joanna8201
14.04.26, 20:36
Poznałam mężczyznę, który na początku był wszystkim, czego kobieta może pragnąć. Czuły, zaangażowany, obecny. Potrafił mówić piękne słowa, okazywać uczucia, sprawiał, że czułam się ważna, wyjątkowa. Budował we mnie nadzieję na coś trwałego, prawdziwego.
Z czasem zaczęło się coś zmieniać. Coraz częściej pojawiały się uwagi – o tym, jak się ubieram, jaka powinnam być, co powinnam zmienić. Zaczęłam się dopasowywać, rezygnować z siebie, żeby było „lepiej”, żeby jemu było dobrze.
Oddałam tej relacji bardzo dużo. Byłam cierpliwa, wyrozumiała, wspierająca. Kochałam uczciwie i prawdziwie. On stał się dla mnie bardzo ważny.
A potem zaczęło się chłodzenie emocji. Dystans. Coraz mniej ciepła, coraz więcej obojętności. W momentach, kiedy najbardziej potrzebowałam bliskości, dostawałam odrzucenie. Pamiętam, jak płakałam przy nim, czując się bezsilna, a on powiedział słowa, które mnie złamały… i po prostu wyszedł do kolegów.
Usłyszałam też, że „nie chce być z taką babą”. Od człowieka, który wcześniej całował mnie po rękach i nazywał skarbem.
Na końcu powiedział, że „niepotrzebnie robił mi nadzieję”.
Zostałam z bólem, poczuciem odrzucenia i ogromną pustką. Z pytaniami: co zrobiłam nie tak? Dlaczego nie zasługuję nawet na szacunek? Dlaczego ktoś najpierw wynosi Cię na piedestał, a potem traktuje jak nikogo?
Najgorsze jest to, że zaczęłam obwiniać siebie. Że może za bardzo kochałam. Za bardzo się starałam. Za bardzo chciałam.
Dziś próbuję zrozumieć, czy to naprawdę była moja wina… czy po prostu trafiłam na człowieka, który nie potrafi kochać w zdrowy sposób?