suwaz
16.12.11, 20:09
Zacznę od tego że mam jakiś naturalny talent do słuchania ludzi. Kiedy ktoś mówi - nie przerywam, wiem kiedy przytaknąć, pokazać ze rozumiem, potwierdzić, itd. Nawet jeśli się z kimś nie zgadzam potrafię to wyrazić w delikatny sposób, kiedy sam mam coś do powiedzenia to zawsze staram się żeby to było zwięzłe i zrozumiałe.
I jest to straszne, bo większość ludzi kiedy tylko zorientuje się że uważnie słucham dochodzi do wniosku że są super interesujący, i zaczyna opowiadać wszystko co im tylko przyjdzie do głowy. W codziennym życiu nie jest to jakiś wielki problem, ale to zupełnie masakruje moje związki... w pewnym momencie zauważam że moja typowa interakcja z każdą partnerką polega na tym że ona godzinami, oporowo nawija na wszystkie możliwe tematy, a ja siedzę i w skupieniu tego wszystkiego wysłuchuję. Kiedy się spotykałem z moją ostatnią dziewczyną, to za każdym razem widziałem u niej przede wszystkim... nie wiem jak to nazwać, zadowolenie że będzie się można wreszcie werbalnie wyżyć?
Z dwoma partnerkami próbowałem rozmawiać na ten temat żeby może doprowadzić do jakiejś równowagi, i - co ciekawe - w obu przypadkach reakcja była identyczna: irytacja. Generalnie niezgoda na utratę tej pewności że ja zawsze będę bezwarunkowo, uważnie słuchał.
Kiedyś wydawało mi się że po prostu trzeba wysłuchać drugiej osoby, niech powie co chce powiedzieć. Ale każdy „odcinek” to kopalnia nowych wątków i dygresji, więc tematów do dzielenia się wyłącznie przybywa.
Zdaję sobie sprawę że kobiety generalnie mówią więcej niż mężczyźni, a ja jeszcze pewno jakoś podświadomie przyciągam egzemplarze które mówią najwięcej... i bądź tu mądry człowieku, bo ten probem mnie już zniechęca do związków w ogóle.