Gość: Carpentier
IP: *.echostar.pl
10.10.03, 21:20
Kilka godzin temu zakonczyl sie jeden z ciezszych okresow mego zycia,
pieciodniowy koszmar, ktory zasial we mnie z jednej strony ziarno watpliwosci
dotyczace mozliwosci pojmowania mojego umyslu, z drugiej przekonanie o
przypadkowosci procesu uzyskiwania przez utwor literacki statusu dziela przez
duze D.
Koszmarem tym byla lektura "Stu lat samotnosci" Marqueza.
Ja rozumiem, ze to jest realizm magiczny, i ze ksiazka gleboko tkwi w
realich, mentalnosci, histori i roli w swiecie Ameryki Poludniowej - ale
wlasnie dlatego dziwi mnie skad tak ogromna jej popularnosc na calym swiecie.
Mysle ze nikt kto nie wychowal sie tym kontynencie, kogo nie uksztaltowal
tamten klimat - takze polityczny i spoleczny, kto wreszcie nie jadal na
sniadanie bananow zerwanych z pobliskiej plantacji :-) ani nie walczyl z
powszechna wilgocia i milionami owadow nie wyniesie z lektury wiecej niz widz
ogladajacy telenowele w zupelnie nieznanym jezyku.
Osobna sprawa jest samo "pioro" czy tez "warsztat" (takie modne slowo :-))
Marqueza, ktoremu, wedlug mnie daleko do np. Carpentiera.
To jest raczej temat na burzliwa dyskusje w jakis dlugi zimowy wieczor i
zdaje sobie sprawe, ze napisac o ksiazce: chaotyczna, infantylna, przecietna
itd. - zwlaszcza o takiej ksiazce - nie popierajac tego konstruktywna
argumentacja moze wzbudzic ostry sprzeciw, ale coz - zaryzykuje :-)
MARQUEZ KIEPSKIM PROZAIKIEM JEST
Pozdrawiam