psycholog.w
06.05.03, 15:59
Niewiele lat temu chwycili się plastycy śmierci jak zbawienia. Zaopatrzeni w
atlasy anatomiczne i histologiczne, poczęli flaki wypuszczać aktom, gmerać
się w bebechach, wywalając na płótna zmaltretowaną brzydotę naszych
wstydliwych paprochów, tak słusznie zasłoniętych na co dzień skórą. Lecz cóż,
koncerty, które gnicie we wszystkich kolorach tęczy zaczęło dawać po salach
wystawowych, nie stały się rewelacją. Byłoby to rozwiązłe, gdyby ktoś z
widzów poczuł się dotknięty, byłoby koszmarne, gdyby zadrżał - lecz cóż?
Nawet ciotek to nie wzburzyło. Midas obracał w złoto wszystko, czego się
tknął, a plastyka dzisiejsza, pod klątwą przeciwnego znaku, samym dotknięciem
pędzla likwiduje powagę każdej rzeczy. Jak tonący sięga po wszystko - i z
chwyconym idzie na dno - przy zblazowanym spokoju widzów. Wszystko? Więc i
śmierć? Czemu nie zaszokował nas jej antymajestat, czy te krwawo zaszlamowane
karty z powiększonych plansz medycyny sądowej nie powinny były nas choć
zastanowić - swoim horrorem? Były jednak bezradne... bo nadto wysilone!
Zamysł już był dziecinny - przestraszenia dorosłych... dlatego to nie chciało
być na serio! Więc zamiast memento mori otrzymaliśmy starannie rozmierzwione
trupy - rozkopana zbyt namolnie tajemnica grobów objawiła się śliską kloaką.
Nie przemówiła ta śmierć - ponieważ zanadto ostentacyjna! Biedni plastycy,
którym mało już natury, więc zabrali się do eskalacji Grand Guignolu, sami
wystrychnęli siebie na dudków. Lecz - po kompromitacji podobnej, po tej
klapie śmierci - co właściwie takiego zrobił Strzybisz, że udało mu się ją
zrehabilitować? Czym są właściwie jego „Nekrobie”? Nie są malarstwem
przecież - Strzybisz nie maluje i podobno w życiu nie miał pędzla w palcach.
Nie jest to grafika, bo on nie rysuje, nie ryje też w żadnej substancji, nie
rzeźbi - ot, fotograf. Co prawda szczególny - skoro, zamiast światła, używa
promieni Roentgena. Ten anatom swoim okiem, przedłużonym ryjami aparatów
rentgenowskich, przechodzi na wylot przez ciała. Lecz czarno-białe błony,
znane z lekarskich gabinetów, na pewno pozostawiłyby nas obojętnymi. Dlatego
ożywił swe akty. Dlatego jego szkielety stąpają takim prężnym, zdecydowanym
krokiem w śmiertelnych koszulach raglanów, z widmami teczek. Dość złośliwe i
dziwaczne, przyznajmy, nie więcej, ale on tymi migawkowymi zdjęciami tylko
przymierzał się, próbował jeszcze - nie wiedział. Powstał hałas dopiero,
kiedy poważył się na straszną rzecz (choć już nie miało być strasznych
rzeczy): on nam prześwietlił na wylot - i taki pokazał seks. Ten zbiór prac
Strzybisza otwierają jego „Pornogramy” - zaiste komiczne, lecz dosyć to
okrutny komizm. Właśnie najbardziej natrętny, rozpasany, rozzuchwalony seks -
grupowy - wziął Strzybisz pod ołowiane blendy swoich obiektywów. Pisano, że
chciał wyszydzić pornomanię, że dał jej dokładną (bo do nagiej kości
doprowadzoną) lekcję i że mu się to udało, ponieważ te kości, wczepione w
siebie, poukładane w geometryczne zagadki, z niewinnego pogmatwania
przeskakują w oku widza nagle - i niesamowicie - w nowożytny Totentanz, w
tarło podskakujących szkieletów. Pisano, że zamierzył znieważyć, wydrwić
seks - i że mu się to zamierzenie powiodło. Czy tak? Zapewne... lecz można
się w „Nekrobiach” dopatrzeć czegoś więcej. Karykatury? Nie tylko - bo jest
jednak w „Pornogramach” jakaś ukryta powaga. Najpierw bodaj stąd, że
Strzybisz „prawdę mówi” - i to samą tylko prawdę, kiedy dziś, nie podda
na „deformacji artystycznej”, uchodzi za prostactwo: lecz on właściwie jest
świadkiem jedynie, bo spojrzeniem przeszywającym, ale nie - przeinaczającym.
Nie sposób się obronić przed tym świadectwem - odrzucić go, jako zmyślenia,
jako konwencji, triku, gierki umownej, bo on ma rację. Karykatura?
Złośliwość? Lecz te szkielety są przecież w swoim abstrakcyjnym rysunku -
niemal estetyczne. Strzybisz bowiem wytrawnie działał: nie tyle ogołocił, to
jest, odarł kości z cielesnych powłok, ile wyzwolił je - uczciwie szukając
ich własnego, do nas już nie odniesionego sensu. Szukając ich własnej
geometrii, uczynił je suwerennymi. Te szkielety żyją, chciałoby się
powiedzieć - po swojemu. On je wolnością obdarzył, przez wyparowanie ciał, to
jest - przez śmierć, jakkolwiek właśnie ciała odgrywają ważną, choć nie od
razu postrzegalną rolę w „Nekrobiach”. Trudno tu wchodzić w szczegóły
techniki rentgenowskiej, lecz dwa słowa wyjaśnienia są niezbędne. Gdyby
Strzybisz używał twardych promieni X, na jego zdjęciach byłyby widoczne same
tylko kości, jako ostro zarysowane smugi, pręty, posegmentowane niby
cięciami - mrokiem stawowych szczelin. Zbyt czysta byłaby to już, bo zanadto
wypreparowana - osteologiczna abstrakcja. Otóż on tak nigdy nie postępuje i -
prześwietlone promieniami miękkimi - na zdjęciach jego pojawiają się ciała
ludzkie jak aluzje, jak napomknienia, mlecznymi kłębami poświaty - i przez to
dochodzi do właściwego efektu. Pozór i realność zamieniają się miejscami.
Średniowieczny, holbeinowski Totentanz, trwający w nas milczkiem,
nieporuszony, ten sam, nie tknięty wrzawą błyszczącej cywilizacji, zrost
śmierci z życiem - trafia Strzybisz, jak gdyby bezwiednie, jakby przez
przypadek. Albowiem rozpoznajemy tę samą wesołą skoczność, tę jowialną krzepę
i frywolne zapamiętanie, jakie nadał swym kościotrupom Holbein - i tylko - a
raczej; i właśnie akord znaczeń, który bierze artysta współczesny, jest
szerszy, ponieważ najbardziej nowoczesną z technik skierował na najstarsze
zadanie gatunku; naprawdę tak właśnie wygląda śmierć w środku życia i to jest
właśnie do kości prześwietlona mechanika rozmnażającego się rodzaju, której
ciała asystują - bladymi widmami. Dobrze - powiadają - może i taka czai się w
tym filozofia, lecz przecież on umyślnie poszedł „na całego” - w trupy wrobił
spółkujących, uchwycił się modnego tematu, efektownie, dla efektu - czy to
nie tanie? Czy nie ma w „Pornogramach” sprytu? Albo wręcz oszustwa? Nie brak
i takich sądów. Wolę nie wytaczać przeciw nim armat ciężkiej retoryki. Proszę
raczej przyjrzeć się dwudziestemu drugiemu pornogramowi,
zatytułowanemu „Trioliści”. Scena to nieprzyzwoita w szczególny sposób. Gdyby
ją zestawić ze zwykłym zdjęciem tych samych ludzi, więc z produktem
pornografii komercjalnej, niewinność takiej pornografii względem
rentgenogramu objawi się natychmiast. Pornografia nie jest bowiem sprośna
bezpośrednio: ekscytuje dopóty, dopóki trwa jeszcze w widzu walka żądz z
aniołem kultury. Kiedy tego anioła diabli wezmą, kiedy, skutkiem powszechnej
tolerancji, obnaży się słabość płciowego zakazu, jego zupełna bezbronność,
kiedy zakazy pójdą na śmietnik - jakże szybko zdradza wtedy pornografia swój
niewinny, to znaczy tutaj: daremny charakter, gdyż jest fałszywą obietnicą
cielesnego raju, zapowiedzią tego, co się nie spełnia naprawdę. To owoc
zakazany, więc tyle w nim pokusy, ile siły w zakazie. Bo cóż? Wzrok,
chłodniejący od nawyku, dostrzega golasów, bardzo wysilonych, bardzo
zwijających się, by wykonać postawione w atelier zadania - i jakież biedne
robi się wtedy to widowisko! Nie tyle zażenowanie, ile poczucie urażonej
solidarności ludzkiej budzi się w patrzącym, bo ci golcy tak namolnie
ciamkają się po sobie, że się upodobniają do dzieci, które chciałyby
koniecznie zrobić coś wprost potwornego, żeby dorosłym oko zbielało, lecz
naprawdę nie mogą, nie są w stanie po prostu... i pomysłowość ich, rozjuszona
już tylko złością na własną niemoc, nie w stronę Grzechu zmierza i Upadku,
lecz tylko głuptacko żałosnego obrzydlistwa. Toteż w usilnych zajęciach owych
dużych gołych ssaków kryje się płytka infantylność - ani to piekło, ani raj,
lecz sfera letnia: nudy, daremności licho opłacanego mozołu... Lecz seks
Strzybisza je