racoonstail
25.11.21, 12:18
Jestem w związku prawie 6 lat od przeszło roku zaręczeni. Związek stoi w miejscu, jest jakaś stagnacja. Ślub on może wziąć ale chyba oczekuje, że to ja wszystko zorganizuje (?), bo sam nie wyskakuje z datą, no chyba że cywilny to zawsze mówi że nawet w przyszły weekend możemy. Dodatkowo dochodzą kwestię jego ciśnienia na dziecko i kłótnie z tego powodu.
Co raz częściej się kłócimy (najczęściej o sprzątanie, gotowanie, ilość mojej pracy), ale równie szybko się godzimy. Jest cierpliwy i stabilny emocjonalnie. Jest moim przyjacielem.
Tylko... bardzo dużo nas różni praca, ambicje, znajomi, zarobki, kultura słowa (on przeklina dość często), poziom materiałów oglądanych na yt itp. Ja jestem pracoholiczką on osiadł na mieliźnie i zdążyłam go zdecydowanie wyprzedzić. Oboje jesteśmy po studiach. Odkąd go poznałam znacznie zwiększyłam zarobki. On w tym kierunku nie robi nic uważa, że ma świetna pracę (w zasadzie do jej wykonywania studia mu nie są potrzebne) i mu to wystarczy (oszczędności ma jakieś minimalne) a rodzinę pierwszy chce zakładać.
Czasem sobie myślę , że on z takim podejściem powinien być kobietą. Jakiś przygarnąłby go pod swoje skrzydła, i mu wszystko zorganizował, a on by robił zakupy i gotował.
I teraz do meritum. Mam 37 lat , on 39.
Nie oczekuje rad w stylu widziały gały co brały. Mleko się wylało i trzeba posprzątać.
Zastanawiam się czy korzystniejsze w perspektywie reszty życia jest życie singielki/starej panny, czy jednak podjęcie ryzyka i wyjście za mąż?
Z singielek mi znanych w różnym wieku, nie ma żadnej która w pełni akceptowałaby swój stan. Praktycznie każda mimo wszystko szuka (żeby nie wiem jak wyzwolona była i świetnie sobie radziła) i to często w sposób kompulsywny.
Co byście zrobiły- wybrały staropanieństwo, podjęły ryzyko i wyszły za maż, wierzyły dalej, że gdzieś czeka 100% pasujący Mr Right?