varia1
27.06.11, 09:35
myślałam, że te motyle umarły już dawno...prawie dwadzieścia lat temu.... taka pierwsza młodzieńcza miłość, zupełnie nie skonsumowana...za to z całym mnóstwem poezji i spontanicznej radości
potem było - u mnie - kilkanaście lat małżeństwa, rozwód, jest następny związek oraz szereg niezobowiązujących fucking friends.....
u niego - kilka/naście luźnych związków, ze dwa poważne i w końcu od roku małżeństwo...
no i pech
przypadkowe spotkanie...
jakby tych dwudziestu lat nie było.... my, starsi, dojrzali, mocno osadzeni w swoich życiowych rolach, realiści.... absolutnie nie romantycy...
rozmowa o wspólnych znajomych , jakieś tam.... "a pamiętasz...?"
i mój całkiem spontaniczny tekst "leczyłam się z Ciebie przez parę lat".... jego nagle poważna twarz .... "dlaczego mi wtedy nie powiedziałaś... nie dałaś jakoś do zrozumienia...przecież ja za Tobą szalałem jak wariat...."
ogarnęliśmy się jakoś... uznaliśmy że fajnie było powspominać, życzyliśmy sobie nawzajem szczęścia ....pogadaliśmy jeszcze o starych czasach...ale już tak bez łzawych romansideł
przyjacielski uścisk na do widzenia... on wyjeżdza na drugi koniec Polski, do żony....
znamy się 20 lat i nigdy się nie pocałowaliśmy...
wróciłam do domu... włożyłam całą sprawę znów do szuflady ze wspomnieniami, która jakby przestała się domykać od ich nagłego przyrostu....
i jego sms o 4 nad ranem : postanowiłem się rozwieść z żoną... wracam do Warszawy...niczego nie oczekuję, ale będę na Ciebie czekał.....
banał, prawda?
a mnie się zdarzyło
bez ściemy
macie takie historie? dawać mi tu.... zagłuszcie to we mnie.... tę cholerną chęć postawienia wszystkiego na jedną kartę....