asda5
15.02.06, 21:20
Taka jest prawda. Jestesmy razem w sumie 10 lat. Jestem naprawde zadowolona
mezatka. Mam stabilizacje, cieply bezpieczny dom. Razem spedzamy swietnie
czas. On jest osoba godna zaufania. W lozku jest srednio. Tzn nie moge
narzekac, moze byc gorzej ale nie ma tego ognia, romantyzmu i zmyslowosci.
Rozwiesc sie nie zamierzam. Nie ufam innym facetom a z nim czuje sie
bezpiecznie. Martwi mnie fakt, ze zdradzilam go juz w sumie z 45-50
mezczyznami. Z reguly daleko daleko od domu, podczas szkolen czy wyjazdow
sluzbowych, wczesniej urlopy z kolezankami czy chociazby kurs jezykowy byly
dobra okazja do zdrady. Ale tez pare razy zdradzilam na miejscu.
Wyrzutow sumienia nie mam. Ciesze sie zyciem, lubie byc adorowana i
zdobywana. Lubie ten lek gdy cos jest nowe, nieznane. Faceci sa
przewidywalni, szybko mi sie nudza, zarowno w lozku jak i poza nim. Ale mam
meza, ktory jest dobrym towarzyszem zycia, ja tez czerpie rozrywke z innych
zrodel.
Nie wpedzam sie w moralne rozwazania bo i po co.
Jedyne czego sie boje, to tego, ze kiedys sie o tym dowie.
Takie ryzyko mnie troche kreci a z drugiej strony, gdy liczba romansow
rosnie, nabieram jakichs obaw.
Lubie wypic lampke dobrego wina, zapalic papieroska light, spryskac sie
perfumami i wyruszyc na podboj. Ja, taka niedobra, zepsuta.
Czy jestem jedyna?
Nie zdradzam wszak z frustracji, a moze tak a tego nie wiem?