wielkafuria
02.12.12, 12:44
Wydaje mi się, ale mogę się mylić że jesteśmy od małego uczeni tego żeby umieć się pochylić nad czyimś nieszczęściem, pocieszyć, wspierać.
Wiadomo że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, i tak; inaczej będziemy przeżywać jesli obejrzymy w tivi reportaż o powodzi, przegryzając wiadomości ciasteczkiem, a inaczej jeśli będzie to dotyczyło naszego bliskiego. To oczywiste (wg mnie).
chciałam zrobić wstępniak ponieważ miałam wczoraj taką sytuację: dostałam sms (od znajomego, z którym utrzymuję sporadyczny kontakt, chociaż ostatnio rzeczywiście ten kontakt z przyczyn zawodowych był częstszy.) o treści: jestem strasznie przybity, moja znajoma ma raka i zostało jej pół roku życia, od kilku godzin nie umiem się pozbierać".
Jego znajomych nie znam w ogóle, więc przez chwilę myślałam że pomylił odbiorcę. W sumie co miałam mu odpisać, skoro nie jestem w temacie? odpisałam więc, że mi przykro.
Trzy sekundy później znajomy zadzwonił i przez 50 minut opowiadał jaka to straszna sytuacja ponieważ pani ma dziecko, męża, on ja zna od liceum, jest taka dobra i on to strasznie przezywa, bo to koleżanka z jego paczki.
Ok, rozumiem. Ale ja jestem chyba ostatnią osoba do której mógł zadzwonić. Wysłuchałam, kilka razy skomentowałam, podniosłam na duchu. Bo tak uważałam za stosowne.
Natomiast mimo, obiektywnie przykrej sytuacji czułam się sprzeciw wobec obarczania obcych osób problemami innych obcych osób.
Mam sprzeczne uczucia, bo jeśli ten znajomy do mnie zadzwonił tzn ze darzy mnie zaufaniem, ze uwazał ze jestem odpowiednia osoba ktorej sie moze pozalić.
Z drugiej strony poczułam się po tej rozmowie żle, jakby przerzucił swój worek z kamieniami na mnie.
nie wiem co o tym sadzić.
w efekcie dzisiaj nie odebrałam od niego telefonu. Jest niedziela, dzień wolny. chcę się odprężyć przed tygodniem pracy a nie przejmować nie swoimi problemami...
Uważacie, że moralnym obowiązkiem jest wspierać innych w ich problemach, czy w takich sytuacjach jak opisałam mamy prawo protestować?