agnies_87
30.01.07, 22:25
W październiku zeszłego roku dostałam się na WAT i PW.
Pod namową rodziców, chłopaka i znajomych wybrałam WAT (podobno jest trochę
łatwiej niż na PW), chociaż sama nie byłam przekonana.
Zawsze dobrze mi szło z matematyki, nie miałam większych problemów.
Natomiast z fizyką było gorzej, już w LO ledwo zdawałam z klasy do klasy
(miałam profil mat-fiz).
Pierwsze 2 miesiące były łatwe, zaliczałam wszystko w terminach.
Większość była powtórką z LO, więc rozumiałam.
W grudniu zaczęły się problemy. Nie zaliczyłam 2 kolokwiów z fizyki (dużo
cięższy materiał zaczął się robić) i 3 laboratoriów (z 5-ciu).
Dodatkowo nie zostałam dopuszczona do kolokwium z grafiki inżynierskiej (można
było mieć 1 nieobecność - niepisana zasada - mnie na zajęciach nie było 2
razy), babka od prawa nie zaliczyła mi semestru, bo nie oddałam w terminie
pracy (wczoraj się dowiedziałam) i opuściłam 6 zajęć z WF-u, których jeszcze
nie odrobiłam, więc tego też na dziś nie mam zaliczonego.
Generalnie z matematyką sobie poradzę, z ćwiczeń mam 3,5 (egzamin oblałam, ale
będzie poprawka, więc mniej więcej wiem czego się spodziewać i już się uczę
żeby zdać), z psychologii będę miała 3,5 labo 4, z WF-em się jakoś uporam, ale
zostaje fizyka i grafika.
Fizyki nie trawię. Po prostu nie rozumiem, jak na nią patrzę, to chce mi się
rzygać. Nie rozumiem i w ogóle mnie nie interesuje.
Z grafiką będzie też ciężko, bo nasz wykładowca jest straszny i ciągle mi się
wygraża, że za to "olewanie" (z 15 godzin nie byłam na 2) nie dopuści mnie ani
teraz do egzaminu (już nie dopuścił, bo się odbył), ani do poprawkowego.
Generalnie kierunek mnie nie kręci - inżynieria materiałowa.
Fizyki nie rozumiem, nie chce mi się jej uczyć i mam dość.
Grafiki w ogóle nie komentuję.
Pogodziłam się z myślą, że mnie wyrzucą, więc powiedziałam to rodzicom, którzy
od kilku dni chodzą za mną jak cienie i prawią kazania (jak to sobie olałam,
jaka to jestem beznadziejna itp.)
Powoli mam tego dość.
Chcę iść do pracy (nawet za te 800 zł, ale żeby rodzice nie mówili, ze się
obijam), a w październiku spróbować znowu na trochę lżejszy kierunek.
Niestety do moich rodziców, jak i matki chrzestnej (a ona ma zawsze najwięcej
do powiedzenia) to nie dociera.
Ciągle mi powtarzają, że mam wziąć kroki, że wszystkiego da się nauczyć, że to
najlepsza uczelnia techniczna w Polsce, będę potem zarabiać kokosy i na pewno
mi się uda.
Ale ja już na tę chwilę, widzę, że to nie dla mnie. Nie chce mi się tego
wkuwać, nie mam motywacji, a przede wszystkim w ogóle nie rozumiem.
I teraz stoję przed trudną decyzją.
Czy męczyć się z tym i iść dalej, czy zrezygnować, iść do pracy i spróbować od
października na coś, co bardziej mnie interesuje?