jael53
03.06.11, 11:11
Mój mąż się od najwcześniejszych lat ponuro (pod względem ciotostwa czy innego pedalstwa) zapowiadał. Miał wszystkiego 16 wiosen, kiedy ciężka (i jak się okazało, nieuleczalna choroba nowotworowa dopadła jego 2-letniego bratanka. W rodzinie pełnej dorosłych ten nastolatek stał się w jednym: nianią dla terminalnie chorego dziecka i głową dwu rodzin. Chyba opanował sztukę bi- lub zgoła trilokacji: myślał za własną matkę i za bratostwo, załatwiał to, na co im brakowało siły; siedział godzinami w CZD, umiejąc zająć się dzieckiem; i jeszcze od czasu d czasu do szkoły wpadał.
W wiele lat później sytuacja się powtórzyła. Terminalnie zachorowała matka. Najstarszy brat miał swoje sprawy; bratowa miała pracę; zamężna siostra miała swoje życie... On niby też. Ale to on godził pracę z opieką nad kobietą całkowicie sparaliżowaną, którą już wypisano ze szpitala, bo leczenie sensu nie miało żadnego; a i ona chciała do domu. No i sprawiedliwie dodać trzeba, że starsza pani była zdolna zrazić sobie wszystkie pielęgniarki, przychodzące podawać środki paliatywne. Najmłodsze z jej dzieci (czyli mój późniejszy mąż) radziło sobie z tym przez ponad pół roku, do końca.
A to nie była tylko "opieka podstawowa" - dbał o to, aby matka miała swoje rozrywki, oglądał z nią filmy, które kompletnie go nie interesowały, gadał z nią o tych filmach, czytał głośno jej ulubione książki... Na życzenie (w lepszych chwilach) robił jej makijaż...
Jak mówił, nie pamięta pierwszego tygodnia po śmierci matki - po prostu odsypiał ten czas.