Dodaj do ulubionych

Czekając aż wydarzy się jakiś cud

07.11.06, 09:28
Na wstępie uwaga tem sam wątej jest na forum: "młodziutkie mężatki i..." jeśli
i tam bywacie to nie czyatjcie drugi raz. A teraz do rzeczy

Witajcie.
Jesteśmy z żoną prawie 8 lat z czego 2,5 po ślubie. Bardzo się kochamy.
Dlatego nie moge patrzyć jak moja żona sie męczy i bardzo chcę jej pomuc bo
ona sama tego nie zrobi. Ale o co chodzi.
Sprawa wyszła przez łóżko. Różnica temperamentów, między nami zawsze była na
jej niekorzyść. dla niej 3-4 razy w miesiącu by w zupełności starczyło mi
starczyło by powiedzmy na 2-3 dni. Ale nawet nie w tym problem. Chodzi o to że
od ok. 0,5 roku seks mógłby dla niej zupełnie nie istenieć. Zmusza się do
kochania ze mną bo to małżeński obowiązek. Efekt... załosny. Ani ona nie ma z
tego przyjemności ani ja. Kolejne zbliżenie to kolejna frustracja. Wielkrotnie
zapewniała że to nie chodzi o mnie tylko o nią ale nie wie dokładnie czemu tak
jest. Dużo rozmawiamy, jesteśmy dla siebie czuli. Wkońcu zaprowadziłem nas do
seksuologa. Modliłem się aby to były hormony... nietety, wszystko wporządku.
Potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia... chodzi o psychike. W
rozmowie z lekarzem doszła do wniosku że podświadomie wymazała ze swojego
życia sferę erotyczną. Ze swojej strony moge wiele zrobic, ale w straciu z
kobiecą psychiką jestem całkowicie bezradny. Nie wygram z nią jeśli żona sama
nie zachce jej pokonaoć.
Psychika. No właśnie. Zona to taki typ kubisia fatalisty. Ma nieustannie
zajętą głowę jakimiś zmartwieniami. Praca, pod względem finansowym i atmosfery
pracy nie daje jej żadnej satysfakcji i na mysl o niej robi jej sie słabo.
Przynosi zmartwienia do domu. Jak jedziemy autem, to cały czas patrzy czy
zaraz ktoś w nas nie stuknie (jakby to mogło coś zmienić), kilka razy w
tygodniu podlicza budżet domowy czy starczy mimo iz nigdy jeszcze nie
zabrakało kasy, itp. itd. Przecież to jakieś chore. Jak sobie tak czasem myśle
że gdybym miał tyle pierdół w głowie to pewnie nigdy by mi nie stanął.
Rozumiem ją, tzn jej problem, szczerze mówiąc ja to zauważyłem że to
najprawdopodobniej w tym problem. Lekarz tylko to powtierdził. Ostatnio wkońcu
odkryła że nie jest w życiu szczęśliwa, że życie nie daje jej radości.
Naprawdę patrząc tak obiektywnie a z boku na nasze wspólne życie to nie mamy
żadnych większych problemów. Mam stabilną prace dającą nam spokojne zycie,
może bez fajerwerków, ale na wakacje na południu europy nas stać. W domu mamy
raczej układ partnerski. razem jemy to razem przygotowujemy to jedzenie, razem
brudzimy to razem sprzątamy,itp. nie ma czegoś takiego że jest zawalona
obowiązkami, co zresztą obojgu nam to odpowiada. Żadnych teściów trujących nad
głową, dużo rozmawiamy o potrzebach, problemach. I gdyby nie te ta jej "głowa
a raczej umysł" ach to by była sielanka. No tak zakładam. Nie mamy jeszcze
dzieci, do trzydziestki jeszcze parę latek brakuje. Zona zawsze miała
chorobliwą obsesję na puncie niechcianej ciąży. Jak wspominam o dzieciach to
słysze że jeśli chce je mieć to zebymm sobie sam urodził (bardzo boi się ciąży
i porodu). Jak tak podsumuje czasami główne problemy to,
nr1 brak spełnienia w pracy zawodowej,
nr2 brak umiejetności relaksacji, odprężenia, wyłączenia się z otoczenia
(kiedyś przed egzaminem jeszcze na studiach kochamy się patrze na nią i widzę
że błądzi myślami gdzieś daleko, pytam się: "Które pytanie powtarzasz?" a ona
z rozbrajającą szczerością "nr 14" to był koniec seksu :(( )
nr 3 brak radości życia, cieszenia się tym co jest, bo naprawdę nie jest źle
(sama zreszta czasami przyznaje że nie wie o co chodzi bo
"skoro jest tak dobrze to czemu jest tak źle" )
nr 4 seks - ale to raczej pochodna nr 1; 2; 3 (tak to przynajmniej tłumaczę
sobie).
Ostanio zacząłęm manifestować wręcz że nie chcę mieć dzieci, że po co itp.
efekt, czasami cos przebąkuje że może by tak dziecko cos zmieniło i że może
byśmy się zdecydowali.... Normalnie kocioł sprzeczności.

Nie proszę o jakąś uniwersalną radę, bo wiem że nie ma, proszę napiszcie
szczególnie kobiety, czy miałyście podobnie i jeśli tak czy i jak z tego
wyszłyście, pokonałyście ten stan zrezygnowania apatii.
Zastanawiam się czy to nie depresja... może jakis psychiatra... a może
paradoksalnie bark problemów, jest problemem...
szczególnie interesuje mnie sprawa dziecka. Czy może ona wpłynąć na nią tak że
instynkty macieżyńskie sprawią że poświęci się bardziej rodzinie i oleje
problemy czy może dojdzie kolejne zmartwienie - wychowanie maleństwa i problem
się zamiast rozwiązać jeszcze powiększy, albo paradoksalnie całą miłość
przeżuci na maleństwo i moje potrzeby znowu odstawi na bok a przebudzenia
nastapi jak pojawi sie kochanka. Wiem że duzo by radości jej dało gdyby
została dyrektorką z niezłą pensją, ale na chwilę obecną to raczej niemozliwe
z racji wieku i małego doświadczenia. Może kiedyś... Pytanie tylko czy do tego
czasu wytrzymamy razem... bo radości i miłości we mnie jest ogrom, ale taki
nieustanny chłód gasi go skutecznie każdego dnia. Do niedawna pędziłem po
robocie do domku do żonki, teraz coraz częściej i dłużej zostaje, po prostu
coraz mniej zaczyna mi zależeć. Nawet teraz piszę sobie to wszystko spokojnie
i powoli ze świadomością że 1h później wyjdę przez to z pracy ale jakos mnie
to mocno nie rusza. Starszne. Wystaczy odrobina radości z jej strony,
uśmiechu, jeden głupi sms w stylu "kochanie czekam na ciebie z utęsknieniem" a
podejrzewam że bym się nagle w robocie rozchorował zwolnił i poleciał ile
koni mechanicznych pod maską :) do domu. Mówiłem jej o tym wielokrotnie. I
zawsze słysze w odpowiedzi że bardzo mnie kocha że to ona ma problem że nie
wie jak to zmienić itp.itd.
Może ktoś z was wie jak to zmienić.....
Będę wdzięczny za wszystkie konstruktywne wpisy.
Narazie czekam aż wydarzy sie jeakiś cud..
Obserwuj wątek
    • kotkaaaa Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 09:49
      >Zona zawsze miała chorobliwą obsesję na puncie niechcianej ciąży<

      i masz powod
      • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 09:54
        widzisz to jedno, ale mi bardzie chodzi o psychike co zrobić aby była bardziej
        zrelaksowana odprężona. Ona ciągle jest spięta. łóżko to wynikowa, sama pewnie
        wiesz że jak mam głowę pełną rozmaitych problemów to nic dobrego z tego nie ma ...
      • tamara33 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:35
        Zawsze mnie zastanawiało jak "takie kobiety" "łapią" mężą ;) ...a tak na serio
        jej chyba problem wisi skoro to Ty sie tu wywnetrzasz.Zmien żonę - wreszcie jej
        czarnowidztwo sie zrealizuje i bedzie miala prawdziwy powod do zmartwienia.
    • trypel Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 09:49
      nowbart napisał:

      > Jesteśmy z żoną prawie 8 lat z czego 2,5 po ślubie. Bardzo się kochamy.
      ...........
      > Narazie czekam aż wydarzy sie jeakiś cud..

      A jak było przed ślubem? Czy też tak się męczyłeś? Jeśli tak to dlaczego to
      ciągnąłeś? Miałeś nadzieję że się zmieni?
      Wychodzi na to że przed ślubem przez 5,5 roku czekałeś na cud... skoro nie
      nastąpił to dlaczego ma nastąpić teraz.
      • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 09:57
        różnica temperametów była zawsze ale główny problem to głowa.. Przed slubem
        bywało różnie ale raczej oboej czerpaliśmy w łóżku przyjemność. Na pewno ona
        mnieją niż ja ale nie było takiego problemu jak teraz. Wielokrotnie o tym
        rozmawialiśmy. A teraz seks jak pisałem mógłby nie istnieć. Tak wcześnieniej było.
    • miang Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:00
      za dobrze ma, powinna się związać z jakimś dresem to miałaby prawdziwe problemy
      , nie musiałaby wymyślać urojonych


      > szczególnie interesuje mnie sprawa dziecka. Czy może ona wpłynąć na nią tak że
      > instynkty macieżyńskie sprawią że poświęci się bardziej rodzinie i oleje


      pogięło Cię??? Dziecko to nie zabawka, kup jej pluszowego pieska (bo żwywego też
      szkoda) a nie funduj swojemu dziecku życia w popieprzonej rodzinie. Normalnie
      rozumowanie na poziomie kobiety co jest z alkoholkiem niby dla dobra dzieci -
      nieważne że on te dzieci bije.
      • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:09
        miang napisała:

        > za dobrze ma, powinna się związać z jakimś dresem to miałaby prawdziwe problemy
        > , nie musiałaby wymyślać urojonych
        >
        >
        > > szczególnie interesuje mnie sprawa dziecka. Czy może ona wpłynąć na nią t
        > ak że
        > > instynkty macieżyńskie sprawią że poświęci się bardziej rodzinie i oleje
        >
        >
        > pogięło Cię??? Dziecko to nie zabawka, kup jej pluszowego pieska (bo żwywego te
        > ż
        > szkoda) a nie funduj swojemu dziecku życia w popieprzonej rodzinie. Normalnie
        > rozumowanie na poziomie kobiety co jest z alkoholkiem niby dla dobra dzieci -
        > nieważne że on te dzieci bije.


        Widzisz chodzi o to że sam uważam że związki z takim stżem i bez dzieci to coś
        nienormalnego. Dlatego zastanwaim się nad opcją że może to włąśnie brak dzieci
        do tej pory może jest po części przyczyna takiego stanu rzeczy... tylko rozważam
        powtarzam.
        • miang Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:26
          po tym tekście to już mi cie nie żal, masz dogmatyczne poglądy i trzymasz sie
          ich a jeżeli fakty świadczą inaczej to tym gorzej dla faktów, tak?
          ta cała sprawa z żoną pewnie wygląda też zupełnie inaczej niz opisałeś
          • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:31
            z tobą pewnie tez a twój ulubiony ciuch to dres...
            żegnam
            • miang Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:35
              lepszy uczciwy dres niz zaklamany pseudo - inteligent
              • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:44
                błagam odpuść sobie. Wywaliłem tu kawał swojego zycia i naprawdę prosiłem o
                KONSTRUKTYWNE wypowiedzi. Jak chcesz się wykazać obecnością na forum załóż
                własny własny wątek i wyszalej się.
                Pesudo - inteligent ... może nie twierdze że jestem pępkiem świata ale napewno
                nie zakłamany.
    • kaktusik0 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:03
      ciężko coś radzić w takiej sytuacji. Najbanalniejsza rada to taka żebyście
      spędzali razem więcej czasu, spotykali się ze znajomymi, żebyś odciągał ją od
      codziennych problemów. Prawda jest taka że to ona musi chcieć coś zmienić. Jeśli
      cały czas się martwi że nie starczy wam kasy, to umówcie się że Ty będziesz to
      podliczał a nie ona (nawet jeśli nie widzisz sensu takich wyliczeń). Planujcie
      coś na przyszłość (mi to zawsze pomaga dostrzec jasną stronę życia). Jeśli nie
      realizuje się w pracy, niech znajdzie sobie hobby które będzie jej dawało
      satysfakcję - jakiś sport, fotografię (wcale nie trzeba mieć super sprzętu),
      cokolwiek. Jeśli Twoja żona ma pracę która jej nie odpowiada, a potem wraca do
      domu i myśli tylko o pracy i problemach to ja jej się nie dziwię że uważa że wie
      jak, że nie umie zmienić się, żeby między wami było lepiej.
      A dziecko nie jest najlepszą receptą na uratowanie małżeństwa. Pomyśl, że
      dopiero wtedy zaczną się problemy i wyliczanie kasy... Do tego oboje będziecie
      zmęczeni, niewyspani itp.

      Mój ex miał trochę podobnie zarówno pod względem kasy, pracy, 'optymizmu' jak i
      sexu. Długo by opowiadać... Byliśmy razem prawie 5 lat. Określenie "ex" wyjaśnia
      jak to się skończyło. Jak się rozstaliśmy to zaczął rozumieć czemu było mi źle w
      tym związku, ale ja już go nie kochałam :(
      • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:15
        Mój ex miał trochę podobnie zarówno pod względem kasy, pracy, 'optymizmu' jak i
        > sexu. Długo by opowiadać... Byliśmy razem prawie 5 lat. Określenie "ex" wyjaśni
        > a
        > jak to się skończyło. Jak się rozstaliśmy to zaczął rozumieć czemu było mi źle
        > w
        > tym związku, ale ja już go nie kochałam :(


        wiesz co czasami sie tak zastanawiam czy tak nie było by najprościej i nawet
        chwilami chciałbym aby tak było. rozeszlibysmy sie i juz. Ale z obu stron są
        przeciwne zapenienia, jak wsponę coś o tym to słysze "coś ty tam sobie znowu w
        głowie wymyślił" i w sumie racja.
        Muszę poczytać o tym DDA może tu tkwi problem.

        Ps. rozwód to najprostsze wyjście, głowa w piach jak strus i po kłopocie. Tyle
        że wcale nie zawsze najwłaściwsze...
      • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:17
        Ps.2 To zawsze mogę zrobić w każdej chwili... a młodzi jesteśmy to i jakoś byśmy
        sobie poradzili, ale powtarzam gdybym chciał to zrobić olałbym forum te wypociny
        moje i całe te próby pomocy, naprawy... sam nie wiem jak to nazwac
        • kaktusik0 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 12:17
          nie doradzam Ci rozwodu. Mówię jak u mnie się skończyło. Naprawdę baardzo długo
          starałam się żeby coś naprawić, zmienić. Nie udawało się. kolejne rozmowy
          kończyły się w miejscu w którym się zaczynały - bez żadnego rozsądnego rozwiązania.
          W końcu się rozstaliśmy i była to najtrudniejsza, najbardziej przemyślana, ale
          mimo wszystko dobra decyzja.

          Z jednej strony warto jest walczyć o związek - tyle lat razem, macie ślub,
          przeszliście razem przez pewnie niejeden kryzys itp. Z drugiej strony - jeśli
          wam się mimo wszystko nie uda, a w między czasie minie kolejnych np. 6 lat,
          dorobicie się dzieci itp. to chyba lepiej teraz.
          Dlatego nikt tu Ci nie pomoże nie da jednego dobrego rozwiązania. Moja rada? Daj
          Wam czas np rok-półtora. Jeśli po tym roku obiektywnie rzecz biorąc sytuacja się
          nie zmieni to no cóż...
          W niedobranym związku można trwać latami. Ty się w końcu przyzwyczaisz do braku
          seksu, ona będzie bardziej ukradkiem podliczać rachunki. Przestaniecie rozmawiać
          o waszych potrzebach, bo nie będzie sensu. Będziecie żyć w zgodzie, bez kłótni,
          ale zupełnie obok siebie. To jest pesymistyczna wersja. Moim zdaniem każda inna,
          łącznie z rozstaniem, jest bardziej optymistyczna.
    • maialina1 A czy.... 07.11.06, 10:16
      Czy twoja zona miala przed toba innych partnerow, seksulanych rowniez?
      Czy yles jej "pierwszy i jedyny"?

      Jesli moje przypuszczenia sie potwierdza, to uwazam ze twoja zona przechodzi
      wlasnie kryzys co sie nazywa "nie wyszalalam sie".

      • maialina1 Re: A czy.... 07.11.06, 10:21
        Aha, jeszcze jedno, chociaz to pewnie wyjdzie podczas waszych spotkan u
        seksuologa: kobiety ktore po 2,3 latach wspolzycia palają taką niechecią do
        skesu, to sa kobiety ktore nigdy w zyciu nie mialy orgazmu (orgazmu z
        partnerem, bo same ze soba moze i tak).
        Po prostu, mozna udawac przez pare lat, ale potem to sie nudzi.
        I nie mow mi, please, ze twoja to na pewno nie udaje, bo ja sama dobrze wiem co
        to znaczy tak udawac orgazm, ze nawet po przyznaniu sie, partner nie dowierza
        ze udawalam.
        Gdyby czerpala z seksu satysfakcje, to nie boj sie, sama by do ciebie
        przychodzila i prosila o jeszcze.
        • mimi.25 Re: A czy.... 07.11.06, 10:26
          a bieze pigulke anty?
          to czesto obniza libido.

          Wtlumaczenie moze byc tez takie ze najzwyczajniej jest znudzona tobą jako
          kochankiem.
          Moze byc tez tak ze wczesniej udawala, zmuszala sie zeby wyjsc za mąz (wielu
          kobietom na tym bardzo zalezy), a teraz juz nie musi sie wysilac.
          Dziecka nie robcie jesli nie pragniecie go bardzo bardzo mocno i z calego
          serca, i na pewno dziecko nie bedzie panaceum na wasze problemy
        • nowbart Re: A czy.... 07.11.06, 10:35
          nie bede mówił ci że nie udaj bo nie udaje, jestem pewniem w 1000% - a orgazmów
          nie ma to fakt smutny ale fatk. Czytałem gdzies ze 43-48%. Czy to moja wina
          może... nie wiem... może dotykam nie tak, ale jak ją pytam wprost co i jak to
          tez nie potrafi odpowiedzieć... life i brutal cóż.
          • nowbart Re: A czy.... 07.11.06, 10:39
            Czytałem gdzies ze 43-48% kobiet nie miewa orgazmów
            (miało być)
          • maialina1 Re: A czy.... 07.11.06, 10:44
            Nie, niekoniecznie twoja wina.
            W ogole lepiej nie mowic tu o WINIE, bo to tylko pogarsza obraz rzeczy,
            niepotrzebnie.
            Jesli twoja kobieta nie ma orgazmow (a domyslam sie ze nie ma, malo kobiet ma,
            no chyba ze "reczne" / "lechtaczkowe"), to po pierwsze i przede wszystkim
            siedzi to w jej glowie, a po drugie to nie ma do ciebie "seksualnego zaufania".
            Powiem ci jak bylo w moim przypadku: miewalam orgazmy lechtaczkowe, ale i tak
            nie z kazdym partnerem, byli tacy z ktorymi nie miewalam zadnych orgazmow.
            Dlaczeg? Uswiadomilam to sobie po czasie, przyczyn bylo kilka:
            - chcialam "ladnie" wygladac i "ladnie" sie zachowac (cos tam pojeczec,
            powzdychac, poruszac sie, tak zeby wygladalo ze jestem tym wkrecona na maksa).
            A tymczasem zeby miec orgazm trzeba totalnie odkleic sie od myslenia o swoim
            wuzerunku w oczach partnera, olac to, skupic sie tylko na doznaniach
            - ufalam partnerowi bezwzglednie jesli chodzi o zycie codzienne i rozne
            pierdolki, ale nie ufalam mu "seksualnie", tzn, jak juz zaczynalam sie nakrecac
            i podniecac, i zblizalam sie do orgazmu, to nagle zapalala mi sie gdzies
            czerwona lampka w stylu "jak tylko on nie tak sie poruszy jak trzeba, to po
            moim orgazmie". Balam sie ze partner cos powie, gdzies mnie dotknie gdzie nie
            lubie, albo nagle skonczy przede mna, balam sie ze moje dochodzenie do orgazmu
            bedzie za dlugo trwac i on nie bedzie do konca robil tak jak ja chce... krotko
            mowiac, partner musi WSZYSTKO wiedziec o partnerce i wykazac sie nieziemska
            cierpliwoscia, przy jej pierwszych orgazmach (jak juz jest pierwszy, to kolejne
            przychodza z coraz mniejszym wysilkiem).
            Pewnie cie strasznie dziwi wszystko to co teraz tu pisze, ale tak wlasnie jest
            u wiekszosci kobiet. Orgazm to mozolna praca nad soba, i razem z partnerem.
            Tak bylo u prawie wszystkich moich kolezanek (wyjatek dla tych ktore nadal ni
            miewaja orgazmow), i jesli ktoras mowi ze jest inaczej to albo ma farta albo
            sciemnia.
            Tyle.
          • tamara33 Re: A czy.... 07.11.06, 11:42
            Kurcze Ty jej nie dotykaj , popieść ją językiem, po 20 minutach , kazda
            pada...mowię całkiem serio, trzeba wiedziec tylko jak!
      • nowbart Re: A czy.... 07.11.06, 10:29
        pierwsz i jedyny (tak mi sie wyadje) - niestety dodam. Nie miałem na to wpływu
        co robiła wcześniej.

        kryzys wyszalenia sie... raczej nie, to nie ten typ człowieka, prędzej mnie on
        by dopadł niż ja. Ja ciągle mam ochote poszaleć, na impreze, jakis
        niespodziewany wpad tu i tam, itp itd. Ona jest taka kurcze poukładana... Sam ją
        wyganiam do knajpy z dziewczyami, żeby mi ciagle w domu nie siedziała. Jak
        pójdzie bawi sie super.. tylko cięzko ja wyganic to raz, a jak wróci to liczy
        ile wydała, koszmar. Gdyby wiedziała ile ja kasy przepuszczam na pierdoły (bo po
        to przeciez kasa jest - zeby ja wydawac) to by.... hehehe lepiej nie pisac. :)))
        • maialina1 Re: A czy.... 07.11.06, 10:33
          nowbart napisał:

          > pierwsz i jedyny (tak mi sie wyadje) - niestety dodam. Nie miałem na to wpływu
          > co robiła wcześniej.
          >
          > kryzys wyszalenia sie... raczej nie, to nie ten typ człowieka,


          O! zebys sie nie zdziwil!
          Wyszalec sie to niekoniecznie znaczy lazic po knajpach.
          Wyszalec sie moze rowniez znaczy przezyc kilka milosci, zobaczyc co to znaczy
          seks z kims innym (i dowiedziec sie ze w ogole moze byc inaczej), wyszalec sie
          to moze rowniez znaczyc poczuc sie wolnym, nie przywiazanym do nikogo... (jesli
          sie nie myle ciebie poznala w bardzo mlodym wieku, tak ze nawet nie wiedziala
          co to znaczy byc singlem)
          • nowbart Re: A czy.... 07.11.06, 11:55
            no dobra ale czy zatem sugerujesz bym powiedział jej aby sokczyła sobie w bok ze
            3 razy a potem jak sie jej nie spodoba to niech wróci?????

            swoja drogą miałem taki pomysł :)) Ale gwarancji nie ma że to pomoże a wtedy ja
            na pewno też skocze tu i tam a to bedzie oznaczało że można skasować cały ten
            wątek bo sie problem rozwiąże prze eutanazje .... nie ma pary nie ma kłopotu
            .........
            • maialina1 Re: A czy.... 07.11.06, 12:00
              Nieeee :) heeheh :) Nic nie sugeruje, nie odwazylabym sie.
              Ja tylko stwierdzam fakty.
              Z radą u mnie gorzej :)
    • iron_wanienka Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 10:26
      jestem au pair i moja gastmutter przypomina twoja zone-dziecko urodzina w wieku
      38 lat(dziecko-6lat-widzi ja pol godziny dziennie), ma tytul profesora,
      uprawnienia prawnika na uczelni(nie wiem jak ona to zrobila)meza widzi tylko w
      week(pracuje 700km od niej)a juz jak sie widza to ona potrafi pojechac w
      niedziele o 17 do biura i siedziec tam do 22 piszac kolejna ksiazke.. mi
      rowniez zdarza sie 'zamartwiac na smierc', ale nigdy nie wplywalo to na relacje
      z moim chlopakiem. moja rada co do seksu(bo chyba to cie najbardziej boli)to
      wiecej szalenstwa-kupcie sobie wino, rozluznijcie sie, zobaczcie jakis filmik
      dla doroslch..przytul ja czasem 'bezintesownie', pocaluj na 'dzien dobry',
      idzcie do kina, ozywcie zwiazek.pozdr
      • maialina1 A moja rada co do seksu... 07.11.06, 10:30
        Za to moja rada co do seksu jest taka: niech twoja zona nauczy sie przezywac
        orgazm (tak, tak, moj drogi, wiekszosc kobiet musi sie tego NAUCZYC, nie to co
        faceci), i zobaczysz ze sama bedzie sie do ciebie lasic.
        • mimi.25 Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 10:41
          moze jakies urozmaicenia by sie wam przydaly, przebieranki, tantra, sado maso...
          no nie wiem. :P
          Przelamcie te rutyne.
          No i jak powyzej: niech sioe zona nauczy przezywac orgazm, siegnij do pozycji
          naukowych, filmów instruktazowych itd ;)
          • maialina1 Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 10:46
            Filmy "instruktazowe" sa bardzo skuteczne :))
          • nowbart Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 11:13
            Tak słyszałem, czytałe, że kobiety uczą się orgazmów. No łatwo się mówi "naucz
            się przezywac orgazm" Pytanie jak to zrobić... Jestem facetem u mnie to
            naturalne... nie pomoge jej w tym. jakieś
            sugestie...???????????????????????????????????
            • maialina1 Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 11:49
              Dalam ci sugestie powyzej.
              • nowbart Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 12:01
                dobra podaj jeszcze jakis tytuł i nie będę drążył tematu,, może być na email jak
                sie wstydzisz, w necie jestem wstanie sciągnąć każdy film. :))))))))))
                • maialina1 Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 12:10
                  Wiec tak, ja o filmach to tlyko wspomnialam, a o "technikach" pisalam tu:

                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16&w=51679210&a=51684710
                  A jesli chodzi o filmy, to nie wiem czy na forum mozna, wiec na maila wysylam
                  ci strone internetowa z filmikami do sciagniecia, gdzie nie ma zadnych
                  wirusow. :)
                  • nowbart Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 12:17
                    wybacz to fo-pa z mojej strony... Zwykle ja czytam tutaj różne wątki sprawdza
                    sie takie porady do
                    A) sztucznego penias (w sumie nie mam nic przeciwko:)) )
                    b) wyuzdanych ciuchów (również)
                    C) filmów XXX (j.w.)
                    dlatego żle odebrałem hasło: Techniki
                    juz zaglądam
                    Pozdrawiam
                    • nowbart Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 12:18
                      oki pogubilem sie ale juz sie odnalazlem
                      :))))))))))
                      wszystko jasne
                      dzieki jeszcze raz
          • simon_r Re: A moja rada co do seksu... 07.11.06, 11:46
            mimi dobrze gada... niektóre kobiety potrzebują naprawde dziwnych bodźców żeby
            coś w nich "zadziałało"... jedna moja koleżanka mi się zwierzyła, że chciałaby
            być zgwałcona. Oczywiście nie przez jakiegoś obcego ale przez swojego faceta...
            dziwne???... pewnie tak ale zdaje się że to częsta fantazja.
    • maryska_81 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:13
      Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że Twoja żona po prostu średnio ma na Ciebie
      "ochotę". Może właśnie przez ten brak orgazmów. A raczej głównie przez to.
      Przecież to jest najlepszy element :-) Musisz się trochę bardziej postarać w
      sprawianiu jej przyjemności... :-)
      • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:26
        > Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że Twoja żona po prostu średnio ma na Ciebie
        > "ochotę".

        Ja bym powiedział że i srednio to delikatnie powiedziane. Raczej wcale.

        Może właśnie przez ten brak orgazmów. A raczej głównie przez to.
        > Przecież to jest najlepszy element :-)
        Tu tez się zgodzę

        Musisz się trochę bardziej postarać w
        > sprawianiu jej przyjemności... :-)

        A teraz pytanie: Jak sprawić przyjemność osobie która sama nie wiem jak sobie
        dogodzic??????
        W łóżku nie ma dla mnie tematu tabu, od klasyki po perwersje... Kombinuje
        urozmaicam...
        Kondycja i wytrzymałość zawsze ok. Pod tym względem nie mam sobie nic do
        zarzucenia. Dbam o siebie nie mam "Lustrzycy", powiedział bym atrakcyjność nawet
        więkasz jak przy poznaniu "zmeżniałem" słowa żony.
        Technika ?? nie wiem, nie mnie to oceniać

        Ale nie zmienia to faktu że łóżko łuzkiem ale co ona biedna ma zrobić że poczuć
        się szczęsliwą. Drogie Panie skarcie mnie jeśli sie myle ależ czyż udane łóżko
        nie jest pochodną dobrego samopoczucia, radości i szczęcia w życiu codziennym???
        Czyż nie prawda jest że : Kobieta ma udany seks jak jest sczęśliwa a facet jest
        szczęśliwy jak ma udany seks ??????????? Taka niby subtelna różnica ale jednak
        jakże zasadnicza ????



    • izabellaz1 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:19
      Wiesz ja też mam skłonności do "filozofowania, zamartwiania się itd.:)
      Faktycznie zmieniło się to od czasu kiedy urodziłam dziecko bo po prostu nie mam
      na to czasu:) Ale my z mężem na dziecko zdecydowaliśmy się, podjęliśmy wspólnie
      i świadomie decyzję i nie miała być ona lekarstwem na moje "zmartwienia". Dużo
      pomada wspólne przebywanie ze sobą. Porozmawiaj z żoną czy jest może coś o czym
      marzy w sferze erotycznej. Chodźcie do kina, teatru, pubu czy klubów ze
      znajomymi. Staraj się wypełnić żonie czas (tzn. niech ona sama to robi - Ty masz
      Jej ewentualnie podsunąć jakiś pomysł:))
      Niech sobie znajdzie jakieś zainteresowania poza pracą i wyimaginowanymi
      problemami w domu. Pewnie ma jakieś zainteresowania. Niech się zapisze na jakiś
      basen, aerobik czy inne zajęcia sportowe czy może jakieś artystyczne. To mogłoby
      ją bardzo odprężyć.
      Trzymaj się cieplutko! Pozdrawiam

      --
      www.samoobrona.kabaty.prv.pl
      • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:28
        właśnie wysyłam ja na aerobik :)))
        • izabellaz1 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:31
          I bardzo dobrze. Tylko niech "dyscyplinę" sama wybierze bo jak Ją "wypchniesz"
          tam gdzie znowu nie będzie się czuła dobrze to będzie lipa. Ale aerobik chyba
          jest ok:)
          • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:48
            step albo jakies hi lo cobo lub jaos tak.... na stidiach to miala i bardzi sie
            jej podobalo
            • baba67 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:55
              Mnie sie wydaje, ze dla niej najlepszy bylby pilates bo tak nie meczy, odpreza,
              uspokaja, pozwala poczuc swoje cialo. Tyle, ze na efekty te 2 miesiace trzeba
              poczekac.
              W ogole to ona biedna jest-jakas taka zagipsowana-takie kobiety rzeczywiscie ne
              potrafia cieszyc sie seksem, bo sex to brak ontroli, a one sie panicznie boja
              braku kontroli. ja mysle ze sesje u psychologa by sie przydaly.
              • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 11:58
                a na czym polega taki pilates... co sie tam robi...

                seksuolog wysłał ją na zajęcia do jakiejs grup uczącej relaksu młode kobiety...
                zobaczymy co z tego wyjdzie
              • izabellaz1 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 12:16
                A ja uwielbiam tak się fizycznie zmęczyć na treningu. Mam po tem tyle energii,
                że mogłabym obdzielić ze trzy osoby. Umysł jasny i czysty. Eeeeeeeeech uwielbiam:)
                Aha i seks to potem mogłabym uprawiać pół nocy bez przerwy;)
                • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 12:23
                  hehhe ja mam tak samo. jak wróce z basenu czy siłowni to mino ogółnego
                  zmeczenia jestem taki zrelaksowany że .... ach... lepiej nie pisać...
                  moje maleństwo pewnie mi zaśnie ale warto spróbować :))))
                  • izabellaz1 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 12:27
                    Hihi rozumiem Cię DOSKONALE;)))
                    Na początku może Ci "maleństwo zaśnie" ale jak się "wprawi" i odczuje z
                    treningów przyjemność to będziecie "nie spać" razem;)))
                    • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 12:44
                      a tak na marginesie z tym zasypianiem to tez cały cyrk. Do niedawna co by nie
                      robiła ile by nie spała ciągle śpiąca była. Piła kawy, jedna za drugą aż ją
                      opierniczać zacząłem bo ileż można. Jakieś 2 miesiące temu zaczęła jeść więcej
                      witamin kupiał taki kompleks dla kobiet i nie wiem czy podświadomość czy
                      faktycznie pomogło, ale wytrzymuje nawet do 22-23 mimo iz o 5.30 wstaje. Dodam
                      że jest typem człoweka kochającego sapć. Podobnie zreszta jak ja :)
                      • izabellaz1 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 13:13
                        Może powinna do lekarza ogólnego w ogóle iść. Może melatoninę niech pobierze jak
                        z tym spaniem ma problemy.
                        • nowbart Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 14:19
                          melatonina powiadasz... w aptece to mozna dostać ?? Potrzebna recepta??
                          wiesz co, jak ją pieszcze to efektem moich pieszczot jest podniecenie, może
                          przez chwilkę ale najczęściej senność. Robi się jej dobrze co zresztą sama
                          potwierdza ale nie podniecająco. To tez jest dla mnie niezła zagadka.
                          Tyle kobiety sie rozpisuja o grze wstepnej, pieszczotach i czułości itp. Jak tak
                          patrze na tego mojego kotka to mam wrażenia że ona z jakiejś innej planety jest.
                          Faceci z Marsa kobiety z Wenus a moje kochanie powiedzmy z Merkurego :)))
                          Ciekawe czy i tu melatonina pomoże :)
                          • izabellaz1 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 14:31
                            Melatonina - 5-metoksy-N-acetylotryptamina - hormon produkowany w międzymózgowiu
                            (dokładniej w nadwzgórzu) przez szyszynkę, oraz w mniejszych ilościach przez
                            siatkówkę oka oraz układ pokarmowy. Należy do rodziny tryptamin (jest pochodną
                            aminokwasu tryptofanu). Melatonina reguluje zasypianie, budzenie się oraz
                            ogólnie fazy snu, odpowiada również za starzenie się komórek ciała. Wydzielanie
                            melatoniny stymulowane jest przez ciemność i blokowane przez światło. Obecnie
                            sprzedawana jest w preparatach bez recepty jako lek ułatwiający zasypianie oraz
                            jako "pigułka młodości" ale takowe działanie melatoniny zażywanej doustnie nie
                            jest potwierdzone.

                            Afrodyzjak to nie jest ale może jak się wyregulują te fazy to nie będzie Ci
                            usypiać podczas gry wstępnej:))) A swoją drogą to ciekawe co piszesz...;)

                            A w ogóle jak o żonie piszesz to taki obraz kobiety z anemią mi się tworzy w
                            głowie. Sorki bo nie mam nic złego na myśli ale piszesz o Niej jak o bardzo
                            apatycznej osobie. Może jakąś morfologię powinna jeszcze zrobić:)?
    • qurde1 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 20:52
      Zaprowadz ja na badania, moze ma raka i sie zawija z tego swiata,
      a ty ja pieprzyc chcesz, daj jej spokoj
      • baba67 Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 21:26
        Pilates to zespol cwiczen wzmacniajaco rozciagajacych oparty m.in na jodze(to
        co pokazuja w Magdzie M to bzdura).Bardzo wycisza, uczy prawidlowo oddychac,
        zapewnia gleboki dobry sen.
    • nefertum Re: Czekając aż wydarzy się jakiś cud 07.11.06, 22:11
      nowbart napisał:

      > (sama zreszta czasami przyznaje że nie wie o co chodzi bo
      > "skoro jest tak dobrze to czemu jest tak źle" )
      (...)
      > Zastanawiam się czy to nie depresja...

      Obawiam się, że możesz mieć rację :( Zgadzam sie również z Tobą, że problemy z
      seksem są prawdopodobnie pochodną nr 1, 2 i 3. Nie sądzę, że pomóc mogą
      jakiekolwiek gadżety itd., itp., Twoja żona przyznaje, że problem tkwi w niej,
      ale nie potrafi sobie z tym poradzić - jeżeli "wyskoczysz" z czymś takim, ona
      prawdopodobnie jeszcze bardziej się "zdołuje" - przypuszczam, że Cię kocha i
      obwinia się o całą tę sytuację.
      Wspomniałeś o DDA - jezeli Twoja żona pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej, to
      rzeczywiście dobrze szukasz - obawa przed macierzyństwem, brak radości życia,
      nieustanne napięcie i poczucie zagrożenia, pomimo tego, że ma przecież Ciebie,
      może na Ciebie liczyć...
      Nie czekaj na cud i nie trać nadziei, po prostu jej pomóż, porozmawiaj z nią i
      wybierzcie sie razem do dobrego lekarza - jezeli to depresja, trzeba z nią
      walczyć jak najwcześniej, jezeli problem ma podłoże w dzieciństwie - terapia
      DDA pomoże odzyskać Twojej żonie wiarę w siebie i szczęście, także małżeńskie :)
      Głowa do góry, wierzę, że Wam się uda :)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka