primadonna5
11.10.05, 21:38
Podczytuję was (to prawie jak nałóg ;) )i się odważyłam. Wrzucam kawałek
mojej pisaniny. Plizzzzz... Powiedzcie co o tym myslicie... Przyjme każdą,
nawet najostrzejsza krytykę.... :(
Ps. Po raz pierwszy pokazuje komuś swoje "twórcze (?) stukanie". I trochę sie
boję... ;)
Pozdrawiam serdecznie!
Wieczorem nie mogła zasnąć. Przekręca się z boku na bok, przekłada kołdrę na
drugą stronę, układa po raz setny poduszkę. Wstała i zapaliła małą lampkę
przy łóżku; dochodzi już północ a ona wciąż nie śpi.
Już jakiś czas temu z zaskoczeniem stwierdziła, że kiedy kładzie się spać,
powietrze gęstnieje. Dosłownie. Robi się wręcz namacalne: czuje jego lepką
gęstość na twarzy, we włosach; czuje je w nosie, w ustach; prawie może je
dotknąć, przeciąć wyciągniętym palcem wskazującym, jakby wkładała nóż w
miękkie masło. Jest inne od tego całodziennego, zdecydowanie inne. Na
początku irytowało, przeszkadzało spać; potem przywykła. Chociaż każdego
kolejnego wieczora jest coraz gorzej. Zatyka nos, usta, gardło, a nawet uszy;
czuje je na języku, oblepia ramiona; wypełnia całe płuca aż po brzegi.
Zastanawia się kiedy powietrze zgęstnieje tak, że nie będzie mogła już
oddychać. Czy to w ogóle możliwe? Wdech, wdech, wdech, bez wydechu. I się
udusi.
Otwiera okno żeby wpuścić trochę świeżego powietrza, stoi na tle czarnej
plamy, za którą są góry i drzewa, teraz niewidoczne, skryte w nocnej
ciemności, księżyc schował się gdzieś za chmurami (zapewne), i zapala
papierosa. Kot starym zwyczajem układa się na jej łóżku; kot śpi jak zabity.
Weronice przychodzi do głowy, że on być może właśnie się udusił – w końcu
kocie płuca są o wiele mniejsze niż człowieka; im dłużej na niego patrzy, tym
bardziej się niepokoi. Nie wytrzymuje i podchodzi do niego, kładzie rękę na
głowie. Kot zbudzony z głębokiego snu ma zdziwioną minę, jakby zastanawiał
się czego ona może od niego chcieć w środku nocy. Weronika zakrywa twarz
dłońmi i wypuszcza głośno powietrze. Chyba zwariowałam.
W pokoju zrobiło się już zimno więc zamyka okno; powiew chłodnego wiatru nic
jednak nie zmienił w strukturze powietrza w pokoju, wciąż jest tak samo
gęste. Gasi lampkę i przykłada głowę do poduszki, ale wciąż nie może zasnąć,
coraz bardziej rozbudzona w ogóle nie czuje zmęczenia.
Tylko Piotr mówił, że ją kocha.
„Kocham cię” szeptał kiedy w nią wchodził. Inni mężczyźni zamykali oczy,
głośno syczeli albo wzywali Boga na świadka. Ale Weronika wiedziała, że to
nieprawda, kiedy leżała pod nim z otwartymi oczami miała ochotę zapytać: „a
futro z norek kupisz?”, „kupię” by odpowiedział, a przecież by tego nie
zrobił. „Kocham cię” szeptał nie patrząc jej przy tym w oczy, kiedy prosiła
żeby jeszcze chwilę został, wymyślała różne powody, ale on musiał wyjść,
spoglądał nerwowo na zegarek i chociaż nie mówił dlaczego, to przecież
wiedziała; w takich chwilach żałowała, że na nią nie patrzył, zobaczyłby to
co w takich chwilach do niego czuła. Pogardę. Z czasem zaczęła odczuwać
nieomalże masochistyczną przyjemność, zostań, szeptała natrętnie i
uwodzicielsko czekając aż skrępowany Piotr spuści oczy i odmówi. Zawsze
odmawiał. Ta pogarda była uzasadniona. Nienawidzę cię, szeptała zamykając za
nim drzwi i czekała jak na zbawienie na dzień, w którym będzie gotowa by
rzucić mu te słowa w twarz.
Więc jego wyznania były oszustwem, na które nigdy nie dała się nabrać, chciał
tylko coś osiągnąć, zaciągnąć ją jeszcze kilka razy do łóżka, niepotrzebnie
się wysilał, ona też chciała tylko tego; może mógł tak oszukiwać żonę, co na
pewno robił, maluczki jak wszyscy łasił się i zapewniał, przekonywał o swoim
uczuciu; ale nie ją Weronikę – zbyt mocno stała nogami na ziemi. Może być z
siebie dumna, że do przejrzała na wylot, że się nie dała.
Nie mogąc wciąż zasnąć zastanawia się: jak wygląda pamięć. Gdzieś chyba
czytała, a może tylko tak jej się wydaje, że każde wspomnienie, każda myśl,
tworzą na powłoce mózgu drobne fałdki. Nie jest pewna, czy rzeczywiście tak
jest, ale teoria wydaje jej się przekonująca – jeżeli ktoś dużo w życiu
myślał, jeżeli dużo pamięta, to z czasem mózg jest już tak przeorany, że nie
ma miejsca na kolejne fałdki. I to jest początek końca. Człowiek traci
pamięć, gubi swoje wspomnienia i z czasem już nic nie pamięta. A jak nie
pamięta, to jego mózg nie ma co przetwarzać, bo nie może odnaleźć w swoich
zasobach nawet najprostszych wyrazów; nie umie nazwać przedmiotów wokół i w
końcu na zawsze zasypia.
Weronika próbuje zlokalizować na swojej czaszce to miejsce, gdzie mogą
gromadzić się wspomnienia. Dotyka delikatnie opuszkami palców swojej głowy.
Dochodzi do wniosku, że najlepszy byłby prawy płat mózgowy. Tam jest
niewielka pagórkowata nierówna powierzchnia, na której zakodowały się
wspomnienia związane z Piotrem – smak jego ust, jego dotyk, kolor włosów, to
co powiedział, kiedy pierwszy raz ją spotkał, to jak na nią patrzył i wiele,
wiele innych rzeczy. Jak ona na niego czekała, jak wpatrywała się w telefon
komórkowy czy dzwoni i jak wzruszała ramionami uśmiechając się niedbale do
swojego odbicia w lustrze udając, że ją to zupełnie nie obchodzi.
Wyobraża sobie, że bierze ten kawałek płatu delikatnie w dwa palce i wygładza
sumiennie tak, jak wygładza się pogniecioną w autobusie sukienkę. Z czasem
wszystkie fałdy by się wyprostowały tworząc na powrót niczym nie skalaną
równą płaszczyznę; tabula rasa. Wymazane, zapomniane. Biała tablica mogłaby
być znów zapisana - byłoby miejsce na nowe, lepsze wspomnienia.
Wtedy nie czułaby tego bolesnego ukłucia w okolicy mostka.
I nie byłoby jej tak przeraźliwie smutno.