ydorius
19.05.03, 16:10
Trzęsawiska
Gdzieś między nieprzebytymi bagnami (zwanymi przez okolicznych
chłopów – w liczbie szesnastu) Mokradłami rozpościerała się połać prastarego
lasu. Las był zbyt stary, by bronić swojego terytorium, kurczył się ze
stulecia na stulecie oddając grzęzawisku kolejne drzewa, które milcząc
upadały w bulgoczącą wodę. Okoliczni chłopi gromadzili się na północy, gdzie
przynajmniej trzy miesiące w roku lód ścinał niepokorne mokradła, pozwalając
im przedostać się w cywilizowane okolice, sprzedać co mieli do sprzedania i
powrót do macierzy. W zasadzie żaden z nich nie wyobrażał sobie życia gdzie
indziej. Podobnie jak ludzie z cywilizowanych okolic, którzy z kolei nie
wyobrażali sobie, że ktokolwiek należący do ludzkiej rasy może wytrzymać w
okolicy martwych wyziewów grzęzawiska.
Jedni i drudzy odnosili się do siebie z dystansem. Więzi handlowe
trzymały ich jednak w symbiozie; nigdy przeto nie dochodziło do żadnych
incydentów.
W wiosce na mokradłach mieszkał Eryk. Był zwyczajnym chłopcem, może
tylko trochę bardziej żywym od innych, być może trochę zbyt rozbrykanym i
nieposłusznym jak na standardy małej społeczności. Mężczyźni patrzyli na
niego uśmiechając się, kobiety czasem przepędzały (gdy próbował podkradać
jabłka ze spiżarni lub podkradał się, by kogoś przestraszyć). Wszyscy
wiedzieli jednak, że w końcu z tego wyrośnie i, jak wszyscy, zajmie się czymś
pożytecznym.
Miało się stać inaczej.
Gdy Eryk miał dwanaście lat, w dzień swoich urodzin dostał zabawkę,
zakupioną kilka miesięcy wcześniej, podczas handlowej wymiany w mieście
Cywilizowanych Ludzi. Matka Eryka musiała się sporo natrudzić, by niesforny
chłopak nie wypatrzył miejsca ukrycia prezentu – w końcu postanowiła, że
będzie go nosić stale przy sobie i tak też uczyniła. Eryk przejrzał wszystkie
zakamarki, lecz nic nie odkrył. Zaczął podejrzewać nawet, że rodzice
zapomnieli o zbliżającym się święcie.
W dniu dwunastych urodzin, matka wyciągnęła z fałdów sukni piórnik i
wręczyła go Erykowi.
Był to dziwny prezent. W końcu papier był zbytkiem i nie było go zbyt
wiele, a i nikt nie zamierzał posyłać chłopca do szkoły. Piórnik miał jednak
tę zaletę, że wcale nie trzeba było trzymać w nim przyborów do pisania. Można
było cokolwiek. Eryk szybko ustalił sam ze sobą, że piórnik nie będzie służył
do przetrzymywania ołówków.
Gdy został sam, obejrzał dokładnie pudełko. Miało otwierane wieczko i
zbite było z sześciu desek. Ktoś, kto je wykonał, był estetą – każda boczna
ścianka miała wyrzeźbiony delikatnie inny obrazek ukazujący ludzi, na wieczku
zaś wyrzeźbiony był las. Tylko spód był gładki. Eryk schował do piórnika
znaleziska całego dnia: dwie szyszki, kawałek kory, nadjedzony przez coś
(kogoś?) kawałek martwej żaby (myśląc przy tym, że nie chciałby, żeby matka
zajrzała do środka) i poszedł spać.
Rano w piórniku znalazł kawałek brzozowej kory.
Cały dzień zastanawiał się nad tym, kto mógł podmienić jego skarby i
dlaczego akurat na kawałek kory. Obserwował domowników, czy ktoś przypadkiem
nie zdradzi się jakimś gestem, nie rzuci słowa, nie spojrzy znacząco. Nic
jednak takiego się nie wydarzyło.
Kładąc się wieczorem Eryk schował do pudełka patyk w kształcie procy,
znów jedną szyszkę, kamień oraz garść trawy i schował piórnik pod poduszkę.
Próbował czuwać, ale męczący dzień zrobił swoje – zapadł w głęboki i ciepły
sen.
Biorąc do ręki rano pudełko zdał sobie sprawę, że znów coś się stało.
Zajrzał do środka i wyciągnął stamtąd żołądź – dębowe nasienie, wypuszczające
pierwsze pędy.
Nie powiedział nikomu o swoim odkryciu; teraz już mógł być pewien, że
nikt niczego nie podmieniał – w okolicy nie rosły żadne drzewa. To piórnik
dawał mu coś do zrozumienia.
Zasadził drzewo za chatą, postanawiając się zająć nim kiedy indziej.
Ludzie z wioski szybko zdali sobie sprawę z tego, że coś się dzieje.
Od dnia swoich dwunastych urodzin Eryk się zmienił. Był poważny, nie szalał.
Przepadał gdzieś na całe godziny i wracał zamyślony. Kiwali do siebie
głowami – "wyrasta" – mówili.
Trzeciej nocy Eryk miał sen. Tym razem nie schował niczego do
pudełka, wpatrywał się tylko w nie cały dzień, licząc na to, że przemówi do
niego, albo zacznie biec, jak – wyobrażał sobie – postępują zaczarowane
przedmioty (nie miał już bowiem żadnych wątpliwości, ze pudełko jest
zaczarowane). We śnie zobaczył las. W zasadzie ciężko to było nazwać lasem,
było to kilka tylko drzew, ogromnych i zmęczonych, stojących pośrodku
mokradeł. Drzewa przechylały się na różne strony, choć nie czuć było żadnego
wiatru. Wyglądały trochę jak żywe, jakby ze sobą rozmawiały. Eryk obudził się.
W piórniku znalazł kawałek brzozowej kory, na którym koślawym pismem
ktoś napisał – "czekam".
W sumie przygotowania zajęły mu ponad dwa tygodnie. Miał wprawę w
podkradaniu jedzenia, ale – po pierwsze – tym razem musiał wybierać takie,
które nie zepsułoby się za szybko, a po drugie musiał być na tyle ostrożny,
by nikt go nie przyuważył. Z leżących za chatą desek wystrugał sobie podróżny
kij, który nazwał Quercus, choć zupełnie nie wiedział dlaczego to akurat imię
przyszło mu do głowy.
Po dwóch tygodniach był gotowy do drogi. Ujął Quercusa za wyrzeźbioną
rękojeść, zarzucił na plecy wypakowany po brzegi chlebak i wymknął się z
wioski.
Jego celem był mityczny las, o którym słyszał tyle razy, a w który
nikt, łącznie z samym opowiadającym, nie wierzył. Miał rosnąć gdzieś na
mokradłach: czasem w samym środku środka, czasem trochę na południe, a
niekiedy zupełnie na zachód. Eryk wiedział, że poszukiwania będą trudne. Do
paska spodni przytroczył pudełko z brzozowym zwitkiem.
Rano mężczyźni wyruszyli na poszukiwania, lecz grzęzawisko szybko
pochłonęło ślady chłopca. Krążyli w okolicach wioski, nawołując tak Eryka,
jak siebie nawzajem, by się nie pogubić. Wieczorem wrócili do domów. Jeden z
nich trzymał w ręku pudełko.
W pudełku był kawałek kory z napisem: "idę łapać wiatr".
Dąb za domem puścił kolejny pęd.
Copyright by ydorius 19’05’2003
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.