ciaew
14.01.06, 04:10
pomyślałam sobie że opiszę wam swoją historię. związałam się z kimś. jak w
każdym związku były kłótnie i piekne gęsty. trwaliśmy tak sobie ze sobą
kilkanaście miesięcy. czasem dostawałam jakieś sygnały typu "nie chcę się
wiazać", "chcę być wolny", "nie dojrzałem do związku". ok- myślałam sobie. bo
przecież de facto nadal byliśmy razem. wyjechaliśmy na piękne wakacje prawie
na koniec świata. bajka.
w niczym go nie ograniczałam. właściwie to mój bład. mógł wszystko i zawsze
wiedział że może do mnie przyjść. i wiedział że nigdy nie usłyszy żadnych
pretensji, wręcz przeciwnie. że przytulę, zrobię kolację, pocałuję i że będę
aniołem.
ale razem nie byliśmy.
tzn on głośno tak tego nigdy nie nazwał.
i dziś sobie poszłam z koleżankami do klubu. wiedział o tym, choć nie
musiałam mu mówić bo przecież razem nie jesteśmy.
wydzwaniał, a ja żem w klubie telefonu nie słyszałam.
zaraz jak zobaczyłam nieodebrane zadzwoniłam. i co? i usłyszałam że to koniec
(ale zaraz? przecież my razem nie jesteśmy!), że właśnie swoim zachowaniem
przypomniałam mu najgorsze chwile jego życia (mniemam że chodzi o jego
poprzednią dziewczynę), że już nie ma nas, że mam nie dzwonić, nie pisać, że
nawet na mnie nie spojrzy jak mnie zobaczy, i że wyjeżdża w tą zasraną
delegację. co miałam zrobić? odłożyłam słuchawkę... potem jeszcze zobaczyłam
smsa, że to była piękna historia, ale jestem tak samo beznadziejna jak inne
więc żegna...
i powiedzcie mi- o co mu do cholery chodzi?
bo przecież jak komuś nie zależy to nie pisze takich bzdur! umywa rączki! nie
kontaktuje się! a on o 2 w nocy wydzwania bo się martwi...
a miesiąc temu kupił mi 23 wielkie czerwone róże, i generalnie zawsze dawał
mi do zrozumienia że tylko ja i ja.
więc co? koniec? czy tylko taka gra?
mam olać? nie dzwonić? przeczekać? dać się przeprosić?
no i co w tej jego głowie siedzi?