chersona
14.01.12, 10:43
Do założenia wątku skłoniły mnie przypadki znajomych mi tłumaczy i autorów. Coraz częściej się zdarza, że wydawnictwo przerzuca na nich promocję i marketing, którymi powinno zająć się samo. Twórcy dostają do wypełnienia formularze z pytaniami:
"Proszę wskazać konkurencyjne książki i główne cechy odróżniające proponowaną książkę od jej najważniejszych konkurentów",
"Proszę napisać, do kogo książka jest adresowana czyli kim są czytelnicy, którzy odniosą korzyść z jej przeczytania?",
"Dlaczego adresaci mieliby przeczytać właśnie tę książkę? Jakie potrzeby czytelników zaspokoi?",
"Proszę podać tytuły wcześniej wydanych artykułów i książek na ten sam lub podobny temat", "Proszę napisać
krótki tekst promocyjny (...) i dłuższy tekst o książce, służący opracowaniu tekstu promocyjnego dla mediów, portali itp".
W ten sposób tłumacz, bądź autor odwala kawał roboty za wydawnictwo, niewykluczone, że na darmo, bo formularze wypełnić trzeba przed podpisaniem umowy.
I naszła mnie refleksja, że być może stąd taki zalew tandety. Bo już na poziomie wydawniczym selekcja materiałów odbywa się w oparciu o promocję dzieła, a nie jego zawartość. W oparciu o mówienie o dziele, a nie samo dzieło.
A potem bierzemy do ręki książkę, mniej lub bardziej wartościową, i z okładek krzyczą na nas jarmarczne okrzyki - 'dzieło stulecia' The Times, 'nie oderwiesz się przez całą noc' - Daily News, 'ta książka zmieniła moje życie' - Oprah Winfrey. I już wiemy, że mamy się książką zachwycić, na wypadek, gdybyśmy nie byli zdolni do samodzielnej oceny...
Czy nie macie wrażenia, że chorobą naszych czasów jest szmirowatość ducha i ciała?