Gość: sunny
IP: *.elsat.net.pl / 217.173.160.*
15.12.04, 15:45
Tyle się słyszy o tym, jak to kobiety zmieniają się po ślubie czy wspólnym
zamieszkaniu. Te stereotypowe wałki na głowie, golenie nóg na oczach lubego,
przydeptane kapcie, oglądanie telenowel itp...A oni, mężczyźni?
Mieszkamy ze sobą od czterech miesięcy. Bardzo nam na sobie zależy, mamy
wspólne zainteresowania, podobne poczucie humoru. Byłoby świetnie, gdyby nie
pojawiły się typowo "małżeńskie problemy". Kłótnie o kasę ( jak się kończy,
jestem oskarżana, że za dużo wydaję), o obowiązki domowe ( to ja chodzę po
zakupy, ja gotuję, płacę rachunki, dzwonię po hydraulika, bo on ma dwie lewe
ręce do napraw, a nie mogę doczekać się z jego strony umycia podłogi, o które
proszę od dwóch dni. Dodam, że ja dorabiam wieczorami, a on przez większość
czasuy jest w domu). Przestaliśmy gdziekolwiek razem wychodzić, czasem tylko
wpadną znajomi. Ja oczywiście wychodzę nadal, uwielbiam kino, operę,
knajpki...Dla niego szczytem szczęścia jest telewizor, piwko, internet,
książka i chipsy. I te wymagania! Obiad nie może być z mrożonki, bo
niezdrowo, bułki nigdy nie są wystarczająco świeże. Moja propozycja, by sam
prasował swoje t-shirty bardzo go zdziwiła.
Nie mamy ślubu, jesteśmy ze sobą stosunkowo krótko (ponad rok). Wiecie,
naprawdę go kocham, jest świetnym facetem, tylko czy ja podpisywałam jakiś
cyrograf, zobowiązywałam się do wzięcia na barki tego cyrku i kieratu? Kto i
kiedy za mnie zadecydował? Czasem wyglądam przez okno i zastanawiam się, co
tu w ogóle robię...