Dodaj do ulubionych

Karol Olgierd Borchardt

27.06.06, 11:21
Siedziałem w kabinie przy biurku nad grubą księgą materiałową przewracając
kolejno kartki, na podstawie których należało zaopatrzyć statek na długie
miesiące podróży i przewidzieć wszystko, co mu do życia w tym okresie będzie
potrzebne. Praca ta w oparciu o doświadczenie zebrane na statku byłaby
formalnością, bez doświadczenia - wymagała analizowania długich kolumn liczb.
Odbiegłem myślami od poszczególnych pozycji zamówionych już materiałów,
przypominając sobie kolejne etapy drogi, jaka mnie do tej księgi
doprowadziła. Zapoczątkowało ją pukanie do drzwi kabiny na jednym ze statków
pasażerskich, na którym pełniłem obowiązki starszego oficera. Sternik
pełniący służbę przy trapie zameldował, że dwóch panów chce się ze mną
widzieć.
Nie wierzyłem własnym oczom: jednym z panów okazał się komendant fregaty
szkolnej. DAR POMORZA, drugim - jego zastępca a mój kolega, „Kot”.
Od wielu lat komendantem „Daru” był ów „straszny” starszy oficer z barku
szkolnego „Lwów”, z którym miałem pamiętne przeprawy na początku mej
uczniowskiej kariery. Na widok niezwykłego gościa jak żywa stanęła mi w
oczach scena z pierwszego dnia mego pobytu na „Lwowie” i połamane przeze mnie
handszpaki.
Zanim obaj usiedli, wyciągnąłem butelkę najlepszego wina. Na rozmowie „o
wszystkim i o niczym” zbiegła godzina, w ciągu której niczego się nie
dowiedziałem o celu wizyty. Dopiero gdy się już obaj zabierali do wyjścia,
usłyszałem od komendanta propozycję porzucenia pracy w kompanii „klejnotów” i
przejścia na „Dar Pomorza” w charakterze starszego oficera.
Oniemiały ze zdumienia słuchałem wyjaśnień. Obecny komendant „Daru”
przechodzi na wyższe stanowisko inspektora Szkoły Morskiej. Komendantem „Daru
Pomorza” zostaje mój kolega, Konstanty Kowalski. Mnie proponują funkcję
starszego oficera, po Kocie.
W najśmielszych mych marzeniach nigdy nie powstała nawet myśl objęcia
stanowiska zastępcy komendanta na Białej Fregacie. Propozycja ta wprowadziła
mnie w tym większe zdumienie, że od czasu egzaminów dyplomowych, jeszcze na
starym „Lwowie”, nie spotkałem się nigdy ani z komendantem, ani z Kotem,
zaś „Dar” dotychczas tylko dwukrotnie udało mi się spotkać na morzu.
W odpowiedzi pozwoliłem więc sobie zauważyć, iż od ostatniego egzaminu
nie byłem ani razu na żaglowcu. W tej samej chwili zobaczyłem na twarzy
komendanta ten sam wyraz, jaki ongiś towarzyszył odkryciu przez niego
połamanych przeze mnie handszpaków. Kot był wyraźnie przerażony
moim „uporem”. Groźba wybuchu zawisła nad nami.
Hamując swe wzburzenie komendant odpowiedział, że wie o tym doskonale i
zdaje sobie jasno sprawę, że pływałem tylko na pasażerskich statkach.
Niemniej...
Nie mogłem jednak ochłonąć z wrażenia. Zdawałem sobie jasno sprawę, że
będę musiał dowodzić ludźmi, z których wielu uczyło mnie stawiać pierwsze
kroki na pokładzie. Pomimo więc, że propozycja była nawet poza szczytem moich
marzeń, zdobyłem się na prośbę o dwudziestoczterogodzinną zwłokę w udzieleniu
odpowiedzi. Moi goście zgodzili się na ten termin, ale pożegnali mnie bardzo
niezadowoleni.
Z niecierpliwością czekałem na koniec służby. Chciałem jak najszybciej
pójść na „Dar Pomorza”, by poznać statek, który może stanie się moim nowym
domem, zaś jego załoga - moją rodziną.
Otrzymana propozycja wydawała mi się zbyt oficjalna w porównaniu z tym,
czym miał się stać dla mnie „Dar”.
Sądziłem, że dopiero jeśli sam statek przemówi do mnie w jakiś sposób,
będę miał prawo przyjąć proponowane mi na nim stanowisko.
Biała Fregata stała przy nabrzeżu, odpoczywając po zimowym rejsie na
południe,
Na trapie zdjąłem kapelusz przed banderą. Przed nią samą i w powitaniu
nowego losu...
W pobliżu trapu zobaczyłem na pokładzie dawnego żaglomistrza z barku
szkolnego „Lwów”, obecnie starszego bosmana „Daru”, - Jana Leszczyńskiego.
Żaglomistrz o królewskiej postaci i królewskim nazwisku był „piastunem” nas
wszystkich na starym barku.
Teraz był to „żywy galion” Białej Fregaty, pełen głębokiego zrozumienia
dla własnej pracy.
Podszedłem, by uścisnąć najtwardszą i najszlachetniejszą dłoń człowieka
morza, jaką znałem. Wyciągnął do mnie prawicę, a drugą rękę położył na
ramieniu. Przyjrzał mi się, uważnie patrząc swymi przenikliwymi oczami, w
których odbijało się wieczne „wiodro” jego duszy, i powiedział jak za
szkolnych czasów po imieniu:
- Karol, ja cię chcę mieć za starszego oficera.
Po usłyszeniu tego zdania nie traciłem ani jednej chwili więcej. Pognałem
do Szkoły Morskiej, ponieważ na „Darze” nie było komendanta ani starszego
oficera, którym mógłbym zakomunikować, że jestem już składową częścią Białej
Fregaty.

* * *

W parę miesięcy później rwaliśmy pod wszystkimi żaglami na zlot żaglowców
do Sztokholmu.
Niepokój uczniów na temat wysokości kwot pieniężnych, jakie ewentualnie
otrzymają na reprezentację statku za granicą, rozwiany został przez echo
przemówienia, w którym opuściłem tylko słowo ZNACZY, dodając od siebie, że
ani komendant, ani starszy oficer czy starszy bosman nie mają możności
zaprezentowania statku tak, jak to mogą zrobić uczniowie. Statek w tej chwili
należy do nich, a jego reprezentacja zależy wyłącznie od ich dobrej woli. I
że muszą to zrobić „porządnie”.
Bez słowa zabrali się do pracy. Podczas całej podróży do Sztokholmu
podwachty nie schodziły z pokładu, pracując nad przygotowaniem statku do
reprezentacji. Szał ogarnął chłopców: od jabłka na maszcie do zęz
doprowadzili wszystko do takiego stanu, że nikt nie potrafiłby wyszukać
czegoś, co nie było zgodne z wymogami morza.
Podczas pracy uczniowie utyskiwali trochę, że widzimy z bosmanem tylko
to, co „nieporządnie” wykonane. Wybaczyli nam to jednak, gdy w Sztokholmie
na „Dar Pomorza” przyszedł z wizytą kapitan Christensen, komendant norweskiej
fregaty szkolnej „Christian Radich”. Po wejściu na pokład
sześćdziesięciopięcioletni kapitan cisnął o pokład swą czapkę i zawołał, że
tak utrzymanego żaglowca jeszcze nie widział.
Po chwili jednak pocieszył siebie, wyrażając przypuszczenie, że tak jest
tylko na pokładzie i w takielunku. Oświadczyłem wówczas, że uczniowie byliby
mu bardzo wdzięczni, gdyby zechciał dokładnie ocenić stopień ich znajomości
utrzymania statku i poprosiłem, by wybrał sobie dowolnie parę pomieszczeń -
od kabelgatów i magazynów do zęz włącznie - i obejrzał.
Kapitan Christensen dokonał inspekcji kabelgatów na dziobie i nie znalazł
w nich ani jednej szakli nie zakonserwowanej czy porzuconej w pośpiechu.
Wszystkie narzędzia były w stanie kwitnącej używalności i znajdowały się na
wyznaczonych miejscach. Oglądane przez niego zęzy lśniły przepisowymi farbami
i czystością.
Szczere swe uznanie dla pracy uczniów wyraził kapitan Christensen na
specjalnej zbiórce, po której już nigdy nie było mowy na temat, że nie
widzimy z bosmanem tego, co jest zrobione „porządnie”.
Zlot żaglowców miał miejsce z okazji osiemdziesięciolecia urodzin króla
Gustawa, który już kiedyś tak nas gościnnie podejmował, gdyśmy na
sędziwym „Lwowie” przywieźli z Polski eksponaty na wystawę rolniczą w
Sztokholmie.
Z nieznanych nam przyczyn nie doszło na „Dar Pomorza” zaproszenie na
stadion olimpijski, gdzie król miał przyjmować defiladę wojskową. Wybraliśmy
się na nią we trójkę: dyrektor Szkoły Morskiej kapitan Kosko, nasz lekarz
okrętowy Wacław Korabiewicz i ja.
Przy wejściu na stadion wyjaśniliśmy, że jesteśmy z fregaty „Dar
Pomorza”, przybyłej na zlot z okazji urodzin króla, i że nie otrzymaliśmy
Obserwuj wątek
    • mister1 Re: Karol Olgierd Borchardt 27.06.06, 11:24
      Z nieznanych nam przyczyn nie doszło na „Dar Pomorza” zaproszenie na stadion
      olimpijski, gdzie król miał przyjmować defiladę wojskową. Wybraliśmy się na nią
      we trójkę: dyrektor Szkoły Morskiej kapitan Kosko, nasz lekarz okrętowy Wacław
      Korabiewicz i ja.
      Przy wejściu na stadion wyjaśniliśmy, że jesteśmy z fregaty „Dar Pomorza”,
      przybyłej na zlot z okazji urodzin króla, i że nie otrzymaliśmy zaproszeń ani
      kart wstępu na stadion. Zostaliśmy natychmiast gorąco przeproszeni i z wielkimi
      honorami doprowadzeni do loży przylegającej do loży królewskiej, wypełnionej po
      brzegi królewiątkami.
      Biała Fregata otwierała nam wszystkie bramy.
      Za największy jednak sukces Białej Fregaty nawet sami przedstawiciele
      marynarki szwedzkiej z kapitanem Schumburgiem na czele poczytywali zwycięstwo
      nad szwedzkimi celnikami.
      Goście podejmowani byli na naszym statku „czym chata bogata”. Podejmowani
      tym, w co zaopatrywały „Dar Pomorza” polskie przedsiębiorstwa eksportowe, po
      granice pojemności naszych magazynów. Na to wszystko wbrew swym przepisom
      szwedzcy celnicy nie nałożyli ani jednej plomby.
      Ulegając czarowi Białej Pani, dali się przekonać, że nie będzie się miała
      czym odwzajemnić za gościnność, którą ją wszyscy darzą.

      * * *

      Po powrocie do Gdyni szykowaliśmy się do odlotu na zimę na południowe
      morza. Pierwszy raz „Dar Pomorza” miał pójść na odległe szlaki wielkich
      żaglowców pod dowództwem młodych absolwentów Szkoły Morskiej w Tczewie.
      Przed nami stał otworem świat marzeń dziecięcych, mogliśmy teraz lecieć doń
      na skrzydłach Białej Fregaty. Mieliśmy możność zadośćuczynić najbardziej
      skrytym marzeniom chłopięcej wyobraźni, która nas zaprowadziła na morze.
      Ziściły się zabawy dziesięcioletnich chłopców wyruszających na wielkie wyprawy
      na z trudem skleconych tratwach o szumnych nazwach: .NIEZWYCIĘŻONA lub CUDOWNA.
      Wyprawy na tajemnicze wody Maracaibo, leżące na... stawie, w miejscu oznaczonym
      sitowiem i tatarakiem, lub na słynną Tortugę, to jest tam, gdzie widniało suche
      pasmo piasku z drugiej strony stawu. Niedaleko od niej, gdzie z kęp nad stawem
      wyrastały olchy, był Port Royal na Jamajce, w którym ostatni swój bój stoczył
      statek kapitana Blooda, noszący imię jego ukochanej - ARABELLA.
      Dziś siedzimy w salonie jednej z najpiękniejszych fregat świata i od nas
      samych zależy, czy pójdziemy na Tortugę, czy do Port Royal, a może przez Chica
      Boca wedrzemy się do Cartageny w podzwrotnikowej Kolumbii? Jedno jest już
      pewne, że rozpoczniemy podróż śladami kapitana Blooda od wyspy Barbados, na
      której zdobył hiszpański okręt, „Pięć Ran”, i na której poznał piękną Arabellę.
      Pierwszy raz czujemy się „wolni” tak, jak nam się wydawało, że musieli się
      czuć flibustierzy, którzy nie potrzebowali odrabiać lekcji i chodzić do szkoły.
      Obowiązek szkolenia nowych kadr „wilków morskich” nie tylko że nam nie
      przeszkadza w dawaniu folgi swej wyobraźni, lecz jeszcze ją podsyca; chcemy
      stworzyć młodszym kolegom takie warunki bytowania, by mogli się jak najwięcej
      uczyć i jednocześnie przeżywać Wielką Przygodę.
      Obecny komendant „Daru” - nasz „kapitan Blood” - posiada prawie wszystkie
      zewnętrzne cechy tego bohatera młodzieńczych snów. Jest tylko trochę niższy, i
      dlatego nosi imię „Kot”, ale może doskonale go zastąpić, ponieważ świetnie
      pamięta, o czym w każdej sytuacji prawdziwy kapitan Blood myślał i co
      powiedział.
      Uczciwie i po koleżeńsku pyta teraz Kot kolejno każdego z nas, dokąd by
      jeszcze, oprócz wyznaczonej trasy, miał ochotę zajść w podróży?
      Pierwszeństwo głosu ma nasz żywiciel, intendent Tadeusz Hrycakiewicz,
      któremu za takt i cierpliwość kajutkompania nadała tytuł MAJORA.
      Major uśmiecha się zażenowany wyróżnieniem i nieśmiało wymienia Hawanę na
      Kubie.
      - Po co ci Hawana? - pyta Kot.
      Major zmieszany niechętnie wyjawia, że chce kupić sobie pierścionek, w
      którym zamiast kamienia umieszczony jest zegarek.
      - Przecież już masz taki zegarek na palcu! Znów będziesz na kogoś wydawał
      pieniądze? Przecież już wszystko porozdawałeś, cud żeś jeszcze tego zegarka nie
      oddał i to pewnie tylko dlatego, że komuś nie pasował na palec. Nie pojedziemy
      do Hawany. Powiedz tym, którzy chcą od ciebie coś podobnego, że nie pojedziemy
      do żadnego takiego portu, w którym są pierścienie z zegarkami.
      Wyraz twarzy naszego „kapitana Blooda” łudząco przypomina teraz wyraz
      twarzy dawnego komendanta „Daru Pomorza” tuż, tuż przed wybuchem.
      - Znów wszystko rozdasz i nie będziesz miał nawet za co sprawić sobie
      nowego ubrania! - kończy Kot.
      Zawstydzony Major rezygnuje z Hawany na Kubie. Najszybciej idzie jednak
      sprawa zaspokojenia podróżnych projektów lekarza okrętowego. Zanim doktor
      Korabiewicz zdołał coś powiedzieć, słyszy zwrócone do siebie zdanie:
      - Słuchaj, Wacek, nie mamy o czym mówić! Chciał byś być wszędzie. Gdybyśmy
      ciebie słuchali, to nigdy do kraju byśmy nie wrócili.
      Nasz senior - Alojzy Kwiatkowski, „Diadia” oraz junior - Kazio Jurkiewicz,
      czwarty oficer nawigacyjny, nie mają ochoty zabierać głosu.
      Za to nasz drugi oficer, „Bronc”, ma tropikalne małżeńskie kłopoty. W
      poprzedniej podróży, naśladując kapitana Blooda, znalazł sobie sobowtóra
      Arabelli pod imieniem Lulu. Poznał ją na balu u gubernatora Martyniki, zdobył
      jej serce i zabrał córkę jednemu z dostojników Fort-de-France.
      - Może byśmy poszli do Fort-de-France? - proponuje z zatroskaną twarzą.
      - Po co? - pyta „nasz Blood”.
      - Lulu zapomniała zabrać swe rzeczy. U teścia zostały jeszcze dwa kufry...
      Ale Kot nie daje mu dokończyć:
      - Idziemy wobec tego do Fort-de-France!
      Podobnie jak lekarz okrętowy, który jest moim kolegą gimnazjalnym,
      chciałbym na „Darze” być wszędzie. Na razie wystarcza mi zadowolenie z tego, że
      idziemy do zaproponowanego przeze mnie Mayagiiez na Puerto Rico. Leży ono nad
      dużą zatoką, na której przez miesiąc będziemy mieli ćwiczenia szalupowe pod
      żaglami. Potem pójdziemy do tajemniczej dla nas Cartageny. Właściwie podróż
      jest już zaplanowana, obecna rozmowa ma tylko na celu ostateczne ustalenie
      wszystkich portów, do jakich zajdziemy.
      - Myślałem, że będziecie chcieli coś więcej zwiedzić niż jeden Fort-de-
      France - dziwi się nasz „kapitan Blood”.

      • mister1 Re: Karol Olgierd Borchardt 27.06.06, 11:24
        Do obowiązków starszego oficera na „Darze” należy moralna odpowiedzialność za
        stan takielunku i jego sprawność. W dzień i w nocy, przy każdej pogodzie
        szesnaście kilometrów lin musi swobodnie przebiegać przez setki bloków, żeby
        szybko obsłużyć ruchome wieże, czterdziestometrowej przeszło wysokości,
        zbudowane z tysięcy metrów kwadratowych płótna żaglowego.
        Wszystko musi być w stanie wiecznej doskonałości. Nic się nie może zaciąć
        czy urwać. Nie może pęknąć żadna wyblinka czy perta pod nogami pracujących na
        rejach uczniów. Najmniejsze niedopatrzenie może kosztować życie ludzkie.
        Do wielu innych obowiązków, odziedziczonych przeze mnie po Kocie jako
        starszym oficerze, należy posiadanie ,w kabinie najlepszego gatunku wiśniówki,
        która nosi nawet techniczną nazwę - MEDYCYNA. Specjał ten od lat przekazują
        sobie kolejno starsi oficerowie „Daru”. Ma swe praktyczne zastosowanie na
        morzu, gdy wieczorem, po robotach, do kabiny przychodzi starszy bosman Białej
        Fregaty. Zasiada na kanapie, na biurku zjawia się natychmiast malutki kieliszek
        od likieru i butelka „medycyny”. Jest to obrządek czy rytuał, podczas którego
        ustala się całokształt prac dziennych, omawia się wykonanie przez każdego
        ucznia roboty i przygotowuje się przydział prac na dzień następny.
        Nazajutrz znów spotykamy się z bosmanem - o godzinie pół do szóstej na
        pokładzie, przed początkiem robót; na to spotkanie bosman zjawia się z
        nieodzownym kubkiem czarnej kawy.
        O godzinie pół do dziewiątej udajemy się wspólnie na wędrówkę po jednym z
        masztów, rozpoczynając oględziny od jabłka na szczycie i sprawdzając stan
        każdej wanty, zabezpieczenie każdej wyblinki czy szakli.
        Podczas tych podniebnych wędrówek bosman zawsze przypomina jak „my obadwaj”
        chodziliśmy zmieniać szakle - on jako żaglomistrz, ja jako uczeń. Wspomina, jak
        to używał mnie zamiast linobloku do naciągania brasów, by zluzować szaklę, jaką
        należało zmienić. Do wszystkich, którzy kiedyś byli na „Lwowie”, mówi zawsze po
        imieniu. Przypominamy sobie dawniejszych moich kolegów...
        W opiniach swych co do uczniów żaglomistrz nie mylił się nigdy. W stosunku
        do kandydatów zdanie swe - o ich przydatności do służby - wyrażał w swoisty
        sposób, wymieniając sumę pieniędzy, jaką już „odłożył” na dane nazwisko. Wielką
        wesołość budził potem kandydat wśród uczniów, gdy chwalił się, naśladując
        sposób mówienia bosmana Leszczyńskiego:
        - Ja mam dla waju odłożone dwadzieścia groszy.
        Twarz chłopca zaczynała się mienić, gdy się dowiadywał od uczniów, że
        odłożona suma przeznaczona jest na... bilet powrotny do domu, jako dla nie
        nadającego się do służby na morzu. Wymieniona kwota była procentową oceną złej
        pracy.

        * * *

        W tej baśni na jawie zjawiały się i złe przepowiednie, idące z lądu.
        Dotyczyły nowego komendanta „Daru” i mnie jako jego zastępcy. Dochodziły do nas
        w formie różnych powiedzeń, których treść była jednakowa: Utopią „Dar Pomorza”!
        Za młodzi!
        O innych oficerach „Daru” nie mówiono już nawet, ponieważ byli znacznie
        młodsi od nas.
        Rzeczywiście, obaj z Kotem mieliśmy mniej lat niż kapitan Christensen,
        komendant szkolnej fregaty norweskiej. Jego publicznego oświadczenia, że
        starszy oficer i osiemdziesięcioletni bosman norweskiego żaglowca mogliby się
        wiele nauczyć na „Darze”, nikt nie brał pod uwagę, choć „Dar” liczył sobie
        trzydzieści lat .życia, a „Christian Radich” - tylko dwa.
        „Utopią! Za młodzi”. Codziennie nieomal wysłuchiwaliśmy relacji o naszej
        młodości.
        Nie mogliśmy zaprzeczyć, że czuliśmy się młodo, skoro stale w pamięci stały
        nam żywo przygody kapitana Blooda. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy
        doświadczenia naszych nauczycieli. Ale wiedzieliśmy też, że się niczym nie damy
        zaskoczyć. Posiadaliśmy dostateczną dozę romantyzmu, znajomość matematyki i
        równowagę duchową. Posiadanie tych trzech rzeczy uważaliśmy za nieodzowny
        warunek, by się nie bać morza.
        Znosiliśmy niezadowolenie trzech naszych młodszych kolegów z powodu decyzji
        o zwijaniu na noc górnych żagli. Staraliśmy się mieć stale dokładną pozycję i
        oddzielnie ślęczeliśmy nad komunikatami meteorologicznymi, których „łapaniem”
        we wszystkich językach pilnie zajmował się nasz Diadia, Kwiatkowski.
        Usiłowaliśmy zawsze przewidzieć kierunek i siłę wiatru, jakiego możemy się
        spodziewać. Porównywaliśmy wyniki.
        W chwilach wątpliwości Kot kładł pasjansa. Głowił się nad nim niekiedy
        całymi godzinami, wreszcie - myśląc, że go nikt nie słyszy - mówił sam do
        siebie półgłosem: „Kto dla kogo? Ja dla pasjansa, czy pasjans dla mnie?”
        Przekładał kartę według własnej woli i pasjans wychodził. Decyzja była gotowa.
        Do niektórych życiowych problemów na „Darze” nie mogłem się na razie
        przyzwyczaić. Oto na przykład.stale obijałem sobie nogi i głowę w obramowaniu
        drzwi wodoszczelnych, których nie było na wyższych pokładach statków
        pasażerskich. Chcąc mi przyjść z pomocą, Kot usiłował dopasować mnie do drzwi
        nazywając „Karzełkiem”. Ale był to sposób mało skuteczny.
        Zupełnie odmienne cierpienia sprawiała szybkość „Daru”. W powrotnej podróży
        ze Sztokholmu mieliśmy jeden dzień bezwietrzny. Przeciętna szybkość wyniosła
        jedną milę na dobę. Motoru nie uruchamialiśmy. Wszystkie terminy obliczone były
        w zależności od wiatrów panujących w danym okresie i na danym obszarze. Motoru
        użylibyśmy tylko w ostatecznej potrzebie. Cały nerwostan należało dopasować do
        przewidzianego rozkładu wiatrów, a nie do przypadkowej szybkości w danej
        chwili. Po dwudziestu węzłach „Piłsudskiego” ta zmienna szybkość „Daru”
        powodowała stałą chęć zwiększenia jej, pomimo że wcale nie potrzebowaliśmy się
        spieszyć.
        Istotną i najbardziej dokuczliwą sprawą była konieczność oszczędzania
        słodkiej wody. Termin ten na statkach pasażerskich był w użyciu głównie w
        rozmowach pomiędzy starszym oficerem zamawiającym słodką wodę z lądu, cieślą
        okrętowym, który ją przyjmował, i „maszyną”, która ją przepompowywała. „Słodka
        woda” na transatlantykach to było już coś w rodzaju „terminu szczątkowego”,
        pozostałego jako spuścizna po żaglowcach.
        Na „Darze”, podobnie jak ongiś na „Lwowie”, słodka woda była artykułem
        największej wagi i mnie przypadła w udziale troska o jej oszczędzanie. Wiedząc,
        że Kot wyznaje zasadę potrójnej jedności: „jeden litr na jeden dzień, na
        jednego człowieka”, przezornie wymogłem na nim własnoręcznie przez niego
        napisane oświadczenie, że mam prawo zużyć codziennie na kąpiel pół wiadra
        słodkiej wody, bez cienia urazy z jego strony, wypominania lub nalegania na
        rezygnację z tak nierozsądnej rozrzutności - nawet przy trawersacie oceanu. Z
        biegiem czasu, rozważając tę kwestię w płaszczyźnie oszczędności, udało się
        Kota przekonać, że oszczędzając na wodzie znacznie więcej wydajemy na lekarstwa.
        Stosunki między nami ułożyły się więcej niż najlepiej. Zgodnie ze starą
        tradycją żaglowców, która dawała oficerom w czasie posiłków wytchnienie
        od „goniącego” ich stale kapitana, ten nie miał prawa jadać razem z oficerami w
        kajutkompanii, lecz tylko u siebie, w salonie. Jeśli chciał, zapraszał do
        siebie na obiad któregoś z oficerów, natomiast w kajutkompanii mógł być
        wyłącznie jako gość i to po każdorazowej zgodzie wszystkich oficerów.
        Wystarczył sprzeciw jednego oficera i zaproszenie nie mogło mieć miejsca.
        Częste zapraszanie kapitana do kajutkompanii było oznaką dobrych stosunków
        między komendantem i oficerami, w imieniu których zapraszał starszy oficer. Po
        pierwszej podróży, na wniosek wszystkich oficerów, oficjalnie zaprosiłem
        komendanta jako stałego gościa kajutkompanii na czas
        • mister1 Re: Karol Olgierd Borchardt cd 27.06.06, 11:26
          www.literatura.zapis.net.pl/okresy/wspolczesnosc/borchardt/dar.htm
          • maladanka Re: Karol Olgierd Borchardt cd 27.06.06, 19:58
            2 x mi ginęły jego książki, ale teraz "Znaczy kapitan" stoi oddzielnie tak,że
            go nikt nie dojrzy i nie pożyczy!
            • sto100 Re: Karol Olgierd Borchardt cd 27.06.06, 20:55
              jak się naczytałam takich książek, to potem też chciałam być marynarzem.
              Ale wówczas było to niemożliwe.
              • mister1 Re: Karol Olgierd Borchardt cd 27.06.06, 21:16
                Byla pani kapitan żeglugi wielkiej - Danuta Kobylińska-Walas...
    • mister1 Krazownik z pod Samosierry 30.06.06, 09:39
      www.literatura.zapis.net.pl/okresy/wspolczesnosc/borchardt/krazownik.htm
    • mister1 Szaman morski 30.06.06, 09:40
      www.literatura.zapis.net.pl/okresy/wspolczesnosc/borchardt/szaman.htm


      SZAMAN MORSKI - tytuł nadany przeze mnie kapitanowi Eustazemu Borkowskiemu
      jako bohaterowi książki — narodził się w lutym 1942 roku w Szkocji u podnóża
      góry Tinto. Znalazłem się tam na skutek (prawdopodobnie) skrzepu w głowie.
      Uderzyłem się głową o nadburcie łodzi ratunkowej, gdy usiłowałem się dostać do
      niej po storpedowaniu „Piłsudskiego" w dniu 26 listopada 1939 roku na Morzu
      Północnym. Na „Piłsudskim" byłem starszym oficerem.
      Bóle głowy powodowane tym skrzepem były tak wielkie, że postanowiono mnie
      uśpić na dwa tygodnie. Bóle ustąpiły, ale razem ze snem. Po trzech kompletnie
      bezsennych miesiącach spędzonych w szpitalu pod opieką najlepszych specjalistów
      medycyna zachowała się w stosunku do mnie podobnie jak ta pani w naszym
      Orłowie, niosąca telewizor. Zapytana przez przechodnia, gdzie jest ulica
      Przebendowskich, powiedziała: „Proszę, niech pan potrzyma telewizor". Gdy się
      go pozbyła, rozłożyła szeroko ręce i powiedziała: „N i e w i e m!"
      Otrzymałem wysoką dożywotnią pensję komandorską oraz dwie dobre rady: żebym
      cieszył się z życia i sam sobie radził. Zaopatrzyłem się w mikroskop oraz
      akwarele i z nimi spocząłem na bezludnych wrzosowiskach otaczających górę Tinto
      po rzekę Klajdę (Clyde), ponieważ człowiek NIEŚPIĄCY nie nadaje się zupełnie do
      życia towarzyskiego. Pomimo dożywocia, jak na owe czasy bardzo „sytego", po
      ośmiu bezsennych miesiącach tam spędzonych udało mi się przy pomocy Hatha-Yogi
      wreszcie zasnąć.
      W okresie tej bezsenności, mając czas nieograniczony do dwudziestu czterech
      godzin na dobę, postanowiłem spełnić przyrzeczenie dane kapitanowi Mamertowi
      Stankiewiczowi, gdy rozmawiałem z nim, stojąc nad jego grobem — przed wyjazdem
      na m.s. „Chrobry" w 1940 roku na stanowisko starszego oficera — że napiszę
      książkę o nim. Szybko udało mi się dać tytuł książce i rysunek na obwolucie.
      Tytuł: ZNACZY KAPITAN. Na obwolucie - kolorowy strzęp rękawa munduru z czterema
      paskami i kotwicą nad nimi, ponieważ miałem zamiar pisać o nim wyłącznie jako o
      kapitanie okrętu. Opowiadań miało być trzydzieści siedem (trzy i siedem były to
      ulubione liczby kapitana). Na tym na razie zakończyło się moje pisanie tej
      książki.

      • rebbezin Re: Szaman morski 30.06.06, 14:31
        www.borchardt.pl/ewa_ostrowska.doc
        Nie wiem, czy adres bedzie aktywny, ale wywolujac w google (ewa ostrowska)
        mozna trafic na jej obszerne zapiski-wspomnienia dotyczace kapitana i pracy
        jako sekretarki u niego.(Dla zainteresowanych tematem). Znaczy Kapitan i Szaman
        Morski wyznaczylam sobie jako lektury letnie. Nie znam zadnej ksiazki
        Borchardta:(( i postanowilam to nadrobic.
        • mister1 Re: Szaman morski 30.06.06, 21:38
          nie pozalujesz - Borchardt jest wspanialy, ksiazki przeciekawe i sporo humoru
          a czsami lezka sie w oku kreci...
          ( z dzicinstwa pamietam Borchardta z opowiadan w miesieczniku " Morze" - a
          potem oczywscie "Znaczy kapitan" o kapitanie z.w. Mamercie Stankiewiczu).
          Warto tez przeczytac " Krazownik spod Samosierry" - wspomnienia autora m.in. ze
          studiow w Szkole Morskiej).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka