nowbart
07.11.06, 09:28
Na wstępie uwaga tem sam wątej jest na forum: "młodziutkie mężatki i..." jeśli
i tam bywacie to nie czyatjcie drugi raz. A teraz do rzeczy
Witajcie.
Jesteśmy z żoną prawie 8 lat z czego 2,5 po ślubie. Bardzo się kochamy.
Dlatego nie moge patrzyć jak moja żona sie męczy i bardzo chcę jej pomuc bo
ona sama tego nie zrobi. Ale o co chodzi.
Sprawa wyszła przez łóżko. Różnica temperamentów, między nami zawsze była na
jej niekorzyść. dla niej 3-4 razy w miesiącu by w zupełności starczyło mi
starczyło by powiedzmy na 2-3 dni. Ale nawet nie w tym problem. Chodzi o to że
od ok. 0,5 roku seks mógłby dla niej zupełnie nie istenieć. Zmusza się do
kochania ze mną bo to małżeński obowiązek. Efekt... załosny. Ani ona nie ma z
tego przyjemności ani ja. Kolejne zbliżenie to kolejna frustracja. Wielkrotnie
zapewniała że to nie chodzi o mnie tylko o nią ale nie wie dokładnie czemu tak
jest. Dużo rozmawiamy, jesteśmy dla siebie czuli. Wkońcu zaprowadziłem nas do
seksuologa. Modliłem się aby to były hormony... nietety, wszystko wporządku.
Potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia... chodzi o psychike. W
rozmowie z lekarzem doszła do wniosku że podświadomie wymazała ze swojego
życia sferę erotyczną. Ze swojej strony moge wiele zrobic, ale w straciu z
kobiecą psychiką jestem całkowicie bezradny. Nie wygram z nią jeśli żona sama
nie zachce jej pokonaoć.
Psychika. No właśnie. Zona to taki typ kubisia fatalisty. Ma nieustannie
zajętą głowę jakimiś zmartwieniami. Praca, pod względem finansowym i atmosfery
pracy nie daje jej żadnej satysfakcji i na mysl o niej robi jej sie słabo.
Przynosi zmartwienia do domu. Jak jedziemy autem, to cały czas patrzy czy
zaraz ktoś w nas nie stuknie (jakby to mogło coś zmienić), kilka razy w
tygodniu podlicza budżet domowy czy starczy mimo iz nigdy jeszcze nie
zabrakało kasy, itp. itd. Przecież to jakieś chore. Jak sobie tak czasem myśle
że gdybym miał tyle pierdół w głowie to pewnie nigdy by mi nie stanął.
Rozumiem ją, tzn jej problem, szczerze mówiąc ja to zauważyłem że to
najprawdopodobniej w tym problem. Lekarz tylko to powtierdził. Ostatnio wkońcu
odkryła że nie jest w życiu szczęśliwa, że życie nie daje jej radości.
Naprawdę patrząc tak obiektywnie a z boku na nasze wspólne życie to nie mamy
żadnych większych problemów. Mam stabilną prace dającą nam spokojne zycie,
może bez fajerwerków, ale na wakacje na południu europy nas stać. W domu mamy
raczej układ partnerski. razem jemy to razem przygotowujemy to jedzenie, razem
brudzimy to razem sprzątamy,itp. nie ma czegoś takiego że jest zawalona
obowiązkami, co zresztą obojgu nam to odpowiada. Żadnych teściów trujących nad
głową, dużo rozmawiamy o potrzebach, problemach. I gdyby nie te ta jej "głowa
a raczej umysł" ach to by była sielanka. No tak zakładam. Nie mamy jeszcze
dzieci, do trzydziestki jeszcze parę latek brakuje. Zona zawsze miała
chorobliwą obsesję na puncie niechcianej ciąży. Jak wspominam o dzieciach to
słysze że jeśli chce je mieć to zebymm sobie sam urodził (bardzo boi się ciąży
i porodu). Jak tak podsumuje czasami główne problemy to,
nr1 brak spełnienia w pracy zawodowej,
nr2 brak umiejetności relaksacji, odprężenia, wyłączenia się z otoczenia
(kiedyś przed egzaminem jeszcze na studiach kochamy się patrze na nią i widzę
że błądzi myślami gdzieś daleko, pytam się: "Które pytanie powtarzasz?" a ona
z rozbrajającą szczerością "nr 14" to był koniec seksu :(( )
nr 3 brak radości życia, cieszenia się tym co jest, bo naprawdę nie jest źle
(sama zreszta czasami przyznaje że nie wie o co chodzi bo
"skoro jest tak dobrze to czemu jest tak źle" )
nr 4 seks - ale to raczej pochodna nr 1; 2; 3 (tak to przynajmniej tłumaczę
sobie).
Ostanio zacząłęm manifestować wręcz że nie chcę mieć dzieci, że po co itp.
efekt, czasami cos przebąkuje że może by tak dziecko cos zmieniło i że może
byśmy się zdecydowali.... Normalnie kocioł sprzeczności.
Nie proszę o jakąś uniwersalną radę, bo wiem że nie ma, proszę napiszcie
szczególnie kobiety, czy miałyście podobnie i jeśli tak czy i jak z tego
wyszłyście, pokonałyście ten stan zrezygnowania apatii.
Zastanawiam się czy to nie depresja... może jakis psychiatra... a może
paradoksalnie bark problemów, jest problemem...
szczególnie interesuje mnie sprawa dziecka. Czy może ona wpłynąć na nią tak że
instynkty macieżyńskie sprawią że poświęci się bardziej rodzinie i oleje
problemy czy może dojdzie kolejne zmartwienie - wychowanie maleństwa i problem
się zamiast rozwiązać jeszcze powiększy, albo paradoksalnie całą miłość
przeżuci na maleństwo i moje potrzeby znowu odstawi na bok a przebudzenia
nastapi jak pojawi sie kochanka. Wiem że duzo by radości jej dało gdyby
została dyrektorką z niezłą pensją, ale na chwilę obecną to raczej niemozliwe
z racji wieku i małego doświadczenia. Może kiedyś... Pytanie tylko czy do tego
czasu wytrzymamy razem... bo radości i miłości we mnie jest ogrom, ale taki
nieustanny chłód gasi go skutecznie każdego dnia. Do niedawna pędziłem po
robocie do domku do żonki, teraz coraz częściej i dłużej zostaje, po prostu
coraz mniej zaczyna mi zależeć. Nawet teraz piszę sobie to wszystko spokojnie
i powoli ze świadomością że 1h później wyjdę przez to z pracy ale jakos mnie
to mocno nie rusza. Starszne. Wystaczy odrobina radości z jej strony,
uśmiechu, jeden głupi sms w stylu "kochanie czekam na ciebie z utęsknieniem" a
podejrzewam że bym się nagle w robocie rozchorował zwolnił i poleciał ile
koni mechanicznych pod maską :) do domu. Mówiłem jej o tym wielokrotnie. I
zawsze słysze w odpowiedzi że bardzo mnie kocha że to ona ma problem że nie
wie jak to zmienić itp.itd.
Może ktoś z was wie jak to zmienić.....
Będę wdzięczny za wszystkie konstruktywne wpisy.
Narazie czekam aż wydarzy sie jeakiś cud..