ulkar
02.07.04, 14:15
Gdyby na podstawie mego zyciorysu napisano scenariusz, nikt z oglądających
film nie uwierzyłby zapewne, że to "samo życie". Nieprawdopodobne wydają się
moje losy. Szczęśliwe dzieciństwo w sennym podlaskim miasteczku. Prawie
szczęśliwe, bo jako dziecku przeszkadzały mi moje rude włosy. Uszczypliwość
kolegów bolała i wpędzała w kompleksy. Tatuś mówił mi wtedy - Lenuńka ty się
nie martw, mądra dziewczynka jesteś. Ty sobie poradzisz. Studia. Pierwszy
chłopak "na poważnie". Czy to była miłość? Dzisiaj nie umiem odpowiedzieć na
to pytanie. Czasem wydaje mi się, że bardziej niż miłość w ramiona mego męża
popchnął mnie strach, zakompleksionego rudzielca z prowincji, przed
samotnością. Lata małżeństwa leciały jak szlone. Nie było bardzo szczęśliwe,
ale też nie było to najgorsze z najgorszych. Czasem kłotnie, ale bez cichych
dni. Zrozumienia i współnych spraw niewiele. Z tego związku urodził się mój
syn. I to on przez wiele lat nadawał sens mojemu życiu. Tuż obok była
satysfakcjonująca chociaż niezbyt dobrze płatna praca na uczelni. Toczyły się
dni. Raz dobre raz złe. Wracając z pracy prorafiłam zajść na Wzgórze
Magdaleny i np. brodząc po kostki w opadłych liściach myśleć - Cudny jest
ten świat, i czuć beztroską radość z faktu, że jest piękny jesienny dzień.
Tak było ....... Obrona pracy doktorskiej. Wtedy myślałam, że odniosłam
sukces i teraz będę w spokoju mogła konsumowac efekty kilkuletniej pracy.
Niestety, po czterech miesiącach okazało się, że mój Mały Książę ma poważną
chorobę serca - kardiomiopatię przerostową. Zaczęło się życie z lękiem.
Szpitale. Najpierw miejscowy kliniczny. Potem CZD. Tygodnie leżenia i badań.
Tygodnie moich nieprzespanych nocy i panicznego strachu. Efekt - decyzja o
przeszczepie. Szpital w Zabrzu. Znowu wiele badań i kilkakrotnie zmienianych
decyzji lekarzy. Ostatecznie - na razie nie przeszczepiamy, do obserwacji.
Oboje z synem płakaliśmy wtuleni w siebie. Później poradnia kardiomiopatii w
Klinice w Aninie. Wyniki Małego Księcia bardzo dobre. Przerost duży, ale bez
zaburzeń rytmu i z dobra wydolnością. Sytuacja zaczęła się normalizować.
Wracałam do życia, do ludzi, do pracy. Wydawało mi się, że nic złego nie może
mu się stać, że moja miłość go obroni. Myliłam się. Syn umarł w niewiele
ponad trzy lata po wykryciu choroby. Nagle. W tydzien po przeprowadzeniu się
do nowowybudowanego domu. Nie potrafię opisac mego bólu. Mego i męża też. On
zagoniony pracą niewiele miał czasu dla syna i jak mówił żałuje tego bardzo.
Wcześniej, jesienny słoneczny dzień wywoływał u mnie radośc życia. Dzisiaj
nawet nie umiem przypomnieć sobie tego uczucia. Pierwsze miesiące po
teragedii prawie w całości przesypiałam. Jak mogła pomagała mi męża siostra i
Paweł - kumpel, powiernik przyjaciel. Mąż był gdzieś blisko, ale nie do końca
ze mną. Inaczej przeżywał śmierć syna. Nie potrafiliśmy o tym rozmawiać ze
sobą. Wydawało mi się, że nie rozumie co czuję. Okazałam się silną
psychicznie osobą. Tak bardzo jak sama sie po sobie nie spodziewałam. Po
drobnych niepowodzeniach łzy szybko leca mi po policzkach. W obliczu
największej tragedii jaka może spotkać matkę okazałam się "człowiekiem z
żelaza". Fakt, wydaje mi się, że teraz zamiast serca mam pipiół. Niewiele
odczuwam. Syn był dla mnie nie tylko moim dzieckiem, ale też przyjacielem i
już partnerem w dyskusji. Miał 14 lat. Nie raz teraz wyobrażam sobie jaki
byłby po tym już ponad 1,5 roku..... Później umarł mój tata. Najkochańszy
ojciec pod słońcem. Moja ostoja. Nie potrafiłam przeżyć jego śmierci tak, jak
na to zasługiwał. Tęsknota za synem przesłaniała wszystko.
Trzeba było jakoś żyć dalej. Szukać nowego sensu istnienia. Po prawie roku od
śmierci syna adoptowaliśmy malusieńką dziewczyneczkę. Cudną kruszynkę. Nie
zastąpi mi syna, ona sama w sobie jest najwyższą wartościa. Jej uśmiech
rozjaśnia świat. Nie potrafię jeszcze cieszyć się wiosną na powrót, ale
potrafię się już uśmiechać Do niej i dla niej. Wydwało mi się, że udało mi
się podnieśc z riun. Wydawało się ...... Osiem miesięcy po adopcji
dowiedziałam się, że mój mąż od dwóch miesięcy spotyka się z inną kobietą, że
bardzo się zakochał. Na razie, jak podkreśla, nie chce rozwodu. Oczekuje ode
mnie "życia jak dotychczas". On tylko parę razy w tygodzniu spotka się ze
swoja ukochaną, a poza tym bedzie na razie normalnie przychodził do domu, bo
chce być ojcem dla córki. Ja się nie liczę. Jak twierdzi liczy się tylko
córka i Ona - ukochana od 2 miesięcy kobieta. Nie wiem jak mam żyć. Nie
wyobrażam sobie przyszłości. Słyszałam już słowa z ust męża, że odbierze mi
dziecko, bo stworzy nową , pełną rodzinę. A ja? Co ze mną dalej? Jak mam żyć?
Wsłuchuję się czasem w ciszę i dobiega mnie głos mego taty - Lenuńka ty sobie
poradzisz... Być może tato poradzę, tylko powiedz mi jeszcze jak mam to
zrobić ....
Lena