27.04.17, 14:35
Kochane.
Zgodnie z tytułem - prezencik ode mnie dla Was. No, wstępik do prezenciku.

To będzie szło duzo wolniej niż "Budowlani" (chyba, ze zostane przez Was uciszona, to w ogóle nie będzie szło smile ), ale postaram się, żeby szło w akceptowalnym tempie.
Trupa na razie nie ma.

"Suchy dok"
Wszystko wydarzyło się dlatego, że naspawałam się butaprenem. I nawet nie mam argumentu, ze przypadkiem albo niechcący – ponieważ zdarzenie nastąpiło z klasycznej, kodeksowej wręcz winy nieumyślnej, w tym wypadku z tak zwanego niedbalstwa, które, jak wiadomo, ma miejsce wtedy, kiedy sprawca nie przewiduje oczywistego skutku swoich działań, choć ewidentnie powinien. Ja tez nie przewidziałam, chociaż powinnam.
Kwiecień nastał bardzo piękny, słoneczny i wyżowy, ale jednocześnie zimny potwornie, temperatura rzadko przekraczała 5 stopni, w nocy spadając poniżej zera. Nikt się tego nie spodziewał, marzec wyglądał całkiem normalnie i wystawienie łodzi z hangaru odbyło się zgodnie z planem, zwolniliśmy miejsce następnym i zaczął się dramat.
Przy tych nieszczęsnych pięciu stopniach powyżej zera nic – ani poliuretanowe farby, ani żywice do laminowania, ani kleje i lakiery nie wiązały tak jak powinny. Na puszkach stało jak wół – używać w temperaturze 10-20 stopni - i legalistyczne materiały remontowe za nic nie chciały się dostosować do okoliczności przyrody. Pomysł, żeby przeczekać całą anomalię i zabrać się do pracy, kiedy zrobi się choć trochę cieplej, padł, ale został szybko odrzucony – nie było czasu na przeczekiwanie, bo na pierwszego maja mieliśmy zaplanowane wodowania, a na trzeciego hol Wisłą i inne atrakcje, wymyślone wspólnie przez władze miasta i hufca i nie było jak negocjować. Sam Najgłówniejszy Komandor uzgodnił z miastem, ze tegoż trzeciego popłyniemy Wisłą spowici w galę flagową, Anka dostawała drgawek na samą myśl, a ja zastanawiałam się, czy jeśli wstawimy do naszej Nadziei farelkę, to raczej spowodujemy pożar - czy raczej nie.
I tak przeczekaliśmy pierwszy tydzień najgorszego zimna, zajmując się szyciem żagli i wożeniem końcówek lin stalowych do zawalcowania. Potem Bogdan przyniósł prognozy Admiralicji dla Europy Środkowo-Wschodniej i uznaliśmy, ze skoro Admiralicja nie żywi nadziei na rychłe ocieplenie, to my też nie powinniśmy. W efekcie klejenie elementów dywanikowych, to jest wewnętrznych okładzin burt w mesie i podsufitki w dziobie oraz montaż drewnianych ramek, zasłaniających bardzo mało efektowne i nader agresywnie ostre wkręty w pleksie bulajów, nastąpiło w chwili, kiedy temperatura na zewnątrz wynosiła równo dwa stopnie na plusie, ręce grabiały, żeby szczękały, a żeby doprowadzić kleje i laminaty do konsystencji roboczej, trzeba było wepchnąć je sobie za dekolt.
Przyszłam do pracy przy łodzi w porze najstosowniejszej, po jedenastej wieczorem, bo wcześniej studiowałam, co zajmowało mi masę czasu i pracowałam zawodowo, co tego czasu zajmowało mi jeszcze więcej, ale przynosiło choć trochę środków na zakup na przykład wykładziny dywanowej na podsufitkę. Planowałam ją przyciąć i przykleić w dziobie. Przycięcie załatwiłam szybko, bo szablony Bogdan zrobił znakomite, poza tym do rozłożenia się z przycinaniem wykładziny można było użyć niewielkiego kawałka wolnej podłogi w hangarze, gdzie panowała luksusowa temperatura ośmiu stopni. Ale potem trzeba było ją przykleić.
Żeby ją przykleić, trzeba było rozwiązać dwa problemy. Po pierwsze, podnieść temperaturę wewnątrz łodzi do niezbędnych dziesięciu stopni, po drugie, sprawić, żeby ta temperatura utrzymała się przez co najmniej kluczowe dwie godziny, żeby klej załapał. Potem już sobie mogło być chłodniej, tempo, w jakim spoina planowała uzyskać pełną wytrzymałość było mi całkowicie obojętne, miała na to w końcu niemal trzy tygodnie i powinna zdążyć.
Problem pierwszy rozwiązałam przy użyciu luksusowego termowentylatora, wyniesionego z domu ojcu spod serca i nieco mniej luksusowego przedłużacza przemysłowego, który po zwinięciu kabla, jako całość ważył prawie 15 kilo i który osobiście przywiozłam z budowy. Przedłużacz rozwiązywał zresztą także kwestię oświetlenia – dopinałam kabel z oprawką i żarówką i miałam światło. Wprawdzie kabel ten nie był tak elegancki jak ten od przedłużacza i wtyczka słabo siedziała, ale zamierzałam umocować całość raz a dobrze i już jej nie ruszać, więc była szansa, że będę cos widzieć. Problem drugi – i tu właśnie nastąpiło kodeksowe niedbalstwo – zlikwidowałam wstrząsająco prosto i równie inteligentnie, starannie zamykając luk dziobowy i zejściówkę na rufie i w ten prosty sposób uszczelniłam się w środku jachtu razem z ciepłym powietrzem, podsufitką i butaprenem.
Po podpięciu do sieci wszystko zadziałało zgodnie z planem, żarówka świeciła, grzejnik dmuchał ciepłem, zaczekałam, aż termometr pokaże piętnaście stopni, wyłączyłam go, żeby mi nie podpalił rozgrzaną spiralą oparów kleju, sprawdziłam, czy mam gaśnicę w zasięgu ręki i zabrałam się do roboty.
Trochę nawet sobie pośpiewałam, skoro nikt mnie nie słyszał, mogłam sobie pozwalać. Kilka dni wcześniej udało mi się śmiertelnie zdziwić Zbyszka, który, podobnie jak ja, był pewien, że został na HOW-ie sam i który przechodząc obok burty naszej Nadziei został znienacka zaatakowany pieśnią rewolucyjną i dowiedział się, ze krew naszą długo leją katy. Jakoś przy tych klimatach zawsze najlepiej mi się pracowało rękami.
Po godzinie przestawiłam grzejnik pod samą zejściówkę i odpaliłam go ponownie, bo wprawdzie spowita w plandeki i zabezpieczona czym się tylko dało od zewnątrz łódź stygła niezbyt szybko, ale jednak stygła. Wyłączyłam go dopiero, kiedy czarowny smród kleju połączył się z podejrzanym aromatem tlącego się laminatu – ale wtedy w środku panowała już atmosfera jak w dobrze ogrzewanej kuchni podczas gotowania obiadu dla ośmiu osób. Zrobiłam się głodna, zastanowiłam się przez chwile, dlaczego niczego jadalnego ze sobą nie zabrałam, nie doszłam do żadnych wniosków i uznałam, ze w najgorszym razie zeksploruję szafkę stolarza Jurka, który suszył sobie w niej chleb dla królików. Potem całkiem zapomniałam o jedzeniu, bo cholerna podsufitka w jednym miejscu w ogóle nie dawał się utknąć pod listwą, musiałam tę listwę oderwać a potem na nowo przykleić, wszystko to w pozycji częściowo leżącej, w samym dziobie, gdzie straszliwie brakowało miejsca na wszystko, a najbardziej na moją prawą rękę.
Po jakichś trzech godzinach jednak skończyłam pracę i dopiero wtedy zorientowałam się, że chyba trochę dziwnie się czuję. Jacht nawet po zamknięciu go od środka nie był doskonale szczelny, ale wystarczająco, żeby klej zadziałał i na podsufitkę i na mój umysł.
Najpierw poczułam, że mi niedobrze. Potem, próbując opuścić wnętrze jachtu (nawet nie ze względu na pragnienie tlenu, bardziej na myśl, ze sama będę musiała sprzątać) zorientowałam się, ze kierunki jakoś się poprzestawiały i nie wiem, gdzie jest góra, potem nie umiałam odsunąć klapy w wejściu a potem, kiedy wreszcie wylazłam do kokpitu, prawie się zabiłam o kłąb kabla z przedłużacza, przy okazji wyrywając nogą wtyczkę od żarówki i z ulga witając chłodną ciemność. Jeszcze tylko walnęłam piszczelem o falochron i padłam na zimny i mokry laminat pokładu.
Obserwuj wątek
    • berrin Re: Prezencik 27.04.17, 14:36
      c.d.

      Noc była piękna i bezksiężycowa, gwiazdy świeciły jak dzikie i z mojego punktu obserwacyjnego doskonale widziałam gwałtowny i niepowstrzymany obrót sfery niebieskiej, przy czym przysięgłabym, ze oś obrotu przechodzi przez moją głowę. Na dodatek raz tę głowę zadarłszy nie byłam w stanie zmienić jej położenia i leżałam tak sobie na wilgotnym pokładzie łapiąc oddech, ciesząc się, ze mam kompletnie pusty żołądek i gapiąc w te gwiazdy. Oczywiście, że już wiedziałam, co mi jest i świadomość własnej tępoty tym bardziej mnie ogłuszała, a jedyną pociechą była mi myśl, ze zrobiłam to wszystko bez świadków i że do rana zapewne zdążę wytrzeźwieć. Zastanawiało mnie tylko, czy będę miała kaca, co biorąc pod uwagę planowane zajęcia na Oczki mogłoby się okazać fatalne w skutkach.
      Cicho było zupełnie, odgłosy Wisłostrady nie przebijały się przez osłonę drzew, już delikatnie (i w zaistniałej sytuacji pogodowej chyba nadmiernie optymistycznie) ulistnionych, Wisła też milczała. W hangarze chyba od dawna nikogo nie było, już kiedy walczyłam z przedłużaczem, bosman Józio akurat zamykał szopę z osprzętem, co oznaczało, że wszyscy inni wyszli wcześniej. Józio próbował nawet zniechęcić mnie do pracy po nocy, nie lubił, kiedy na HOW-ie ktokolwiek zostawał bez jego osobistego nadzoru, ale ostatecznie byłam dorosła i machnął ręką. Teraz miałam cały plac roboczy dla siebie i gdyby nie było tak straszliwie zimno, pewnie wcale nie czułabym potrzeby zmiany pozycji.
      No ale było. Widziałam parę, buchającą mi z ust przy każdym oddechu i czułam się jak bardzo nietrzeźwa lokomotywa. Nade wszystko chciałam się ruszyć po kurtkę, która została w środku, ale osiągnęłam tylko tyle, ze świat zatańczył, a ja sama ledwo zdążyłam wychylić się za burtę i jeszcze raz podziękować sobie za niezjedzenie kolacji.
      No dobra, kurtka była mi niedostępna. Dałam sobie spokój i starając się nie poruszać głową spowiłam się w zwój dakronowej plandeki, zdecydowana byłam bowiem nie zamarznąć i udać się rano na zajęcia z medycyny sądowej. I nigdy, nigdy nikomu nie przyznać się do tego, ze na ochotnika kleiłam cokolwiek butaprenem w zamkniętym i kompletnie niewentylowanym pomieszczeniu o kubaturze ciasnego wucetu.
      Plandeka nie stanowiła może idealnej izolacji termicznej, ale była wielka i mogłam używać jej kłębów i warstw, co znacząco poprawiało jej funkcjonalność grzewczą. W każdym razie przestałam zamarzać, gwiazdy kręciły się wolniej, zaczęłam nawet czuć zapach czegoś innego niż aceton, klej i zwęglone trociny i uznałam, ze w zasadzie mogę sobie tak leżeć do rana. Temperatura powietrza była dodatnia, pogoda bezwietrzna, nie leżałam na ziemi, nie byłam pijana i naprawdę sypiałam już w zimniejszych miejscach. Zresztą powrót do domu, nawet, gdyby przyjąć, ze jestem do niego zdolna, wcale nie wydawał mi się zachęcający, zwłaszcza, kiedy wyobraziłam sobie siebie po butaprenie w nocnym autobusie. Umiałam dostać choroby morskiej w tramwaju stojącym na przystanku, już widzę moją jazdę bez trzymanki z Cypla Czerniakowskiego na Sielce…
      Jedyne, czego nie musiałabym się obawiać, to reakcja rodziców. Przywykli, że w kwietniu remonty międzysezonowe naszych łodzi wchodzą w fazę krytyczną a obie córki zaczynają wracać do domu całe w farbie, do tego robiąc wrażenie lekko zawianych. Moja kochana matka swego czasu na dość rozpaczliwe pytanie swej młodszej córki, zadane po tym, jak Milka spędziła dzień na myciu wnętrza bakist acetonem: „Mamo, czy ten żyrandol się huśta?” bujnęła lekko lampą w dużym pokoju i spokojnie odrzekła: „Huśta się, dziecko, huśta”. Czasami tez ojciec, który swoje w życiu wyszlifował i wylaminował, przyjeżdżał po którąś z nas i luksusowo odwoził do domu, nie robiąc nawet żadnych szczególnych uwag na temat brudzenia tapicerki rozmaitymi substancjami chemicznymi, a następnie obficie poił nas mlekiem. Ale dziś przed udaniem się na HOW sama im wszystkim powiedziałam, że pewnie tam zanocuję i wrócę dopiero jutro po zajęciach na uczelni, więc ojciec zapewne od dawna spał.
      Wykonałam ćwiczenie godne mistrza survivalu i popatrzyłam na zegarek. To znaczy zamknęłam jedno oko a drugie przemocą zmusiłam do akomodacji i zdołałam ustalić, że dochodzi trzecia. No to ok., zimniej już nie będzie. Przyrzuciłam drugim końcem plandeki zejście do wnętrza jachtu, żeby zachować w środku jakiekolwiek ślady ciepła i ułożywszy się wygodnie, bardzo w gruncie rzeczy zadowolona i z gwiazd, i z nocy, i z podsufitki, postanowiłam zignorować nieustające mdłości i szaleństwa ekliptyki i chyba zapadłam w drzemkę.
      Z błogiego niebytu wyrwało mnie coś, czego oczywiście nie umiałam na początku sprecyzować. Uznałam, ze jakieś ptaszę się rozdarło i poczułam, ze kompletnie zdrętwiałam w partiach odwłoka. Chciałam się ruszyć, ale zwoje i kłęby dakronu jakoś mnie pętały i zanim cokolwiek zrobiłam, odgłos się powtórzył.
      Minęła chwila, zanim złapałam oddech i sama siebie sklęłam w myślach za nadmiar wyobraźni. Nic specjalnego, naprawdę. O bladym świcie każdy dźwięk rozlega się ogłuszająco i strasznie. To był po prostu chrzęst butów na żwirze, dodatkowo brzmiący tak, jakby ktoś próbował zleźć ze stromej skarpy i nie wyhamował na pochyłości. Potem szybki oddech i kroki, ktoś biegł wzdłuż szeregu łodzi, minął moją Nadzieję, chyba się potknął, bo usłyszałam trzask, odgłos upadku i zduszone przekleństwo, poderwał i pobiegł dalej, już szybciej, bo przy topolach żwir się kończył, a zaczynał asfalt. Kiedy minął Wolną Sobotę, pojawił się na moment w moim polu widzenia, zdążyłam dostrzec wysoką, szczupłą sylwetkę na tle szarej ściany hangaru, zrobił jeszcze dwa kroki i zniknął za kontenerem za śmieci. Wyglądał trzeźwo i chyba dość porządnie, ale nie byłam pewna nawet jego płci. No dobra, po tym seansie klejowym nie byłam jeszcze pewna nawet własnej…
      Zaczekałam, ale nic się nie działo. Wylazłam spod błękitnych zwojów dakronu, sprawdziłam, jak się mają moje błędniki, skrzywiłam się, bo małostkowo nie umiały mi wybaczyć, spojrzałam na zegarek, zdziwiłam się, ze tak doskonale odświeżyły mnie ledwo dwie godziny snu. Potem przemogłam się i zajrzałam kontrolnie do środka jachtu sprawdzić, jak ma się podsufitka.
      Miała się znakomicie. Ucieszyłam się niezmiernie, gdyż po nocnych przeżyciach byłam zdecydowana nie powtarzać eksperymentu z hermetyzacją wnętrza. Niestety, silny aromat kleju trwał w powietrzu i nie zrobił mi najlepiej, uznałam zatem, że czas się przejść.
      Bez dakronu było mi trochę zimno. Proste to nie było, ale zdołałam jakoś sięgnąć po kurtkę, silnie woniejącą całą używana przez mnie w nocy chemią. Następnie, jednak lekko się chwiejąc, wykonałam mnóstwo czynności.
      Dolazłam do hangaru, otworzyłam sobie część socjalną i odpaliłam bojler, ponieważ bez prysznica nie odważyłabym się ludziom podetknąć pod nos, nawet, jeśli aromaty Oczki 1 i tak z pewnością z marszu wygrałyby z moim. Poszłam poskładać plandekę. Nawinęłam na bęben kabel przedłużacza, przy okazji znajdując miejsce upadku porannego gościa i przyczynę tegoż upadku – gruby, przemysłowy przewód był słabo widoczny na szarym żwirze, za to jego leżące jedna na drugiej pętle stanowiły znakomitą pułapkę. Zawadził nogą i pojechał po tym żwirku spory kawałek, musiał chyba biec dość szybko, bo ślady potknięcia i upadku ciągnęły się od dziobu Nadziei przez Polimala do Amadeusza – dobre cztery metry. Zapakowałam cała chemię przemysłową do pojemnika i zwalczyłam opór jego drucianych zaczepów. Zamknęłam Nadzieję. Zaniosłam najpierw ciężki jak piorun przedłużacz, a potem grzejnik i skrzynkę do naszej szafki i starannie je zamknęłam, umiałam sobie bowiem wyobrazić, co zrobi Jurek, jeśli zagubię przedłużacz oraz co zrobi mój ojciec, jeśli utracę termowentylator.
    • balamuk Re: Prezencik 27.04.17, 20:37
      Niesamowite, wraca człowiek od dentysty (z KGP po drodze), a tu przyjemność! Żeby nie było, gdybym wracała z masażu odmładzająco-erotycznego, przyjemność byłaby taka sama. wink
      To od razu zaczęłam sobie sklejać.
      Godzina nie stanowi, proszę więcej, zwłaszcza że tematyka dodatkowo mi dobrze robi.
      Berrin, wielka buźka. smile
        • eulalija Re: Prezencik 28.04.17, 09:31
          Mimo fatalnej pogody i ciemności, dzień zaczął się przepięknie.
          Nietrzeźwa lokomotywa mnie rozczuliła.
          Berrin piszesz bardzo ładnie baaardzoooo długie zdania.
                • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 10:02
                  No to akurat jest w pełni uzasadnione. Pewne rzeczy lepiej robić na pusty żołądek. Laminować, kleić butaprenikiem, uczestniczyć w sekcjach prokuratorskich... smile
                  • asia.sthm Re: Prezencik 28.04.17, 10:08
                    Alez oczywiscie, to jest wiedza nabyta szostym zmyslem, wcale po to do szkoly nie trzeba chodzic. Nie wszyscy potrafia samodzielnie do takich wnioskow dojsc.
                        • berrin Re: Prezencik 28.04.17, 12:01
                          Dalszy nieduży ciąg prezencika smile

                          Nie wyglądało na to, żeby tego biegacza ktoś gonił, po jego zniknięciu zapanowała cisza, mącona tylko przez mnie odgłosami porannej ciężkiej pracy. Słońce lada moment miało wyleźć nad horyzont i zaciekawiło mnie, jak o tej porze wygląda Wisła. Obmacawszy bojler i uznawszy, ze mam przynajmniej pół godziny, zanim drań cokolwiek zrobi z tą wodą, wylazłam sobie zatem na wał przeciwpowodziowy, przeszłam przez drogę na jego szczycie i podeszłam do betonowych schodów po jego drugiej stronie, żeby zrobić sobie przyjemność i popatrzeć na rzekę. Mdłości powoli mi przechodziły, zawroty głowy uprzejmie się nie nasilały, planowałam, ze sobie usiądę na niskim stopniu i odpocznę, wiatru prawie nie ma, za to jest masa mew i jakieś kaczki, sama radość o poranku.
                          Radość o poranku przejawiła mi się zanikiem instynktu samozachowawczego. Co mi przyszło do łba, żeby złazić po tych cholernych, półmetrowych stopniach w ledwie różowiejącym poranku, który zapewniał raczej widoki niż solidne oświetlenie, w stanie, w którym świat mi tańczył, a ocena odległości poszła sobie, nie chcąc mieć ze mną nic wspólnego, nie mam pojęcia i nie jestem pewna, czy łeb w ogóle miał w tym jakiś udział, chciałam popatrzeć na rzekę z bliska i chyba nic nie myślałam. Oczywiście już drugi stopień był nie tam, gdzie go widziałam, tylko kawałek niżej, noga poleciała mi w dół, miotnęłam się do tyłu, żeby zdemolować sobie raczej odwłok, niż twarz, dałam dubla kością ogonową o beton, zjechałam dwa kolejne stopnie w dół i chwała bogini zatrzymały mnie krzaki, rosnące sobie radośnie w pęknięciu schodów nad samą wodą.
                          Nie tylko mnie zatrzymały.
                          W cieniu ostatniego stopnia, zaplatany w niesionych przez rzekę śmieciach i baźdolach, ktoś leżał. Leżał twarzą do ziemi, wyglądał tak, jakby się stoczył z tych cholernych stopni, upadł i tak został. Zanim oceniłam sytuację, idiotyczne dobre wychowanie wypchnęło mi na usta: „Bardzo pana przepraszam”, ale facet nie zareagował. Prawdę mówiąc, gdyby to jednak zrobił, należałoby chyba uciekać z krzykiem nie bacząc na ból w odwłoku. No chyba, ze ja histeryzuję, a facet się upił i odsypia…
                          Przemogłam się jednak i go pomacałam. Tak, jak mnie uczyli. Jasne, tylko lekarz jest kompetentny do stwierdzenia zgonu, a osoba postronna powinna przyjąć, że denat nie jest denatem i go reanimować. Tylko że nie ma mowy, żeby ktoś, kto w zasadzie nie ma całej potylicy, zamiast niej strasząc bliźnich krwawą miazgą, był zdolny choćby do samodzielnego oddychania. Z nieprzyjemnego bliska widać też, że facet jest starszy, porządnie ubrany i raczej ubrudzony niż brudny. I, co za ulga, z pewnością nie jest to nikt znajomy, co na początku oględzin nie było wcale takie oczywiste. No niech będzie… Tętna brak… oddechu brak… zimny jest, co w kontekście kwietniowych temperatur nie powinno zadziwiać…
                          Znajdując się tak blisko jak w tej chwili widziałam też liczne drobne szczegóły, które sugerowały, by teraz wycofać się stąd powoli i bardzo ostrożnie, żeby nie dokładać już w okolicy własnych śladów. Ekipa dochodzeniowa i tak będzie mi miała za złe i na pewno zada mi masę pytań…
                          Ekipę dochodzeniową należało jednakowoż zawiadomić, jasnowidzami oni nie są. Telefon znajdował się w „Horyzontach”, ale „Horyzonty” były zamknięte przynajmniej do ósmej rano. Rozejrzałam się po okolicy, zadumałam przez chwilę nad pomysłem, żeby odpalić czerwone rakiety z naszych pirotechnicznych zapasów, w końcu to kanoniczny sposób wzywania pomocy na wodzie, a niemal na wodzie się znajdujemy…
                          A potem stanowczym krokiem, przysięgając sobie po raz dwieście siedemdziesiąty szósty, ze odbiorę siostrze mój rower, udałam się do pobliskiej siedziby straży miejskiej.
                          • asia.sthm Re: Prezencik 28.04.17, 12:40
                            No i nieboszczyk sam sie znalazl, nawet nie musialas dlugo szukac.
                            Zatarlam rączki jak z podrecznika zacierania rączek. Oczywiscie tylko w przenosni, bo kciuki akurat trzymam.
                                • berrin Re: Prezencik 02.05.17, 11:47
                                  Troszeczka na dziś

                                  - Pani Janina Strzelczyk. – przedstawiciel służb śledczych patrzył na mnie z lekkim obrzydzeniem, a ja zastanawiałam się, czy chodzi o mój ponocny wygląd – bo oczywiście nie było mi dane zażyć kąpieli i byłam brudna, posklejana i woniejąca całą remontową chemią HOWu, czy też o urozmaicenie, jakie mu zafundowano bladym świtem, ponieważ cholera, znalazłam te zwłoki. Zapewne dodatkowo zastanawiał się, czy mnie podejrzewać i ewentualnie o co. – Mogę zobaczyć dokumenty pani?
                                  Nasza rozmowa odbywała się w socjalnej części hangaru remontowego, bo do niej miałam klucze. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy blacie roboczym stolarza Jurka, jako obrusy mając stare, wytarte gumkami prawie do białości bałtyckie mapy nawigacyjne polskich portów otwartego morza, przy czym na samym wierzchu leżała mapa toru podejściowego na Wolin, z zaznaczonym wielką czarną krechą obszarem wód uznawanych za terytorialne w czasach byłego NRD i z wielkim, rozmazanym przez próbę starcia go gumką napisem „Achtung, banditen”. Funkcjonariusz bardzo się starał nie patrzeć na ten blat.
                                  Ja też się starałam, bo jakkolwiek butapren ze mnie w większości wyparował, to – zapewne skutkiem ubocznym nocy i poranka – ciągle miałam ochotę głupio chichotać, co raczej nie byłoby oczekiwaną przez dowolne władze reakcją na ich pytania.
                                  - Obawiam się, że z dokumentów, to mam przy sobie indeks. - odrzekłam powoli – Legitymację utopiłam i czekam na wyrobienie nowej, a dowód mam w domu, nie brałam go ze sobą. Ale w indeksie jest zdjęcie, więc jak pan chce.
                                  Obrzydzenie w jego spojrzeniu wydatnie wzrosło, ale stwierdził, że chce. Sięgnęłam do plecaka, który w międzyczasie udało mi się wydobyć z wnętrza Nadziei, przegrzebałam się przez suwmiarkę, dwa śrubokręty, kłąb podartych koszulek ojca, które przyniosłam wczoraj na szmaty do czyszczenia pędzli, zirytowana trudnościami wywaliłam to wszystko na blat, dokładając na wierzch butelkę benzyny lakowej, a potem z samego spodu torby wywlekłam segregator we wzorki rybich szkieletów, a z niego indeks.
                                  - Proszę.
                                  Zajął się studiowaniem dokumentu, jakby nic ciekawszego na świecie nie istniało, przeglądał go kartka po kartce, choć moje personalia i zdjęcie widniały na wewnętrznej stronie okładki i wcale nie musiał ich szukać. Dojechał do wpisów z ostatniego semestru, przyjrzał się czemuś z pewnym zaskoczeniem i oddał mi indeks.
                                  - Proszę opowiedzieć, co się wydarzyło. To pani znalazła ciało?
                                  - Ja. To znaczy może wcześniej znalazł je kto inny, ale zdaje się, ze faktycznie ja pierwsza się do tego oficjalnie przyznałam.
                                  - Która to była godzina?
                                  - Piąta czterdzieści coś. Dwie albo trzy.
                                  - Skąd tak dokładnie pani wie?
                                  - Popatrzyłam na zagadek wychodząc na wał, bo chciałam sprawdzić, ile mam do wschodu słońca i wtedy była piąta czterdzieści, a na nieboszczyka zleciałam niedużą chwile później.
                                  Otworzył usta, żeby o coś zapytać, zamknął je, pomyślał chwilę i zapytał chyba o coś innego.
                                  - Co pani tu robiła o takiej porze?
                                  Jasne, to pytanie musiało paść. Ostatecznie spacery brzegiem Wisły przed wschodem słońca są dość mało popularne, zwłaszcza tutaj i zwłaszcza od kiedy mostek nad kanałkiem uznano za grożący zawaleniem i zamknięto go dla samochodów. Ewentualni spacerowicze nie mieli jak dojechać. Owszem, często z rana spotykaliśmy psiarzy, ale oni przychodzili raczej już za dnia. Łażenie po wale po ciemku groziło śmiercią lub kalectwem, nie był oświetlony, za to droga obfitowała w utrudnienia w postaci krzywo ułożonych płyt betonowych, gruzu i gałęzi z wycinki nadbrzeżnych krzaków, zwalonych w malownicze kupy i nie usuniętych od połowy lutego.
                                  Przez moment miałam ochotę zawiadomić go, ze planowałam odprawić druidzko-zreformowane rytuały ku czci wschodzącego słońca, ale zrezygnowałam. Wskazałam za to na stojącą na blacie butelkę z rozcieńczalnikiem i towarzyszące jej utensylia.
                                  - W zasadzie to już wszystko powiedziałam pana kolegom z radiowozu. Przyszłam na noc popracować przy łodziach. Popracowałam. Wstałam około piątej rano…
                                  - Pani tu spała?
                                  - Tak jakby. Musiałam odpocząć po pracy, położyłam się około trzeciej…
                                  - Gdzie?
                                  - Na Nadziei. No, na naszym jachcie, tym żółtym, stoi trzeci od rzeki, ten pod niebieską plandeką.
                                  - W środku? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
                                  - Nie, w kokpicie. Na rufie. – jego wyraz twarzy mi się nie spodobał. – No, z tyłu, na tych ławeczkach.
                                  - Nie jest na to za zimno?
                                  - Nie wiem… – zastanowiłam się, jak wyjaśnić przyczyny, dla jakich tak dobrze mi się leżało na pokładzie w temperaturze dwu stopni powyżej zera zamiast w pomieszczeniach socjalnych hangaru, gdzie posiadaliśmy nawet dwie stare kanapy z odzysku i pospiesznie doszłam do wniosku, że tego akurat wyjaśniać nie powinnam, choć samo w sobie posiadanie i używanie butaprenu nielegalne nie jest. - Pewnie jak komu. Nie chciałam zostawiać Nadziei otwartej i niezabezpieczonej.
                                  - Ta łódź ma kabinę, prawda?
                                  - Ma.
                                  - To dlaczego nie położyła się pani wewnątrz?
                                  - Bo w środku śmierdziało chemią remontową, przecież panu mówiłam, ze przyszłam popracować…
                                  Patrzył na mnie z takim natężeniem, że zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie zostałam właśnie pierwszą podejrzaną o zepchnięcie tego faceta do Wisły. Było wyraźnie widać, ze ten cały mój pobyt nocą na HOW-ie kompletnie się policji nie spodobał, nikt nie mógł potwierdzić, gdzie konkretnie byłam i co właściwie robiłam, a na dodatek to ja znalazłam zwłoki…
                                  - Słyszała pani coś w nocy?
                                  Zastanowiłam się.
                                  - Zależy kiedy. Od północy do tej trzeciej nie było szans, mogliby nas ostrzeliwać, a ja bym nie wiedziała, siedziałam zamknięta w środku w łodzi i śpiewałam…
                                  - Proszę?
                                  - Śpiewałam. No nic nie poradzę. Pracowałam z pieśnią na ustach, a kiedy zamilkłam, to akurat i tak leżałam głęboko w dziobie z głową w skrajniku i niczego nie mogłam słyszeć. – nie dodałam, jak niewielka była szansa, ze cokolwiek usłyszę w oparach butaprenu. - Potem wylazłam na zewnątrz i wtedy to już było zupełnie cicho… Aż do piątej. – mówiąc to, jednocześnie pomyślałam, że w tej sytuacji jako świadek jestem kompletnie wybrakowana, bo o piątej ten nieboszczyk był już nieżywy przynajmniej do dwu-trzech godzin. No, chyba że zaczął stygnąc jeszcze za życia.
                                        • dorka_31 Re: Prezencik 05.05.17, 13:37
                                          No proszę, jakiś czas nie zaglądałam, a tu taka niespodzianka! smile
                                          Od razu uprzedzam, że zapisuje i zachowuję, razem z innymi dziełami, które na tym forum zostały popełnione smile
                                            • berrin Re: Prezencik 08.05.17, 08:46
                                              Ty jeszcze narzekasz na brak dżdżu??? wink

                                              Ja uprzedzała. Będzie powolniej niz "Budowlani" i nic nie poradzę - bo praca zawodowa sie na mnie rzuciła i rodzina takoż.
                                              Ciąg dalszy sie robi, naprawdę smile
                                                • berrin Re: Prezencik 09.05.17, 12:08
                                                  - Śpiewałam. No nic nie poradzę. Pracowałam z pieśnią na ustach, a kiedy zamilkłam, to akurat i tak leżałam głęboko w dziobie z głową w skrajniku i niczego nie mogłam słyszeć. – nie dodałam, jak niewielka była szansa, ze cokolwiek usłyszę w oparach butaprenu. - Potem wylazłam na zewnątrz i wtedy to już było zupełnie cicho… Aż do piątej. – mówiąc to, jednocześnie pomyślałam, że w tej sytuacji jako świadek jestem kompletnie wybrakowana, bo o piątej ten nieboszczyk był już nieżywy przynajmniej do dwu-trzech godzin. No, chyba że zaczął stygnąc jeszcze za życia. – O piątej…
                                                  - Interesuje mnie raczej czas od trzeciej.
                                                  - Nic z tego, bardzo mi przykro…
                                                  Pomaglował mnie jeszcze chwilę, wciąż wracając do nieszczęsnej trzeciej rano i ewidentnie nie mogąc pojąc, jakim cudem w absolutnej ciszy nocy mogły mi umknąć odgłosy mordu. Ponieważ postanowiłam nie nawiązywać do tematu butaprenu, chyba nie został usatysfakcjonowany, ale na to jakoś nie bardzo mogłam cokolwiek poradzić.

                                                  Na jakiś czas dali mi spokój, o ile spokojem można nazwać upapranie mnie tuszem do zbierania odcisków. Bogini raczy wiedzieć, co spodziewali się w ten sposób osiągnąć, już sobie wyobrażałam zdejmowanie odcisków z nieboszczyka albo z pokruszonego betonu nad rzeką. Teraz próbowałam to z siebie zmyć pastą BHP – ciepła woda na szczęście leciała w obfitości zarówno z kranu, jak i z uszczelek, bo bojler się wreszcie nagrzał – i wcale nie podsłuchiwałam, bo nie było potrzeby przy tak ażurowych ścianach, jak maglują po kolei innych obecnych na HOWie. Wprawdzie głos policjanta tak znakomicie zgrywał się barwą z odgłosami transformatora, że ewentualnie można było zgadnąć, ze teraz on mówi w zasadzie wyłącznie dlatego, że wypytywany akurat milczał, ale za to głosy jego rozmówców już takiej właściwości nie posiadały.
                                                  Na pierwszy ogień poszedł bosman Rysio, który niczego złego nie podejrzewając, jak zwykle punktualnie przyszedł otworzyć hangar i wpadł w sam środek akcji śledczej, co wyraźnie wziął do siebie i miał za złe.
                                                  - Wyszedłem jak zawsze o dziewiątej. – mówił teraz powoli i z namysłem, wcale nie ukrywając niechęci, bo do służb mundurowych miał od zawsze duży dystans. – Widziałem, ze pani Janka została, nikt więcej chyba, ja w każdym razie nie widziałem. Miała pracować przy Nadziei, kleić cos chyba, przez tę pogodę wszystko wolniej idzie… i nic więcej nie wiem, w domu byłem, spałem. Harcerze tu często na noc zostają, spokojnie mogą popracować i żaden pan z boku nie przybiegnie ze skargą, ze on tu w tenisa gra, a oni śmierdzą. Żadnego nieboszczyka nie pójdę oglądać, ja mam słabe serce…
                                                  O cokolwiek zapytał rozmawiający z nim policjant, nie przebiło się przez buczenie transformatora.
                                                  - No z boku kort nam postawili. – odpowiedział mu Rysio z urazą. – Nowy właściciel się rozbudował. Przychodzą teraz, ze im wszystko przeszkadza, a czego się niby spodziewali, jak się ustawiali przy ośrodku remontowym? Farba im śmierdzi, kleje, maszyny wyją, pyłu im nawiewa, moja sunia podobnież im szczeka, sami więcej szczekają, niż ona… A wieczorami to imprezki robią, Horyzonty dla siebie wynajmują, jeśli skądś ten nieboszczyk tu przyszedł, to na pewno stamtąd.
                                                  Pokręciłam głową, ciągle domywając ręce nad blaszanym korytem. Imprezy w ośrodku Horyzonty były nam oczywiście doskonale znane, a od kiedy tuż za płotem ustawiono nadmuchiwany baniak osłony kortu, średnia elitarności nadwiślańskich bywalców gwałtownie poszybowała w górę. Nadęcia i roszczeniowości jakby też, faktycznie, sama niedawno musiałam dawać odpór niezmiernie eleganckiemu panu w stroju od Henry’ego Loyda, który w zbożnej intencji wywleczenia mnie spod dziobu Nadziei i przemówienia mi do wychowania, tak długo i delikatnie pukał w tenże dziób, aż odłupał kawałek falszburty. Z odporem może nieco przesadziłam, bo w efekcie pan cofając się przede mną i moją szlifierka kątową i już wcale nie chcąc ze mną rozmawiać, wlazł Przemasowi w wiaderko z farbą i przewrócił się o kabel przedłużacza. Wypisz wymaluj jak ten dzisiaj…
                                                  Uświadomiłam sobie, ze o porannym biegaczu jakoś policji nie powiedziałam – może ze względu na to, że wbrew teoretycznej zasadzie „dać się świadkowi choć trochę wygadać”, rozmawiający ze mną najpierw panowie mundurowi a potem pan po cywilnemu stawiali raczej na zadawanie własnych pytań i ignorowanie moich oraz przerywanie mi, kiedy tylko chciałam nieco poszerzyć temat. Nie to nie…
                                                  Zirytowany i urażony bosman Rysio wreszcie wyszedł z kanciapy zaanektowanej przez służby na pokój przesłuchań, popatrzył na mnie, machnął ręką i poszedł do swojej suni, grzecznie śpiącej w plamie słońca na kawałku wykładziny dywanowej przy śmietniku. Po chwili pan w mundurze nadciągnął w towarzystwie stolarza Jurka, wepchnął go za drzwi, przyjrzał mi się podejrzliwie i poszedł.
                                                  Stolarz Jurek w obecności policji okazał jeszcze większą lakoniczność niż zwykle. Cała rozmowa z nim nie trwała chyba nawet pięciu minut, a przerwy wypełnione wyciem transformatora - i zapewne pytaniami policji – stanowiły jej więcej niż trzy czwarte.
                                                  - Jerzy Jaworski. Stolarzem. Przyszedłem, jak już byliście. Nie widziałem. Nie słyszałem. Każdy może chodzić po wale. Ja nie chodzę. Spałem. Do widzenia panu. – i wyszedł. Wychodząc, obejrzał mnie sobie uważnie, popatrzył na swoje ręce, uśmiechnął się i poszedł. W przeciwieństwie do Rysia, wyglądał na całkowicie nieprzejętego sytuacją.
                                                  Stwierdziwszy, ze nie mogę dłużej myć rąk, tym bardziej, ze tusz, choć trwały, ustąpił jednak zabiegom i konsekwencji, uznałam ze mogłabym dla odmiany uporządkować trochę naszą szafkę z osprzętem – w końcu władza nie wydała na razie zgody, żebym sobie poszła. Zanim podjęłam decyzję, gdzie się umieścić, żeby nadal korzystać z ażurowości ścian hangaru, wpadł mi na plecy Przemas, a za nim wbiegł zirytowany pan w mundurze.
                                                  - Proszę nie wchodzić, to miejsce jest zamknięte!
                                                  Przemas nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, za to ucieszył się na mój widok.
                                                  - Ty słuchaj, o co chodzi? Rysio jest taki zły, że tylko Marlenę głaska i nie chce ze mną gadać a z Jurkiem to nawet nie próbowałem. Bombę ktoś podłożył?
                                                  - Obywatelu, proszę stąd wyjść!
                                                  - A dlaczego ona może być w środku?
                                                  Zamknęłam szafkę i ze nieeleganckim stęknięciem podniosłam się z głębokiego przysiadu.
                                                  - Bo jestem za świadka. Masz cos do jedzenia?
                                                  - Mam, śniadanie sobie przyniosłem, będę malował Polimala. Świadka czego?
                                                  - Podziel się, to ci opowiem.
                                                  - Proszę wyjść!
                                                  Z kanciapy wyjrzał niemundurowy, mundurowy zezłościł się jeszcze bardziej a ja uznałam, ze policja i bez starć z Przemasem ma ciężką robotę. Pociągnęłam go za rękaw.
                                                  • berrin Re: Prezencik 10.05.17, 14:48
                                                    Kochane, przedwyjazdowo.

                                                    Na zewnątrz trochę się ociepliło, zwłaszcza, kiedy stanęło się w słońcu. Marlena leżała w jego największej plamie i grzała łysy brzuch, obok niej na starej oponie przysiadł Rysio, paląc straszliwie śmierdzącego papierosa. Irytacja na policję jeszcze mu nie przeszła. Dyplomatycznie odeszliśmy na bok.
                                                    - To co z tą bombą?
                                                    - To co z tym śniadaniem?
                                                    Przemas wydobył z plecaka straszliwie wygniecioną bułkę, puszkę pasztetu i keczup.
                                                    - Gdzie by tu, żeby Marlena nie zauważyła…
                                                    Spożywanie posiłków na HOWie zawierało w sobie element ryzyka właśnie ze względu na Marlenę. Będąc suką po przejściach, starała się wykorzystać każdą okazję, żeby uzupełnić zasoby (niezależnie od tego, ze zasoby już przez nią posiadane czyniły ją właścicielką własnego równika) a odgłos otwierania puszki słyszała z odległości 20 metrów i poprzez ryk wiertarki. Przychodziła i nie tyle domagała się od człowieka należnej jej porcji, co po prostu ją sobie brała – w bodaj najkrótszej chwili ludzkiej nieuwagi sięgała ryjem, chwytała łup i oddalała się niespiesznie. Sama w ten sposób traciłam co drugie przyniesione śniadanie, jeść spokojnie dało się w zasadzie tylko wtedy, kiedy Rysio zabierał ją na dłuższy spacer albo szedł już do domu. Krzyczeć na nią nie mieliśmy sumienia, zresztą Rysio każdą odmowę i zniewagę, dotykającą Marlenę odczuwał osobiście – a nie byłoby polityczne narażać się bosmanowi, od którego zależał choćby dostęp do stolarni i tokarek.
                                                    W efekcie rozłożyliśmy się na stercie desek pod ścianą hangaru, dość niewygodnie i rezygnując ze słońca, ale za to daleko od Marleny. Przemas najciszej jak umiał otworzył puszkę pasztetu.
                                                    - Nie było żadnej bomby, tylko rano znalazłam trupa. – powiedziałam, krojąc bułkę na grube kromki. - Nie masz jakiegoś ogórka?
                                                    - Żartujesz?!
                                                    - A co masz do ogórków…?
                                                    - Ja o trupie mówię! Żartujesz?
                                                    - Nie. – przyjęłam od niego obficie udekorowany pasztetem i keczupem kawał bułki i rozejrzałam się, czy można bezpiecznie jeść. – Rano polazłam na wał, żeby sobie, cholera, obejrzeć wschód słońca…
                                                    - Specjalnie po to tu przyszłaś?
                                                    - Odczep się, od jedenastej kleiłam te cholerne podsufitki, naspawałam się jak messerschmitt, najpierw poleżałam w kokpicie, żeby trochę wytrzeźwieć, a potem jak się zrobiło widno, to najpierw obudził mnie jakiś gość, co biegał po żwirze…
                                                    - Jaki gość?
                                                    - Nie wiem, nie znam go, potknął się o przedłużacz.
                                                    - Aha. No i?
                                                    - No i jak mnie obudził, to uznałam, ze się ruszę. Ładnie było, jak już tu byłam o tej piątej, to chciałam sobie popatrzeć na rzekę i poszłam.
                                                    Przemas, przeczekując moje pożywianie się, pokiwał głową. Wschody słońca oglądaliśmy wielokrotnie wspólnie, zazwyczaj na porannych wachtach, i uznawaliśmy je oboje za bardzo dekoracyjne, więc ostatecznie nie było nic dziwnego w tym, ze skoro miałam okazje obejrzeć sobie jeden dzisiaj, to chciałam skorzystać.
                                                    - No i prawie na niego zleciałam. Leżał na dole schodów i nie miał tyłu głowy.
                                                    Przemas, zatkany swoim kawałkiem bułki, próbował cos powiedzieć, zakrztusił się, a ponieważ jednocześnie bardzo się starał być cicho ze względu na Marlene, przez chwile zamiast kaszleć, dusił się w milczeniu. Walnęłam go w plecy i złapał oddech.
                                                    - I nie żył?
                                                    - Tez byś nie żył w takich warunkach. A jakby nie te krzaki, to by zleciał do wody, zaraz obok slipu i nawet jakby go nurt nie zabrał, to bym go nie zobaczyła. Uważaj!
                                                    Nie zdążyłam, Marlena była pierwsza. Stanowczym, nawet niezbyt szybkim, ale niepowstrzymanym gestem ryja wzięła sobie z desek ledwo napoczętą puszkę pasztetu, popatrzyła na mnie, machnęła cienkim ogonkiem i odeszła w cieplejsze miejsce, żeby się w spokoju pożywić. Nie obawiała się, ze jej cos odbierzemy, ponieważ od kiedy nastała jako rezydentka, nikt nigdy niczego jej od ryja nie odjął, ale wolała jeść bliżej Rysia. Przemas pogroził jej resztą bułki i sięgnął po keczup.
                                                    - I nie wiadomo, kto to był?
                                                    - Nie. Nie znam gościa, a policja nie powiedziała. Pamiętam, że pierwsze, co mi się pomyślało, to że co za szczęście, ze to nikt znajomy… nie chciałabym trafić na znajomego trupa…
                                                    - Pewnie, tez uważam, że obcy lepszy.
                                                    - Starszy gość, jakby nie ta rozwalona głowa, to by nawet nobliwie wyglądał…
                                                    - Tenisista?
                                                    - Nie, to co miał na sobie to były raczej spodnie od garnituru i koszula pod marynarkę, panowie sportowcy odziewają się inaczej. A w „Horyzontach” wczoraj żadnej imprezy nie było, znaczy żadnej głośnej.
                                                    - A jak się okaże, że to ten gość, co na ciebie złożył skargę?
                                                    Spojrzałam na Przemasa z niesmakiem.
                                                    - Policja go spuściła z wodą. – przypomniałam mu sucho.
                                                    - Nieważne, ale miał cos do ciebie.
                                                    Zatkałam się ostatnim kawałkiem bułki z keczupem. Pomysł Przemka kompletnie mi się nie spodobał. Gość, którego straszyłam diaksą faktycznie wezwał policję – przyjechał nawet radiowóz, żeby obejrzeć miejsce starcia i Walkirię narzędziem warsztatowym atakującą niewinnych tenisistów. Obejrzeli diaksę i dziób Nadziei, skonfrontowali obie wersje i chyba doszli do wniosku, ze żeby – jak twierdził pan pokrzywdzony - ganiać kogokolwiek po całym terenie HOWu z pracującą diaksą na półtorametrowym przewodzie musiałabym mieć tez kogoś, kto by biegał za mną z przenośną elektrownią. Jedyne, co dało się stwierdzić naocznie to to, ze pan rozlał nam farbę, przy czym Przemas twardo upierał się, że tenisista kopnął w słoik.
                                                    - Nie wiem. Tamten był chyba młodszy, ale teraz bym się nie założyła. Mam nadzieje, ze to nie on.
                                                    - On się awanturował parę razy i z różnymi ludźmi. – zauważył Przemek z namysłem. – Może ktoś miał go w końcu dosyć? Jak myślisz? Mnie farbę rozlał, Ance burtę odłupał…
                                                    - Przebóg, Przemas, nie podsuwaj im takich teorii!
                                                    - Dlaczego? Wyglądali na zagubionych…
                                                  • berrin Re: Prezencik 18.05.17, 12:44
                                                    No to wracamy do przyjemnych rzeczy.

                                                    Owszem, byłam ciekawa, kim jest nieboszczyk, ale prawdę mówiąc miałam nadzieję, że nie ma nic wspólnego ani z HOWem, ani z „Horyzontami”, ani w ogóle z niczym, co istniało w okolicy. Zwłaszcza z nami. Całkowicie obcy trup pasował mi dużo bardziej. Na szczęście policja na razie nie była zainteresowana rozmową z Przemkiem – nie mógł zatem podsunąć im tego nader ciekawego tropu. Dzięki niemu za jednym zamachem uczyniłby podejrzanymi w zasadzie całą obsadę remontową, bo wszyscy, ilu nas tu pracowało, mieliśmy w którymś momencie jakieś drobne kłopoty z sąsiedztwem. By wymienić tylko obecnych w tej chwili: ja – diaksę, Przemek – rozlaną farbę, Rysio – napaści na Marlenę, Jurek – eskalujący spór o wzmacniacze. Właśnie Jurek podpadł tenisistom najpotężniej, ponieważ nie mogąc doprosić się od naszych sąsiadów ściszenia muzyki, o dziesiątej wieczorem ryczącej z głośników nad kortem z takim natężeniem, że ptaki spadały w locie, wyłączył im prąd. Jak to zrobił, nie wyłażąc poza nasz płot, nie wiedzieliśmy, ponieważ ani kort, ani „Horyzonty” nie miały z nami wspólnej instalacji, ale przez dwa dni eleganccy panowie nie mieli nawet oświetlenia nawierzchni, nie wspominając już o bieżącej wodzie w wucetach, a dwu wezwanych na pomoc elektryków nie było w stanie nic zrobić mimo wrzasków właściciela obiektu. Potem niestety cieć z sąsiedztwa wskazał im potencjalną szansę, radząc, żeby pogadali ze stolarzem z HOWu, pogadali i Jurek ten prąd przywrócił.
                                                    No tak, tylko że oznaczało to raczej istnienie motywów po ich stronie, to nas koniecznie trzeba było pozabijać, bo utrudnialiśmy im życie. Oni nam tez, ale utłuczenie jednego gościa nic by nam nie dało…
                                                    W tej chwili zresztą w całości pochłaniał mnie inny temat – nade wszystko chciałam się umyć, a dostęp do prysznica na razie nie był możliwy, bo w międzyczasie Rysio wyłączył bojler. Wytrwałam już bardzo długo cała w kleju i benzynie lakowej i uznałam, ze dość tych uprzejmości. Znalazłam trupa, co jest moja zasługą, a nie winą, jakbym nie znalazła, to wprawdzie teraz mieliby spokojny poranek, ale potem byłoby im dużo trudniej, bo nieświeży trup jest dużo bardziej kłopotliwy w obsłudze, zatem cos mi się należy.
                                                    Przemas mnie poparł, choć chyba głownie dlatego, że był ciekaw moich dalszych interakcji z władzami. Ku jego zmartwieniu, nie on znalazł ciało i nie on spędził noc na HOWie, był zatem dla władz całkowicie nieinteresujący, jedyną zatem szansą na uczestniczenie w zdarzeniach było dla niego przyklejenie się do mnie. Razem ruszyliśmy do władz.
                                                    Zanim dokądkolwiek doszłam, zastopowała mnie Marlena. Wyciągnięta jak odaliska, leżała pod samymi drzwiami, blokując je swoją pękatością, machała ogonem, piszczała i nadstawiała brzuch do głaskania jakiemuś osobnikowi w kurtce z demobilu. Osobnik, tkwiący w dość niereprezentacyjnej pozycji, nieco wypięty, nachylał się nad suką i głaskał ja porządnie, systematycznie i jak należy, tłumacząc jej jednocześnie, ze musi przejść do środka. Moim skromnym zdaniem strategię wybrał dość dyskusyjną, nawet jeśli budziła aprobatę Rysia.
                                                    - Niech jej pan da kanapkę, to pana puści. – zaproponowałam wreszcie, straciwszy nadzieje, ze facet sam się ruszy. Moja irytacja rosła, bo wprawdzie byłam już po śniadaniu, ale ogólna nieświeżość wydawała mi się coraz bardziej męcząca.
                                                    Facet odwrócił się, popatrzył w górę i skrzywił się strasznie, bo miał mnie pod światło. – Dzień dobry panu. – dodałam po namyśle.
                                                    - Dzień dobry pani. – odrzekł uprzejmie i żeby wstać, oparł się o drzwi. Dokładnie w tym momencie ktoś z wewnątrz postanowił je otworzyć, facet nie znalazł podparcia, wstając, nastawiony był na ruch do przodu, więc jedyne, co mu zostało, żeby nie walnąć twarzą o żwir, to było wsparcie się o Marlenę. Marlena wystraszyła się śmiertelnie hałasu, poderwała, zabuksowała na żwirze i odbiegła skamląc schować się za Rysia, facet złapał równowagę, wyprostował się i wyszczerzył.
                                                    - Cześć, Janka, nie poznałem cię.
                                                    Teraz przez chwile ja go nie poznawałam. Szczerzył się do mnie wysoki, drągowaty blondyn w typie dźwigu samobieżnego, mocno zarośnięty, w sześćdziesiątce piątce i glanach, rzetelnie owłosiony liniejącą Marleną. Przemek przyglądał się na zmianę mnie i jemu, bardzo zaciekawiony. A moja pamięć do twarzy nawet w bardziej sprzyjających warunkach nie była najlepsza, teraz zaś w ogóle odmawiała współpracy.
                                                    Facet musiał zauważyć uprzejmy popłoch na moim obliczu, bo nagle się zlitował.
                                                    - Młodszy aspirant Jacek Ronkier. Twój listopadowy kierowca. Teraz lepiej?
                                                    No masz. Lepiej. Jak niby miałabym zidentyfikować tego radosnego wikinga z gładko ogolonym, skupionym chłopakiem w mundurze, wyznaczonym na ochotnika do dbania o dopust boży, czyli studentów na praktykach policyjnych? Sam siebie wówczas nazywał ofiarą twórczej niekompetencji i nie ukrywał, ze dowalamy mu obowiązków, ale jednocześnie zapewniał, że nie ma za złe.
                                                    - Jacek?
                                                    - No patrz, a ja cię poznałem od razu!
                                                    Pomyślałam, że jemu było dużo łatwiej, ponieważ swego czasu widywał mnie regularnie przez miesiąc właśnie w takiej wersji, jaką mógł oglądać teraz – obrzęchane portki, kurtka, chustka na głowie – no i należy zauważyć, że na moją urodę zarost raczej nie miał wpływu.
                                                    - Cieszę się, ze się nie postarzałam. Jesteś tu oczywiście służbowo?
                                                    - Tak, właśnie wróciłem z urlopu.
                                                    - Awansowałeś.
                                                    - Awansowałem.
                                                    - I zajmujesz się sprawą zwłok nad Wisłą.
                                                    - Skąd wiesz?
                                                    - Bo to ja wam tej rozrywki dostarczyłam – zobaczyłam wyraz jego twarzy, zastanowiłam się, co mówię, i poprawiłam się pospiesznie - w sensie, że ja go znalazłam. Rano.
                                                    Jacek uniósł brwi.
                                                    - Diabli mnie zanieśli nad rzekę i spadłam na niego, bo mi się noga na schodku omskła. – wyjaśniłam z goryczą. – Zdradzisz mi tajemnice śledztwa, jak on się nazywał?
                                                    - Jeszcze nie wiem…
                                                    - O, jesteś. – pan, z którym dwie godziny temu odbyłam rozmowę nad mapą, najpierw dostrzegł Jacka, potem mnie i Przemasa, i ewidentnie żadne z nas go nie zachwyciło. – wejdź.
                                                    - Zaraz. – powiedziałam chyba mało zachęcającym tonem. – Chcę iść do domu, umyć się i jechać na zajęcia. Czy panowie chcą mnie jeszcze o cos zapytać? Nie mam z tym wszystkim nic wspólnego poza tym, ze ja go znalazłam. Obiecuję, ze następnym razem nie znajdę.
                                                    Wyraz twarzy Jacka starannie wyrażał kompletnie nic. Jego szef popatrzył na mnie, jakby mnie pierwszy raz na oczy widział, pomyślał chwilę, a potem skinął głową.
                                                    - Dostanie pani wezwanie na komendę – zawiadomił mnie sucho.
                                                    - Nie ma sprawy. Mogę zabrać mój plecak?


                                                    cześć, fajnie wrócić smile
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 20.05.17, 00:02
                                                    O swiety Jacku z pierogami! Ale sie wszystko rozkreca!
                                                    Kryminal romansowy, kryminalny romans - romansidlo z nieboszczykiem w roli glownej. Albo z nieboszczykiem na boku.
                                                    I wogole sie dziwie, ze nieboszczyk na poczatku nie przemowil, no ale to byloby oklepane....na oklepanie berrin by sobie w zyciu nie pozwolila.
                                                    Wyjezdzam na weekend, ale juz sie ciesze na poniedzialek.
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 21.05.17, 20:07
                                                    Cześć, Berrin to świetny tekst, według mnie masz już Nagrodę Nobla zaklepaną!
                                                    Nie rozumiem tylko, co to sześćdziesiątka piątka, którą pan miał prócz glanów!
                                                    Wytłumacz tumanowi, proszę!
                                                    Gdyby sześćdziesiątka piątka to był typ takiego do strzelania (Jack Reacher ma często trzydziestkę ósemkę), to w co odziany był pan? Oprócz glanów oczywiście?
                                                  • berrin Re: Prezencik 22.05.17, 07:19
                                                    Kurtka US Army, wzór 65 r. Popularny demobil w Polsce od wielu lat, teraz tenże wzór szyją także po prsotu dla cywilów. Też miałam, zdarłam na strzępy w czasie studiów.
                                                    wygląda tak:
                                                    surplus.pl/images/kurtki/regiment_m65/20-2501-61_vorne.jpg
                                                  • berrin Re: Prezencik 24.05.17, 13:37
                                                    Troszeczka.

                                                    Mój powrót do domu, urozmaicony opędzaniem się od Przemasa, zakończył się tak, jak można było przypuszczać – prysznic jeszcze przestałam, ale potem pomyślałam, ze przysiądę na tym fotelu tylko kwadrans, bo naprawdę oczki mi się zamykają – i obudził mnie dopiero powrót w domowe pielesze ukochanych najbliższych. Ze zdziwieniem przyjęłam, ze ktoś mi ukradł osiem godzin dnia, które przecież powinnam była wypełnić zajęciami na uczelni, zjadłam coś, co w międzyczasie przygotowała dla siebie moja siostra, zawiadomiłam ją, że podsufitka przyklejona, spakowałam się i wyruszyłam na HOW.
                                                    Trup trupem, a pierwszy maja nie zaczeka.
                                                    Władz śledczych koło naszego hangaru już nie dostrzegłam. Za to kiedy mijałam „Horyzonty”, z wyżyn skarpy najpierw zauważyłam radiowóz zaparkowany pod biurem, a zaraz potem Jacka, siedzącego na balustradzie i wertującego rozsypujące mu się na wszystkie strony liczne kartki w kratkę. Czyli śledztwo trwało, tylko teraz poszli denerwować kogoś innego.
                                                    „Horyzonty” postawiono dawno temu, używając materiałów rozbiórkowych i niewielkiej ilości nowego drewna. Miały być niewielką bazą hotelowo-biurową dla okołowarszawskich działaczy żeglarskich, nasz HOW zaś - jej zapleczem remontowym. Środowisko okazało się jednak równie skłonne do zgodnej współpracy jak koty w zaprzęgu, w niebieskim budyneczku zamiast zaplecza biurowego niemal natychmiast zrobiono barek i restaurację i zaczęto na nich zarabiać, utrudniając mniej eleganckim członkom żeglarskiej społeczności nawet korzystanie z toalet, w odwecie ci mniej eleganccy nie wpuścili kilku łódek tych bardziej eleganckich pod dach hangaru, doszło do wzajemnego obrzucania się obelgami przed obliczem Towarzysza Pierwszego Sekretarza pezetżetu, a Zbyszek ku zaskoczeniu większości tych bardziej eleganckich okazał się człowiekiem rozsądnym (a także z pewnością chciał w spokoju remontować swoją łódkę w hangarze, w którym dziesięć lat wcześniej osobiście ja wylaminował) i stwierdził, ze skoro „Horyzonty” są żeglarzom niepotrzebne, to należy jej oficjalnie wynająć i na tym zarabiać.
                                                    W efekcie już wiele lat temu doszło do podziału terytorium cypla pomiędzy harcerzy i nieharcerzy i nieharcerze wzięli „Horyzonty”, a my resztę. W międzyczasie nowy (trzeci z kolei chyba) gospodarz kawiarni i restauracji ostatecznie zrezygnował z przestrzeni pod zimowanie jachtów i zrobił zamiast niej kort. Wtedy zaczęły się nasze konflikty z sąsiadami zza płota, bo oni byli jakby coraz bardziej eleganccy, a my jakby stale wcale nie.
                                                    Z wnętrza mijanego przez mnie właśnie niebieskiego budyneczku z biurem i kawiarnią dobiegły mnie za to teraz znienacka jakieś dziwne dźwięki. Do niczego mi nie pasowały, najbardziej kojarzyły się z jakimś bardzo cierpiącym zwierzęciem, zatrzymałam się zatem w mojej wędrówce do ciężkiej pracy. Jacek tez jakby się rozproszył, rozejrzał się niepewnie, podszedł do drzwi, sięgnął do klamki, zawahał i cofnął. Słusznie uczynił, bo właśnie w tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i wybiegła z nich dama w czerni, szarpiąc gors swej sukni i wydając z siebie odgłos godny bardzo głodnej foki. Zamarłam, Jacek tez zamarł, tuląc do piersi kartki w kratkę, a za panią w czerni wyjrzał policjant w mundurze, z całkowicie osłupiałym wyrazem twarzy.
                                                    Dama potknęła się o próg, zachwiała się, zrobiła kilka drobnych kroczków, starając się nadążyć za przeważającym całość kadłubem i ratując przed upadkiem dopadła wątłej balustradki. Przewiesiła się przez nią całym swym obfitym biustem i nadal szarpiąc gors zaczęła bardzo gwałtownie i bardzo głośno oddychać, przy czym jej wdechy nadal nasuwały na myśl stado uchatek nad kubłem śledzi. Niemal w tej samej chwili na tarasik wyszedł pan w cywilu, ten sam, którego rano tak zniesmaczyłam moim indeksem, podszedł do damy, troskliwie się nad nią nachylił, cos do niej powiedział, a potem umiarkowanie delikatnie oderwał ją od parapetu i powlókł z powrotem do biura. Dama próbowała jednocześnie wdychać, wachlować się i coś do niego mówić, pozwalała się wlec, usłyszałam coś o kawie, a potem pan mundurowy zamknął za nimi drzwi.
                                                    Jacek, z miną osoby łagodnie zdziwionej rozmaitością świata, rozejrzał się po okolicy. Widok stanowił całkiem miły dla oka, już rok temu byłyśmy zdania, ze powinien stanowczo przestać się tak ciągle codziennie golić, na tarasiku przed kawiarnia wyglądał wręcz wakacyjnie i przez chwilę nawet nie pamiętałam, ze on jest tutaj służbowo. No ale był.
                                                    Bardzo wątpiłam, żeby pan w cywilu, rankiem patrzący na mnie jak na błąd gramatyczny, a obecnie obciążony obowiązkami służbowymi w postaci obszernej damy był skłonny odpowiedzieć mi na jakiekolwiek pytania dotyczące nieboszczyka znad rzeki. Jacek w tej kwestii stwarzał trochę większe szanse.
                                                    Dotarłam na HOW, zostawiłam plecak w hangarze, poczęstowałam Marlenę bananem i wróciłam na skarpę akurat w chwili, kiedy Jacek się na nią wspiął.
                                                    Przysięgłabym, że na mój widok się ucieszył.
                                                  • franula Re: Prezencik 24.05.17, 16:13
                                                    to sąd administracyjny takoż proszę won

                                                    więcej mi parsknięć trzeba bo trochę świat parszywy jakby ostatnio: i koty w zaprzęgu i uchatki nad kubłem śledzi cudne

                                                    i ciekawość się lęgnie we mnie cóż dalej...
                                                  • balamuk Re: Prezencik 24.05.17, 17:56
                                                    I Jacek, z miną osoby łagodnie zdziwionej rozmaitością świata. smile))
                                                    Teraz mogę w dobrym humorze zabrać się do wyjątkowo paskudnej fuchy.
                                                    Dzięki!
                                                  • franula Re: Prezencik 24.05.17, 21:43
                                                    no jak to romase potemcjalnych podejrzanych z przedstawicielami ścigania mają długoletnia tradycję

                                                    kto wie może jakaś pani będzie śpiewac "rudy rudy rudy rydz" a jakowyś ktoś zapnie guzik w swojej sześćdziesiątce piątce i ujawni niezlicozne talentysmile
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 25.05.17, 08:57
                                                    Kartki w kratke znienacka mnie rozczulily - dawno nie widzialam. Sama bym je do piersi przytulila.
                                                    Co tu czlowiek wejdzie to sie tez ucieszy, jak ten Jacek.
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 09:28
                                                    asia.sthm napisała:

                                                    > Kartki w kratke znienacka mnie rozczulily - dawno nie widzialam. Sama bym je do
                                                    > piersi przytulila.
                                                    >
                                                    >

                                                    Na studiach faktycznie uczestniczyłam w przedmiocie "Praktyka policyjna", który polegał na udziale w czynnościach wydziału patrolowo-interwencyjnego, służby ruchu drogowego, komisariatów kolejowych i czasami - jesli się miało wiele szczęscia/pecha - dochodzeniówki. Opiekował sie nami ofiar twórczej niekompetencji, wyznaczony na ochotnika bardzo młody funkcjonariusz "na dorobku". Cały dzień, a czasami całą noc zasuwało się z chłopakami z radiowozu po okolicy, starając się nie dokładac im pracy, a nawet jej ujmowac, co najczęściej polegało na tym, ze umiejący pisac student zgłaszał sie na ochotnika do pisania protokołów i notatek. I właśnie przy takiej okazji pojawiały sie te kartki w kratkę, bo protokoły różnych czynnosci, a najczęściej przesłuchania, zaczynało się pisac na takim specjalnym formularzu, ale potem, jak przesłuchanie sie wydłużało, dalsze strony leciały juz na papierze kancelaryjnym. Pamiętam zresztą ten okres jako całkowicie kryzysowy jeśli chodzi o dofinansowanie wszelkich służb - jedyne, czym wtedy dysponowali w obfitości, to był własnie papier podaniowy w kratkę. Pamiętam ryzę grubości dwudziestu centymetrów, lekko pożółkłą, z której czerpiąc, protokołowałam w komisariacie kolejowym Warszawa Centralna przez 9 godzin non stop... Na zmianę ręcznie i maszynowo...
                                                    To były czasy...
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 25.05.17, 09:53
                                                    Cudownie ci sie udaje wtykac prawdziwe zycie do wlasnej tworczosci. Gurua to potrafila, a ty to robisz dokladniusko tak po mistrzowsku jak najlepsze mistrze swiata.
                                                    Straszna frajda cie czytac. Mniam mniam.
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 12:33
                                                    Sąd poszedł won, ale zaraz wraca, więc póki nie patrzy...


                                                    c.d.
                                                    Wtedy ja też się ucieszyłam, co oznaczało, że oboje znienacka zaprezentowaliśmy zarazem radość, jak i zakłopotanie z powodu zauważenia tej radości. Jacek wybrnął pierwszy.
                                                    - Mam kawę w termosie.
                                                    Jakże praktycznie… postanowiłam, że się dopasuję, tym bardziej, że dobra przez mnie posiadane lepiej się nadawały na zachęcacze.
                                                    - Ja mam babeczki produkcji mojej siostry i banany. Jesteś uziemiony w okolicach tego tarasiku, czy możesz iść dokonywać czynności śledczych kawałek dalej?
                                                    - Mogę dalej, tylko tam strasznie pyli i śmierdzi acetonem.
                                                    - Tam istnieje dużo gorsze niebezpieczeństwo niż aceton – powiedziałam tajemniczo, ruszając w stronę hangaru. – Jeśli nie uważasz, możesz stracić wszystko, bo Marlena ci ukradnie.
                                                    - Ta łysawa sunia?
                                                    - Uważaj z tymi inwektywami, nasz bosman jest bardzo czuły na jej punkcie. Owszem, ta łysawa sunia. Kradnie żarcie.
                                                    - Oddałem jej moje śniadanie, dobrowolnie. Tak się patrzyła, jakby głodowała od tygodnia. Gdzie siądziemy?
                                                    - Proponuję naszą łódkę. Od wczoraj butapren pewnie nieco wyparował, poza tym siądziemy sobie w kokpicie na zewnątrz i będzie miło. Twój szef mnie nie lubi.
                                                    Dotarliśmy właśnie do zejścia na plac remontowy i woń farby, rozpuszczalników, podgrzanego laminatu i bosmanarysiowego obiadu uderzyła we mnie z całą mocą.
                                                    Popołudniowa zmiana, wolna po zajęciach szkolnych i uczelnianych, tkwiła na posterunkach nie bacząc na to, że przy całkiem słonecznej pogodzie znowu mieliśmy nędzne 6 stopni ciepła. Z rejonu stelaży dobiegało wycie wiertarek i szlifierek, ze stolarni – straszliwy gwizd piły tarczowej, z socjalnego – odgłosy czyjejś irytacji na nieczynny bojler, a centralnie przed hangarem Prezes i Długi bardzo hałasliwie rozwłóczyli drewno ze sterty, starając się dość beznadziejnie wybrać z przekładanej wielokrotnie kupy jakieś odrobinę mniej sęczne deski. Przed otwartymi na przestrzał wrotami centralnego hangaru stał stolarz Jurek i palił papierosa, jakby brał udział w spisku – a biorąc pod uwagę całkowity zakaz palenia na terenie całego HOWu – poniekąd brał. Zdążyłam zauważyć Zbyszka, wynurzającego się z głębin Konsensusa, Jurek też zauważył, bo zgasił papierosa o ścianę budynku i zniknął w jego wnętrzu.
                                                    Jacek ocenił sytuacje na dole, pomyślał chwilę, ostrożnie zlazł za mną po stalowym trapie, położonym na stromym zboczu wału 15 lat temu jako prowizoryczne schody na jeden sezon, ponownie rozejrzał się po wrzącym pracą i emocjami otoczeniu i poważnie skinął głową.
                                                    - To nic osobistego, on nikogo nie lubi, a do tego podejrzewa wszystkich o wszystko. - pomyślał chwilę, a potem dodał przezornie - Nie mogę ci zdradzać tajemnic śledztwa.
                                                    - Na razie to jeszcze nie ma żadnych tajemnic śledztwa, poza tym fakt, że mnie nie lubi to chyba nie jest tajemnica. – zauważyłam. Przeszliśmy przed frontem ośmiu rozgrzebanych łodzi, pomachałam Bogdanowi, który właśnie zabierał się do malowania numerów na Polimalu, wspięłam po pantografie na rufę Nadziei i zachęcająco poklepałam ławeczkę na prawej burcie. – Wskakuj. Ja tylko sprawdzę, czy mi dywanik z sufitu nie odleciał.
                                                    We wnętrzu Nadziei stał jak na warcie straszliwy smród kleju, podsycony chemiczno-mdłym aromatem nowej wykładziny. Mimochodem zastanowiłam się, jak ja w nocy byłam w stanie siedzieć i przez kilka godzin wdychać to wszystko, potem przypomniałam sobie po pierwsze moje stany odlotowe pod koniec nocnej pracy, a po drugie wykład doktora Krajewskiego, że nos bardzo szybko się znieczula nawet na sekcyjne zapachy, pomacałam podsufitki i burty i ucieszyłam się, bo praca była wykonana wzorowo. Wnętrze Nadziei z menelskiego przekształciło się w hotelowe, zielony melanżyk okładziny burt znakomicie komponował się z mahoniowym wykończeniem mesy, jeszcze tylko nowe materace na koje (rany, musze uszyć obicia do nowych materacy…) i środek odhaczamy jako gotowy. Co oznacza, ze więcej nie musze się uszczelniać wewnątrz kabiny, co za szczęście.
                                                    - Wyjdź może z tej komory gazowej – zaproponował Jacek za moimi plecami. – Naprawdę uważasz, ze to dobre miejsce na obiad?
                                                    - Przecież nie musisz tu włazić, a na zewnątrz pachnie tylko farbą z Polimala.
                                                    - Butapren?
                                                    - Butapren. Oraz nowa wykładzina i aceton. Co ci poradzę, każde hobby śmierdzi na swój sposób.
                                                    Wypakowałam marchewkowo-dyniowo-rodzynkowe muffiny mojej siostry na elegancko wytartą klapę bakisty w kokpicie, dołożyłam cztery banany i popatrzyłam wyczekująco.
                                                    - Ty cos o kawie mówiłeś?
                                                    Przez długa chwilę zajmowaliśmy się wyłącznie kawą, babeczkami i otrzepywaniem się z okruchów. Cztery ostatnie ciastka zapakowałam starannie w papier i schowałam do torby.
                                                    A potem zapanowała pełna wyczekiwania cisza.
                                                    Poczułam się lekko rozbawiona, ponieważ ewidentnie Jacek miał w stosunku do mnie te same plany, co ja wobec niego. Ja chciałam, żeby mi coś opowiedział o nieboszczyku, a on wyraźnie tez miał całą listę pytań i jak obstawiałam, raczej nie o przepis na marchewkowe babeczki.
                                                    - To może pytajmy się na zmianę? - zaproponowałam wreszcie litościwie.
                                                    Jacek trochę się speszył a trochę ucieszył.
                                                    - Kiedy ja niekończenie będę ci mógł coś powiedzieć.
                                                    - Ja tez nie do wszystkiego się przyznam, nie przejmuj się. Kto to była ta pani z biustem?
                                                    Zastanowił się chwilę, rozejrzał po okolicy, jakby sprawdzał, czy jego niezadowolony szef go nie podsłuchuje i drgnął, kiedy cztery metry od nas, przy Wolnej Sobocie, Paweł odpalił szlifierkę. Pomyślałam, ze teraz może nas próbować podsłuchiwać dowolna osoba, stara szlifierka kątowa i tak wszystko zagłuszy. Jacek chyba doszedł do tych samych wniosków, bo wzruszył ramionami.
                                                    - A co tam. Żona denata to była. Kapitan powiedział jej, że będzie musiała pojechać na identyfikację, a ona się dość zbulwersowała. Chociaż uczciwie mówiąc, to zbulwersowana była od samego początku, tylko z różnym nasileniem.
                                                    - Czyli wiecie, kim jest denat?
                                                    - Wiemy. Mówi ci coś nazwisko Stanisław Skroński?
                                                    Zastanowiłam się rzetelnie i pokręciłam głową.
                                                    - Nie. I twarz też mi nic nie powiedziała, choć uczciwie mówiąc nie przypatrywałam się, a śmierć zmienia, zwłaszcza taka… Zresztą mógłby tu bywać i codziennie, jeśli na przykład przychodził pograć w tenisa to mogliśmy go widywać pięć razy na tydzień i nikt faceta nie skojarzy. Kimś był?
                                                    - Wspólnikiem spółki „Nowe Horyzonty”.
                                                    - O, to jest spółka?
                                                    - W rejestracji. Teraz ja. Co naprawdę robiłaś tutaj w nocy?
                                                    Westchnęłam, myśląc, że musiałam wywrzeć na jego szefie niezapomniane wrażenie.
                                                  • berrin Re: Prezencik 25.05.17, 14:25
                                                    No to c.d.
                                                    Ale potem będzie przerwa. smile

                                                    Westchnęłam, myśląc, że musiałam wywrzeć na jego szefie niezapomniane wrażenie. Jacek się zakłopotał.
                                                    - Wcale nie chodzi o to, ze go zabiłaś. – zapewnił pośpiesznie. – Spokojnie jestem gotów założyć, ze nie, i na pewno bez problemu potwierdzimy to laboratoryjnie, bo będzie widać, czy denat miał na sobie wióry i włókna z wykładziny…
                                                    - Prawie na niego spadłam, coś się mogło przenieść.
                                                    - Nieważne. On miał więcej problemów, niż tylko rozbitą głowę, gdybyś to ty go spychała do rzeki, wyglądałabyś dużo gorzej. Względnie byś się umyła, żeby nie wyglądać. A byłaś brudna, a ten wasz prysznic nie został użyty. No i sama wiesz, jak jest, to nie jest najbardziej typowa rzecz na świecie, nocowanie tutaj i pętanie się o świcie na tym pobojowisku nad rzeką.
                                                    Pomyślałam, machnięciem odpędziłam myśl, że ta sucha łazienka to jest chyba jakieś kanoniczne alibi, i co za szczęście, że się nie umyłam i postanowiłam współpracować. Niewinna byłam w tej sprawie do obrzydliwości, niech mają.
                                                    - Naprawdę przyszłam o jedenastej, żeby w nocy spokojnie pokleić podsufitki. – powtórzyłam moje zeznanie z poranka - Nie wiem, co w tym takiego niewiarygodnego, pogadajcie z resztą ekipy remontowej, wszyscy pracujemy i się uczymy, niektórzy mają rodziny, jedyny moment, kiedy obowiązki nam nie wyją to noc.
                                                    - Nie za ciemno i zimno?
                                                    - W dzień jest porównywalnie zimno, a jak pracujesz wewnątrz łodzi to i tak odpalasz sobie lampę, więc co za różnica. Uszczelniłam się w kabinie razem z butaprenem i grzejnikiem, a do tego śpiewałam przy pracy, dopóki mnie nie zemdliło, więc uwierz mi, proszę, dokoła Nadziei stado policjantów mogłoby tańczyć czaczę, a ja bym nie zauważyła. Nawdychałam się butaprenu, świat mi zatańczył, wylazłam na zewnątrz, ale nie zdołałam dojść dalej niż na tę ławkę, owinęłam się plandeką i leżałam.
                                                    - Cicho było?
                                                    - Zupełnie. Niebo się kręciło, jakiś pojedynczy ptaszek nadawał, czułam się… nie najlepiej… ale jestem pewna, że było cicho, bo specjalnie się zachwyciłam.
                                                    - Która to była godzina? Umiesz…
                                                    - Umiem. Trzecia zero osiem.
                                                    - A potem?
                                                    - Potem zasnęłam.
                                                    Jacek zamyślił się z bananem w dłoni. Zajrzał jeszcze raz do wnętrza łodzi, przesunął dłonią po wykładzinie i odkaszlnął.
                                                    - Że też się nie udusiłaś…
                                                    Nie zamierzałam kontynuować tematu. Za to przypomniało mi się coś, czego od rana mimo szczerych chęci nie udało mi się zeznać niekoniecznie z własnej winy.
                                                    - Właśnie… co mi przyszło do głowy… wcale niekoniecznie ja go znalazłam pierwsza.
                                                    - Proszę?
                                                    - Nie mówiłam wam wcześniej, ale tuż po piątej rano jakiś ktoś przebiegł od wału po żwirze i wywalił się na moim przedłużaczu. Leciał od rzeki. Na zabójcę było za późno, bo on biegł na kwadrans przed tym, jak ja polazłam nad rzekę, obudziłam się dosłownie chwilę wcześniej i może i nie byłam wzorem przytomności, ale raczej mi nie wyglądał na porannego sportowca.
                                                    - Myślisz że go znalazł i zwiał?
                                                    - To możliwe, nie? Nie każdy jest legalistą, poza tym może się zwyczajnie wystraszył, a może miał już z wami do czynienia i wiedział, ze z marszu najbardziej podejrzana będzie osoba znajdująca zwłoki. Zwłaszcza, jeśli znalazła je w miejscu mało intuicyjnym dla spaceru o świcie i jeszcze będzie musiała podać wiarygodne wyjaśnienie, co tam robiła przy tym trupie. Ja niby mam takie wiarygodne wyjaśnienie, a twój szef mi nie uwierzył.
                                                    - Dlaczego do tej pory tego nie powiedziałaś?
                                                    - Bo twój szef stosuje zasadę, że świadkowi stawia się konkretne pytania i nie pozwala mu na rozwinięcie wypowiedzi. Mnie uczyli, ze to jest błąd taktyczny przesłuchania, ale to on jest fachowiec… a o ten kawałek doby mnie nie pytał. Tylko co tu robiłam i czemu rano polazłam na wał. Zresztą właśnie sobie przypomniałam i uzupełniam zeznanie, więc o co chodzi?
                                                    - Jak wyglądał?
                                                    Zastanowiłam się głęboko.
                                                    - Niegruby. Dość wysoki. Widziałam go tylko przez chwilę, w tym prześwicie – machnęłam ręką w stronę kępy topoli – W spodniach. Raczej nie w garniaku, i nie jaskrawo ubrany, na tle ściany hangaru był jaśniejszy, ale to mogło być coś szarego, zielonego, niebieskiego... I nie świecił łysiną. W ogóle nie, to znaczy nic, co by zwracało uwagę. Zwyczajny, chyba młodszy niż starszy. Biegł sprawnie, po upadku pozbierał się od razu. Musiał wbiec na górę tamtymi schodami, a nie trapem, bo spod stelaży skręcił w prawo.
                                                    Jacek wyskoczył z kokpitu i obejrzał żwir przed dziobem Nadziei. Po kilku długich godzinach, jakie minęły od poranka, po upadku biegacza nie było już śladów, sama zaczęłam je zacierać jako pierwsza, zwijając święty przedłużacz.
                                                    - Jakie inne problemy?
                                                    Aż podskoczył.
                                                    - Co?
                                                    - Jakie inne problemy miał denat? Zawału dostał?
                                                    - Nie. Miał uszkodzone kolano, jakby go ktoś kopnął z boku. Musiał po tym co najmniej się złożyć, a na pewno nie mógłby już nigdzie pójść o własnych siłach.
                                                    - To doktor Firlej po niego przyjechał, prawda?
                                                    Jacek otworzył usta, żeby się głupio zdziwić, przypomniał sobie, co ja właściwie studiuję i pospiesznie je zamknął.
                                                    - Tak.
                                                    No pewnie. Żaden inny medyk sądowy nie powiedziałby im niczego wiążącego tak od razu.
                                                    Doktor Firlej jak na tak młodego pracownika Zakładu Medycyny Sądowej był już osobą bardzo znaną może nie szerszej, ale bardzo konkretnie zainteresowanej publiczności. Głupio być legendą przed trzydziestką, sam tak twierdził, co nie przeszkadzało mu taką legendą właśnie zostawać. Doktor Krajewski, próbując wyjaśnić nam pewną przedwczesność względnie kontrowersyjność niektórych jego stanowczych stwierdzeń, zwykle zaczynał od „Doktor Firlej jest jeszcze młody i pełen entuzjazmu…” co nie zmieniało faktu, ze przedwczesne i kontrowersyjne opinie jego młodego współpracownika zwykle sprawdzały się w toku dalszych badań. Skoro stwierdził, ze nieboszczyka ktoś kopnął w kolano, to pewnie za dwa tygodnie, po wszystkich sekcjach i badaniach specjalistycznych okaże się, ze faktycznie ktoś go kopnął i to z dokładnie takim skutkiem, jak zasugerowany w pierwszym kwadransie pierwszej, nadrzecznej obdukcji.
                                                    A to, ze to właśnie on zajmował się denatem znad Wisły, ucieszyło mnie szczególnie. Jasio Firlej, który bardzo lubił wszystkich studentów, a już pasjami uwielbiał ludzi zadających pytania, mógł być niezależnym, wiarygodnym i entuzjastycznym źródłem informacji.
                                                  • zaisa Re: Prezencik 25.05.17, 23:26
                                                    O dzięki, Berrin, że nie poprzestałaś dziś na tym pierwszym kawałku. Bo bym jeszcze na bezdechu została.
                                                    I dziękuję za całość. W dwójnasób co najmniej, bo straszecznie mnie cieszą te klimaty żeglarsko-remontowo-przystaniowe.
                                                    Już raz pisałam peany na Twoją cześć, ale telefon, bydlątko nienażarte, zamiast wysłać właśnie zeżarł.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 26.05.17, 11:53
                                                    Ja nawet nie mam slow, zeby powiedzic jak mi sie to wszystko podoba.
                                                    Berrin, ty tez juz jestes legenda przed trzydziestka jak doktor Firlej, tylko ze w paru dziedzinach. Zywych ludzi poruszasz do glebi bez skalpela. Jakiegos niewidocznego kopniaka dajesz z boku( nie w kolano), az czlowiek z zachwytu przysiadzie i posiedzi zadumany na wesolo, bo mu sie poprzypomina zapomniane.
                                                    I nic mnie nie obchodzi ile masz lat.
                                                  • berrin Re: Prezencik 26.05.17, 12:04
                                                    Ach Asiu, jakże słusznie swego czasu to właśnie Tobie zadedykowałam trupa!
                                                    (PRZED trzydziestką to mi sie nie udało, ale co tam, mniejsza o przyimki smile )
                                                    A tak w ogóle... ja... sie strasznie zakłopotuję i cieszę, jak Wy to czytacie, reagujecie i jeszcze jak twierdzicie, ze razem ze mna się w tej nostalgii nurzacie z takim upodobaniem.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 26.05.17, 22:43
                                                    Bo to miła nostalgia jest. Czasy, kiedy jeszcze nie mieszkałam całkiem blisko miejsca opisywanych wydarzeń. Ale chyba jakoś niedługo miałam zamieszkać. I knajpa przy Wisłostradzie, której ówczesnych bywalców nazwaliśmy miłośnikami yachtingu przez duże i ironicznie skrzywione y.
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 03.06.17, 14:51
                                                    Berrin, kochanie Ty moje! Ja nie chcę być niegrzeczna, nie chcę Cię poganiać (nie prawda - właśnie, że chcę) ale ja ( i chyba nie tylko ja) baardzo czekam na CIĄG DALSZY!
                                                    Ja wiem, Ty uprzedzałaś, że teraz już nie będzie tak szybko, ja to nawet rozumiem big_grin ale miej trochę litości i zapodaj chociaż odrobinkę. Plisssss... kiss
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 03.06.17, 15:15
                                                    Pod Babe sie podepne, pod buzke sie podepne.....ale to jeszcze wcale nie bedzie popedzanie.
                                                    Tak bezinteresownie, ot tak z samego lubienia. Widac me niewinne oczy, co nie?
                                                  • berrin Re: Prezencik 03.06.17, 15:43
                                                    Kochane. To co mam w pracy (polowanie na czerwony październik...) w tym tygodniu wykluczyło mnie z tffurczych zabiegów. Przepraszam. Nie chce Wam sprawiac zawodu, ale SIE NIE DAŁO... ( widać moje przykrywanie nosa łapami ze wstydu...?).
                                                    Poprawię się zaraz od poniedziałku. Chyba, że w poniedziałek mnie zwolnią, to od wtorku.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 03.06.17, 16:28
                                                    Ty zostaw swoj nos w spokoju - nijak nie masz czego sie wstydzic, nijak zawodu nie robisz, no co ty pleciesz ...

                                                    My chcemy tylko zebys wiedziala jak okrutnie twych owocow pragniemy... no jakos tak.
                                                    Sie poczeka jak dzieci na gwiazdke czekaja i wszystko nam tylko na zdrowie wyjdzie.
                                                    Przestepowanie z nogi na noge to jest calkiem dobra gimnastyka, prawie jak kucanie.
                                                  • koszmarna.baba Re: Prezencik 03.06.17, 17:29
                                                    Ooo... to masz zupełnie jak ja przez prawie cały maj. sad
                                                    Sorry za popędzanie ale z Twoją twórczością było jakoś łatwiej przeżyć. Taka iskierka światełka w ciemności. kiss
                                                  • gat45 Re: Prezencik 03.06.17, 18:42
                                                    Kucanie jest zdrowe jako takie. Kucać należy w celu bycia kucniętym. Kuc jest najbliższy pozycji płodowej i ma walory (nie wiem dokładnie jakie, ale kiedyś czytałam na ten temat obszerny tekst z podtekstem naukowym). Człowiek kucnięty czuje się bezpiecznie. Osobiście bardzo wiele rzeczy robię na kucająco, bo mi tak najwygodniej. I lubię. Ponadto częste kucanie znakomicie działa na stan stawów kolanowych. Poza tym...
                                                    No już. O kucaniu mogłabym długo i namiętnie.
                                                    Berrin, pisz !
                                                  • berrin Re: Prezencik 03.06.17, 19:37
                                                    Mam krótkie nogi, zwłaszcza ten kawałek od kolana w dół i kucanie mi nie wychodzi, bo się przewracam. Zdrowe może być.
                                                    Budująco na mnie działacie. Wsparciowo.
                                                    Pisać będę.
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 05.06.17, 08:54
                                                    Cześć Berrin, a może w czymś mogę Ci pomóc, wesprzeć np. dobrym słowem, myślą, czy jakoś tak?
                                                    Żebyś Ty miała na głowie wyłącznie Osobistego, zwierzątkowo i prezencik.
                                                    Pisz mala, pisz...
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 05.06.17, 09:34
                                                    berrin napisała:

                                                    > i bardzo, bar
                                                    > dzo chorego Lisa Okazałego...

                                                    Biedny Lis Okazały!
                                                    Biedna, biedna Berrin!
                                                    A nie dałoby się myknąć np. na
                                                    jakie L - 4?
                                                    W myśl zasady, że praca nie zając?
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 11:46
                                                    Kochane. Jak obiecałam.
                                                    Troche to terapia, zeby fioła nie dostac od urozmaiconego życia...


                                                    c.d.
                                                    - Pokażesz mi, jak on biegł? – przerwał moją zadumę nad medycyną sądową Jacek. Przez chwilę wydawało mi się, ze pyta mnie o poranne przebieżki doktora Firleja, ale opanowałam się.
                                                    - Pokażę ci, co widziałam, ale nie sugeruj się za mocno. Wybił mnie ze snu, byłam naspawana, zesztywniała, zmarznięta i zapewne nieszczególnie spostrzegawcza. – zeskoczyłam na żwir obok niego. – Tu się potknął i przewrócił. Biegł stamtąd, słyszałam cos, co pasuje do zjechania na butach po zboczu wału – machnęłam ręką w stronę Wisły. - Jakby wybrał inną trasę, toby nie hurgotał, żwir jest tylko tu.
                                                    - Stamtąd?
                                                    - Tak. Wychodzi na to, że wybrał najkrótszą drogę miedzy zwłokami i hangarem, chociaż…
                                                    Zagapiłam się przed siebie, a potem wlazłam na wał. Jacek, wyraźnie zaciekawiony, a przy tym jakiś niespokojny, wlazł za mną.
                                                    - Szkoda, ze czegoś nie zgubił, jak się przewrócił. – mruknął. – Co jest?
                                                    - Dlaczego on tak dziwnie biegł?
                                                    - Proszę?
                                                    Podeszłam do skraju schodów, zdążających ku rzece. Na dole już nie było kupy gałęzi i śmiecia, zabrały ją ze sobą władze śledcze.
                                                    - No bo on… Musiał biec jakoś stąd, w każdym razie być gdzieś tutaj, skoro zbiegł do nas na dół. I naprawdę się śpieszył… ale zobacz…
                                                    Strasznie próbowałam ogarnąć to, co mnie właśnie tak strasznie zdziwiło, Jacek rozglądał się posłusznie dokoła, próbując wskoczyć na zakręcie w mój monolog. Minął nas biegacz, starszy pan w skomplikowanym stroju, zawsze niezmiernie mnie bawili i rozczulali dziarscy emeryci, zakładający krótkie piłkarskie spodenki na legginsy rowerowe, odsunęłam mu się z drogi, patrząc, jak łagodnie wchodzi w wiraż w stronę mostka i nagle zaskoczyło.
                                                    - To bez sensu jest. Jacek, popatrz. Musiał być gdzieś tu. – stanęłam na samym wale, tuż przy przerwie w krzakach, przez którą można było zbiec na teren HOWu, pomiędzy dwa rzędy remontowanych łodzi. – I stąd zbiegł na dół. Po co?
                                                    - Proszę? – powtórzył.
                                                    - Działka HOWu to nie jest droga ani teren przechodni. To jest dołek z masą szpejów pomiędzy dwoma wałami przeciwpowodziowymi. Nie skracasz sobie tędy drogi donikąd, bo i tak, żeby wyjść w stronę Trasy, musisz znowu wbiec na górę, tak jak on wbiegł, skręcić w stronę mostka albo pobiec naokoło, obok „Horyzontów”. Jak chcesz gdzieś szybko pobiec znad rzeki, to po prostu biegniesz wałem, jak ten tam – machnęłam ręką mniej więcej w stronę, gdzie zniknął dziarski emeryt. - Rozumiesz… ten gość… on sprawiał wrażenie osoby… ja wiem… może nie uciekającej, bo nie słyszałam, żeby go kto gonił, ale kogoś, kto chce bardzo szybko skądś się oddalić. Nie wbiec do hangaru, zresztą było zamknięte, ale właśnie oddalić. I pobiegł sobie przez najgorsze wądoły, najpierw z wału, potem po żwirku, potem znowu w bok, na wał. Nie wiem, co dalej, bo nie widziałam, ale ja bym uciekała w mniej wyszukany sposób…
                                                    Jacek popatrzył na mnie, na okoliczności przyrody, podszedł do skraju przecinki pomiędzy krzakami, a potem zjechał po żwirze w dół.
                                                    - Tak biegł?
                                                    - Chyba tak, ale w tym jestem świadkiem ze słyszenia raczej.
                                                    - I dalej?
                                                    - Dalej prosto, za śmietnikiem w prawo, zobaczyłam go w tym prześwicie, na tle ściany, potem musiał pobiec w górę… - zastanowiłam się. No nie, nie mógł pobiec w górę, bo w górę to by znaczyło, że po stalowej schodni, i wtedy, naspawana czy nie, usłyszałabym go, bo po tej cholernej schodni nie dało się wejść bezszelestnie, dudniła jak bęben w orkiestrze. Czyli jak…? – ale jak wstałam to go nie było, gdzieś musiał…
                                                    Jacek czekał chwilę w nadziei, że cokolwiek więcej z siebie wykrzeszę, a potem podszedł do kontenera na śmieci.
                                                    - Jeśli nie wbiegł na górę, a skręcił w prawo, to co mógł jeszcze zrobić? – zapytał retorycznie. Malujący napis na burcie Wolnej Soboty Jędruś popatrzył na niego z namysłem.
                                                    - No nie wiem. – oświadczył z poziomu przyziemia. – Obiec hangar?
                                                    Jacek odskoczył, bo chyba nie spodziewał się, ze przemówi do niego cos na wysokości jego kolana, przyjrzał się skupionemu Jędrusiowi, po czym stanowczym krokiem ruszył w stronę narożnika hangaru. Zanim zdążyłam zareagować, przelazł wzdłuż jego szczytowej ściany i skręcił za róg.
                                                    Jędruś odprowadził go spokojnym, zamyślonym spojrzeniem i z namaszczeniem zanurzył pędzel w farbie. Ja wystartowałam o jakieś dwie sekundy za późno.
                                                    Trzask i przekleństwo usłyszałam dokładnie w chwili, kiedy dopadałam ścieżki za hangarem. Jacek, w dość niepewnej pozycji tkwił z jedna nogą gdzieś mocno w dole, oparty o ścianę i chyba zbyt zaskoczony, żeby się ruszyć.
                                                    - No bo czemu tu łazisz i nie patrzysz pod nogi. – warknęłam w irytacją. – Nic sobie nie zrobiłeś?
                                                    - Nie… - oparł się o mnie i wyszarpnął nogę spomiędzy desek. Syknął, choć chyba bardziej z żalu nad spodniami, niż bólu. – Co to za pułapki? – z zaciekawieniem obejrzał wyłożona deskami ścieżkę, która naprawdę wyglądała jak lity grunt z dechą na wierzchu i tylko wtajemniczeni wiedzieli, ze grunt nie jest lity, a deski z czasem murszeją.
                                                    - Nie żadne pułapki, tylko na grach harcerskich chłopaki znaleźli bombę lotniczą i saperzy wybrali stąd trochę gruntu, żeby ja wykopać. Nikt nie zakopał, bo nikt tędy nie chodzi, położyliśmy deski, żeby Marlena nie wpadła.
                                                    - No to chyba tędy nie szedł… - Jacek nachylił się i obejrzał złamaną deskę nad dołem.
                                                    Zanim zdążyłam się odezwać, z wnętrza hangaru, a staliśmy tuz pod oknem, doleciał nas straszliwy hałas, trzask, łomot, przekleństwa na dwa głosy, a na dodatek gwałtownie rozszczekała się Marlena. Przez okno, zasłonięte dla bezpieczeństwa krata i siatką, a także grubą warstwą wieloletniego brudu utrwalonego oparami wszystkich używanych tu od lat farb i rozpuszczalników, nic nie było widać, zawróciłam więc i zostawiając Jacka nad dziurą, pobiegłam do wejścia.
                                                    Razem ze mną do hangaru kopnęli się w zasadzie wszyscy pracujący na zewnątrz, ale chwilowo nie mogliśmy wejść, bo wewnątrz nie tylko unosił się kurz i pył, ale i coś się kłębiło przy samym wejściu. To cos próbowali rozdzielać Bogdan z Rysiem, udało się dopiero wtedy, kiedy w środku jeszcze raz cos straszliwie zadźwięczało i z kłębowiska wyprysnął Kuba, wrzeszcząc:
                                                    - Zsuwa się, zsuwa się! – a za nim natychmiast poderwał się z podłogi równie spanikowany Prezes, prawie podcinając mi nogi. Obaj wyraźnie naprawdę przerwodbiegli niemal pod topole.
                                                    Bogdan ostrożnie zajrzał do wnętrza hangaru i odskoczył, kiedy cos w środku, całkiem jak ten ostatni talerz ze stosu albo ostatni kawałek przewróconej zbroi, zdecydowało się z ostatecznym akcentem perkusyjnym huknąć o podłogę. Plecami wpadł na coraz bardziej oszołomionego Jacka, a jednocześnie Rysio stanowczo odciągnął Marlene od niebezpiecznych drzwi, które od dobrej chwili histerycznie oszczekiwała.
                                                    Zapadła cisza.
                                                    Zrobiłam ostrożnie krok do przodu i zajrzałam. Za nic nie umiałam sobie przypomnieć, co w prawym hangarze mogłoby wywołać takie efekty, stały tam w zasadzie nasze kanapy i szafki na ubrania, a z osprzętu tylko kratownica pod sufitem, normalnie wypakowania masztami, bomami i innym takielunkiem sztywnym, oraz worami na żagle i liny. Przez chwile nie rozumiałam, co widzę, ponieważ pomieszczenie, w tej chwili oświetlone tylko zamalowanym i zakratowanym oknem, wyglądało tak, jakby zawalił mu się dach. Dach jednak spokojnie tkwił na miejscu i potrzebowałam dobrej chwili – i Bogdan z Rysiem chyba też – żeby zrozumieć, co mamy przed sobą.

                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 11:46
                                                    I c.d, co sie nie zmiesciło ze względu na jakieś ograniczenie max. długości wpisu.

                                                    Kratownica, zespawana przez mojego ojca i Zbyszka z prętów zbrojeniowych może bez szczególnej dbałości o kąty proste, za to metodą „wszystko do wszystkiego” stanowiła bez mała monolit nie do ruszenia. Od dobrych dwudziestu lat tkwiła pod sufitem, wisząc najpierw na ośmiu, potem na siedmiu odciągach, bo środkowy przedni już w roku jej zamontowania wypadł razem z hakiem sufitowym, zakotwionym bez sensu w blasze dachu zamiast w belce stropowej. Stanowiła bezcenną przestrzeń magazynową i wizualną atrakcję, dzięki której zbiórki drużyn harcerskich mogły się tu odbywać w odpowiednich dekoracjach. Płytkie nurki z klubu, korzystające czasami z części pomieszczeń HOWu, wieszały na niej butle tlenowe, zewsząd dyndały liny, a do tego zawieszaliśmy tutaj świeżo malowane pagaje, pychy i bosaki.
                                                    Teraz jednak kratownica wisiała dziwnie – jakoś skośnie, jak rozdarte od spodu pudło. Wszystko, co leżało na jej lewej części, zjechało w dół, omegowe maszty, bomy, wielki grotmaszt z gaflem Białego Słonia, oba kuse, ale nadrabiające grubością profilu maszty Konsensusa, wszystko to wysunęło się na ziemię, opierając o podłogę hangaru albo spadając na nią. Kiedy opadła reszta pyłu, a oczy przyzwyczaiły mi się do kiepskiego światła, Bogdan wskazał lewy narożnik pod sufitem hangaru.
                                                    - Wyleciały haki odciągu. – powiedział spokojnie. – cholera… cała lewa strona poszła.
                                                    Jacek przepchnął się pomiędzy nami i ostrożnie wszedł do środka. Oboje z Bogdanem złapaliśmy go za kurtkę, ale okazało się, że na szczęście nie ma w planach podchodzenia pod ten nawis inflacyjny, grożący w każdej chwili oberwaniem kolejnych odciągów i ostateczna katastrofą.
                                                    - Ktoś był w środku, kiedy to walnęło? – zapytał, odwracając się do nas.
                                                    - Ci dwaj idioci. – Bogdan machnął ręką gdzieś w stronę śmietnika. Kuba, który w międzyczasie odważył się wrócić na miejsce zdarzenia, cofnął się teraz gwałtownie. – Cóżeś narobił, durniu?
                                                    Pod samą ścianą leżały wory z żaglami, spadły jako pierwsze i reszta aluminiowego i drewnianego osprzętu częściowa walnęła o nie, dzięki czemu była szansa, że nie pogięły się całkowicie. Kuba zrobił gwałtowny wypad do przodu i wyciągnął spomiędzy nich długi, wąski przedmiot, zirytowany Bogdan złapał go za rękę, a Jacek delikatnie i ostrożnie przechwycił tę rzecz.
                                                    Po czym stanął, patrząc na przedmiot odebrany Kubie z mina, z jaka chyba jeszcze nigdy w historii żaden policjant nie patrzył na swoje znalezisko. Podniósł przedmiot bliżej oczu.
                                                    - Szpada z funduszu patriotycznego o wartości 50 gwinei – odczytał osłupiałym tonem nieco niestaranny grawerunek wzdłuż potwornie długiej klingi.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 06.06.17, 13:04
                                                    Tak obrazowo piszesz, ze w oczach stoi.
                                                    Cuuuuuudo.
                                                    Zawsze jak Marlena zaszczeka to ja sie zdziwie. Czyli zamierzony efekt osiagasz za kazdym razem. big_grin
                                                    Gdyby zapalila papierosa mniej bym sie zdziwila.
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 13:11
                                                    Wycieło mi kawalątek tekstu, winno być:
                                                    edit:
                                                    ".... z kłębowiska wyprysnął Kuba, wrzeszcząc:
                                                    - Zsuwa się, zsuwa się! – a za nim natychmiast poderwał się z podłogi równie spanikowany Prezes, prawie podcinając mi nogi. Obaj, wyraźnie naprawdę przerażeni zjawiskiem, odbiegli niemal pod topole."
                                                  • berrin Re: Prezencik 06.06.17, 13:17
                                                    Stabilnie źle.
                                                    Sytuacja jest tego rodzaju, że wiemy, ze nie będzie lepiej i bardzo pragniemy to stabilne źle zachować jak najdłużej. Lis to twardy zawodnik.
                                                    Ja się staram nie zwariować ze strachu, wychodzi mi umiarkowanie.

                                                    Zodiakalna stara lwica, hi hi smile . Głaskam lwicę smile
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 07.06.17, 07:01
                                                    eulalija napisała:

                                                    > Tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie prezenty.
                                                    > Mniam.

                                                    Cześć Eulalijo, tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie wiadomości! 👍
                                                  • berrin Re: Prezencik 07.06.17, 10:12
                                                    Miniporcyjka na dziś.

                                                    - Znalazła się? – wyrwało mi się niepotrzebnie.
                                                    Wyraz twarzy Jacka był taki, że Bogdan, mimo, że zirytowany w najwyższej mierze tak na Kubę i Prezesa, jak i na fakt katastrofy w hangarze, wyraźnie uznał, ze powinien udzielić jakichś wyjaśnień.
                                                    - To taki… rekwizyt. – powiedział po namyśle.
                                                    - Oddaj mi to, to moje. – powiedział jednocześnie Kuba. – Ja to dostałem.
                                                    - Od funduszu patriotycznego…?
                                                    - Tak. Nie. Wszystko jedno. Oddaj mi to – w Kubie wyraźnie zmagały się dwie wewnętrzne potrzeby – pragnienie odzyskania szpady z chęcią zwiania stąd jak najdalej, zanim Bogdan i Rysio zażądają wyjaśnień. Sięgnął stanowczo po broń białą, którą Jacek w zasadzie bez oporu pozwolił sobie wyjąc z ręki, ale wtedy wkurzony do najwyższych granic Rysio ruszył do ataku.
                                                    - Coście tu robili, ofiary batalionowe, wlazłeś tam, czy jak?!
                                                    Kuba osłonił się szpadą.
                                                    - Ja nie właziłem. – odrzekł pospiesznie.
                                                    - To coście tu robili, jeszcze nie czas na taklowanie?!
                                                    - Wlazłeś tam? – powtórzył pytanie Bogdan bardzo spokojnym tonem. Kuba popatrzył na niego i mocniej przytulił do piersi szpadę.
                                                    - Przecież mówię, że nie właziłem!
                                                    - Ten drugi idiota tam wlazł?
                                                    Kuba dyplomatycznie milczał. Bogdan popatrzył na nas, na zwisającą krzywo kratownicę i wzruszył ramionami.
                                                    - Trzeba to będzie jakoś podeprzeć, zanim wyrwie resztę haków. I pozdejmować osprzęt.
                                                    - Rury hydrauliczne tam widziałem, mocne, powinny wystarczyć na długość… - Jacek zdjął kurtkę, położył ją na fotelu przy samych drzwiach i razem z Bogdanem wleźli pod niebezpieczny nawis. Sama bym wlazła, ale Rysio, zawsze szarmancki wobec dam, stanowczo przytrzymał mnie za rękaw.
                                                    - Ty lepiej złap tego drugiego debila, żeby więcej szkody nie narobili. Głowę dam, ze wleźli, od rana tylko markowali robotę, tylko patrzyli, żeby tu nikogo nie było.
                                                    - Tu by trzeba podeprzeć i jeszcze tam, gęsto są te pręty to się ta rura zablokuje pomiędzy… - mówił jednocześnie Jacek. – Tylko co, najpierw podeprzeć? Czy najpierw pozdejmować?
                                                    - Cholera, dla bezpieczeństwa lepiej byłoby najpierw podeprzeć, bo jak zaczniemy te maszty wywlekać, to jeszcze się następne haki wyrwą… Ale tak ze szpejami, one ciężkie, trudno będzie…
                                                    - Widziałem paru silnych.
                                                    - Janka, zawołaj Jędrusia i Długiego… dzieciaki, won stąd, wszyscy nieletni wynocha…
                                                    Wyszłam przed hangar, przeganiając przed sobą całą nieletnią ekipę, bardzo liczną, bardzo zaangażowaną i bardzo niechętną pozbawieniu ich udziału w dalszej imprezie. Marlena, nadal zjeżona i z uszami do tyłu, pomrukiwała cos niepochlebnego z bezpiecznej miejscówki pod GAZ-ikiem Długiego, Prezes i Kuba konferowali pod śmietnikiem. Znalazłam Jędrusia, z kamiennym spokojem przeszukującego stertę złomu ewidentnie w poszukiwaniu stosownego dźwigara, przekazałam mu wezwanie Bogdana i podeszłam do panów ze szpadą.
                                                    - Co się tam stało? Sami tam byliście?
                                                    - Sami. – niechętnie przytaknął Prezes, wciąż wyraźnie niepewny, czy w ogóle przyznawać się do wejścia dziś do hangaru. Wyprzeć się nie dało. – Wlazłem na kratownicę, żeby wyciągnąć szpadę, zrzuciłem ją na dół i jak zeskakiwałem, oberwał się skrajny hak, aż dźwięknęło, i zanim cokolwiek, to zobaczyliśmy, że obrywają się dwa pozostałe i wszystko leci i już tylko spieprzaliśmy. Cholera, tyle razy człowiek tam właził i nic…
                                                    Kuba, jeszcze mniej rozmowny, czule piastował szpadę. Faktycznie, była jego niezaprzeczalną własnością, dostał ją w prezencie cztery sezony temu ode mnie i od Anki, same ją zresztą własnoręcznie wykonałyśmy w przerwie międzyremontowej, kiedy pierwsza warstwa poliuretanu na kadłubie naszej Omegi jeszcze się nie nadawała do szlifowania i miałyśmy przestój roboczy. Użyłyśmy pięknego,hartowanego, stalowego pręta, mahoniowych resztek po układaniu pokładu na Barance, blachy aluminiowej, ozdobnego sznura od zasłon i kilku innych utensyliów z odzysku. Efekt przerósł oczekiwania, a jedynym powodem, dla którego wzięłyśmy się wtedy za konstruowanie szpady było, jak łatwo zgadnąć, wejście w posiadanie rzeczonego pręta i paląca potrzeba, żeby do czegoś go użyć. Następnie dokonałyśmy metoda trawienia grawerunku na klindze, ponieważ nie wydawało nam się właściwe wręczenie tego rodzaju prezentu bez stosownej dedykacji… Szpada okazała się zresztą dla Kuby za długa, nie był w stanie, mimo swego niepośledniego wzrostu, dobywać jej za jednym zamachem i musiał ją wyciągać z pochwy na raty, co nieco odbierało bojowości i stanowczości samemu gestowi, ale wszelkie propozycje skrócenia półtorametrowej klingi traktował co najmniej jak zamach na swą męskość.
                                                    Następnie Kuba szpadę zgubił. Była na Mazurach, pływała na Białym Słoniu, przeszkadzając wszystkim straszliwie, wróciła na nim na holu z Mazur na Zegrze i z Zegrza na HOW, a następnie zniknęła. Kuba podejrzewał wszystkich, szukał jej po całym HOWie, pojechał na Zegrze i grzebał w rzeczach, które, niewarte transportu do Warszawy, pozostały na szalandzie w Załubicach i cierpiał straszliwie, świadom, ze drugiej takiej szpady nigdy już nie będzie miał.
                                                    No i teraz ją znaleźli…
                                                  • gat45 Re: Prezencik 07.06.17, 10:37
                                                    Jak Ty to robisz, że to samo płynie ? Żeglarskie umiejętności wykorzystujesz ?
                                                    W każdym razie dzięki. Fajnie się tak podelektować małe conieco na drugie śniadanko.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 07.06.17, 11:11
                                                    Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jak oddycha. smile
                                                    Ja na samym początku wpadłam w podziw i nic nie zapowiada, żebym mogła z niego wyjść. No to siedzę cichutko i jest mi dobrze.
                                                    Dziękuję, Berrin. smile
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 07.06.17, 11:32
                                                    balamuk napisała:

                                                    > Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jakk oddycha.
                                                    > Dziękuję, Berrin. smile
                                                    Berrin, wysnuwasz z siebie słowa z szybkością światła.
                                                    Tak, wysnuwasz, widziałam kiedyś pająka tworzącego cudownej urody pajęczynę, on ją z siebie wysnuwał!
                                                    Jestem pełna podziwu dla Ciebie!
                                                    Nieodwołalnie jednak rodzi się pytanie: Dlaczego osoba tak utalentowana buja się w firmie z przepisami prawa jakiegoś tam?
                                                    Twoja mama ma rację, jeżeli masz jakieś zaplecze finansowe, to wzorem Guruy pisz!
                                                    Będę kupować Twoje książki!
                                                    Zachęcam!
                                                  • berrin Re: Prezencik 07.06.17, 14:08
                                                    Nie mam zaplecza. Podstawą mojej egzystencji jest walka z ustrojem prawnym RP w urzędzie państwowym toczona. W sensie że legalnie ja toczę...
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 08.06.17, 07:54
                                                    Mierz siły na zamiary...
                                                    Berrin, Twój talent się nie może zmarować!
                                                    Pamiętaj, Najwyższa Istota kierująca losami świata tego sama wybiera tych, których obdarza talentem!
                                                    Jesteś w kropie, musisz coś z tym zrobić!
                                                  • gat45 Re: Prezencik 07.06.17, 15:36
                                                    balamuk napisała:

                                                    > Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jak oddycha. smile

                                                    No ale skąd miałam wiedzieć, że ona oddycha także pod wodą ? Syrena nasza....
                                                    Syrena, chociaż "Pstrąga" też podtrzymuję.
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:09
                                                    Szpada miała niesportową dlugoszcza, bo czyniąc ją, nie dopasowalysmy długości pręta. Kuba miał 196 cm, a mimo to nie starczalo mu ręki, żeby tego potwora dobywac...
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:46
                                                    Nie 😀😀😀😀😀😀
                                                    Pręt był gotowy. Żaden ze mnie miecznik/płatnerz, poszłyśmy wtedy trochę na łatwiznę. To właśnie zaistnienie pręta spowodowało nasz pęd ku uzbrojeniu Kuby.
                                                    Miałyśmy stolarnię, tokarnię, zapał, resztki rozmaitych materiałów i głupawkę...
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:53
                                                    Jeden z naszych kolegów, mając rulon wykladziny typu filc bez podkładu, stworzył niemal manufakturę kapeluszy typu bicorn i tricorn. Odpowiedni czarny albo granatowy kolor nadawał wibrą do barwienia skóry.
                                                    A jako zdobne galony najlepiej sprawdzały się sznury do upinania zasłon.
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 17:57
                                                    A ja osobiście stworzyłam stelarz do krynoliny z drutu sprężystego fi 2 mm, samą krynolinę szyłysmy z materialu propagandowego na transparenty pierwszomajowe, a gorset byl z wielokrotnie przeszytych na owerlocku bandaży elastycznych i fiszbin z płaskownikow stalowych.
                                                    Ech, szalona młodość...
                                                  • gat45 Re: Prezencik 08.06.17, 18:14
                                                    Bandaże mi to przypomniały... Otóż od dziecka nienawidziłam całym swoim jestestwem zabaw typu potańcówka. Bywszy w trzecim oddziale szkoły powszechnej na doroczną choinkę przebrałam się za wychodek wiejski, ale o tym już chyba opowiadałam. W klasie terminalnej zaś (tak się zwie maturalna w autochtońskich liceach) na odpowiednik przebieranej studniówki przebrałam się za mumię. Koleżeństwo zawinęło mnie bandażami od stóp do głów z małym okienkiem na twarz. Plus drewniana podkładka od kręgu zwanego atlasem do kości ogonowej, bo stwierdzono komisyjnie, że mumia się nie ma prawa gibać i ma być sztywna. Przebieranie się nastąpiło tak blisko miejsca zabawy, jak tylko było możliwe, ale i tak przez te dwie stacje metra i na ulicy wywołaliśmy niezłą sensację. Na salę balową zostałam uroczyście wniesiona i położona na kilku krzesłach ustawionych szeregowo. Efekt był piorunujący, no i nie ryzykowałam, że ktoś mnie poprosi do tańca. Wytrzymałam w tym więzieniu godzinę i zaczęłam się gwałtownie domagać uwolnienia. Rozwijało mnie kilkanaście osób, bandaże tańczyły w charakterze serpentyn, a ja nie mogłam sobie przypomnieć, co z siebie zdjęłam, a co z ubrania mi zostało przed zapakowaniem sad Że koszulkę u góry miałam, to pamiętałam, ale co z dołem???? Odetchnęłam, ujrzawszy pasek od dżinsów. Niestety drogę powrotną musiałam pokonać boso.
                                                  • berrin Re: Prezencik 08.06.17, 18:45
                                                    Och mumia,
                                                    , wspanialy strój taneczny!!!. Mogła byc wszak mumią np. królowej Egiptu!
                                                    Rozumiem, bo cierpiałam na podobną niechęć tańczeniowo-przebierankową. Przeszło mi (tylko w zakresie przebierania i tylko do pewnego stopnia) jako osobie zupelnie dorosłej, kiedy na Orkonie (do wygooglania 😉) zostałam etatową zielarką.
                                                    Potem juz solennie szyłam sobie stroje, zwykle tupu "wikińskiej kobiety" (prosta suknia i fartuch na szelkach) jako a to matka przełożona pielęgniarek szpitala wojskowego, a to pani sekretarz arcykapłana...
                                                    A i tak wolę przebierać Osobistego, np. za Pana Gąsienicę.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 08.06.17, 18:54
                                                    Dobrze, że nie miałaś w trakcie sensacji żołądkowych, nic by cię nie uratowało... wink
                                                    Też mi się zaczęły otwierać pudełeczka z pamięcią. Też kiedyś miałam uszyć gorset, też zamierzałam wykorzystać płaskowniki (na bandaże nie wpadłam, miały być trzy przeszywane warstwy mocnego płótna), na szczęście udało się pożyczyć w zaprzyjaźnionym teatrze i ocalałam.
                                                    Ale już kiecę dla tancerki flamenco szyłam. I męską szlafmycę. Faktycznie, co za czasy...
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.06.17, 09:11
                                                    Taaaaa, Gatu ten wychodek miejski utkwil mi w pamieci na do konca swiata. I to pukanie chetnych kawalerow proszacych do tanca, a ty: - Zajete!


                                                    Znowu turlam sie ze smiechu. Mumia nie ma tu szans, choc sie stara big_grin
                                                    Ja kiedys na przebierance wystapilam w prawdziwym sari, upietym na mnie przez wlascicielke. Calkiem wygodne, tylko w toalecie trzeba sie drogi do majtek naszukac i bardzo uwazac zeby nie popsuc kreacji. Wymaga treningu.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.06.17, 09:45
                                                    No oczywiscie ze wiejski, serduszko dobrze pamietam.
                                                    Nie wiem kto mi tu bledy robi - naprawde, jakis wirus mi w lapku siedzi. Nie tylko ortografy produkuje, ale i merytoryczne sabotaze tez lubi.
                                                  • franula Re: Prezencik 09.06.17, 10:23
                                                    czy ja mogę poprosić opowieść o wiejskim wychodku one more time?
                                                    wietrzę (hm?) cudo a wyszukiwarka forumowa wyjątkowo mnie nie lubi...
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 09.06.17, 10:59
                                                    Mam!!!! ja sie nie poddaje


                                                    gat45 13.02.15, 15:38
                                                    To ja się przebiorę za Studnię Przodków.
                                                    Wieku lat 10-ciu wygrałam szkolny konkurs na gwiazdkowego przebierańca : przebrałam się za wiejski wychodek. Rodzice akurat kupili taką wielką lodówkę i z ich pomocą wymalowaliśmy karton w imitację desek, unicestwiliśmy górne i dolne dekielki,na froncie miałam wyrżnięte drzwi z obowiązkowym serduszkiem, a od środka dwa uchwyty - z tego stroju wystawał mi łeb i nóżki do kostek. Ojciec zapalił się do mojego pomysłu, ale Mama pomagała niechętnie, bo chciała mnie za wróżkę albo innego motylka.
                                                    A ja miałam najlepszy bal w życiu : mój kostium pozwalał usiąść na krzesełku z książką, a kiedy ktoś pukał, żeby mnie zaprosić do tańca, odpowiadałam "zajęte".
                                                    ****************************************************************

                                                    A tu caly, slawny watek do pekniecia ze smiechu:

                                                    forum.gazeta.pl/forum/w,14722,156529263,156529263,200000.html?s=1&so=2
                                                  • bluzeczka.zamszowa Re: Prezencik 10.06.17, 18:23
                                                    gat45 napisała:

                                                    > Bandaże mi to przypomniały
                                                    Odetchnę
                                                    > łam, ujrzawszy pasek od dżinsów. Niestety drogę powrotną musiałam pokonać boso.
                                                    >
                                                    Gatu, wiejski wychodek i usztywniona mumia!
                                                    Szał ciał i uprzęży!
                                                    Wobec powyższych przyjście Lilki do szkoły w pidżamie (Słoneczniki Haliny Snopkiewicz) jest drobiażdżkiem niegodnym wzmianki!
                                                    Zazdroszczę Ci fantazji!

                                                    Pamiętam z lat studenckich, jak jeden chłopak konsekwentnie przebrany był z okazji juwenaliów, pochodu pierwszomajowego i in. w więzienne pasiaki. Chudy był, przygarbiony tak, że rękami prawie sięgał podłoża, poruszał się szurając strasznie nogami i w ogóle wycieńczenie z niego emanowało.
                                                    Na pasiaku miał plakietkę: Więzień obozu naukowego!
                                                    Pozdrawiam Ciebie, Tubylca i P. T.
                                                  • minerwamcg Re: Prezencik 10.06.17, 20:45
                                                    Mój zaprzyjaźniony scenograf w studenckich latach ubrał się na bal w nogę od manekina. Nóżka była upiłowana na wysokości tyłka, pusta w środku - więc pomalował ją na zielono i nasadził na głowę.
                                                  • berrin Re: Prezencik 13.06.17, 11:39
                                                    Troszke na lepszy nastrój:

                                                    - Schowaj ją i chodźcie pomagać. – zaproponowałam. Kuba łypnął na mnie podejrzliwie i oddalił się w stronę Consensusa, a Prezes całkiem rozsądnie pokręcił głową.
                                                    - Rysio nas pozabija, jak podejdziemy. Rany, Anka po tym łaziła, Zbyszek łaził, a popatrz, trzasnęło akurat, jak myśmy wleźli…
                                                    Zerknęłam w stronę wrót hangaru, gdzie plecami do nas, podtrzymując podawane przez Jędrusia dźwigary z rur hydraulicznych, utkwił Zbyszek.
                                                    Miał imponujące równoleżniki i znakomity ciężar właściwy i, jak zawsze podkreślał, jego materia była upakowana bez zbędnych luzów - w efekcie wcale nie był gruby, ale uginały się pod nim burty nawet pełnomorskich jachtów, zresztą słusznie, bo jako pierwszemu sekretarzowi pezetżetu naprawdę należał mu się szacunek. Bożenka, jego żona, uparcie próbowała go odchudzać ze względu na coraz bardziej odmawiające współpracy stawy biodrowe małżonka, ale Zbyszek, w domu posłusznie spożywający brokuły i biały ser, na wszelkich wyjazdach, a tych z racji pełnionej funkcji zaliczał całą masę, chętnie dawał się częstować pokarmem bardziej wysokokalorycznym i nadal pozostawał upakowany materią bez zbędnych luzów.
                                                    - Kiedy łaził? – zapytałam, kiedy dotarł do mnie cały sens wypowiedzi Prezesa. Jakoś nie mogłam sobie zwizualizować Zbyszka na kratownicy, choć w zasadzie nie wiem czemu, skoro przecież jako dziecię niewinne oglądałam go na pertach Pogorii. No, może kluczowe było to, że dziecięciem niewinnym byłam dobre piętnaście lat wcześniej i wtedy nawet mój własny ojciec popylał po wantach jak młody lemur.
                                                    - Dziś z rana. Jak glinowie pojechali.
                                                    - Bożena go zabije…
                                                    - Zauważyłem go, bo myśmy… tego…
                                                    - Od rana tam czatowali, aż nikogo nie będzie.
                                                    - Właśnie. I widzieliśmy, ze właził, strasznie zły był, i aż się zdziwiłem, ze wepchnął się sam, bo przecież jakby powiedział, ze mu co potrzebne, to każdy by mu poszukał.
                                                    - A… czego szukał?
                                                    - Nie wiem, ale klął, ze idioci sztauowali…
                                                    Akurat przy jesiennym zapełnianiu kratownicy sprzętem nie byłam obecna, bo hol wiślany, przedsięwzięty przez nas z przyczyn obiektywnych dopiero 2 listopada, zakończył się dla mnie zapaleniem płuc z powikłaniami i wstałam z łoża boleści dopiero na początku grudnia. Rzeczy do upchania faktycznie mieliśmy tym razem trochę więcej, bo starsza szalanda w Załubicach niestety osiadła na dnie z zalaną ładownią i przestrzeń magazynowa nieco nam się znienacka skurczyła. W efekcie tym razem nasz uroczy pawlacz spawany z grzebieniówki musiał pomieścić znacznie większy ciężar i wyglądało na to, ze sztauerzy przesadzili.
                                                    Kuba wrócił – bez szpady - i na polecenie Jędrusia zaczął wydobywać z pomieszczeń magazynowych kolejne elementy stalowe, możliwe do użycia jako słupy nośne. Prezes, rozejrzawszy się za lżejsza praca, żadnej nie dostrzegł, więc z westchnieniem ruszył na pomoc koledze. Bezczelnie założyłam, ze jest to praca typowo męska, zostawiłam ich przy niej i wróciłam do wnętrza.
                                                    Jacek i Bogdan, już doskonale zaprzyjaźnieni, ustawiali właśnie drugą rurę, klinując jej wierzchołek pomiędzy najgęściej upakowanymi poprzecznymi prętami. Niestety, aby ustawić ją pionowo i tym samym uzyskać najkorzystniejszy rozkład sił, musieli jakoś unieść całość ciężaru podpieranego stropu o skromne piętnaście centymetrów – a na moje oko oznaczało to, ze muszą jakimś cudem dźwignąć osiemset kilo. Twardzi byli i wyglądało na to, że zanim ulegną fizyce, doprowadzą się do ostatecznego wyczerpania.
                                                    Poszłam do Jurka, owocnie zajętego przycinaniem deszczułek, mających ustabilizować dźwigary od dołu. Krajzega wyła rozpaczliwie i musiałam przeczekać dobre cztery metry bieżące drewna, zanim stolarz mnie zauważył.
                                                    - Panie Jurku, gdzie są podnośniki od robura?
                                                    Jurek odłożył na bok elegancko przyciętą łatę sosnową, poprawił wiecznie zsuwające mu się z nosa okulary i pomyślał chwile.
                                                    - Z tyłu. W zielonym magazynie.
                                                    - Potrzebne będą.
                                                    - Chodź, sama nie wyciągniesz…
                                                    W efekcie sama doprowadziłam się niemal do wyczerpania, wywlekając spod licznych skrzyń, części do silników oraz jednego niemal kompletnego pięćdziesięciokonnego volvo-penta dwa potężne, przemysłowe lewarki, które pozostały nam na stanie po skasowaniu na początku ubiegłego sezonu naszego ciężarowego wozu dostawczego marki robur. Na szczęście wywleczone na płaski grunt nie stawiały dalszego oporu i na potwornie zgrzytających kółeczkach dały się zawlec na teren akcji ratunkowej.
                                                    - Hej! – ryknęłam w stronę dwójki inżynierskiej, która straszliwie stękając po raz kolejny próbowała dokonać niemożliwego – Ruptury dostaniecie!
                                                    Bogdan odwrócił się w moją stronę ze spojrzeniem urażonej sarny, za to Jacek, widać – może z racji zawodu – odporniejszy, bardzo się ucieszył.
                                                    - Czekaj, zostaw to, Janka ma rację, podnośnikiem będzie idealnie. Jedną rurą podniesiemy całość na lewarku, ustawimy dźwigary i opuścimy na nie kratę. A w razie czego będzie można poprawić.
                                                    Bogdan przez chwilę wyglądał jak wcielenie politechnicznej urazy, ponieważ mimo niewątpliwie wielu szlachetnych cech charakteru nie lubił, kiedy ktoś obok, czy wręcz zamiast niego prezentował śmiałe inżynierskie podejście do problemu. Za to Jacek zabrał mi oba lewarki, zazgrzytał jednym aż żeby zabolały, i zaciekawił się mocno.
                                                    - Czy one w wodzie leżały, ze tak wyglądają?
                                                    - Dwa tygodnie, owszem. Zanim zdołaliśmy dostać się do zatopionej ciężarówki.
                                                    Jacek obejrzał oba jeszcze raz, zazgrzytał nieco łagodniej i ciszej drugim, zdecydował się na ten mniej zardzewiały i powlókł go pod ścianę w głębi. Bogdan zdecydował się przełknąć urażoną dumę, tym bardziej że Jacek, osobnik poznany przez niego pół godziny wcześniej, wyraźnie prezentował ukierunkowanie na rozwiązanie zadania, a nie na lans.
                                                    - To może weźmy tę najkrótszą, dwa i pól metra, on ja podniesie na półtora w górę i wystarczy. – zaproponował konkretnie. Jacek skinął głową.
                                                    Przestrzeń hangaru wypełnił straszliwy, wysoki, świdrujący zgrzyt. Wycofałam się na zewnątrz w sam czas, by ujrzeć, jak Marlena, obudzona znienacka czymś tak przerażającym, podrywa się spod GAZ-a na równe łapy, piszczy równie straszliwie jak podnośnik i zwiewa nierównym galopem szukać schronienia pod samym wałem.
                                                    - Było je najpierw nasmarować. – z naganą zauważył Jurek i poszedł do swojej krajzegi.
                                                  • franula Re: Prezencik 13.06.17, 14:57
                                                    wszystko jest fajnie ale zaczynam sie gubić w nadmiarze wsobnego jezyka żeglarskiego: szalanda, grzebieniówka, sztauerzty w kolejnych zdaniach
                                                    i co to są równoleżniki w odniesieniu da faceta?!
                                                  • berrin Re: Prezencik 13.06.17, 15:09
                                                    Zbyszek zawsze podkreśla, że on, jako zeglarz nie ma iles tam w pasie, tylko w rownolezniku.
                                                    Szalanda to taka samobiezna barka na urobek z pogłębiarki, coś, co ma wielką ladownię, poklad i w zasadzie tyle. Te, co już nie popłyną, często robią za przybrzeżne magazyny na wszystko.
                                                    Sztauowac to umieszczac rzeczy w ładowniach (innych punktach jachtu) zgodnie ze sztuką, zeby całość nie fiknęła z powodu przeciążenia z prawej strony na przyklad. Sztauerzy, to ci, co sztaują.
                                                    Grzebieniówka to nie jest termin żeglarski tylko budowlany, to rodzaj pręta zbroojeniowego, nie gładki tylko jakby w poprzeczne żlobienia.
                                                  • balamuk Re: Prezencik 13.06.17, 15:50
                                                    Nooo, poprawiło nastrój. smile
                                                    Równoleżniki też mnie zbiły z tropu, za to resztę tego, co nie wiem, co to takie, sprawdzam sobie z przyjemnością. Lubię nowe słówka, choć to pewnie zboczenie zawodowe. wink
                                                  • gat45 Re: Prezencik 13.06.17, 16:36
                                                    A ja się pochwalę : wszystko zrozumiałam ! Równoleżnik sobie wydedukowałam, z szalandą miałam tylko problem płci (po francusku - ten chaland), a sztauerkę znam osobiście, bo od zawsze wiem, że jestem świetnym sztauerem : Tubylec twierdzi, że ja w żadnej walizce nie zostawiam więcej niż 1mm3 luzu i potem podnieść nie mogę, a co ja kiedyś upakowałam w fiaciku 126 (kolega wracał w ciężkich czasach po rocznym kontrakcie we Francji), to wyglądało, że do TIR-a się nie zmieści. Tylko muszę najpierw okiem ogarnąć cały-calutki ładunek, potem sam mi się w rozumie robi taki trójwymiarowy diagram, uwzględniający kształty i odporność każdego obiektu (żeby to, co by się mogło zmiażdżyć, nie było pod czymś ciężkim itp). Nie wiem, jak mi się to robi, ale się robi. Samo. Już mi mówiono, że za czasów przewozów innych niż kontenerowe, zbiłabym fortunę na tym darze. Niestety spóźniłam się i nie zbiłam sad
                                                  • balamuk Re: Prezencik 13.06.17, 17:50
                                                    A ja szalandę musiałam sprawdzić, a teraz, skoro napisałaś, że to z fr., to sprawdziłam jeszcze w języku miejscowym - i oczywiście jest. I to w dwóch wariantach: nijakim (czyli w lp rodzaj męski) i żeńskim. Też nie znałam, a teraz znam. Ciekawe, na co mi to. wink
                                                    Umiejętnością pakowania do milimetra, wyrobioną przez lata w wyniku górskich wyjazdów i potrzeby upychania na styk i na dodatek tak, żeby plecak był odpowiednio wyważony, wrobiłam się na zawsze u tutejszej rodziny. Nie tylko standardowo załatwiam bagaże szwagierki, która do walizki wrzuca luzem pól załadunku, a potem patrzy z rozpaczą na taką samą kupę dobra, która leży obok, ale - kiedy trafił się im remont generalny - musiałam racjonalnie zapakować wszystko, co było w domu.
                                                    Nie zwracajcie na mnie uwagi, mój kierownik wrócił po urlopie, normalnie ma ADHD, a po urlopie ADHD do trzeciej potęgi. Już uciekam.
                                                  • asia.sthm Re: Prezencik 14.06.17, 10:24
                                                    > A ja się pochwalę : wszystko zrozumiałam !

                                                    Ja prawie. Najlatwiej rownoleznik mi poszedl big_grin
                                                    Pakowac tez umiem, organizacja przestrzeni to moja specjalnosc z wyjatkiem nowych zmywarek, niech je cholera wezmie - glupio sa zaprojektowane. Nalezaloby kupowac zmywarke razem z zastawa i garami. Niech ten co zaprojektowal zmywarke dozaprojektuje do niej graty. Zla jestem.
                                                  • se_nka0 Re: Prezencik 16.06.17, 06:41
                                                    Asiu, bo zawsze stare lepsze wink

                                                    Berrin - dzięki za c.d - nie wiem skąd wiedziałam, ale wiedziałam o czym piszesz smile
                                                    Równoleżnik tylko doczytałam.
                                                  • berrin Re: Prezencik 22.06.17, 10:45
                                                    Jak wspominałam, kobieta to człowiek odporny. Chwyta sie też różnych rzeczy, żeby świat sie do czegos nadawał. C.d. Więc c.d.

                                                    Panowie owocnie pracowali wśród jęku dręczonego podnośnika. Fakt, ze wybrali ten mniej zardzewiały, nie miał wielkiego znaczenia, bo trudno mi było sobie wyobrazić, żeby ten drugi jeszcze bardziej rzęził. Pomyślałam mętnie, ze może w trakcie pracy trochę się przetrze, czy coś i odgłosy złagodnieją, ale Jurek miał rację, było go najpierw choć trochę nasmarować. Marlena uparcie odmawiała opuszczenia bezpiecznej miejscówki pod plandeką Jajecznicy, choć Rysio wabił ją anielskim głosem i świeżo otwartą puszką szprotek smokowanych a ja uznałam, że w zasadzie mogę przez chwilę nie dbać o podniesienie mojej wartości, nie szukać sobie zajęcia, tylko usiąść i pomyśleć. Nie, żeby o czymś konkretnym, ale tak ogólnie dać sobie czas, żeby mnie dogoniło to wszystko, co zostawiałam w tyle za sobą przez cały dzisiejszy skomplikowany dzień.
                                                    Wwiercający się w uszy zgrzyt metalu o metal trochę jednak przeszkadzał myśleć i nie dziwiłam się Marlenie, ze w tych warunkach nie ma apetytu. Z drugiej strony, trudno było oczekiwać lśniącej powierzchni i bezgłośnej pracy od urządzenia, które bez jakiejkolwiek konserwacji najpierw spędziło nie wiadomo ile lat w magazynie kółka rolniczego pod Kozienicami, a potem, równie źle traktowane, jeździło przez kolejną dekadę pod plandeką robura. Wisienką na torcie jego życia zaś, jeśli można tak ująć, było wodowanie Koliberka w czerwcu zeszłego roku…
                                                    Wspomnienie całego zajścia do dziś wywoływało we mnie lekki dreszcz. Prawdę powiedziawszy to, że nikomu nie stało się wtedy nic poważnego, zawdzięczaliśmy jedynie nieprzewidywalnej opaczności wyższej, która uznawszy zapewne, ze ekipa harcerzy postanowiła spektakularnie się pozabijać, uczyniła wszystko, by tym razem złośliwie nam na to nie pozwolić…
                                                    Kowalik był jednym z trzech dwuipółtonowych holowników, jakie trzy wodne drużyny harcerskie okupujące HOW od lat 60-tych miały na wspólnym stanie, bliźniakiem Koliberka i Zimorodka. Zimorodek został szybko zawłaszczony przez któryś z bardziej eleganckich, nieharcerskich klubów żeglarskich znad Wisły, zaś koliberek i Kowalik zgodnie pracowały, co rok wiosną, na początku sezonu, wlokąc długie hole żaglówek na Zegrze a potem na Mazury i pokonując tę samą trasę w przeciwną stronę jesienią. Z biegiem lat hole się wydłużały, drewnianym omegom zaczynały towarzyszyć najpierw zabudowane szalupy, potem pierwsze, wylaminowane na HOWie kabinówki, jak choćby nasza Nadzieja i Zbyszkowa Jajecznica, całość stawała się coraz cięższa i trudniejsza w manewrowaniu aż nadszedł dzień, kiedy oba ptaszki nie były w stanie szarpnąć holu i zamiast nich w zaprzęgu umieszczono Wronę, ruski holownik rzeczny, zdolny chyba przeciągnąć Batorego przez Zatokę Gdańską. Koliberek został w Piszu, gdzie zajmował się owocną pracą na śluzie i kanale, zaś Kowalik wrócił do Warszawy i po tym, jak okazało się, że mocy silnika nie wystarcza mu już nawet na to, żeby pod wiślany prąd pchać samego siebie, stanął na kołkach, przez kilka lat najpierw czekając na obiecany generalny remont, a potem, rozgrzebany i wybebeszony, na szczęśliwe tegoż remontu zakończenie.
                                                    Remont wlókł się jak budowa metra, bo nieustannie brakowało pieniędzy i mocy przerobowych. Do naprawienia wnętrza i maszyny potrzebni byli fachowcy, których nie było, a nawet jak byli, to nie chcieli pracować za darmo, i części zamienne, których nie tylko nie mieliśmy za co kupić, ale także skąd wziąć, ponieważ Kowalik był jednostką bardzo wiekową i od lat nie produkowano już silników takich jak ten, który tkwił w jego głębinach. Wszyscy zatem przyzwyczaili się, że Kowalik jak pomnik ogólnej niemożności stoi pod plandeką w najdalszym rogu placu, a ja sama jako dziecię bawiłam się w jego wnętrznościach w milicjantów i piratów. A potem znienacka prace ruszyły, remont nieoczekiwanie zakończono w lutym zeszłego roku, podobno częściowo ze środków miejskich a częściowo nie wiadomo jakich, zdążyliśmy się ucieszyć, a dwa dni przed wodowaniem nagle się okazało, ze owszem, Kowalik schodzi na wodę, tylko że już nie jest nasz.
                                                    Awantura, jaka wtedy wybuchła w związku z bezprawnym zbyciem mienia harcerskiego przez osoby o wątpliwych pełnomocnictwach na rzecz podejrzanej osoby trzeciej, trwała jednak zaskakująco krótko i właściwie jak teraz o tym myślałam, to nie bardzo rozumiałam, czemu. My, z HOWu, odpuściliśmy łatwo, bo przez te lata, kiedy Kowalik stał na kołkach, zapomnieliśmy, ze on w ogóle jest nam potrzebny, zresztą sporo ludzi w moim wieku albo młodszych w ogóle nie miało prawa pamiętać go na wodzie i przy pracy. Tylko dlaczego tak łatwo odpuścili wtedy Zbyszek z Jackiem…? Do samego zresztą końca awantury nie dowiedzieliśmy się – i w zasadzie nie wiedziałam do tej pory – kto właściwie został nowym właścicielem. Zawiadomiono nas tylko mętnie, że Kowalik będzie teraz traktowany jak jednostka zabytkowa i w takim charakterze ma pracować – co natychmiast wzbudziło radosną plotkę, że jego remont sfinansował jeden z dostojników minionego ustroju a obecnie biznesmen i wydawca, który nie tak wiele wcześniej zakupił i wyremontował stateczek białej floty mazurskiej, nadal mu imię Аврора i spędzał na nim lato, pływając od Rucianego do Węgorzewa i z powrotem.
                                                    Dlaczego w tym wszystkim to my – skoro Kowalik już nie był nasz – mieliśmy przeprowadzić jego wodowanie, też nie udało nam się odgadnąć, ale jakoś nikt nie odmówił udziału, może dlatego, ze strasznie chcieliśmy zobaczyć ten szacowny zabytek na wodzie. I to właśnie przy tej okazji nasz Rysio awansował na lokalnego proroka, stwierdzając w dniu wodowania, ze ten złodziej, co zabiera holownik harcerzom, nie będzie miał z niego żadnego pożytku i niech się udławi.
                                                    Holowanie najpierw przełożono o dwa dni, żeby zgromadzić odpowiednią ilość silnych ludzi do trzymania za liny, a potem o kolejny dzień, kiedy okazało się, ze ci silni ludzie nie są w stanie wiele zdziałać z dwiema i pół tonami zabytku i potrzebna jest wyciągarka. Jedyną wyciągarką, jaka dysponowaliśmy, i jaka byłaby w stanie uciągnąć taki ciężar, był robur Mariusza.
                                                    Mariusz trochę protestował, ale w końcu machnął ręka i udostępnił wóz, zaznaczając, że obsługę i kierowcę musimy znaleźć sami, bo on nie ma czasu. Był wtedy w szczytowej i najbardziej absorbującej fazie rozwijania swojej firmy o wdzięcznej nazwie Euroser i zaniedbywał nawet swą ukochaną sportinę, więc nikt się nie zdziwił jego brakiem chęci do uczestniczenia w epokowym wydarzeniu historyczno-szkutniczym. Przyjechał roburem późnym wieczorem, ustawił go gdzie trzeba, naszykował kołki do podłożenia pod koła i w ogóle zadbał o wszystko – a przynajmniej tak mu się wydawało.
                                                    Kowalik stał już na wózku, ustawiony na nim przez zaprzyjaźniony dźwig samobieżny, więc akcja sprawiała wrażenie dobrze przygotowanej – aż do momentu, kiedy Przemas zmierzył kontrolnie stan wody w kanałku przy slipie, gdzie Kowalik miał po latach powitać żywioł i odkrył, że nie ma szans, żeby holownik o zanurzeniu prawie metra zdołał zejść na wodę tam, gdzie w najgłębszym miejscu nie ma więcej, jak pół tegoż metra. Poza tym nawet, gdyby jakoś udało się namówić jednostkę do bujania się na falach a nie do osiąścia (osiadnięcia?) na dnie, nie istniał żaden sposób, by potem przeprowadzić ją skutecznie przez zniszczone wrota kanałku na Wisłę, bo tam było jeszcze płycej.
                                                  • gat45 Re: Prezencik 22.06.17, 12:29
                                                    To wodowaliście Koliberka (... wisienką na torcie....) czy Kowalika ? Bo mnie wychodzi, że wisienka na torcie sumiennie pracuje w Piszu, a wy przeżywacie przygody z Kowalikiem.