dorotka-to-ja
15.01.11, 20:09
Witam,
półtora roku temu poznałam sympatycznego, zabawnego i przystojnego faceta. Obiecywałam sobie, że będę ostrożna w relacjach z mężczyznami, bo ostatni mój związek skończył się w bardzo nieprzyjemny sposób (chłopak miał kochankę w innymi mieście i zmajstrował jej dziecko), ale ten mężczyzna stawał na głowie, żeby mnie do siebie przekonać. Nie chciałam się spieszyć, ale po czterech latach samotnego życia miałam ogromna potrzebę ciepła, miłości, seksu. Po dwóch miesiącach znajomości zaczęliśmy się spotykać. Przez rok było fantastycznie. Rozmawiało nam się cudownie, cieszyliśmy się z każdej chwili spędzonej razem, było tak bajkowo, że momentami nie mogłam uwierzyć, że coś takiego mi się przytrafiło. On był niesamowicie troskliwy, ciepły, dbający. Ja chodziłam radosna jak nigdy w życiu. Po roku zaczęliśmy fantazjować na temat ślubu, zastanawialiśmy jakie mieszkanie sobie kupimy, jak już razem zamieszkamy, czy weźmiemy psa, czy kota, rozmawialiśmy o ewentualnych dzieciach.
I wtedy okazało się że ma żonę i jedenastoletnie dziecko. (ze spraw technicznych - miał swoje mieszkanie, potem okazało się, że je wynajmuje w tajemnicy przed żoną)
Moją reakcję łatwo przewidzieć. Wpadłam najpierw w rozpacz, potem w furię. Nie mogłam w to uwierzyć. On tłumaczył, że z żoną bardzo źle mu się układa, że nie sypiają ze sobą, że ona jest koszmarną kobietą, on chce się z nią kiedyś rozwieść, ale na razie nie może - no nie ważne, stek bzdur. Chodzi o to, że zarzekał się, że mnie kocha i że nie pozwoli mi odejść. Ja nie chciałam go na oczy widzieć, nie mogłam się z tym pogodzić, ale on nie chciał mi dać odejść. Znowu zaczął stawać na głowie, rzeźbił dla mnie jakieś babole z drewna lipowego, przynosił kwiaty i tak dalej.
Po jakimś czasie powiedziałam mu, że nie chce być w takim układzie i nie wywalczy związku ze mną. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale w końcu, jak jakaś idiotka, powiedziałam mu, że możemy zostać znajomymi, nie musimy się rozstawać w nienawiści, że mu wybaczam i tego typu bzdury.
On się ogromnie ucieszył. kilka miesięcy rzeczywiście udało nam się funkcjonować jako znajomi. Nie umawialiśmy się, ale znamy tych samych ludzi i jak się u nich spotykaliśmy to mogliśmy normalnie rozmawiać. Ja byłam z siebie bardzo zadowolona, że udało mi się tak elegancko zachować i z czasem przestała mnie ta sytuacja boleć.
Do wczoraj.
Wczoraj znowu się spotkaliśmy na kielichu u wspólnego kolegi. Ja się zapytałam co słychać i w odpowiedzi usłyszałam, że "a fajnie. Całkiem miło. Kryzys z żoną wreszcie się skończył". Do tej pory mieliśmy zasadę, że nie rozmawiamy o jego żonie, więc trochę mnie to zdziwiło, ale ponieważ byłam już nieco wstawiona zapytałam niby żartem, czy ja byłam dla niego takim lekarstwem na kryzys. "Tak, w sumie to byłaś".
Zabolało, ale wódka to trochę znieczuliła. On zresztą dosyć szybko się potem zmył. Kiedy wychodziłam, ten wspólny znajomy podszedł do mnie i powiedział, że zna cała sytuację, i chce żebym wiedziała, że wstyd mu, że jego kumpel tak się zachował wobec mnie. Wtedy coś pękło. Pożegnałam się, wyszłam i jak tylko zamknęłam drzwi zaczęłam płakać jak głupia. Nie mogę przestać do teraz. Nastąpiła jakaś opóźniona (bardzo opóźniona) reakcja. Wpadłam równocześnie w rozpacz i w furię - dużo większą niż w momencie, kiedy się dowiedziałam o zonie. Nie mogę się uspokoić, mam ochotę coś rozpieprzyć, zadzwoniłam do niego i zrobiłam mu obrzydliwą awanturę (byłaby jeszcze bardziej obrzydliwa, gdyby nie rzucił słuchawki, bo żona zaczęła pytać z kim rozmawia). wyłączył telefon, a ja cały dzień próbuje się dodzwonić, żeby mu jeszcze nawrzucać, jestem bliska pojechania do niego i rozbicia mu całego tego "małżeństwa". Wpadłam w jakiś szał... Koleżanka próbowała mnie uspokoić - na nic. Próbowałam się czymś zająć - nic to nie daje.
Cała się trzęsę i zaczynam się bać, że zrobię coś głupiego, czego będę potem żałować. Czuje się wykorzystana, poniżona, bezsilna, nie wiem co robić :( Jestem zła, że to ja cierpię, a nie on... Mam jakąś dziwną potrzebę pokazania mu, jak potwornie się czuję. Nie wiem, nigdy się tak nie czułam.
Przepraszam, że tak długo, chciałam to gdzieś "wyrzygać" :( Nigdy nie pisałam na forum, ale kto wie, może to pomaga...