Dodaj do ulubionych

Opowiadanie do oceny

26.10.06, 14:26
Druga część
---------------

Po pierwsze, każdego ranka, między siódmą trzydzieści a ósmą piętnaście,
przyszła żona ma obowiązek rozmawiać z ptakiem, kupionym na bazarze w Souse,
gdyż, wedle słów jego poprzedniego właściciela, ptak ów posiadł cudowną moc i
któregoś dnia przekazać miał kilka ważnych liczb. Potrzebnych, rzecz jasna do
rozwiązania reguły alchemicznej.
Po drugie, mocz oddawać będzie do specjalnej, kobaltowej butelki, gdyż
Frederick, pragnąc uzyskać diament niezwykłych właściwości, codziennie
dokonywać będzie jego krystalizacji.
Alicja przyjęła warunki. Po dwóch miesiącach odbył się ślub i zaraz po
uzyskaniu wizy, zamieszkała razem z ptakiem i Frederickiem w domu o
granitowych podłogach i niezwykle wysokich pokojach.

V
Frederick każdego dnia wstawał około szóstej trzydzieści. O siódmej dziesięć,
po skąpym śniadaniu, zamykał się w swym laboratorium, zupełnie już zamglonym
od ciągłych destylacji.
Spokojny i powściągliwy, z wielką powagą oddający się powinnościom
małżeńskim, od czasu do czasu miewał jednak okresy dużego pobudzenia i biegał
wówczas po domu, niespokojny, z fosforyzującymi oczyma.
- Ich bin nah – powtarzał.
Gdy się już uspokoił, Alicja brała go do łóżka i głaszcząc z roztargnieniem,
opowiadała o sobie.
- Wiesz - mawiała - już dwa razy próbowałam się zabić. Najpierw były
tabletki. Miałam wtedy siedemnaście lat i nawet nie wiem dlaczego. Odratowano
mnie - tu milkła na chwilę. Po kilku minutach przerwy mówiła dalej.
- Potem próbowałam się utopić. Pamiętam, że byłam sama i że było bardzo
ciemno. Wypłynęłam w morze. Ale z tego także nic nie wyszło bo w ostatniej
chwili przypomniałam sobie o swym psie i wróciłam. Najszybciej, jak tylko
mogłam.
Tu, zwykle chichotała, a Frederick, obejmował jej kolana.
- Pamiętam - kontynuowała - że płynąc do brzegu, byłam bardzo zmęczona i
długo odpoczywałam przy falochronie. A gdy wróciłam to zauważyłam, że skórę
na brzuchu i udach miałam poranioną od muszli małży. Wcześniej nie czułam
nic. To dziwne, prawda? - kończyła. A potem znudzona i swym opowiadaniem i
biernością Fredericka, otulała się kołdrą i wpatrywała się w kołyszącą
papierową lampę, zawieszoną u sufitu. Po jakimś czasie przywykła i do napadów
własnej szczerości i do jego wybuchów. A po roku zupełnie przestała zwracać
na to uwagę.
Codziennie, nie śpiąc już i leżąc z otwartymi oczyma, słyszała jak Frederick -
przeraźliwie kaszląc - wstawał z łóżka i poddawał się porannej toalecie.
Gdy wchodził do laboratorium, nakładała szlafrok i zabierając z sobą
kobaltową butelkę, szła do łazienki.
O siódmej dwadzieścia pięć czekała już pod klatką ptaszka. Wyglądem nieco
przypominał wróbla. Był tylko trochę większy i bardziej szary. Alicja nie
słyszała aby kiedykolwiek śpiewał.
- Świat pełen jest wariatów - powtarzała codziennie.
Codziennie też, starając się zachować powagę, spędzała czterdzieści pięć
minut przed klatką, głaszcząc ptaka po drugim pazurku lewej łapki. Ptak nigdy
nie wypowiedział ani słowa.
Codziennie jednak o siedemnastej trzydzieści w ogromnej jadalni, przy kolacji
i siedmiu świecach, w białej jak krem kopercie, podawała mężowi wymyślone
przez siebie liczby. Codziennie inne. A on zapisywał je i bardzo był z niej
zadowolony.
I tak czas biegł niestrudzenie, a Alicja całymi dniami albo spacerowała po
ogrodzie albo leżała w łóżku, przyjmując coraz to nowe kochanki. Czasami
wychodziła na zakupy i przyglądała się ludziom.
Wiedziała, że Frederick, marząc o diamencie i pracując nad wynalezieniem
kamienia filozoficznego, wykupił wszystkie, znajdujące się w pobliżu składy
złomu. Wkrótce zamierzał przemienić je w składy złota. Jej obiecywał
nieśmiertelność.
I nawet nie dziwiła jej ta nieustająca dewiacja. Czuła się spokojnie i mogła
robić to co chciała. Mężczyźni nie interesowali jej już zupełnie.

VI
Ósmego listopada dokładnie o siódmej trzydzieści, ptaszek wypowiedział kilka
liczb. Alicja szybko zapisała je w pamięci, a mężowi, tak jak zwykle, podała
liczby wymyślone przez siebie. Jednakże nie zaniedbała dotychczasowych
obowiązków i przez kilka miesięcy prowadziła swoją grę.
Pewnego dnia, gdy Frederick zajęty był kupnem nowego składu, a nad wieżami
miasta wisiała mgła, Alicja pojechała do stolicy i wszystkie liczby, które
tamtego dnia wypowiedział ptak, postawiła na loterię.
Takiej wygranej jeszcze nie było! Zachowując anonimowość, połowę kwoty
przeznaczyła na schroniska dla zwierząt i domy dziecka. Połowę zachowała dla
siebie. Zaraz potem wróciła do domu.
Aby nie wzbudzać podejrzeń jeszcze przez rok poddawała się rytuałowi
siusiania do butelki i rozmowy z ptaszkiem.
Po roku nie żegnając się z nikim, nie zabierając żadnego bagażu, nagle
znikła. Razem z przyjaciółką, której nie widziała od lat, wyjechała na
południe.
Mąż nigdy jej nie szukał, a ona szybko o nim zapomniała.
Któregoś dnia po bardzo wielu latach, gdy sieć zmarszczek potargała jej
czoło, przeczytała w prasie, że po prawie sześćdziesięciu latach poszukiwań,
Frederick Moelber znalazł kamień filozoficzny.
P.S.
Opowiadanie to dedykuję znajomej bo gdyby nie ona, z pewnością nigdy by nie
powstało. W związku z powyższym wszelkie pytania i reklamacje proszę kierować
na jej ręce :)


Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka