ydorius
16.06.03, 21:59
---------
Wszystko składam na karb tego, że normalnie tamtędy nie chodzę.
Normalnie wracam inną trasą, i to właśnie zaczęło mnie niepokoić, zacząłem
bowiem widzieć przed sobą swoje własne koleiny, a to jest już wystarczający
powód, by zastanowić się nad swoją kondycją. Jako człowieka, rzecz jasna.
Człowiek nie powinien zbyt wiele razy wchodzić do tej samej rzeki,
pomyślałem
sobie i obrałem inną trasę.
Wracałem i miałem w sobie mnóstwo dobrego spokoju. Czułem się na
miejscu, dopasowany, dobry i właściwy. Nieczęsto mi się to zdarza, ale jak
już, to całkowicie. Coś jak wpasowanie się w przepływającą energię.
I wtedy zza płotu dobiegło szczekanie. Głośne, nie przeczę, ale
jakieś dziwne. Nieszczere, jeśli miałbym je jakoś określić. Było to
szczekanie, które z całą pewnością nie zdaje sobie sprawy z czakramów i
obiegów psychicznej energii. Mijałem właśnie furtkę i spojrzałem kątem oka.
Przy furtce kucała kobieta, tak na oko ze trzydzieści pięć – czterdzieści
lat
i szczekała gardłowym głosem, bez przekonania, za to z niejakim znudzeniem.
Zbliżyłem się do furtki, mocno przestraszony i zapytałem, czy nic jej
nie jest. Warknęła. Pomyślałem, że jest nienormalna, może to dom wariatów,
choć taki mały i jeszcze – że to dobrze, że jest żywopłot i furtka, bo
wiadomo? Może wściekła? Zacząłem się chyłkiem wycofywać (kobieta próbowała
poczochrać się za uchem nogą uzbrojoną w przygniecionym kapeć, ale nie
bardzo
jej to wychodziło. W świecie psów uchodziłaby za zatuczoną). Już prawie
udało
mi się odejść, gdy wychrypiała, że bardzo dziękuje, ale nie, wszystko w
porządku. Wróciłem do furtki. Zapytałem, czy w czymś mogę pomóc i czy coś
się
stało. Nie, nic się nie stało, co się miało stać. To dlaczego się pani tak
zachowuje. A jak mam się zachowywać? No normalnie, zwyczajnie, bo ja wiem,
chodzić na zakupy, sprzątać dom, grać w scrabble... Zwyczajnie tak...
Normalnie jakoś... Odparła, że znudziło jej się. Robiła już wszystko. I to
strasznie nudne. Poza tym nikt się nią nie interesował. Jak starała się być
pianistką, albo rzeźbiarką. No, zgoda, talentu nie miała, ale ktoś chociaż
mógłby... Choć trochę... Zaczęła chlipać, ale szybko się opanowała. I
jeszcze, mówi do mnie, cały czas kucając, od czasu do czasu liżąc się w
prawą
rękę, i jeszcze, wie pan, pan jest dziś siódmy. Co siódmy? – pytam,
przeczuwając najgorszego. Siódmy pan jest, no. Po prostu. Tak siedzę i
szczekam. Ktoś idzie i zawsze się z tego jakaś rozmowa wywiąże. Pan jest
siódmy.
Aha, powiedziałem bez przekonania, do widzenia, dodałem. Do widzenia,
powiedziała, a potem rzuciła się na furtkę, szczekając głośno. Rozumie pan,
dodała po chwili. Muszę Pana obszczekać, bo inaczej to nie ma sensu.
Tak, tak, oczywiście – wychrypiałem, porządnie przerażony. Nie ma sensu.
Spokój zniknął.
---------
m,
.y.
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.