ikcort
04.11.11, 23:27
Było tak: jechałem sobie tramwajem i jak co dzień badałem wzrokiem tzw. współpasażerów, czy by który nie nadawał się do robienia spostrzeżeń. Oczywiście – jak co dzień – taki się znalazł. :)
Oto młodzieniec (ja wiem? dwadzieścia, dwadzieścia parę lat) jechał sobie gdzieś ze swoją narzeczoną, przy czym rzecz wyglądała w sposób następujący: szczególny ten obywatel, rozglądając się co jakiś czas, czy aby na pewno wszyscy mu zazdroszczą, raz po raz częstował tą swoją narzeczoną całusem w policzek, przytulał ją, przymilał się, zdarzyło mu się nawet (ja nie żartuję) złapać ją za tyłek. A ona – nic! Stała sobie niewzruszona, zupełnie nie zwracając uwagi na te jego usilne zabiegi. Opuścili lokal kilka przystanków przede mną, co wyglądało, jakby wysiadali z jakiejś karety: narzeczony wyszedł pierwszy, stanął na chodniku, podał narzeczonej rękę, i sprowadził ją po trzech stopniach tramwaju jak na jakiś bal, a na jego szczenięcej twarzy malowała się nieskrywana duma.
Muszę przyznać, że bardzo przykro było patrzeć na tę scenkę i na poniżenie omawianego tu studenta (bo że był to student, nie chyba ma najmniejszych wątpliwości). Powiedzcie no, użytkowniczki: w jakim mianowicie celu ta dziewczyna-kobieta była – jak to się mówi – w relacji z przytaczanym tu żałosnym indywiduum? Czy może gdyby się nie zachowywał on w tak uniżony sposób, gdyby jej tyle nie nadskakiwał, ignorowałaby go mniej? Może nawet sama wyszła z inicjatywą? I dlaczego student ten nie zdawał sobie sprawy z tego, w jak żałosnym położeniu znalazł się był na własne życzenie i jak żenująco to wyglądało?