).
      Ale za to wykłady dotyczące templariuszy zrekompensowały mi w pełni
      niezrozumiałe fragmenty. No i zakończenie: mjut malyna, jak mawia moja znajoma.

      A zacząłem ten wątek, bo wciąż nie otrząsnąłem sie z Auto da fe Canettiego.
      Świetna pozycja, nie ma ani jednego normalnego bohatera - jedyny, który zdaje
      się w miarę nie tknięty zębem schizofrenii okazuje sie być zafascynowany
      wariatami. Poza tym ciekawie jest obserwować świat, w którym najbardziej
      dziwaczne urojenia stają się rzeczywistością i, być może, tą rzeczywistością od
      zawsze były.

      Czarodziejską górę poruszył z posad Braineater, mi się udało przez nią przejść
      powoli i raczej relaksacyjnie. Doktor Faustus wciąż przede mną, ale trzeba mieć
      jakieś "przed sobą", by nie pochlastać się po nadgarstkach.

      Aha, no i gra szklanych paciorków, przeczytana z pewnym niesmakiem, bo nie lubię
      literatury misyjnej, nawet w tak stosunkowo wysokim wydaniu. W ogóle nie lubię
      Hessego, bo wydaje mi sie nieuczciwy (intuicyjnie, więcej ze mnie nie
      wyciśniecie :-)

      m,
      .y.

      ----------------------------------
      What is home without Pinezka's Potted Meat?
      Incomplete.
      violentowy świat braci y
      • Gość: daria13 Re: świnia ze mnie, IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.04.05, 13:16
        Próbując przypomnieć sobie najcięższe lektury, z jakimi miałam do czynienia, a
        było to dawno temu, gdyż jak już to wcześniej stwierdziliśmy najbardziej i
        najlepiej chłoniemy książki tzw. ambitne we wczesnej młodości, pamiętam dumę,
        jaką napawało mnie czytanie egzystencjalistów: Sartre'a, Camusa, a do tego
        Ionesco i Becketta. Uświadomiłam sobie,że są to pisarze niemal zupełnie
        nieobecni na tym forum i zaczęłam się zastanawiać czemu. Czy to kwestia mody,
        czy już tak niewiele ludzi czyta tych autorów? Mimo, że Mdłości Sartre'a
        czytałam naprawdę wieki temu, do dziś pamiętam uczucie dreszczyku emocjij,
        jakim napawał mnie jakiś rodzaj poczucia wtajemniczenia, zabarwionego rzecz
        jasna lekkim snobizmem, że czytam, przeżywam i akceptuję literaturę tak, w moim
        ówczesnym odczuciu, wysublimowaną;). Nie mam bladego pojęcia jak dzisiaj
        odbierałabym Sartre'a, ale myślę, że już nie tak emocjonalnie jak wtedy, a
        szkoda.
        Pytanie do forumowiczów, staszych i tych bardzo młodych: czy ktoś czyta dzisiaj
        wymienionych przeze mnie autorów?
        Pozdrawiam:)
        • dr.krisk Czyta, owszem... 30.04.05, 16:49
          .. np. "Samotnik" Ionesco to jeden z moich evergreenow. Ale sadze ze
          egzystencjalisci sie po prostu zuzyli. To ze "pieklo to inni" juz dawno
          wiadomo. Tak wiec stali sie klasykami, poumierali i tyle...
          Nie jestem znawca literatury (a wiec moge pisac bzdury, no i bardzo dobrze),ale
          czy owi egzystencjalisci nie byli ostatnimi co stawiali Wielkie Pytania?
          Potem przyszedl Hrabal i powiedzial "Eee tam, a u nas w Kersku jest taki
          pan...". I zostawilismy Wielkie Pytania na rzecz historii rozmaitych z zycia
          wzietych, dla moralu (albo i nie) opowiadanych.....
          Swego czasu Sartry rozmaite, Marcele. itp. stanowily moej pozywienie codzienne.
          Ale mi przeszlo.
          Pozdrowienia weekendowe (macie fajnie - taki dlugi weekend..).
          KrisK
          • broch Re: Czyta, owszem... 30.04.05, 18:56
            Cumusa dzisiaj sie boje brac do reki poniewaz nie jestem pewien czy udaloby mi
            sie odtworzyc "tamta" atmosfere. Samotnik wspominany przez drkk czasem, Sartre
            traci myszka i nie sadze abym kiedysn wrocil. Beckett tak.

            Literatura ciezka to:
            Gutersloh: "Slonce i ksiezyc" oraz "Historia przyjazni" nudne ale ja czasem
            lubie nudna literature.
            Doderer "Demony", moze i arcydzielo ale takie sobie, duzo bardziej podobaly mi
            sie "Schody Strudlhofu"
            Tolkien "Wladca pierscieni". Czytalem dwukrotnie, po polsku i po angielsku
            (drugi raz na zyczenie corki w celach dyskusyjnych),
            Nalkowska "Nad Niemnem"

            Literatura ciezka ktorej po prostu nie dokonczylem:
            Krzyzacy, Potop, Pan Wolodyjowski, Quo vadis
        • another_story Re: świnia ze mnie, 30.04.05, 19:29
          > Pytanie do forumowiczów, staszych i tych bardzo młodych: czy ktoś czyta
          dzisiaj wymienionych przeze mnie autorów?

          "Końcówka" Becketta to (obok "Zamku" Kafki i "Opowieści o kronopiach i famach"
          Cortazara) moja ulubiona książka. A "Mdłości" mam w tej chwili wypożyczone z
          biblioteki, ale muszą poczekać, aż zdam maturę.
        • bluestone Re: świnia ze mnie, 20.05.05, 16:16
          Czytam wlasnie Sartre (troche z musu, bo musze napisac o nim referat, a chce
          wiedziec jak pisze), nie zabralam sie za te wielkie jego cegly, tylko za
          opowiadania i... i wlasnie nie wiem co myslec.... takie to smutne, zimne,
          takie...źle sie czuje w jego przestrzeniach. Mowie o "Murze" i "Pokoju".

          A Camus czytalam kilka lat temu, bez emocji. Dzume dobrze pamietam, ale po
          glowie ciagle kolacze mi sie Upadek i mysle, ze za kilka lat jeszcze do niej wroce.

          Beckett- zmeczylam 2 slynne dramaty (koncowka i czekajac na...) i zmeczylam
          oddaje wlasnie moj stosunek do jego tworczosci. Nie dla mnie.
      • braineater ydoriusie, to że świnia z Ciebie:), 30.04.05, 19:10
        to jeszcze nie powód by obrażać normalnych bohaterów literackich - gdzie,
        kurna, Kien jest nienormalny, no?! To świat jest nienormalny a profesor jest
        jedyna nie szaloną jednostką w tym społeczeństwie. I tyle!:P
        Wahadło Foucalta to szczerze mówiąc pikuś:) - polecam zmierzyć sie z Wyspą Dnia
        Poprzedniego - jak Ty zrozumiałeś 20% z Ulissesa, tak jedyne co ja zrozumiałem
        z WDP to napisy na okładce i stopkę redakcyjną:)
        A co do Gromeghastu to jesli masz ochotę na 1800 stron w txt to mail:)
        Pozdrowienia:)
        • ydorius Re: ydoriusie, to że świnia z Ciebie:), 30.04.05, 20:21

          Hm. Tak, to prawda, że świat cierpi na niedostatek czegoś, co chcielibyśmy
          nazywać normalnością, ale profesor doktor Kien nie jest normalny. To, że sam o
          sobie tak mniema (ale tak mniema każdy z bohaterów tej książki) jeszcze go
          normalnym nie czyni. Po Auto da fe nierealne i nienormalne natomiast wydały mi
          się zwykłe drzewa, pogoda za oknem, rozmowy międzyludzkie ect. Poza tym teraz
          już jestem bogatszy o wiedzę, że wcale nie trzeba zamordować by być mordercą (i,
          co więcej, by inni myśleli, że nim jestem).

          Co się tyczy Wyspy to jakoś nie trząchnęla mną specjalnie i wydała mi się
          relaksacyjnym spacerem (po dnie morza w dzwonie) po Wahadle. JAk widać ciężkość
          też jest kwestią gustu :-)

          m,
          .y.

          P.S. Wyobrażam sobie siebie z 1800 stronicami wydruków w metrze :-). Jeśli nie
          uda mi się nabyć drogą mniej więcej legalną, to być może się do Ciebie jako
          deski ratunku, zgłoszę. Na razie daj szansę mi i księgarzom :-)

          ----------------------------------
          What is home without Pinezka's Potted Meat?
          Incomplete.
          violentowy świat braci y
    • dr.krisk Iberoamarykance! I Mann. 30.04.05, 20:31
      Do dzis pamietam: Gra w klasy, albo 62 Model do skladania - umeczylem sie, bo
      bardzo chcialem przeczytac, a jakos nie potrafilem sie skupic, czy co...
      Potem przeczytalem po wielu latach jeszcze raz, i bez problemu.
      Dziecieciem bedac czytalem tez "Czarodziejska gore", w dwoch podejsciach - raz
      omijajac dyskusje Settembriniego z Naptha, a potem razem z tymi dyskusjami.
      Albo taki Onetti: "Historia kawalera z roza i ciezarnej dziewicy z Liliputu".
      Czytac, czytalem ale zupelnie nie rozumialem o co chodzi. Chyba do dzis nie
      rozumiem, choc ksiazka jeszcze mnie korci...

      Teraz jest mi latwiej - jak czegos nie rozumiem to nie przyjmuje do wiadomosci.
      I nie czytam!!
      • noida Re: Iberoamarykance! I Mann. 30.04.05, 23:26
        No to widzę, że nie tak ze mną najgorzej... Za ciężką uważam "Czarodziejską
        górę" ale choć czytałam ją bardzo długo (na dodatek z przerwą, bo ktos mi w
        bibliotece wypożyczył podstepnie drugi tom) to w zasadzie z przyjemnością.
        Drugą ciężką książką była "Gra szklanych paciorków", do której robiłam co
        najmniej ze dwa podejścia, ale w końcu przeczytałam, choć chyba mnie nie
        przekonała.
        "Wyspę dnia poprzedniego" rzuciłam po 60 stronach mniej więcej. Jakoś mnie nie
        przekonywała ta ornitologia.
        Zdecydowanie ciężką pozycją jest dla mnie "Rozmowa w katedrze" Llosy.
        Przestałam czytać w połowie, ale może jeszcze kiedyś się przemogę i przeczytam.
        Choć tutaj raczej dobija mnie styl pisania a nie ciężar treści.
        Do "Ulissesa" jeszcze nie doszłam, w końcu, jak powiedział ydorius, trza mieć
        jakieś widoki na przyszłość :-)
    • makusia_p Re: książki z ciężarem 30.04.05, 23:33
      Mnie Witkac nie idzie, nijak...
    • Gość: nienietoperz Re: książki z ciężarem IP: *.nottingham.ac.uk / *.nottingham.ac.uk 01.05.05, 13:30
      Tajemniczym cudem przeoczylem za pierwszym razem:
      'Lunatycy' Brocha.

      A 'Czarodziejska gora' i 'Gra szklanych paciorkow' przyszly mi jakby latwiej;
      to drugie pewnie w zwiazku ze skrzywieniem zawodowym.

      Pozdrowienia,
      Wasz
      nienietoperz
    • mietowe_loczki Re: książki z ciężarem 01.05.05, 15:19
      "No, jeszcze tym razem, potem może raz jeszcze, a potem pewnie już koniec, z
      tym światem też. Tak to wygląda przed. Wszystko się zaciera. Jeszcze trochę i
      nic się już nie widzi. Tam w głowie. 'Nie działa już', mówi głowa, 'nie
      działam'. Traci się też słuch i wszystko cichnie. Tak to jest, ledwo przekroczy
      się próg. Głowa najwyraźniej ma dość. I mówi się sobie: 'Tym razem pewnie mi
      się jeszcze uda, potem może jeszcze raz, a potem już koniec".

      "Nie ma potrzeby wielkiej jasności, małe światełko wystarczy, by żyć w
      niepojętym, małe wierne światełko".

      To pierwsze zdania "Trylogii" Samuela Becketta w tłumaczeniu Antoniego Libery,
      na którą składają się "Molloy", "Malone umiera" i "Nienazywalny", lektury
      trudnej, długiej i wymagającej. Nie ma tu porywającej fabuły, nagłych zwrotów
      akcji i zaskakującego zakończenia. W książce nie dzieje się praktycznie nic -
      Molloy, zniedołężniały, bezzębny i przykuty do łóżka, spędza czas na pisaniu,
      jedzeniu i zaspokajaniu potrzeb fizjologicznych. Znudzony i zrezygnowany,
      obserwuje ludzi mieszkających naprzeciwko albo zabawia się wymyślaniem
      historii. Jest chyba pisarzem - za zapisane kartki dostaje honorarium, za
      niepisanie jest łajany, a jego rękopisy noszą ślady korekty.

      W drugiej części pierwszej powieści pojawia się Moran (moron?), któremu zlecono
      przygotowanie raportu o Molloyu. W miarę jak rozwija się opowieść, obie postaci
      upodabniają się do tego stopnia, że rozróżnienie ich jest już niemożliwe (przy
      okazji, to dobry klucz do zrozumienia "Trylogii nowojorskiej" Paula Austera,
      zwłaszcza części pt "Duchy").

      Druga część, "Malone umiera", zaczyna się niemal identycznie - Malone (m-alone)
      opisuje pokój, w którym ktoś pomógł mu się znaleźć, domyśla się, że
      odziedziczył go po kimś, kto umarł, nie pamięta zdarzeń poprzedzających jego
      omdlenie. Drobiazgowo opisuje przedmioty w swoim otoczeniu - but, szufladę,
      szafę, fajkę na tytoń, opisuje jakieś zdarzenia z przeszłości, ale wszystko
      jest rozmyte, zamazane i mgliste. Zwykłe dreptanie w miejscu.

      Trzecia część, "Nienazywalny", to nagroda dla dzielnych, cierpliwych i
      upartych ;-) - bezimienny, pozbawiony kończyn kadłubek, umieszczony w szklanym
      słoju, podkarmiany zgniłą sałatą, utrzymuje się przy życiu za pomocą, surprise
      surprise, opowiadania sobie historyjek. Cała jego energia skupia się na tym, by
      przeżyć (=go on) na przekór wszystkiemu. Tak jak zdania na początku książki są
      bardziej rozbudowane, będące w stanie opisać, dajmy na to, krajobraz, tak w
      ostatniej części stają się urywane, krótkie lub ograniczające się do zwykłych
      wyliczeń. Stan fizyczny i psychiczny narratorów odzwierciedlony jest w języku -
      swoista ewolucja - od desygnatu do języka fragmentarycznego, świadomego swojej
      niedoskonałości, wtórności, wyczerpania i fragmentaryczności.

      Wszystko już zostało powiedziane, przetworzone i powtórzone na wiele sposobów,
      zmienne są tylko formy. Jest tylko lęk przep popadnięciem w błąd, który i tak
      już wcześniej został popełniony przez kogoś innego. To taki swoisty obraz
      Autora (jakiegokolwiek), który skupia się na jedzeniu (czytaniu), trawieniu i
      wchłanianiu (obróbce myślowej) i wydalaniu (tworzeniu) - czynności samych w
      sobie mało kreatywnych, powtarzanych w nieskończoność, ale niezbędnych dla
      podtrzymania życia.

      Swoją drogą, dziwi mnie, że to John Barth esejem "Literatura wyczerpania"
      mówiąc o końcu literatury wzbudził take kontrowersje w środowisku literackim -
      Beckett naprawdę zrobił to o wiele lepiej, ale cóż - esej Bartha to zaledwie
      kilka stron, Trylogia to kilkaset stronic, a Amerykanom wiele można, ba, nawet
      trzeba wybaczyć ;).

      Ciekawe jest to, że Beckett popadł, świadomie chyba, w swoisty paradoks - na
      kilkuset drukowanych maczkiem stronicach jego narratorzy zmagają się z
      opowieścią, rozwodzą się nad niemożnościa pisania, swoją impotencją
      intelektualną, wyczerpaniem możliwości, lękami przed niewypowiedzianym i
      nienazywalnym, mówią o potrzebie ciszy, są świadomi ograniczeń języka, ale poza
      jego ramy wyjść przecież nie mogą. Przepowiadają kres literatury mimo że ich
      opowieści zapewniają jej ciągłość. Piękne jest zakończenie "Nienazywalnego",
      nie wiem, czy jest w przekładzie, kilkadziesiąt stron monologu wewnętrznego
      dorównującego swoim kunsztem pisarstwu Prousta i Joyce'a. Prawdziwy
      majstersztyk, nagroda dla Wytrzymałych.


      • Gość: wypierdek mamuta Re: książki z ciężarem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.05.05, 16:20
        Dla mnie nie do przebrnięcia był/jest(?) "Władca Pierścieni" Tolkiena zarówno w
        tłumaczeniu jak i w oryginale. "Wilka stepowego" Hessego natomiast przeczytałem
        za drugim podejściem, przez "Ulissesa" Jamesa Joyce'a w polskiej wersji nie
        przebiłem się jak na razie (angielskiej nie miałem na tyle długo w rękach -
        tyle co w księgarni - żeby próbować przedostać się od pierwszej strony tekstu
        do ostatniej strony okładki), ciekawe czy kiedykolwiek się przez
        tego "Ulissesa" przebiję. Przez "Grę w klasy" Cortazara przeszedłem początek
        czytając z myślą, że jak przezeń przebrnę to dalej będzie fajnie, no i było,
        później żałowałem, że książka niedługo się skończy (czytałem wszystko po kolei,
        bez klucza).
      • mietowe_loczki Re: książki z ciężarem 01.05.05, 16:32
        W szafie, na samym dnie, znalazłam Kwartalnik Artystyczny, 4 (12) 1996, w
        całości poświęcony Beckettowi. Są tu fragmenty Molloy'a, Malone'a, Tekstów na
        nic, szkic Gillesa Deleuze'a (tego od Kłącza ;-) pt. "Wyczerpany", kilka
        artykułów Kędzierskiego i Libery, sporo czarno-białych zdjęć. Warto sięgnąć,
        żeby się trochę oswoić z SB.

        W szafce pod zlewem odkopałam "Wierność przegranej" Becketta (Znak, 1999) z
        dość wnikliwą analizą Finnegans Wake Joyce'a i artykułem o Prouście. Nie takie
        diabły straszne.

        Na półce nad kieliszkami między Adrianem Molem a Muminkami znalazłam Poetyki
        Joyce'a Umberto Eco (Wydawnictwo KR, Warszawa, 1998). Jak w tytule. Chociaż
        rozdział o wczesnym Joyce'ie, tak jak sam wczesny Joyce'e, mogą dla mnie nie
        istnieć ;-).
        • mietowe_loczki Re: książki z ciężarem 01.05.05, 16:54
          Artykuł Johna Bartha pt "Literatura wyczerpania" można znaleźć w zbiorze "Nowa
          proza amerykańska. Szkice krytyczne" pod redakcją Zbigniewa Lewickiego,
          Czytelnik, Warszawa 1983 (mam z antykwariatu). Dla zainteresowanych - jest tu
          też artykuł "( ) czyli Finnegans Wake a wyobraźnia postmodernistyczna" Ihaba
          Hassana, skoro Joyce już był tyle razy wspominany w tym wątku.
          • stella25b Re: książki z ciężarem 01.05.05, 19:20
            Ulisses i jego smarkozielone morze dobilo mnie w liceum i do dzis trzyma. Na
            starosc moze pusci.
            Dla mnie ciezki do przejscia byl takze "Siddhartha" Hesse. Niby to tylko 120
            stron ale.....Zeby bylo smieszniej dostalam te ksiazke w prezencie od kolegi,
            ktory twierdzil, ze po przeczytaniu "Siddharthy" nastapil w nim przelom,
            pokochal ksiazki, czytanie...A u mnie akurat nastapil zalom i przez dluzszy
            okres czasu nie moglam patrzec na niem. literature.
      • ydorius heh, pamiętam jeszcze 01.05.05, 21:37

        jak grubaśne "dramaty" Becketta w przekładzie Libery przegryzałem III i IX
        Mahlera na uszach. Oj, niewiele naonczas brakowało... :-)

        Natomiast przeczytany dużo później (bodaj w zeszłym roku?) "sen o kobietach
        pięknych i takich sobie" całkowicie mnie rozczarował. Nałożywszy na siebie
        depresyjne działanie dramatów z Mahlerem i rozczarowujących kobiet, straciłem
        serce do autora. Być może kiedyś jeszcze powróci przed me oczęta przeczyste, ale
        na razie basta. Czuję, że moja psyche nie jest gotowa na zderzenie z Samuelem
        Irlandczykiem.

        Niemniej jednak zaintrygowałaś mnie, mięto we włosach, swoim opisem. Będę miał
        to na względzie, gdy już naprawdę będę się czuł zbyt szczęśliwy ;-)

        m,
        .y.

        ----------------------------------
        What is home without Pinezka's Potted Meat?
        Incomplete.
        violentowy świat braci y
    • Gość: martitta Re: książki z ciężarem IP: 195.205.189.* 01.05.05, 19:52
      Co do klasyki i co do pewnej ciężkości pozwole sobie dorzucić "mój kamień" a
      nawet kamol, którego ni jak nie mogę ruszyć. Dante "Boska komedia"
    • Gość: kwiecienka Re: książki z ciężarem IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.05.05, 20:03
      :-)
      Sienkiewicza Trylogia ("Potop" w szczególności) - no, nie mogłam po prostu :-((
      Ale mam nadzieję pożyć jeszcze trochę i może za jakiś czas jeszcze do niego
      zajrzę... Ogólnie nie mogę przedrzeć się przez ten jego styl.
      Mickiewicza już w podstawówce znielubiłam z urzędu, za całokształt. Przekonałam
      się dopiero na studiach. Do tamtego momentu łgałam, że znam i doceniam itd.
      pozdr
      • Gość: wypierdek mamuta Re: książki z ciężarem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.05.05, 13:21
        Aha, przez trylogię też nie mogłem przebrnąć, a mój stary przeczytał ją podobno
        kilka razy.
    • mietowe_loczki Re: książki z ciężarem 02.05.05, 11:17
      Powoli zaczyna się tu robić lista klasyki, której nie udało się przeczytać z
      tego czy innego powodu. Szkoda :).
    • Gość: asica Re: książki z ciężarem IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.05.05, 13:27
      Wspominana już "Czrodziejska góra" bodaj moja ostatnia pozycja czytana
      bardzo "na raty"- druga rata tzn. drugi tom dopiero po sześciomiesięcznej
      przerwie. Czytana była, byc może, w złym czasie. Nie umiałam się zagłebic w
      przydługie wywody filozoficzne Settembriniego kierowane do Castorpa oraz
      Naphty. I monotonia życia "na górze", obfite posiłki, obserwacja towarzystw
      stolikowych, leżakowanie na balkonach, spotkanie z Włochem lub lekarzem,
      osłuchiwanie mokrych palm na płucach i tak przez 150 stron i znów to samo. Może
      nadejdzie czas na powrót zwieńczony zachwytem, a przed tym rozjasnieniem umysłu.

      Książka wygrana w konkursie- "Archipelag wysp pingwinich" Villqist'a. Wiecie,
      nawet mi sie nie chce pisać, dlaczego mi się nie podobało. Cięzka to ona nie
      była w sensie wzniosłym, ale ból przedzierania się przez nią był małofajny.

      Kertesz- "Los utracony" wymagał ode mnie siły. Surowość języka Keresza
      przywodzi na myśl przedzieranie się przez zasieki z drutu kolczastego. Myślę,
      że ten trud warto było podjąć.

      "doktor faustus" przede mną, choc rozpoczęcie go po mojej porażce
      z "Czarodziejską ..." będzie trudne. Ale własnie z przekory nabyłam tę pozycje
      w pieknym wydaniu w Taniej Książce.

    • tutusiam Re: książki z ciężarem 06.05.05, 10:22
      no i troche sie zgadzam, choć nie odkryłam piekna wszystkich ksiazek za które
      sie zabierałam, o np. lekcje martwego jezyka, głosy w ciemnościach
      choć pochwalam, ze kiedy przeczytałam małego ksiecia po raz enty to mnie
      zachwycił
      do niektórych ksiażek trzeba dorosnać
      tak np. do małej apokalipsy też....
      ale warto próbować
      polecam Madame Libery
    • Gość: piotr c. Re: książki z ciężarem IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.05.05, 11:35
      nie moglem przejsc przez zamek kafki. znudzil mnie po 10 stronach
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka