Dodaj do ulubionych

Kiedy małżeństwo umiera?

IP: *.clan.pl 09.09.02, 08:13
....no właśnie. Kiedy? Gdy on przestanie przynosić kwiaty? A może kiedy
wieczorem wolimy oglądać telewizję niż się przytulić? Albo kiedy jesteśmy
zbyt zmęczeni by porozmawiać? Czy to już wtedy gdy jeszcze niby dobrze, a już
jednak jakoś inaczej? I czy inaczej - musi oznaczać gorzej? Odpowiedzi niby
oczywiste, dla kogoś kto tego nie przeżywa. Kiedy się cały proces rozpocznie
jakoś wszystko się gmatwa... :( Może ktoś zna z autopsji?
Obserwuj wątek
    • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 08:24
      Gość portalu: Yasminka napisał(a):

      > ....no właśnie. Kiedy? Gdy on przestanie przynosić kwiaty? A może kiedy
      > wieczorem wolimy oglądać telewizję niż się przytulić? Albo kiedy jesteśmy
      > zbyt zmęczeni by porozmawiać? Czy to już wtedy gdy jeszcze niby dobrze, a już
      > jednak jakoś inaczej? I czy inaczej - musi oznaczać gorzej? Odpowiedzi niby
      > oczywiste, dla kogoś kto tego nie przeżywa. Kiedy się cały proces rozpocznie
      > jakoś wszystko się gmatwa... :( Może ktoś zna z autopsji?

      Z autopsji tego nie znam, ale mamy czasami bardziej ciche dni...i jakby to, co
      wtedy robimy, przentrasponowac na to, o czym mowi watek: to smierc malzenstwa
      wygladalaby by tak: on juz nie odwzajemnia usmiechu za moj usmiech, odsuwa reke
      przy dotknieciu mojej dloni, w jego zachowaniu, slowach nie ma akceptacji dla
      mojej osoby, ma jakies tam tajemnice, nie mowi wszystkiego...Noca, nie spimy
      juz jak dwie lyzeczki w szufladzie, kazdy ma swoja koldre, mierzi nas wzajemnie
      dotyk naszych cial- najlepiej spalibysmy w osobnych pomieszczeniach.
      Przerażajacy chłod... Mamy wrazenie, ze zmarnowalismy sobie zycie...tylko te
      biedne, nasze dzieci...
      • xeptrek Re: Kiedy małżeństwo umiera? 09.09.02, 08:27
        boże - co to są ciche dni?
        jesteśmy 13 lat po ślubie i zawsze potrafimy POROZMAWIAĆ
        • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 08:35
          xeptrek napisał:

          > boże - co to są ciche dni?
          > jesteśmy 13 lat po ślubie i zawsze potrafimy POROZMAWIAĆ

          My tez, dlatego, ciagle jestesmy bardzo kochajacymi sie ludzmi. Ciche dni- to
          tylko metafora...Zreszta czasami lepiej pomilczec, przemyslec wszystko, niz
          krzyczec na siebie, po cichych dniach latwiej przejsc do rozmowy, niz po dniach
          awantur i krzykow, kiedy mozna powiedziec za duzo i to, czego sie bedzie
          pozniej zalowalo..





          • xeptrek Re: Kiedy małżeństwo umiera? 09.09.02, 08:39
            a najlepiej godzi łóżko
            • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 08:45
              xeptrek napisał:

              > a najlepiej godzi łóżko

              W moim przypadku nie, trudno uprawiac z kims seks, do kogo ma sie zal.
              Az tak wylaczyc sie nie potrafie. Poza tym, to, ze lozko godzi, jest tylko i
              wylacznie jeszcze jednym z wyswiechtanych frazesow. Lozko moze usmiezyc bol,
              ale niczego nie zalatwia, to jest tylko odsuwanie od siebie problemu, ktory
              tak, czy inaczej, wczesniej , czy pozniej, znowu sie pojawi.



    • Gość: Yasminka Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.clan.pl 09.09.02, 08:52
      Łóżko - zdecydowanie nie godzi. Może uśmierza, może jakoś na chwilę daje
      złudzenie bliskości ale na pewno nie godzi.
      A sedno mojego pytania tkwi w tym, że jeszcze wsztsko ok, jeszcze dobrze, ale
      już jakieś przeczucie niejasne nadchodzącego chłodu. I jakaś niemoc - nie mam
      siły się temu przeciwstawić.
      • yonker Re: Kiedy małżeństwo umiera? 09.09.02, 08:54
        Gość portalu: Yasminka napisał(a):

        > Łóżko - zdecydowanie nie godzi. Może uśmierza, może jakoś na chwilę daje
        > złudzenie bliskości ale na pewno nie godzi.
        > A sedno mojego pytania tkwi w tym, że jeszcze wsztsko ok, jeszcze dobrze, ale
        > już jakieś przeczucie niejasne nadchodzącego chłodu. I jakaś niemoc - nie mam
        > siły się temu przeciwstawić.

        Jedno Ci powiem, jeżeli niczego z tym nie zrobisz teraz, będzie coraz gorzej.
      • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 09:02
        Gość portalu: Yasminka napisał(a):

        > Łóżko - zdecydowanie nie godzi. Może uśmierza, może jakoś na chwilę daje
        > złudzenie bliskości ale na pewno nie godzi.
        > A sedno mojego pytania tkwi w tym, że jeszcze wsztsko ok, jeszcze dobrze, ale
        > już jakieś przeczucie niejasne nadchodzącego chłodu. I jakaś niemoc - nie mam
        > siły się temu przeciwstawić.

        Alez mozesz sie temu przeciwstawic:) Wiele malzenstw ma przyplywy, odplywy-
        trzeba sobie z tym radzic...Okaz serce temu czlowiekowi, powroc do czasow,
        kiedy zakochaliscie sie w sobie- stan sie ta sama dziewczyna- badz
        uwodzicielska, interesuj sie tym, co on robi- to naprawde dziala!
    • yonker małżeństwo umiera 09.09.02, 08:52
      - gdy więcej dzieli niż łączy;
      - gdy utraciło się poczucie bezpieczeństwa;
      - gdy obecność drugiej osoby drażni;
      - gdy "bliskość jest obca";
      - gdy pragnie się już tylko ciszy - dosłownie i w przenośni;
      - gdy niechętnie wracamy do wspólnego domu;
      - gdy nie mamy sobie już nic do powiedzenia;

      można wymieniać w nieskończoność
      • Gość: mm Re: małżeństwo umiera IP: *.ipt.aol.com 09.09.02, 09:24
        To bardzo smutne,a jednak prawdziwe.Moim zdaniem trzeba sobie zadac pytanie czy
        ja ja(jego)kocham i czy w ogole warto.Jesli jest choc nutka watpliwosci trzeba
        walczyc.Kup sobie cos nowego,zacznij wiecej o siebie dbac,wyjdz gdzies z
        kolezanka.To daje do myslenia.Moze obudzi sie zazdrosc,a nie ma milosci bez
        zazdrosci.Sex jest wazny dla mezczyzny.Zgodz sie na cos czego on zawsze
        chcial,a ty nie mialas ochoty.
        A,jesli nie warto .....to sprobuj sobie wyobrazic zycie w samotnosci.Nie
        dziala....TO IDZ SZUKAJ SWOJEGO SZCZESCIA !!!!!
    • pamela_anderson Re: Kiedy małżeństwo umiera? 09.09.02, 09:19
      Kiedy czytam niektóre "porady" aż się we mnie gotuje. Dlaczego w większości
      przypadków to kobieta musi wziąć na siebie brzemię ratowania umierającego
      małżeństwa? A może by tak oboje się za to zabrali? Bo z moich obserwacji
      wynika, że to mężczyźni bardzo szybko w małżeństwie "kapcanieją" i przestają
      się starać. Tak przynajmniej jest w Polsce.
      Nell radzi aby autorka wątku była tą samą dziewczyną, co kiedyś. A co z
      jej "chłopakiem"?
      • yonker Re: Kiedy małżeństwo umiera? 09.09.02, 09:26
        pamela_anderson napisała:

        > Kiedy czytam niektóre "porady" aż się we mnie gotuje. Dlaczego w większości
        > przypadków to kobieta musi wziąć na siebie brzemię ratowania umierającego
        > małżeństwa? A może by tak oboje się za to zabrali? Bo z moich obserwacji
        > wynika, że to mężczyźni bardzo szybko w małżeństwie "kapcanieją" i przestają
        > się starać. Tak przynajmniej jest w Polsce.
        > Nell radzi aby autorka wątku była tą samą dziewczyną, co kiedyś. A co z
        > jej "chłopakiem"?

        Wiesz co pamela, twoja rada, to czysta recepta na rozwód. w takiehj sytuacji
        nie ma co ogląfdac się na drugiego. Nie ma co bawić się w jakieś gierki w
        damski (czy też męski) honor. Albo ci jeszcze zależy na swoim małżeństwie, i
        robisz coś aby je uratować, albo sobie odpuszczasz i mówicie sobgie - cześć,
        było miło. Czekając, a teen drugi (ta druga0 zrobi pierwszy krok, można sie nie
        doczeka i obódzić z ręką w nocniku.
        • Gość: Nell yonker IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 09:31

          Kazda twa wypowiedz...to tak jakbys czytal mi w myslach:)
          pozdrawiam:)




          yonker napisał:




          > pamela_anderson napisała:
          >
          > > Kiedy czytam niektóre "porady" aż się we mnie gotuje. Dlaczego w większośc
          > i
          > > przypadków to kobieta musi wziąć na siebie brzemię ratowania umierającego
          > > małżeństwa? A może by tak oboje się za to zabrali? Bo z moich obserwacji
          > > wynika, że to mężczyźni bardzo szybko w małżeństwie "kapcanieją" i przesta
          > ją
          > > się starać. Tak przynajmniej jest w Polsce.
          > > Nell radzi aby autorka wątku była tą samą dziewczyną, co kiedyś. A co z
          > > jej "chłopakiem"?
          >
          > Wiesz co pamela, twoja rada, to czysta recepta na rozwód. w takiehj sytuacji
          > nie ma co ogląfdac się na drugiego. Nie ma co bawić się w jakieś gierki w
          > damski (czy też męski) honor. Albo ci jeszcze zależy na swoim małżeństwie, i
          > robisz coś aby je uratować, albo sobie odpuszczasz i mówicie sobgie - cześć,
          > było miło. Czekając, a teen drugi (ta druga0 zrobi pierwszy krok, można sie
          nie
          >
          > doczeka i obódzić z ręką w nocniku.
        • pamela_anderson Re: Yonker 09.09.02, 12:35
          yonker napisał:

          > pamela_anderson napisała:
          >
          > > Kiedy czytam niektóre "porady" aż się we mnie gotuje. Dlaczego w większośc
          > i
          > > przypadków to kobieta musi wziąć na siebie brzemię ratowania umierającego
          > > małżeństwa? A może by tak oboje się za to zabrali? Bo z moich obserwacji
          > > wynika, że to mężczyźni bardzo szybko w małżeństwie "kapcanieją" i przesta
          > ją
          > > się starać. Tak przynajmniej jest w Polsce.
          > > Nell radzi aby autorka wątku była tą samą dziewczyną, co kiedyś. A co z
          > > jej "chłopakiem"?
          >
          > Wiesz co pamela, twoja rada, to czysta recepta na rozwód. w takiehj sytuacji
          > nie ma co ogląfdac się na drugiego. Nie ma co bawić się w jakieś gierki w
          > damski (czy też męski) honor. Albo ci jeszcze zależy na swoim małżeństwie, i
          > robisz coś aby je uratować, albo sobie odpuszczasz i mówicie sobgie - cześć,
          > było miło. Czekając, a teen drugi (ta druga0 zrobi pierwszy krok, można sie
          nie
          >
          > doczeka i obódzić z ręką w nocniku.

          Zaintrygował mnie tytuł wątku ze względów osobistych. A niektorzy zaczęli go
          traktować jak ring do przywalenia komuś. Powtarzam: minęły czasy kiedy to
          kobieta była winna rozpadowi małżeństwa, bo nie potrafiła odpowiednio o niego
          dbać. I będę dalej twierdziła, że to Twoje ludzi jest odpowiedzialnych za
          związek, a nie wyłącznie kobieta. Niektórym paniom się coś pomyliło (Tobie
          również) i próbowały mi udowodnić, że jestem be. Ale to ja jestem w związku
          małżeńskim od 13 lat, a nie wy (poza Tobą Yonker). Będąc tutaj na forum ponad
          rok zaobserwowałam, że większość kobiet tu piszących ma problemy z
          zalegalizowaniem długoletnich związków. Wcale się nie dziwię.
          • anula73 Re: Yonker 09.09.02, 12:48
            Ale przeciez nikt tu nie powiedzial, ze odpowiedzialnosc za zwiazek lezy tylko
            w rekach kobiety!
            Oboje powinni sie starac, ale ktos musi zaczac. Licytowaniem daleko sie nie
            zajdzie. Ktos czuje, ze cos jest nie tak - powinien (jesli mu zalezy na
            zwiazku) cos z tym zrobic. Jakis romantyczny wyjazd, prezent, czuly liscik. I
            czekac na odzew. To nie powinno byc jednostonne, ale nie mozna unosic sie
            honorem i myslec, ze to druga strona ma sie starac.

            Chcesz powiedziec, ze Twoja recepta na zwiazek to biernosc?
      • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 09:28
        pamela_anderson napisała:

        > Kiedy czytam niektóre "porady" aż się we mnie gotuje.

        To moze cos bys sama poradzila, co?
        Tylko do tego trzeba miec jakies doswiadczenie, nie podpisywac sie nikiem
        pamela anderson- dla sfrustrowanych.

        Dlaczego w większości
        > przypadków to kobieta musi wziąć na siebie brzemię ratowania umierającego
        > małżeństwa? A może by tak oboje się za to zabrali? Bo z moich obserwacji
        > wynika, że to mężczyźni bardzo szybko w małżeństwie "kapcanieją" i przestają
        > się starać. Tak przynajmniej jest w Polsce.

        To masz niezle obserawacje.


        > Nell radzi aby autorka wątku była tą samą dziewczyną, co kiedyś. A co z
        > jej "chłopakiem"?

        Sluchaj- a czy to jej chlopak sie wypowiada w tym watku, czy ona?
        Ktos musi zaczac naprawianie. Czy moze maja czekac, kto pierwszy zacznie? Tak
        myslac, a ni sie obejrza, a nie bedzie co ratowac.
        • pamela_anderson Re: Nell 09.09.02, 10:04
          Gość portalu: Nell napisał(a):

          > pamela_anderson napisała:
          >
          > > Kiedy czytam niektóre "porady" aż się we mnie gotuje.
          >
          > To moze cos bys sama poradzila, co?
          > Tylko do tego trzeba miec jakies doswiadczenie, nie podpisywac sie nikiem
          > pamela anderson- dla sfrustrowanych.

          Idąc Twoim tokiem myślenia to Twoim ideałem jest złotowłosa dzielna
          dziewczynka z filmu w Pustyni i w puszczy. To już wolę swój nick.
          ł>
          > Dlaczego w większości
          > > przypadków to kobieta musi wziąć na siebie brzemię ratowania umierającego
          > > małżeństwa? A może by tak oboje się za to zabrali? Bo z moich obserwacji
          > > wynika, że to mężczyźni bardzo szybko w małżeństwie "kapcanieją" i przesta
          > ją
          > > się starać. Tak przynajmniej jest w Polsce.
          >
          > To masz niezle obserawacje.

          Złośliwość nie na miejscu.

          >
          >
          > > Nell radzi aby autorka wątku była tą samą dziewczyną, co kiedyś. A co z
          > > jej "chłopakiem"?
          >
          > Sluchaj- a czy to jej chlopak sie wypowiada w tym watku, czy ona?
          > Ktos musi zaczac naprawianie. Czy moze maja czekac, kto pierwszy zacznie? Tak
          > myslac, a ni sie obejrza, a nie bedzie co ratowac.

          Jasne, i to kobieta koniecznie musi zacząć naprawianie. Tak Cię mamusia
          nauczyła, że za całe zło w związku odpowiada kobieta.
          Po co ja tu dyskutuję, przecież to forum to dno. Nie ma z kim dyskutować, a
          przynajmniej w talim to nie, jaki narzucają dyskutanci. Lepiej wrócić do innej
          skóry.
          • Gość: Nell do pani- ktora by chciala byc seksbomba IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 10:18

            >
            > > pamela_anderson napisała:

            >
            > Jasne, i to kobieta koniecznie musi zacząć naprawianie. Tak Cię mamusia
            > nauczyła, że za całe zło w związku odpowiada kobieta.

            Od mojej mamusi to sie odpier.

            Zadam ci jedno pytanie- bo jak widac wlasne negatywne doswiadczenia z facetami
            przekladasz na ten watek, jakies chore projekcje rzeczywistosci.
            Kto zalozyl ten watek yasminka, czy jej chlopak? Jej chyba zalezy na tym
            zwiazku, kocha- chce zapobiec nieszczesciu, pyta o rade. Co mamy jej
            odpowiedziec- poloz sie, czekaj z zalozonymi rekami na jego krok, taka rade bys
            dala? Z jej postu nie wynika , ze facet sie jakos zaniedbal- wyczytac mozna
            jedynie z tych paru slow, ze ten zwiazek sie wypalil, zlo tkwi w ich
            psychikach- ona chce malzenstwo ratowac, to,ona pisze. O jej mezu nie wiemy NIC.




            > Po co ja tu dyskutuję, przecież to forum to dno. Nie ma z kim dyskutować, a
            > przynajmniej w talim to nie, jaki narzucają dyskutanci.

            O ty biedna Pamelo, to czego tu jeszcze szukasz? Pewno nie mozesz zyc bez tego
            forum.



            Lepiej wrócić do innej
            >
            > skóry.

            A co? Masz rozdwojenie jazni?
            • poison1 Re: do Nell co się ze Stasiem gziła 09.09.02, 12:28
              Gość portalu: Nell napisał(a):

              >
              > >
              > > > pamela_anderson napisała:
              >
              > >
              > > Jasne, i to kobieta koniecznie musi zacząć naprawianie. Tak Cię mamusia
              > > nauczyła, że za całe zło w związku odpowiada kobieta.
              >
              > Od mojej mamusi to sie odpierdol
              >
              > Zadam ci jedno pytanie- bo jak widac wlasne negatywne doswiadczenia z
              facetami
              > przekladasz na ten watek, jakies chore projekcje rzeczywistosci.
              > Kto zalozyl ten watek yasminka, czy jej chlopak? Jej chyba zalezy na tym
              > zwiazku, kocha- chce zapobiec nieszczesciu, pyta o rade. Co mamy jej
              > odpowiedziec- poloz sie, czekaj z zalozonymi rekami na jego krok, taka rade
              bys
              >
              > dala? Z jej postu nie wynika , ze facet sie jakos zaniedbal- wyczytac mozna
              > jedynie z tych paru slow, ze ten zwiazek sie wypalil, zlo tkwi w ich
              > psychikach- ona chce malzenstwo ratowac, to,ona pisze. O jej mezu nie wiemy
              NIC
              > .
              >
              >
              >
              >
              > > Po co ja tu dyskutuję, przecież to forum to dno. Nie ma z kim dyskutować,
              > a
              > > przynajmniej w talim to nie, jaki narzucają dyskutanci.
              >
              > O ty biedna Pamelo, to czego tu jeszcze szukasz? Pewno nie mozesz zyc bez
              tego
              > forum.
              >
              >
              >
              > Lepiej wrócić do innej
              > >
              > > skóry.
              >
              > A co? Masz rozdwojenie jazni?

              Nie, uczulenie na kretynki-dziewczynki o imieniu Nell.
              Jesteś dla mnie zwyczajną wieśniarą, która używa wulgaryzmow, jako argumentów w
              dyskusji.
              I daruj sobie odpowiedź, bo i tak ją oleję.
              • Gość: Nell Re: do Nell co się ze Stasiem gziła IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 13:35
                poison1 napisała:

                > Gość portalu: Nell napisał(a):
                >
                > >
                > > >
                > > > > pamela_anderson napisała:
                > >
                > > >
                > > > Jasne, i to kobieta koniecznie musi zacząć naprawianie. Tak Cię mamus
                > ia
                > > > nauczyła, że za całe zło w związku odpowiada kobieta.
                > >
                > > Od mojej mamusi to sie odpierdol
                > >
                > > Zadam ci jedno pytanie- bo jak widac wlasne negatywne doswiadczenia z
                > facetami
                > > przekladasz na ten watek, jakies chore projekcje rzeczywistosci.
                > > Kto zalozyl ten watek yasminka, czy jej chlopak? Jej chyba zalezy na tym
                > > zwiazku, kocha- chce zapobiec nieszczesciu, pyta o rade. Co mamy jej
                > > odpowiedziec- poloz sie, czekaj z zalozonymi rekami na jego krok, taka rad
                > e
                > bys
                > >
                > > dala? Z jej postu nie wynika , ze facet sie jakos zaniedbal- wyczytac mozn
                > a
                > > jedynie z tych paru slow, ze ten zwiazek sie wypalil, zlo tkwi w ich
                > > psychikach- ona chce malzenstwo ratowac, to,ona pisze. O jej mezu nie wiem
                > y
                > NIC
                > > .
                > >
                > >
                > >
                > >
                > > > Po co ja tu dyskutuję, przecież to forum to dno. Nie ma z kim dyskuto
                > wać,
                > > a
                > > > przynajmniej w talim to nie, jaki narzucają dyskutanci.
                > >
                > > O ty biedna Pamelo, to czego tu jeszcze szukasz? Pewno nie mozesz zyc bez
                > tego
                > > forum.
                > >
                > >
                > >
                > > Lepiej wrócić do innej
                > > >
                > > > skóry.
                > >
                > > A co? Masz rozdwojenie jazni?
                >
                > Nie, uczulenie na kretynki-dziewczynki o imieniu Nell.
                > Jesteś dla mnie zwyczajną wieśniarą, która używa wulgaryzmow, jako argumentów
                w
                >
                > dyskusji.
                > I daruj sobie odpowiedź, bo i tak ją oleję.

                zegnaj żekoma, zalosna Pamelo Anderson....

      • Gość: Vika Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.ewave.at 10.09.02, 09:29
        pamela_anderson napisała:

        > Kiedy czytam niektóre "porady" aż się we mnie gotuje. Dlaczego w większości
        > przypadków to kobieta musi wziąć na siebie brzemię ratowania umierającego
        > małżeństwa? A może by tak oboje się za to zabrali? Bo z moich obserwacji
        > wynika, że to mężczyźni bardzo szybko w małżeństwie "kapcanieją" i przestają
        > się starać. Tak przynajmniej jest w Polsce.
        > Nell radzi aby autorka wątku była tą samą dziewczyną, co kiedyś. A co z
        > jej "chłopakiem"?

        Tak jest nie tylko w Polsce...czasem mysle, ze mezczyznom sie wiecej nie chce
        niz chce...:-(
        A do tanca trzeba dwojga...
    • Gość: Lena Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: 213.25.39.* 09.09.02, 10:20
      Macie rację dziewczyny. postawa roszczeniowa typu "dlaczego ja mam pierwsza
      zauwazyc", "dlaczego ja mam pierwsza wyciągnąć rękę" jest najlepszą drogą do
      rozwodu. Zapatrzone w nasze a jakże skomplikowane wnętrze nie pamiętamy czasem,
      że on kiedyś przyniósł kwiatek, zrobił kolację /no może zamówił pizzę/,
      otworzył wino - tak bez okazji. I nie powiedział,że wydaje mu się, że nasze
      małżeństwo przeżywa jakiś kryzys bo nie przytulamy się do niego itp. itd. Może
      on też czasem widzi,że jest inaczej i wyciąga rękę. Lepiej nie zaczynać
      rozmowy "bo ty już mnie nie kochasz tak jak dawniej" tylko zrobić coś.Pozdr.
      • yonker Re: Kiedy małżeństwo umiera? 09.09.02, 10:39
        Bingo. Małżeństwo to wspólny związek, a nie jakieś chore gierki, ja kobieta, on
        facet.
    • Gość: Korynna Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 09.09.02, 10:40
      Wychodziłam za mąż z miłości. Wprost żyć bez niego nie mogłam. Mając na uwadze
      niudane małżeństwa naszych rodziców, wciąż "się czepiałam" tzn. zwracałam
      uwagę, przypominałam (nie dałes całusa na pożegnanie, nie zadzwoniłeś itp.)
      itak samo kazałam zwracać uwagę sobie co też -choć rzadziej - czynił. Dzis po
      siedmiu latach wszystko umiera. W tym roku kochaliśmy się 3 razy (słownie:
      trzy) i każdy był z mojej inicjatywy i niemal przymusu. Pomijając sex, brak mi
      jego dotyku takiego poklepania, musnięcia dłonią przelotnego uśmiechu. Nie
      kłócimy się (w czerwcu była jedna wielka awantura, zagroziłam rozwodem,
      pogodziliśmy się umawiając się na pewne ustępstaw i obietnice których on nie
      dotrzymuje), po prostu żyjemy coraz bardziej obok siebie a nie razem.Taka byłam
      zakochan i wciąż jestem. Zawsze mówiłam, że jestesmy jak dwójka dzieciaków w
      domku na drzewie, patrząca na ludzi i życie i chichocząca ze wszystkiego.
      Podobno pieniądze szczęścia nie dają ale na pewno połowy tego by nie było gdyby
      nie kłopoty finansowe.
      Yasminko, właśnie wtedy małżeństwo umiera. Te kilkanaście drobiazgów które z
      biegiem czasu przekształcają sie w zaporę nie do przebycia, która dzieli dwoje
      tak dotąd bliskich sobie ludzi.
      Juz nie iwem co robić, nie wiem jak z tym walczyć. Brakuje mi sił. Owszem,
      zawsze pierwsza próbuję, ale nie da się odbudowac w pojedynkę to co się rozpada
      • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 10:48
        Gość portalu: Korynna napisał(a):

        > Wychodziłam za mąż z miłości. Wprost żyć bez niego nie mogłam. Mając na
        uwadze
        > niudane małżeństwa naszych rodziców, wciąż "się czepiałam" tzn. zwracałam
        > uwagę, przypominałam (nie dałes całusa na pożegnanie, nie zadzwoniłeś itp.)
        > itak samo kazałam zwracać uwagę sobie co też -choć rzadziej - czynił. Dzis po
        > siedmiu latach wszystko umiera. W tym roku kochaliśmy się 3 razy (słownie:
        > trzy) i każdy był z mojej inicjatywy i niemal przymusu. Pomijając sex, brak
        mi
        > jego dotyku takiego poklepania, musnięcia dłonią przelotnego uśmiechu. Nie
        > kłócimy się (w czerwcu była jedna wielka awantura, zagroziłam rozwodem,
        > pogodziliśmy się umawiając się na pewne ustępstaw i obietnice których on nie
        > dotrzymuje), po prostu żyjemy coraz bardziej obok siebie a nie razem.Taka
        byłam
        >
        > zakochan i wciąż jestem. Zawsze mówiłam, że jestesmy jak dwójka dzieciaków w
        > domku na drzewie, patrząca na ludzi i życie i chichocząca ze wszystkiego.
        > Podobno pieniądze szczęścia nie dają ale na pewno połowy tego by nie było
        gdyby
        >
        > nie kłopoty finansowe.
        > Yasminko, właśnie wtedy małżeństwo umiera. Te kilkanaście drobiazgów które z
        > biegiem czasu przekształcają sie w zaporę nie do przebycia, która dzieli
        dwoje
        > tak dotąd bliskich sobie ludzi.
        > Juz nie iwem co robić, nie wiem jak z tym walczyć. Brakuje mi sił. Owszem,
        > zawsze pierwsza próbuję, ale nie da się odbudowac w pojedynkę to co się
        rozpada

        No tego etapu jeszcze nie przerabialam...

      • calusna Re: Kiedy małżeństwo umiera?Pamela a. 09.09.02, 11:05
        Słuchaj pamelo ,
        zbyt mało wiesz o związku kobiety i mężczyzny .., o miłości prawdziwej..
        Ratuje ten kto zobaczył że coś złego się dzieje , ten komu zależy na związku
        i nic do tego ma mamusia , nic fałszywe poczucie dumy , nic chora ambicja!
        Kochasz i ciągle chcesz z nim być , dotykać , pozwalać mu pieścić rękę ..,
        czuć ciepło jego oddechu w uszku kiedy mówi kocham .., patrzeć na niego kiedy
        śpi ..., kiedy czyta gazetę. I próbujesz cos zrobić kiedy przeczuwasz
        że może umrzeć wzajemne porozumienie , rozpada się związek.
        Nieważne czy jesteś kobietą czy mężczyzna w tym układzie i bez znaczenia czy
        pamela anderson ma taki sam pogląd na sposób ratowania związku!
        Kochasz i chcesz z nim być - robisz więc wiele , jeśli nie wszystko aby
        być z nim nadal , kochać i być kochaną , rozumiesz pamelo anderson?
        A propos .. nick masz adekwatny do poglądów. :-))) I to jest też piękne.
        Bądźmy sobą i pozwólmy innym być. :-)
        calusna

        PS.
        całusy dla Nell :-)
        • pamela_anderson Re: Do Całuśnej 09.09.02, 13:32
          calusna napisała:

          > Słuchaj pamelo ,
          > zbyt mało wiesz o związku kobiety i mężczyzny .., o miłości prawdziwej..
          > Ratuje ten kto zobaczył że coś złego się dzieje , ten komu zależy na związku
          > i nic do tego ma mamusia , nic fałszywe poczucie dumy , nic chora ambicja!
          > Kochasz i ciągle chcesz z nim być , dotykać , pozwalać mu pieścić rękę ..,
          > czuć ciepło jego oddechu w uszku kiedy mówi kocham .., patrzeć na niego kiedy
          > śpi ..., kiedy czyta gazetę. I próbujesz cos zrobić kiedy przeczuwasz
          > że może umrzeć wzajemne porozumienie , rozpada się związek.
          > Nieważne czy jesteś kobietą czy mężczyzna w tym układzie i bez znaczenia czy
          > pamela anderson ma taki sam pogląd na sposób ratowania związku!
          > Kochasz i chcesz z nim być - robisz więc wiele , jeśli nie wszystko aby
          > być z nim nadal , kochać i być kochaną , rozumiesz pamelo anderson?
          > A propos .. nick masz adekwatny do poglądów. :-))) I to jest też piękne.
          > Bądźmy sobą i pozwólmy innym być. :-)
          > calusna
          >
          > PS.
          > całusy dla Nell :-)

          A ile Ty masz dziecko lat, że udzielasz mi rad? I ile lat jesteś w szczęśliwym
          związku małżeńskim? Bo ja 13.
          Ty też masz kretyński nick, a nie wypominam Ci tego.
          • anula73 do Pameli 09.09.02, 14:23
            skoro jestes taka szczesliwa i spelniona, to skad w Tobie tyle zlosci?
            • Gość: Nell Re: do Pameli IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 14:38
              anula73 napisała:

              > skoro jestes taka szczesliwa i spelniona, to skad w Tobie tyle zlosci?

              Bo tak, z tego szczescia w glowce jej sie pomieszalo...
              Nell- wiesniara, kretynka i jak jeszcze poison1 vel pamela anderson jej nie
              nazwie...
          • Gość: Nell Re: Do Całuśnej IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 14:59

            >
            > A ile Ty masz dziecko lat, że udzielasz mi rad? I ile lat jesteś w
            szczęśliwym
            > związku małżeńskim? Bo ja 13.
            > Ty też masz kretyński nick, a nie wypominam Ci tego.

            Stara śrupa a taka jeszcze glupia...
            • Gość: Nell powyzsze, oczywiscie do pamelci :) n/t IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 09.09.02, 15:00
        • Gość: Nina Re: Kiedy małżeństwo umiera?Pamela a. IP: *.toya.net.pl 09.09.02, 13:43
          Ujela bym to i tak,ze kobiety zwykle sa empatkami i wielekroc szybciej,niejako
          podswiadomie odbieraja pewne sygnaly.Zycie z drugim czlowiekiem to nie
          constans,ciagle cos sie dzieje-zlego i dobrego,i nie ma chyba mozliwosci,aby od
          slubu do samej smierci trwac w euforycznym stanie pierwszego zakochania.Masz
          racje w tym,ze nie ma znaczenia,kto zaczyna ratowac zwiazek-jesli sie kocha i
          czuje,ze cos nie gra-chowa sie ambicje w kieszen i rusza do boju.Pozdrawiam.
          • fe_male Re: Kiedy małżeństwo umiera?Pamela a. 09.09.02, 16:25
            Może to i racja. Ale dlaczego tak naskakujecie na poison/pamelę? Coś w związku
            się zmienia, martwieje, zanika. Facet tego nie zauważa, nie zastanawia się na
            tym, nie rozmawia, nie próbuje nic zmienić – znaczy co? Albo takie zmiany mu
            nie przeszkadzają albo mu nie zależy, albo jest zbyt zajęty sobą i swoimi a nie
            wspólnymi sprawami. Albo sobie myśli to nie moja wina, ja się nie zmieniłem.
            Czy jeżeli jest to związek zbudowany na takiej samej aktywności obydwu osób i
            ich wzajemnej potrzebie „współbycia” to nie powinni oni w pewnym momencie
            poczuć się OBYDWOJE niezręcznie. Tak, zwykle to kobieta pierwsza coś zauważa
            ale przecież nie tylko dlatego, że jej psychika jest inna, pierwsza zauważa
            również dlatego bo jest wychowywana do tego, że to ona ma dbać o atmosferę itp.
            (oczywiście b. upraszczam). Ile razy i jak długo można po kobiecu zabiegać o to
            by znowu pojawiły się te szczegóły wspólnego życia, które gdzieś zniknęły.
            Rozmawiam, podsuwam pomysły, wprowadzam trochę szaleństwa, oczekuję reakcji i
            coraz częściej myślę dlaczego ciągle ja?

            Nie mam nic przeciw dawaniu ale chcę też dostawać.

            Mimo wszystko pozdrowienia dla wszystkich w tym i dla poison/pameli.
            • Gość: Lena Re: Kiedy małżeństwo umiera?Pamela a. IP: 213.216.82.* 09.09.02, 16:56
              fe_male napisał(a):

              . Tak, zwykle to kobieta pierwsza coś zauważa
              > ale przecież nie tylko dlatego, że jej psychika jest inna, pierwsza zauważa
              > również dlatego bo jest wychowywana do tego, że to ona ma dbać o atmosferę
              itp.
              >
              > (oczywiście b. upraszczam). Ile razy i jak długo można po kobiecu zabiegać o
              to
              >
              > by znowu pojawiły się te szczegóły wspólnego życia, które gdzieś zniknęły.
              > Rozmawiam, podsuwam pomysły, wprowadzam trochę szaleństwa, oczekuję reakcji i
              > coraz częściej myślę dlaczego ciągle ja?
              >
              > Nie mam nic przeciw dawaniu ale chcę też dostawać.
              >
              > Mimo wszystko pozdrowienia dla wszystkich w tym i dla poison/pameli.

              Ma trochę racji Nina gdy pisze,że kobiety są bardziej empatyczne /co nie znaczy
              że takich mężczyzn też nie ma/. Są bardziej intuicyjne. I tak chyba naszym
              siódmym zmysłem wiemy jak pokierować mężczyzną /nie od razu manipulacja/ byśmy
              wszyscy byli zadowoleni. Tak ich trochę dla siebie wychowujemy. Czasem trzeba
              pomóc mu być dla nas fajnym, zasugerować, że może by tak kupił dobre wino i
              serki, zpalić śwece na tarasie/balkonie/, wyciągnąć go na miasto i namówić by
              kupił jakąś fajną bieliznę, perfumy. Nam się chumor poprawi i od razu jemu też
              choćby początkowo to mu się nie podobało. Potem to mierzenie bielizny, wąchanie
              zapachu ...
              moja buntownicza koleżanka pytała mnie nie raz ;"po cholerę ciągniesz go na
              miasto by kupił ci strój kąpielowy albo perfumy, przecież możesz kupić sobie
              sama!?" Ale jeśli to on mi kupi - ja cieszę się z prezentu a on czuję się
              lepszym mężem i radość jest wspólna. Początki namawiania męża do robienia nam
              przyjemności nie zawsze są usłane rózami.
              • Gość: Pola Re: Kiedy małżeństwo umiera?Pamela a. IP: *.extern.kun.nl 09.09.02, 17:20
                > moja buntownicza koleżanka pytała mnie nie raz ;"po
                cholerę ciągniesz go na miasto by kupił ci strój
                kąpielowy albo perfumy, przecież możesz kupić sobie
                sama!?" Ale jeśli to on mi kupi - ja cieszę się z
                prezentu a on czuję się
                > lepszym mężem i radość jest wspólna. Początki
                namawiania męża do robienia nam przyjemności nie zawsze
                są usłane rózami.


                -----ja sie ciesze, jak mi cos kupi z wlasnej woli, zrobi
                jakas niespodzianke, co to za radosc, jak go bede ciagnac
                na miasto, wskaze co chce, a on tylko zaplaci. Przeciez
                wie, jakich perfum uzywam, ze lubie kwiaty, doskonale
                wie, co lubie. Zgodze sie z pamela/poison, ze inicjatywa
                powinna wyjsc od obu stron. Jedna nic nie zdziala. Ale
                mysle, ze Yasminka podala za malo szczegolow, aby ktos
                byl w stanie cos sensownego jej doradzic/odpowiedziec,
                moze Ona ten etap starania sie i zabiegania ma juz za
                soba...wiec co teraz?
                • fe_male Re: Kiedy małżeństwo umiera?Pamela a. 09.09.02, 17:34
                  Gość portalu: Pola napisał(a):


                  >
                  Przeciez
                  > wie, jakich perfum uzywam, ze lubie kwiaty, doskonale
                  > wie, co lubie.

                  A może to nam się wydaje, że wiedzą, pamiętają, znają nasze upodobania.

                  Ja kilkakrotnie przy omawianiu kwestii prezentów prosiłam „Słuchaj tego co
                  mówię kiedy oglądamy wystawy, rozmawiamy o planach, o zainteresowaniach.
                  Będziesz wiedział co sprawi mi radość”. Nic na to nie poradzę, że ja też wolę
                  dostawać z inicjatywy darczyńcy niż swojej własnej i bardziej mnie ucieszy
                  niespodziany kwiatek niż wymęczony ciuch. I tu jest pies pogrzebany. Zbyt wiele
                  rzeczy dzieje się nie dlatego, że Jemu to przyszło do głowy tylko dlatego, że
                  ja to tak „zmanipulowałam” i nie chodzi tu o prezenty.

                  Myślę, że problem nie tkwi w tym kto pierwszy zaczyna dostrzegać
                  potrzebę „naprawiania” związku ale w tym dlaczego widzi to sam.

                  pa

                  • Gość: Pola Re: Kiedy małżeństwo umiera?Pamela a. IP: *.extern.kun.nl 09.09.02, 17:47
                    > A może to nam się wydaje, że wiedzą, pamiętają, znają
                    nasze upodobania.

                    ----ja mowilam tu raczej o sobie, nie wyobrazam sobie
                    sytuacji w zwiazku, kiedy moj partner nie wie jakich
                    perfum uzywam, jakie ksiazki czytam, jakiej muzyki
                    slucham , wogole, co lubie (nie chodzi tu tylko o
                    prezenty), jesli nie wie, to cos jest nie tak. Mysle, ze
                    faceci sa zazwyczaj leniwi, nie chce generalizowac, moj
                    przynajmniej zaczal sie starac w momencie, kiedy mial
                    "noz na gardle", kiedy zobaczyl, ze moze mnie stracic.
                    Rok mu zajelo, zeby przejrzec na oczy, zbyt dlugi rok.
                    Ale chyba zbaczamy troche z tematu :-) wiec na tym
                    poprzepstane
                    Pozdrawiam
                    Pola

                    > Ja kilkakrotnie przy omawianiu kwestii prezentów
                    prosiłam ?Słuchaj tego c
                    > o
                    > mówię kiedy oglądamy wystawy, rozmawiamy o planach, o
                    zainteresowaniach.
                    > Będziesz wiedział co sprawi mi radość?. Nic na to nie
                    poradzę, że ja też
                    > wolę
                    > dostawać z inicjatywy darczyńcy niż swojej własnej i
                    bardziej mnie ucieszy
                    > niespodziany kwiatek niż wymęczony ciuch. I tu jest
                    pies pogrzebany. Zbyt wiele
                    >
                    > rzeczy dzieje się nie dlatego, że Jemu to przyszło do
                    głowy tylko dlatego, że
                    > ja to tak ?zmanipulowałam? i nie chodzi tu o prezenty.
                    >
                    > Myślę, że problem nie tkwi w tym kto pierwszy zaczyna
                    dostrzegać
                    > potrzebę ?naprawiania? związku ale w tym dlaczego widzi
                    to sam.
                    >
                    > pa
                    >
    • niuniek6 Malzenstwo umiera kiedy kobieta grubnie 09.09.02, 21:44
      Umiera kiedy kobieta grubnie zadowolona ze chopa zlapala i nie trzeba juz o
      siebie dbac.
    • paw_dady kiedy ona doprowadzi do smierci meza 09.09.02, 21:48
      z powodu swoich wygorowanych potrzeb seksualnych. bo tak
      napisali w cosmo, ze facet moze 20x dziennie ...
      • niuniek6 Re: kiedy ona doprowadzi do smierci meza 09.09.02, 21:56
        > z powodu swoich wygorowanych potrzeb seksualnych. bo tak
        > napisali w cosmo, ze facet moze 20x dziennie ...

        Ja pale zawsze po - to by mi pluca wypalilo..
        • paw_dady a co jest an pudelku napisane? 09.09.02, 22:02
          niuniek6 napisał:

          > > z powodu swoich wygorowanych potrzeb seksualnych. bo tak
          > > napisali w cosmo, ze facet moze 20x dziennie ...
          >
          > Ja pale zawsze po - to by mi pluca wypalilo..

          palenia abo zdrowie (a powinno orgazm albo zdrowie ;o)
    • Gość: Yasminka Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.clan.pl 10.09.02, 08:46
      Hmmm, pomijając dwóch panów sugerujących mi nadmierne kilogramy i czytanie
      Cosmo dziękuję Wam. Ciężko wyrazić coś czego samemu się nie rozumie do końca.
      Nasze małżeństwo jest szczęśliwe. Nie ma kłótni, cichych dni, mamy małe dziecko
      (14 m-cy)i... jesteśmy zmęczeni. Życiem, lataniem z pracy do domu, z domu na
      spacer, ze spaceru do... Nic nowego prawda? Prawie każdy to zna. I nie jest tak
      jak sądzą niektórzy z Was - mój mąż jest wspaniałym, dobrym człowiekiem. To
      jest po prostu przeczucie - cień przeczucia. Wiem, wiem - powinniśmy wyjść do
      kina, restauracji, na spacer, wyjechać gdzieś, posiedzieć przy świecach itp.
      Tylko że na wiele tych przyjemności nas nie stać, mimo tego że nie mamy
      kiepskiej sytuacji materialnej. No i nie możemy wciąż zostawiać małego u babci,
      która też pracuje i ma własne obowiązki. Z resztą kiedy już go "podrzucimy" na
      jedną noc, to nie wiemy co ze soba począć: iść na imprezę do znajomych (także
      zaniedbywanych), poprzytulać się w domu, czy po prostu spać i spać. A w domu
      tyle do zrobienia... Tylko proszę, nie wysnuwajcie wniosku że wszystkiemu winne
      nasze dziecko, że nie dorośliśmy do bycia rodzicami itp. Nasz Maluszek był
      planowany, jest kochany, życie byśmy za niego oddali. Tylko proza życia nas
      zabija. I tego się chyba boję.
      • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 10.09.02, 09:18
        Gość portalu: Yasminka napisał(a):

        > Hmmm, pomijając dwóch panów sugerujących mi nadmierne kilogramy i czytanie
        > Cosmo dziękuję Wam. Ciężko wyrazić coś czego samemu się nie rozumie do końca.
        > Nasze małżeństwo jest szczęśliwe. Nie ma kłótni, cichych dni, mamy małe
        dziecko
        >
        > (14 m-cy)i... jesteśmy zmęczeni. Życiem, lataniem z pracy do domu, z domu na
        > spacer, ze spaceru do... Nic nowego prawda? Prawie każdy to zna. I nie jest
        tak
        >
        > jak sądzą niektórzy z Was - mój mąż jest wspaniałym, dobrym człowiekiem. To
        > jest po prostu przeczucie - cień przeczucia. Wiem, wiem - powinniśmy wyjść do
        > kina, restauracji, na spacer, wyjechać gdzieś, posiedzieć przy świecach itp.
        > Tylko że na wiele tych przyjemności nas nie stać, mimo tego że nie mamy
        > kiepskiej sytuacji materialnej. No i nie możemy wciąż zostawiać małego u
        babci,
        >
        > która też pracuje i ma własne obowiązki. Z resztą kiedy już go "podrzucimy"
        na
        > jedną noc, to nie wiemy co ze soba począć: iść na imprezę do znajomych (także
        > zaniedbywanych), poprzytulać się w domu, czy po prostu spać i spać. A w domu
        > tyle do zrobienia... Tylko proszę, nie wysnuwajcie wniosku że wszystkiemu
        winne
        >
        > nasze dziecko, że nie dorośliśmy do bycia rodzicami itp. Nasz Maluszek był
        > planowany, jest kochany, życie byśmy za niego oddali. Tylko proza życia nas
        > zabija. I tego się chyba boję.

        Ale dlaczego piszesz tak wielkie slowa, tytulujac swoj watek-" Nasze Malzenstwo
        Umiera?" to, co opisalas to nic innego, tylko banalna kolej rzeczy. To co
        napisze, tez jest banalne. Tak jest u wielu mlodych malzenstw, ktore znam. Sama
        jestem mlodą mama, mam 4letniego synka, mloda zona.
        Tez mi bylo trudno sie przestawic na nowe obowiazki-noce nie przespane, sterty
        rzeczy do wyprasowania, wyprania, a w lozeczku- wrzeszczace dziecko, eh duzo by
        pisac...dzisiaj nie mam zbytio ku temu nastroju..:))Z tej perspektywy moge ci
        napisac jedno- jest to przejsciowe:)dawne czasy wroca, teraz musicie sie
        poprostu przyzwyczaic do nowych rol, jakie dalo wam zycie...a za jakis czas
        nastana jeszce upojne chwile, randki przy butelce dobrego wina, namietne noce-
        dajcie sobie czas- najwazniejsze, ze sie kochacie:)

        pozdrawiam:)
        • Gość: Yasminka Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.clan.pl 10.09.02, 09:30
          > Ale dlaczego piszesz tak wielkie slowa, tytulujac swoj watek-" Nasze
          Malzenstwo Umiera?"

          Nie napisłam "NASZE małżeństwo umiera" tylko "KIEDY małżeństwo umiera" - ot
          takie teoretyczne rozważania na podstawie własnych doświadczeń.
          • Gość: Nell Re: Kiedy małżeństwo umiera? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 10.09.02, 09:35
            Gość portalu: Yasminka napisał(a):

            > > Ale dlaczego piszesz tak wielkie slowa, tytulujac swoj watek-" Nasze
            > Malzenstwo Umiera?"
            >
            > Nie napisłam "NASZE małżeństwo umiera" tylko "KIEDY małżeństwo umiera" - ot
            > takie teoretyczne rozważania na podstawie własnych doświadczeń.

            Pzrepraszam tak mi sie skojarzylo.

      • pamela_anderson Re: Do Yasminki 10.09.02, 09:21
        Gość portalu: Yasminka napisał(a):

        > Hmmm, pomijając dwóch panów sugerujących mi nadmierne kilogramy i czytanie
        > Cosmo dziękuję Wam. Ciężko wyrazić coś czego samemu się nie rozumie do końca.
        > Nasze małżeństwo jest szczęśliwe. Nie ma kłótni, cichych dni, mamy małe
        dziecko
        >
        > (14 m-cy)i... jesteśmy zmęczeni. Życiem, lataniem z pracy do domu, z domu na
        > spacer, ze spaceru do... Nic nowego prawda? Prawie każdy to zna. I nie jest
        tak
        >
        > jak sądzą niektórzy z Was - mój mąż jest wspaniałym, dobrym człowiekiem. To
        > jest po prostu przeczucie - cień przeczucia. Wiem, wiem - powinniśmy wyjść do
        > kina, restauracji, na spacer, wyjechać gdzieś, posiedzieć przy świecach itp.
        > Tylko że na wiele tych przyjemności nas nie stać, mimo tego że nie mamy
        > kiepskiej sytuacji materialnej. No i nie możemy wciąż zostawiać małego u
        babci,
        >
        > która też pracuje i ma własne obowiązki. Z resztą kiedy już go "podrzucimy"
        na
        > jedną noc, to nie wiemy co ze soba począć: iść na imprezę do znajomych (także
        > zaniedbywanych), poprzytulać się w domu, czy po prostu spać i spać. A w domu
        > tyle do zrobienia... Tylko proszę, nie wysnuwajcie wniosku że wszystkiemu
        winne
        >
        > nasze dziecko, że nie dorośliśmy do bycia rodzicami itp. Nasz Maluszek był
        > planowany, jest kochany, życie byśmy za niego oddali. Tylko proza życia nas
        > zabija. I tego się chyba boję.

        Yasminko , ten stan już jest poza mną. Kiedy mój syn był tak malutki, jak Twój
        był dla nas całym światem. Cieszyłam się z macierzyństwa, bo planowałam tylko
        jedno dziecko. Nie traktowałam obowiązków, jako dopust boży, ale się
        autentycznie cieszyłam. A dziecko miałam wybitnie absorbujące (taki jest do
        dzisiaj). Syna podrzucaliśmy naprawdę bardzo rzadko, bo nie chcieliśmy się z
        nim rozstawać.
        Wiem, życie teraz jest cięższe niż 12 lat temu, ale nigdy nie było dla kobiet
        lekkie, a szczególnie tych młodych, wychowujących swoje maleństwa. Ja też żyłam
        przez jakiś czas z jednej, niewielkiej pensji i do tego otrzymaliśmy ze
        spółdzielni nowe mieszkanie, ale w opłakanym stanie, które trzeba było
        wyposażyć. Uwierz mi to wszystko minie. Żyj teraz tak żebyś nie żałowała, że
        coś z dzieciństwa syna przegapiłaś. Dzieci rosną tak szybko. A pieniądze? Mnie
        ich ciągle brakuje, mimo że szybko wróciłam do pracy, ale nadal zarabiamy mniej
        niż przeciętnie, a potrzeby dziecka rosną wraz z nim. Spójrzcie na to wszystko
        innymi oczami, bo inaczej naprawdę siebie zamęczycie. Skupcie się na radości
        bycia z sobą. Pozdrawiam ciepło.
      • niuniek6 To ci cos opowiem 10.09.02, 09:22
        > Tylko proza życia nas
        > zabija. I tego się chyba boję.

        Wiekszosc kumpli jakich znam to robi walki swoim kobietom, Ja takze - sa w domu
        przez to jakies niesnaski, podejzania awantury czasem - cos sie dzieje. A
        jedyny gosciu ktorego znam ktory jest uczciwy, godny zaufania i naprawde super
        a takze wg mnie atrakcyjny i w zyciu by nie zdradzil - to wlasnie go zona
        rzucila - a my dranie mamy sie niezle.
        Moze wlasnie jak pisalas Proza Zycia jest gorsza od niepewnosci, ciaglej walki
        o faceta lub cos w tym stylu - nie wiem jak to nazwac.
        I jak to jest ze akurat go to spotkalo????
        • pamela_anderson Re: To ci cos opowiem 10.09.02, 09:26
          niuniek6 napisał:

          > > Tylko proza życia nas
          > > zabija. I tego się chyba boję.
          >
          > Wiekszosc kumpli jakich znam to robi walki swoim kobietom, Ja takze - sa w
          domu
          >
          > przez to jakies niesnaski, podejzania awantury czasem - cos sie dzieje. A
          > jedyny gosciu ktorego znam ktory jest uczciwy, godny zaufania i naprawde
          super
          > a takze wg mnie atrakcyjny i w zyciu by nie zdradzil - to wlasnie go zona
          > rzucila - a my dranie mamy sie niezle.
          > Moze wlasnie jak pisalas Proza Zycia jest gorsza od niepewnosci, ciaglej
          walki
          > o faceta lub cos w tym stylu - nie wiem jak to nazwac.
          > I jak to jest ze akurat go to spotkalo????


          Niuniek, czy ty się ogólnie dobrze czujesz?
        • Gość: Yasminka Re: To ci cos opowiem IP: *.clan.pl 10.09.02, 09:34
          Oj coś w tym jest... Choć to na pewno nie jest recepta na udany związek -
          "robić wałki, żeby coś się działo". Tylko co w takim razie robić, by się
          działo :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka