avital84
04.04.10, 15:07
Samotne święta (mimo, że spędzone z rodziną) skłaniają do smutnych refleksji.
Niby powinnam się cieszyć, bo jestem zdrowa, mam kochających rodziców, dobrą
pracę, a jednak czegoś mi coraz bardziej brakuje. I nie wiem czy to już chodzi
tylko o miłość. Zakochać się, jak to sobie udowodniłam umiem, i to całkiem
niepoważnie. Emocji, więc mi nie brakuje.
Ale coraz silniej odczuwam to czego jeszcze dwa lata temu nie rozumiałam.
Potrzebę stabilizacji. Chciałabym mieć dom, rodzinę, dzieci, męża, psa ( to
też bardzo ważny element układanki). Coraz częściej myślę sobie, że jednak tak
nie będzie i trzeba się będzie pogodzić z tym, że moja przyszłość będzie inna.
Przecież niektóre kobiety zostają starymi pannami bądź też singielkami.
Z jednej strony jest mi dobrze. Mam cudownych przyjaciół. Robię dużo rzeczy,
które mnie pochłaniają. Z drugiej strony boję się, że nie zrealizuję
podstawowego celu, dla którego tutaj jesteśmy czyli dzieci, bo aby były dzieci
musi znaleźć się odpowiedni mężczyzna.
Żałuję swoich wcześniejszych decyzji życiowych, bo mam wrażenie, że
zmarnowałam mnóstwo energii, czasu, okazji poświęcając to wszystkie nie temu,
któremu powinnam. Przed związkiem było nawet łatwiej, bo po prostu byłam
singielką. Teraz o ironio nowo poznani ludzie odbierają mnie jako wyzwoloną
singielkę, a wcale tak nie jest. Nie czuję się mentalnie singielką. Nie jestem
nią z wyboru tak jak byłam kiedyś.
I nie wiem czego oczekuję po tym wątku. Pewnie usłyszeć, że komuś z Was mimo
wcześniejszych niepowodzeń udało się odnaleźć właściwą osobę i stworzyć z nią
coś trwałego po 26 roku życia.