mister1
27.06.06, 11:21
Siedziałem w kabinie przy biurku nad grubą księgą materiałową przewracając
kolejno kartki, na podstawie których należało zaopatrzyć statek na długie
miesiące podróży i przewidzieć wszystko, co mu do życia w tym okresie będzie
potrzebne. Praca ta w oparciu o doświadczenie zebrane na statku byłaby
formalnością, bez doświadczenia - wymagała analizowania długich kolumn liczb.
Odbiegłem myślami od poszczególnych pozycji zamówionych już materiałów,
przypominając sobie kolejne etapy drogi, jaka mnie do tej księgi
doprowadziła. Zapoczątkowało ją pukanie do drzwi kabiny na jednym ze statków
pasażerskich, na którym pełniłem obowiązki starszego oficera. Sternik
pełniący służbę przy trapie zameldował, że dwóch panów chce się ze mną
widzieć.
Nie wierzyłem własnym oczom: jednym z panów okazał się komendant fregaty
szkolnej. DAR POMORZA, drugim - jego zastępca a mój kolega, „Kot”.
Od wielu lat komendantem „Daru” był ów „straszny” starszy oficer z barku
szkolnego „Lwów”, z którym miałem pamiętne przeprawy na początku mej
uczniowskiej kariery. Na widok niezwykłego gościa jak żywa stanęła mi w
oczach scena z pierwszego dnia mego pobytu na „Lwowie” i połamane przeze mnie
handszpaki.
Zanim obaj usiedli, wyciągnąłem butelkę najlepszego wina. Na rozmowie „o
wszystkim i o niczym” zbiegła godzina, w ciągu której niczego się nie
dowiedziałem o celu wizyty. Dopiero gdy się już obaj zabierali do wyjścia,
usłyszałem od komendanta propozycję porzucenia pracy w kompanii „klejnotów” i
przejścia na „Dar Pomorza” w charakterze starszego oficera.
Oniemiały ze zdumienia słuchałem wyjaśnień. Obecny komendant „Daru”
przechodzi na wyższe stanowisko inspektora Szkoły Morskiej. Komendantem „Daru
Pomorza” zostaje mój kolega, Konstanty Kowalski. Mnie proponują funkcję
starszego oficera, po Kocie.
W najśmielszych mych marzeniach nigdy nie powstała nawet myśl objęcia
stanowiska zastępcy komendanta na Białej Fregacie. Propozycja ta wprowadziła
mnie w tym większe zdumienie, że od czasu egzaminów dyplomowych, jeszcze na
starym „Lwowie”, nie spotkałem się nigdy ani z komendantem, ani z Kotem,
zaś „Dar” dotychczas tylko dwukrotnie udało mi się spotkać na morzu.
W odpowiedzi pozwoliłem więc sobie zauważyć, iż od ostatniego egzaminu
nie byłem ani razu na żaglowcu. W tej samej chwili zobaczyłem na twarzy
komendanta ten sam wyraz, jaki ongiś towarzyszył odkryciu przez niego
połamanych przeze mnie handszpaków. Kot był wyraźnie przerażony
moim „uporem”. Groźba wybuchu zawisła nad nami.
Hamując swe wzburzenie komendant odpowiedział, że wie o tym doskonale i
zdaje sobie jasno sprawę, że pływałem tylko na pasażerskich statkach.
Niemniej...
Nie mogłem jednak ochłonąć z wrażenia. Zdawałem sobie jasno sprawę, że
będę musiał dowodzić ludźmi, z których wielu uczyło mnie stawiać pierwsze
kroki na pokładzie. Pomimo więc, że propozycja była nawet poza szczytem moich
marzeń, zdobyłem się na prośbę o dwudziestoczterogodzinną zwłokę w udzieleniu
odpowiedzi. Moi goście zgodzili się na ten termin, ale pożegnali mnie bardzo
niezadowoleni.
Z niecierpliwością czekałem na koniec służby. Chciałem jak najszybciej
pójść na „Dar Pomorza”, by poznać statek, który może stanie się moim nowym
domem, zaś jego załoga - moją rodziną.
Otrzymana propozycja wydawała mi się zbyt oficjalna w porównaniu z tym,
czym miał się stać dla mnie „Dar”.
Sądziłem, że dopiero jeśli sam statek przemówi do mnie w jakiś sposób,
będę miał prawo przyjąć proponowane mi na nim stanowisko.
Biała Fregata stała przy nabrzeżu, odpoczywając po zimowym rejsie na
południe,
Na trapie zdjąłem kapelusz przed banderą. Przed nią samą i w powitaniu
nowego losu...
W pobliżu trapu zobaczyłem na pokładzie dawnego żaglomistrza z barku
szkolnego „Lwów”, obecnie starszego bosmana „Daru”, - Jana Leszczyńskiego.
Żaglomistrz o królewskiej postaci i królewskim nazwisku był „piastunem” nas
wszystkich na starym barku.
Teraz był to „żywy galion” Białej Fregaty, pełen głębokiego zrozumienia
dla własnej pracy.
Podszedłem, by uścisnąć najtwardszą i najszlachetniejszą dłoń człowieka
morza, jaką znałem. Wyciągnął do mnie prawicę, a drugą rękę położył na
ramieniu. Przyjrzał mi się, uważnie patrząc swymi przenikliwymi oczami, w
których odbijało się wieczne „wiodro” jego duszy, i powiedział jak za
szkolnych czasów po imieniu:
- Karol, ja cię chcę mieć za starszego oficera.
Po usłyszeniu tego zdania nie traciłem ani jednej chwili więcej. Pognałem
do Szkoły Morskiej, ponieważ na „Darze” nie było komendanta ani starszego
oficera, którym mógłbym zakomunikować, że jestem już składową częścią Białej
Fregaty.
* * *
W parę miesięcy później rwaliśmy pod wszystkimi żaglami na zlot żaglowców
do Sztokholmu.
Niepokój uczniów na temat wysokości kwot pieniężnych, jakie ewentualnie
otrzymają na reprezentację statku za granicą, rozwiany został przez echo
przemówienia, w którym opuściłem tylko słowo ZNACZY, dodając od siebie, że
ani komendant, ani starszy oficer czy starszy bosman nie mają możności
zaprezentowania statku tak, jak to mogą zrobić uczniowie. Statek w tej chwili
należy do nich, a jego reprezentacja zależy wyłącznie od ich dobrej woli. I
że muszą to zrobić „porządnie”.
Bez słowa zabrali się do pracy. Podczas całej podróży do Sztokholmu
podwachty nie schodziły z pokładu, pracując nad przygotowaniem statku do
reprezentacji. Szał ogarnął chłopców: od jabłka na maszcie do zęz
doprowadzili wszystko do takiego stanu, że nikt nie potrafiłby wyszukać
czegoś, co nie było zgodne z wymogami morza.
Podczas pracy uczniowie utyskiwali trochę, że widzimy z bosmanem tylko
to, co „nieporządnie” wykonane. Wybaczyli nam to jednak, gdy w Sztokholmie
na „Dar Pomorza” przyszedł z wizytą kapitan Christensen, komendant norweskiej
fregaty szkolnej „Christian Radich”. Po wejściu na pokład
sześćdziesięciopięcioletni kapitan cisnął o pokład swą czapkę i zawołał, że
tak utrzymanego żaglowca jeszcze nie widział.
Po chwili jednak pocieszył siebie, wyrażając przypuszczenie, że tak jest
tylko na pokładzie i w takielunku. Oświadczyłem wówczas, że uczniowie byliby
mu bardzo wdzięczni, gdyby zechciał dokładnie ocenić stopień ich znajomości
utrzymania statku i poprosiłem, by wybrał sobie dowolnie parę pomieszczeń -
od kabelgatów i magazynów do zęz włącznie - i obejrzał.
Kapitan Christensen dokonał inspekcji kabelgatów na dziobie i nie znalazł
w nich ani jednej szakli nie zakonserwowanej czy porzuconej w pośpiechu.
Wszystkie narzędzia były w stanie kwitnącej używalności i znajdowały się na
wyznaczonych miejscach. Oglądane przez niego zęzy lśniły przepisowymi farbami
i czystością.
Szczere swe uznanie dla pracy uczniów wyraził kapitan Christensen na
specjalnej zbiórce, po której już nigdy nie było mowy na temat, że nie
widzimy z bosmanem tego, co jest zrobione „porządnie”.
Zlot żaglowców miał miejsce z okazji osiemdziesięciolecia urodzin króla
Gustawa, który już kiedyś tak nas gościnnie podejmował, gdyśmy na
sędziwym „Lwowie” przywieźli z Polski eksponaty na wystawę rolniczą w
Sztokholmie.
Z nieznanych nam przyczyn nie doszło na „Dar Pomorza” zaproszenie na
stadion olimpijski, gdzie król miał przyjmować defiladę wojskową. Wybraliśmy
się na nią we trójkę: dyrektor Szkoły Morskiej kapitan Kosko, nasz lekarz
okrętowy Wacław Korabiewicz i ja.
Przy wejściu na stadion wyjaśniliśmy, że jesteśmy z fregaty „Dar
Pomorza”, przybyłej na zlot z okazji urodzin króla, i że nie otrzymaliśmy