franczella
09.10.09, 12:56
To znaczy - zupełnie nie potrzebuję seksu. Jeśli jestem zaburzona lub mam za
sobą jakieś tragiczne wydarzenie, które sprawiło, że tak jest - nie jestem
tego świadoma. Mam 27 lat, satysfakcjonującą pracę, znajomych, przyjaciół,
zainteresowania, i zupełnie, ale to zupełnie nie myślę o seksie.
Oczywiście próbowałam. Nie czułam zbyt wiele, raczej mnie to irytowało. Mimo,
że w każdym wypadku był to mężczyzna, który bardzo mi się podobał, miło
spędzałam z nim czas, itd. Nigdy, przenigdy nie czułam popędu seksualnego.
Nigdy się nie masturbowałam. I, co zabawne, zrozumiałam całkiem niedawno, że
nie jestem chora albo oziębła, tylko po prostu ASEKSUALNA. Przykro mi tylko,
że nie jestem w stanie znaleźć partnera, który kochałby mnie po prostu,
moglibyśmy robić razem mnostwo rzeczy, przytulać się, całować, byle by nie
było mowy o "sprawach łóżkowych". I tu jest bariera, którą trudno przekroczyć
mężczyźnie. I nie tylko mężczyźnie. Opowiedziałam raz koleżance o swojej
"orientacji". Rozpowiedziała wszystkim dookoła. Wielokrotnie słyszałam
docinki, zaczepki, nawet propozycje "przełamania" mnie. Świat patrzy na mnie
jak na wariatkę, aseksualność jest uważana za wymysł, kaprys... Usłyszałam
nawet, że moje miejsce jest w klasztorze. Czy całkowity brak zainteresowania
seksem naprawdę jest taki dziwny?