Dodaj do ulubionych

Bądż przy dziecku

IP: *.lkh.ooe.gv.at 31.05.03, 14:21
Szpital otwarty dla rodzicow-tak-ale nie badz przy
dziecku.Myslalam ze na nos padne od tego biegania przy dziecku-
od badania do badania.Ani sie wyspalam ani zjadlam a jak syn
wyszedl ze szpitala rozchorowalam sie.Nie polecam -kocham mego
synka -ale to nic dla nas.
Obserwuj wątek
    • Gość: Marta Re: Bądż przy dziecku IP: granat:* / 192.168.1.* 31.05.03, 16:49
      Moje dziecko ma już 11 lat, ale wciąż pamiętam jego pobyt w
      szpitalu w Gdańsku, przy ul. Polanki, kiedy maił 1 rok 8
      miesięcy. zachorował na zapalenie płuc i krtani. Niestety musiał
      pozostać w szpitalu. Byłam z nim cały czas dopóki przez biegunkę
      (spowodowaną źle dobranym antbiotykiem) nie został przeniesiony
      na oddział zakaźny. Dla mnie to był szok, kiedy dowiedziałam
      się,że nie mogę być w szpitalu z moim synkiem. Nie wiem jaka
      siła mnie powstrzymała, żeby nie wykrzyczeć wszystkiego co myślę
      o tych lekarzach, ale jakoś udało mi się dostać do ordynatora
      Oddziału Zakaźnego. Poprosiłam Panią Ordynator o zezwolenie na
      stałe przbywanie z dzieciem. Na szczęscie działo się to na
      korytarzu i w tym samym momencie przechodziła lekarka, która
      przyjmowała syna na oddział. Pomogła. Powiedziała, że mój synek
      bardzo potrzebuje obecności rodziców i Pani ordynator wyraziła
      zgodę na przebywanie z dzieckiem. Na oddziale, na którym leżał
      mój synek była tylko dwójka rodziców: ja i kobieta, której
      dziecko miało porażenie mózgowe i przebywało w szpitalu od pół
      roku. To był ewenement- rodzice mogli odwiedzać maluchów w
      weekendy. Reszta dzieci cierpiała w samotności. Dziecko, które
      leżało w jednej sali z moim synkiem zaczęło mówić do mnie Mamo
      po dwóch dniach. To był dla mnie prawdziwy szok. Zostawałam z
      synkiem do północy, potem musiałam opuścić szpital. Wracałam po
      4 godz, czyli o 6 rano starając się wynagrodzić synkowi te
      godziny nieobecności (pamiętam to trzaskanie drzwiami przez
      pielęgniarki w nocy, budzenie dzieci bez troszczenia się o to
      jak sie czują po podaniu leku, pamietam te znieczulicę na płacz
      przestraszonego dziecka w nocy, to wytrząsanie, nie wyjmowanie 1-
      2 miesięcznych dzieci ze śpioszków). Uwierzcie mi, że po kilku
      12 godzinnych pobytach w tym szpitalu portierka w akademiku nie
      chcaiała mnie wpuścić do środka, bo mnie po prostu nie poznała.
      Jedyną osobą, która była dla mnie ludzka, proponowała mi np.
      kawę była jedna pielęgniarka, ale o tym dlaczego troche później.
      Po kilku dniach zastapił mnie mój mąż, który usłyszał od Pani
      doktor sprawującej dyżur, że jesteśmy zbyt opiekuńczy wobec
      naszego synka, "bo małe dzieci sa jak małe zwierzątka i szybko
      się przyzwyczajają" - dotąd niewiarygodne wydają mi się te
      słowa, ale są prawdziwe.
      Kiedy przyszłam do szpitala nsstępnego dnia mój synek był
      przywiązany do kratek łóżeczka za rączkę bandażem, bo wypadł z
      niego wczesniej. Łóżeczko miało wysokość 1,4m , a moje dziecko
      ok 1m. co się stało i jak on musiał płakać pozostał dla mnie do
      dzisiaj tajemnicą.
      Zabrałam syna ze szpitala na własne żądanie po 10 dniach, kiedy
      nie musiał juz dożylnie przyjmować leków.
      I teraz wrócę do tej pielęgniarki. Po wypisaniu synka ze szpitla
      musiał jeszcze dostawać zastrzyki 3 razy na dobę. Poprosiłam o
      to tę pielęgniarkę, która jako jedyna interesowała się mną i
      moim dzieckiem podczas pobytu w szpitalu. Kiedy przyszła do nas
      srobić mojemu synkowi zastrzyk zapytałam ją, dlaczego nikt
      oprócz niej nie zainteresoawał sie mną na oddziale. Usłyszałam
      myślę bardzo konkretną odpowiedź "Bo ja jestem z Domu Dziecka i
      wiem, co to znaczy samotność"
      Dziękuję za artukuł i ciesze się, że to, o co ja musiałam
      walczyć jest teraz standardem.
      Pozdrawiam,
      Marta
      • neutralny_nick Re: Bądż przy dziecku 31.05.03, 17:11
        jak to wszystko czytam to robi mi sie słabo. Bogu dziekuje że moje dziecko nie
        musiało korzystac z usług szpitala.
        Swoją droga po tym co widziałam samam w szpitalach nie wiem czemu ale wcale
        mnie nie dziwi podłe zachowanie pielęgniarek i lekarzy. One nie zapracowuja
        nawet w połowie na tą pensje którą otrzymują
      • amyk Re: Bądż przy dziecku 31.05.03, 17:36
        Popłakałam się deczko po przeczytaniu tego artykułu.
        Sama byłam bardzo chorowitym dzieckiem, bardzo często leżałam w szpitalu - do
        tego stopnia często - że moja mama zatrudniła sie na oddziale dziecięcym jako
        salowa - tylko dlatego żeby być przy mnie. Ale pamiętam jeszcze swój płacz na
        oddziale zakaźnym gdzie musiała mnie zostawić. Nauczyłam się radzić sobie w
        szpitalu - to był mój drugi dom, tak jak później sanatoria, prewentoria.
        To było ok. 30 kilka lat temu.
        Prawie rok temu moje 11 miesięczne dzieciątko się oparzyło herbatą i
        zanleźlismy się w szpitalu na chirurgii dziecięcej.
        Pozwolono mi zostać całą dobę z moim dzieckiem, pielęgniarki zostawiały mi
        posiłki, pozwolono mi brać materac z łóżka na korytarzu do spania, mogłam pić
        szpitalną herbatę bez ograniczeń, dostałam też na swoją perośbę tależe i
        sztućce od salowej.
        Atmosfera na odziele zależała od zmiany pielęgniarek, większość była
        bezinteresownie miła, tylko czasem musiałam się dopominać o zmianę lub
        poprawienie zsuwającego się opatrunku.
        Lekarze odpowiadali na każde zadane pytania - ale nic od siebie - o wszystko
        trzeba było się pytać.
        Chyba jedyne i najbardziej denerwujące było sprzątanie od 5 rano,
        bezceremonialne wybudzanie dzieci do mierzenia temperatury - poza tym było
        całkiem nieźle.
        Muszę doodać ze dostałam opiekę od pediatry na dziecko leżące w szpitalu abym
        mogła z nim być bo pracuję.
        Zatem naprawdę nie mogę narzekać - Coś się jednak zmieniło.

        AniaZ


    • Gość: lola Re: Bądż przy dziecku IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.05.03, 22:20
      Moje 5 letnie dziecko przebywało w szpitalu 7 razy, 1 raz na
      chirurgii, kilka razy na zakaźnym i pulmunologii, więc
      doskonale znam dzisiejsze realia. Byłam z dzieckiem przez cały
      czas, raz w lepszych, raz gorszych warunkach, ale nie
      narzekam.Sama będąc dzieckiem pamiętam samotne dni i noce w
      szpitalu, ten strach, zwłaszcza gdy umarł obok mnie chłopczyk.
      Dramat.Mój młodszy brat mając rok poparzył się wrzątkiem, lezał
      sam w szpitalu,matka oglądała jak zanosił się od płaczu przez
      szybę, i wierzcie mi, ze długo pozostał w jego psychce ślad po
      tym zdarzeniu.
      Dziś matki mogą być z dziećmi, to naprawdę pomaga, dziecko
      spokojnie znosi leczenie, nawet te wenflony to rozpacz tylko
      chwilowa, dziecko zostawione samo jest po prostu przerazone.
      Córka miała 4,5 roku, gdy leżała na pulmunologii, na noc czasem
      zostawiałam ją, ale tylko wówczas gdy zostawała mama po
      sasiedzku leżacego chłopczyka.Dzięki niej wiedziałam jak minęła
      noc, gdyby mała się budziła, płakała, byłabym z nią na okrągło,
      ale noce na szczęście przesypiała. Obok nas lezał 4 latek,
      matka wychodziła o 21 po zasnięciu, wtedy dostawał lek
      dożylnie, budził się i 1 godz. płakał, serce się ściskało, jak
      cicho łkał zeby nie pobudzić dzieci , mamusiu, mamusiu.
      Siedziałam z nim i uspokajałam przez łzy.Widziałam też roczne
      dziecko z nóżką w gipsie, na noc zostawiane przez rodziców
      (nota bene jakichś vip-ów,którzy wg mnie mogliby wynająć
      prywatnie pielęgniarkę do opieki na noc) dosłownie wyjące,
      pielęgniarki szarpały łóżeczkiem, zeby się ten "histeryk"
      uspokoił, koszmar.Ja zostawałam z dzieckiem nie myśląc o
      jedzeniu, spiąc pokątnie, szczęsliwa, ze mogę być z nim w tych
      chwilach, wtedy o wygodach się nie myśli, ale prawda jest taka,
      że często warunki są urągające, niestety.
      Z personelem różnie,ale raczej ok., starałam się wspólpracować,
      grzecznie wykonywałam obowiązki, ale gdy któraś przegięła to
      się stawiałam- np. pielęgniarka była zdumiona faktem, ze 4,5
      roczne dziecko zamiast dać uczesać długie włosy wolało oglądać
      bajkę, taka nieposłuszna, poprosiłam żeby zostawiła ją na drugi
      raz rozczochraną dopóki nie przyjdę, nie widzę problemu,
      lekarze prawdziwi fachowcy, choć oszczędni w słowach(czasem im
      się nie dziwię widząc histeryczne zachowanie rodziców) to
      naprawdę widać, ze się zdrowiem pacjentów przejmują.
      Rodzice- też różnie, niektórzy awanturnicy, czepialscy, także
      przewrażliwieni, większość normalna. Wg mnie najgożej gdy
      dorośli(rodzice, dziadkowie)strasznie się nad dziećmi
      rozczulają, bo takie chore, to udziela się dziecku. Te nasze
      szkraby potrafią się w szpitalu zaaklimatyzować, trzeba je
      czymś zająć,z różnych zabiegów zrobić ciekawostkę, dzieci lubią
      inhalacje, plasterki, itp. trzeba pomóc dzielnie znieść
      zastrzyki, kroplówki, zmiany opatrunków, ale nie użalać się i
      nie płakać przy dzieciach, bo to katastrofa, a wiele osób tak
      robi.Moja mała do dziś wspomina kolegów z sali, strzykawkę jaką
      dostała, zabawki ze swietlicy, ani słowa o zastrzykach.
      Myślę że będzie coraz lepiej, jeśli poprawi się standard
      socjalny to naprawdę szpital nie będzie czymś strasznym.

    • Gość: Anik Re: Bądż przy dziecku - nawet gdy to trudne... IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 31.05.03, 23:09
      Temat pobytu rodziców w szpitalu przy dziecku dotyczy mnie od
      trochę innej strony. Zdarzają się już na szczęście lekarze,
      którzy sami namawiają rodziców, aby ci jak najwięcej czasu
      spędzali ze swymi dziećmi. Pół roku temu mój roczny synek uległ
      wypadkowi i trafił na OIOM z niewielkimi szansami na przeżycie.
      Teraz jego stan jest bardzo ciężki i cały czas stopniowo
      pogarsza się. W tej ekstremalnie dla mnie trudnej sytuacji
      jedynym pocieszeniem był i jest dla mnie fakt, że u mojego synka
      najprawdopodobniej nie występuje świadomość. Na początku wcale
      nie było mi łatwo siedzieć przy łóżeczku mego dziecka - po
      każdej takiej wizycie depresja była tak silna, że nie byłam w
      stanie zająć się moim drugim dzieckiem, nie mówiąc o domu czy
      pracy. Pani ordynator oddziału na którym znajduje się mój synek
      delikatnie, ale stanowczo oddziaływała jednak na mnie abym
      pokonała samą siebie i jak najczęściej odwiedzała mojego synka.
      Teraz nie mam już z tym problemów i wiem, że będę z moim synkiem
      do końca... Wiem, że artykuł mówił o innym zagadnieniu, jednak
      myślę że warto spojrzeć na tę sprawę także pod innym kątem. To
      oczywiste, że przy krótszych, czasowo ograniczonych pobytach
      dziecka w szpitalu któreś z rodziców powinno być z nim jak
      najczęściej, najlepiej ciągle. Jednak przy bardzo ciężkich
      stanach dziecka dobrze aby wsparcie (ze strony lekarza,
      psychologa czy choćby przyjaciela) mieli również rodzice
      dziecka. Ja sama miałam w tym ciężkim czasie ogromne szczęście
      do ludzi. Pomogli mi przetrwać najtrudniejszy dla mnie okres, a
      kiedy zebrałam już trochę siły, dali mi impuls, zachętę aby
      jednak być przy moim synku niezależnie od tego jak to wszystko
      się skończy.
    • niedzwiedziczka Bądż przy dziecku!!! 01.06.03, 08:32
      Trafiliśmy znaszym dzieckiem do szpitala, który był
      przyjazny rodzicom dzieci. Dostałam własne łóżko (za
      opłatą) i nie musiałam spać na podłodze. Nie mam
      najmniejszych wątpliwości, że byliśmy potrzebni dziecku.
      Zarówno w dzień, kiedy nasze dziecko nie wiedziało, co ze
      sobą zrobić, jak i w nocy, kiedy budzone z głębokiego snu
      bolesnym zastrzykiem płakało przerażone. Też byliśmy
      wykończeni, ale wiedzieliśmy, że było warto. Piszę my, bo
      robiliśmy to na zmianę. Dwie noce ja, trzecią mąż, a ja
      mogłam wtedy się wykąpać i wyspać. Pobyt dziecka w
      szpitalu to traumatyczne przeżycie i pozostawinie go tam
      samego może wpłynąć na całe jego życie. Oczywiście w
      sensie negatywnym.
    • Gość: Ala Re: Bądż przy dziecku. Absolutnie!!!!!! IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 01.06.03, 15:13
      Ja moge powiedziec bez zadnych falszywych skromnosci, ze gdybym nie byla przy
      moim dziecku w szpitalu dzisiaj nie byloby go z nami.
      17 lat temu na porodowce syn zostal zarazony salmonella. Umarlo wowczas okolo
      40 dzieci, ktore rowniez zostaly tam zarazone. Moj syn byl silny i dlatego
      zdazyli wypisac go do domu, zanim objawy staly sie dla nas oczywiste. Syn byl
      5 dni w domu i mielismy watpliwosci co do jego stolcow ale lekarka wizytujaca
      go w domu "rozwiala" nasze watpliwosci. Po 5 dniach byl juz w beznadziejnym
      stanie, totalnie odwodniony. Trafil do Szpitala Zakaznego. Razem z nim do tego
      samego szpitala trafilo dwoje innych dzieci. 17 lat temu to byla prawdziwa
      rewolucja, ze pozwolono nam karmic nasze dzieci. Sciagalam pokarm i tak z
      butelki wkraplalam mu do ust, bo sam nie byl w stanie ssac. Moglam tam byc od
      9 rano do 10 wieczorem.Po kazdym karmieniu musialam opuscic szpital i mimo iz
      nie doszlam do siebie jeszcze po porodzie, z wielka rana( szwy nie wytrzymaly )
      chodzilam w miedzyczasie po ulicach. Nikt nie proponowal mi nawet krzesla w
      jakims ciemnych kacie.Kazde karmienie zabieralo mi 1-1.5 godziny. Tyle trwalo
      aby mu wkropic 10-50 ml. Czesto i to zwymiotowal. Przebieralam go w czasie
      takiego karmienia kilka razy po lecialo z niego na okraglo. Powiedzcie kto
      moglby mu poswiecic tyle czasu, jesli nie matka. Pielegniarki byly rozne.
      Ogolnie dobre i zapracowane.Lekarki wydzieraly sie na nas( na mnie i meza) gdy
      proponowalismy pomoc w sciagnieciu z zagranicy potrzebnych lekow.Mowily ze
      maja wszystko. Traktowaly nas jakbysmy byli glupi , a my rowniez skonczylismy
      studia tylko inne niz medyczne. Mysle, ze bylismy tam wylacznie dzieki
      Profesorowi-Dyrektorowi Kliniki. Dla niego to rowniez byla nowosc kiedy mlodzi
      rodzice z taka determinacja prosili go o pozwolenie przebywania w Klinice z
      dzieckiem. Ale w koncu sie zgodzil i dzieki mu za to bo w ten sposob dal
      naszemu synowi szanse na zycie. Dzis nasz syn zostal przyjety na Uniwersytet i
      od wrzesnia zaczyna tam nauke. Jesli tylko mozecie pomozcie swoim dzieciom.
      Wasza obecnosc i opieka to conajmniej polowa szansy na wyzdrowienie.
      • Gość: Kowal Re: Bądż przy dziecku. Absolutnie!!!! - droga/i A. IP: *.ousd.k12.ca.us 02.06.03, 14:08

        Konfabulant z ciebie nalogowy, jak widze.
        Uderzasz w takie patetyczne tony, dramatyczne i
        egzotyczne historyjki wymyslasz...Za serce chwytasz,
        ach, ach.
        Musisz sie bardzo nudzic, biurowy hamlecie -
        niezdecydowany co do plci i preferencji seksualnych, nie
        mowiac juz o nicku (ESL zwany Erykiem, dodo, yagnieszko/
        Jagusiu i tlumie innych...)

        Czekam na dalszy ciag rozrywek,
        im bardziej sie starasz, tym bardziej mnie cieszysz

        Twoj Wierny Kowal

        PS teraz mozesz sprobowac byc arystokratycznym potomkiem
        indianskiego wodza, jak sie na to zapatrujesz, Eryku?
        • ja_nek Re: Bądż przy dziecku. Absolutnie!!!! - droga/i A 03.06.03, 00:31
          Chyba nigdy nie byłeś w polskim szpitalu i nie słyszałeś płaczu dzieci....
    • Gość: agaa Re: Bądż przy dziecku IP: *.tomaszow.sdi.tpnet.pl 03.06.03, 01:50
      gdy nie bylo mnie przy dziecku w szpitalu, myslalam, ze oszaleje w domu.
      Zapewnienia pielegniarek, ze wszystko jest w porzadku nie wystarczyly. musialam
      tam byc zeby czuc sie spokojniejsza
    • Gość: Oburzona Re: Bądż przy dziecku IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.06.03, 14:17
      To prawda, że obecnie w większości szpitali mamy mogą być przy
      dzieciach całą dobę. Różne są jednak zwyczje co do przebiegu
      porannych obchodów. Słyszałam, że na ogół matki są z dziećmi aż
      do przyjścia lekarzy do ich sali. Wtedy zostaje jedna matka a
      reszta wychodzi, by nie słyszeć dyskusji dot. nie swojego
      dziecka (ochrona danych osobowych, tajemnica lekarska). Potem
      mamy kolejno się wymieniają. Mój trzy letni synek trafił jednak
      do miejsca, gdzie rodzice na cały czas trwania obchodu są
      wypraszani za drzwi, poza oddział, gdzie przez 40min. dobiega
      jeden wielki krzyk zostawionych maluchów. Przecież to nie ma
      sensu! W takich warunkach lekarze za dużo u dziecka nie
      stwierdzą, nie dowiedzą się jak spało i jak się czuje (to wie
      mama). Czy nie można wprowadzić jednolitych zasad również w tym
      względzie? Jak to zrobić, z kim rozmawiac?
    • Gość: Ania Re: Bądż przy dziecku IP: 213.158.197.* 03.06.03, 17:06
      Dwa tygodnie temu moją 4,5 letnią córkę zaatakował rota-wirus w ostrej formie -
      w ciągu dosłownie kilku godzin była tak odwodniona, że musieliśmy zgłosić się
      do szpitala. Trafilismy na Działdowską (W-wa) na oddział ogólnopediatryczny.
      Nie było ŻADNEGO problemu z przebywaniem rodziców z dzieckiem na oddziale przez
      24 godziny - proszono nas tylko, aby na raz z dzieckiem była jedna osoba, a nie
      całe tłumy. Wydaje mi się, że szpitalowi jest to nawet na rękę - rodzice
      wykonują przy dzieciach wszystkie "niemedyczne" czynności (od mierzenia
      temperatury, przez przebieranie, karmienie, mycie, załatwianie, itp.).
      Personel był życzliwy i nie czułam się traktowana jak niepotrzebny przedmiot.
      Obecność rodzica w czasie obchodu była wręcz wskazana - to przecież on mógł na
      bieżąco zdawać relację o stanie dziecka, bo cały czas przy nim był!!!
      Po dopytaniu można było uzyskać od lekarzy wszystkie informacje o stanie
      dziecka i dalszych planach (kiedy wypis, ew. przepustka, powtórne badania, itp).

      Wcześniej w tym miejscu był oddział hematologiczny, na którym jak wiadomo
      dzieci przebywają zwykle dosyć długo, więc stąd pewnie udogodnienia dla
      rodziców - osobna kuchnia z wyposażeniem.
      Mankamentem był brak jakichkolwiek możliwości przespania się - poza podłogą
      przy łóżeczku oraz toaleta poza oddziałem.

      Z wszystkimi kilkulatkami byli rodzice, starsze były odwiedzane. Mam wrażenie,
      że dzięki obecności rodziców płacz było słychać tylko przy naprawdę
      nieprzyjemnych zabiegach...
      Moja córka narzekała przy zakładaniu wenflonu i powtarzaniu kilka razy
      nieprzyjemnych badań (np.: pobieranie krwi z palca), ale ogólnie myślę, że
      pobyt w szpitalu dzięki temu, że nie była tam sama, nie był dla niej
      traumatycznym przeżyciem (po kilku dniach przepustki bez problemu pojechałyśmy
      na ostateczna kontrolę i wypis).

      pozdrawiam,


    • yenna_m Re: Bądż przy dziecku 05.06.03, 14:29
      Nie potrafię sie pozbierać po poniedziałkowym tomograficznym
      badaniu Michała.
      Drogi czytelniku, długo będzie, uprzedzam. I strasznie będzie,
      więc jeśli nie
      lubisz horrorów, nie czytaj.

      Dzień zaczął się niewinnie. Wybraliśmy się do szpitala na
      konsulatację
      neurologiczną. Decyzja przemiłej pani doktor - robimy badanie
      tomograficzne. Teraz.

      Dziecko jadło - trzeba czekać kilka godzin, bo gdyby dziecko nie
      chcialo
      współpracować przy badaniu, może pojawić się konieczność
      znieczulenia ogólnego.

      Więc czekamy. Godzinę, dwie, kilka godzin. Bez picia, jedzenia.
      Bo tak trzeba.
      Dla dobra Michała.

      Dzwonię do domu. 8-miesięczny Wojtuś płacze, tęskni. Teściowa
      nie daje sobie z nim rady.
      Szybka decyzja - na chwilkę wracam do domu, żeby przytulić i
      nakarmić niemowlaka.
      A potem znów jadę do szpitala.

      Michał zasnął mężowi na rękach. Mąż siedzi na krześle i mocno
      przytula
      dziecko. Nie chce go odłożyć na szpitalne łóżko. Boi się, że
      mały się wystraszy.

      Jakaś kobieta podchodzi do nas i zostawia prezent na dzień
      dziecka - małą
      koparkę wadera. W końcu, choć na jeden dzień, bez nocy,
      jesteśmy "na stanie"
      szpitala.
      Mam skrupuły, postanawiam, że gdy będziemy wracać, zostawimy tę
      koparkę innemu
      dziecku.

      Michał się budzi. Szkoda. Mieliśmy nadzieję, że uda się go
      takiego śpiącego
      przebadać.
      Po raz kolejny zaczepiamy przemiłą pielegniarkę.
      Jej kolejny telefon i... możemy iść na badanie.

      Wchodzimy do gabinetu tomografii. Miły pan doktor próbuje
      nawiązać kontakt z
      dzieckiem, zaproponować położenie się. Głodny, spragniony
      dwulatek odmawia
      współpracy.
      Przychodzi siostra z tutejszej obsady. I robi coś, czego nie
      potrafię zrozumieć
      i wybaczyć. STRASZY dwulatka, że jeśli ten nie położy się,
      będzie go kłuć, że
      będzie bolało.
      Szlag trafił wszystkie próby porozumienia się. Przerażony Michał
      odmawia
      współpracy.
      Siostra ze złościa wbija welfron śmiertelnie przerżonemu dziecku
      w rękę, bez
      żadnego zagadywania, odwracania uwagi.
      Młody krzyczy z bólu "ti ti ti pani, tak nie jobić", cały we
      łzach próbuje się
      wyrwać, próbuje wyrwać zębami welfron z rączki i uciec z
      gabinetu tomografii.

      W tym momencie okazuje się, że nie ma historii choroby, że mąż
      musi iśc po nią
      do góry, bo nikt bez tego nie znieczuli małego.

      Młody histerycznie płacze, wyrywa się, chodzę z nim w tę i
      spowtorem, trzymam
      za rękę, żeby nie wyrwał sobie wlewki, czekam na dokumentację.
      Młody krzyczy, że chce do taty.

      Za jakąś chwilę mąż wraca z dokumentami. Ale teraz trzeba
      wypełnić jeszcze
      dodatkową dokumentację anestezjologiczną. Czy uczulony, czy
      znieczulany, czy
      chory zakażnie.

      Zrozpaczony Michał się szamocze, ja odpowiadam na kolejne
      pytania trzymając
      przerażone dziecko.
      Dramat trwa już ze 20 minut.

      A potem już atropina do żyły.
      Złe wkłucie.
      Trzeba założyc wefron jeszcze raz.
      Historia się powtarza, maluch jest kłuty jeszcze dwukrotnie.
      By potem, w ramionach męża, zostać uśpionym.

      Widzę, jak maleńkie ciałko mojego dziecka staje się wiotkie, jak
      zabierają go
      mężowi, jak kładą na łóżku tomografu, jak wokół niego robi się
      gęsto od
      lekarzy. Pełno rurek, odsłonięta klatka piesiowa i mały, samotny
      dwulatek na
      tej leżance...

      Wychodzę, płączę histerycznie, opieram się o męża, pacjenci
      patrzą na mnie,
      a ja płaczę i płaczę. I wracam zobaczyć, co z moim dzieckiem.
      Wypraszają mnie.

      Za chwilę słyszę, że Michał płacze. Nikt nas nie prosi. Ten
      płacz boli.
      Fizycznie boli. Obok mnie stoi ta sama przemiła siostra, która
      opiekowała się
      nami na dziecięcym oddziale. To ona pyta:
      "Czy mama może iść do dziecka?"
      Mogę. Więc biegnę.
      Na łóżku tomografu leży mój bezbronny dwulatek i powoli
      wybudzając się płacze.
      Ten płacz jest inny. Ile w nim bezradności, ile rezygnacji!

      Biorę dziecko na ręce, mocno przytulam i wynoszę z pokoju.
      Michał wyciąga ręce do męża. To on zaniesie go do naszego
      dzieciecego oddziału,
      na górę.

      Potem okaże się, ze kroplówkę można dziecku podać tak, żeby nie
      stresowała, że
      można się nami zając dyskretnie, ale dobrze.
      Michał ciągle jest przerażony, przytula się do męża, pochlipuje.
      "Synku, zaśpiewać ci piosenkę?" - pytam?
      "Tak" odpowiada Michał
      "Była sobie żabka mała, re re kum kum..." - śpiewam i łzy kapią
      mi po
      policzkach. Nie potrafię śpiewać. Już tylko płaczę przytulona do
      Michała.

      Dwie godziny póżniej wychpdzimy ze szpitala. Zabieramy autko ze
      sobą. Okazuje
      się, że to autko bardzo pomaga małemu oswoić to traumatyczne
      przeżycie. I
      jesteśmy wdzieczni tamtej kobiecie za podarowaną koparkę.

      Michał na szczęście fizycznie dobrze zniosł znieczulenie. Nie
      zwracał, nie było
      powikłań.

      Przedwczoraj zareagował histerią na mężową próbę wyjścia do
      pracy.
      Od dwoch nocy co godzinę się wybudza ze snu.
      Od wczoraj jest bardziej zbuntowany, mam wrażenie, że nie daje
      sobie rady ze
      szpitalnymi przeżyciami.

      I ciągle zastanawiam się, co by się działo, gdyby mnie i męża
      nie było podczas
      znieczulania? Przecież przy rodzicach pracownicy służby zdrowia
      się bardziej
      starają, opieka jest lepsza, bo opieka jest kontrolowana.

      Włosy się jeżą na głowie... Co by było, gdyby?

      A przecież można było nie straszyć dziecka.
      Należało najpierw przeprowadzić potrzeby wywiad
      anestezjologiczny, pojść do potrzebą dokumentację a dopiero
      potem robić wkłucie. W rączkę znieczuloną emlą. Kupilibyśmy
      przecież. Zrobić wkłucie możliwie jak najłagodniej, jak
      najspokojniej, aby dziecko nie przeżywało takiej traumy. I z 20
      minut dziecięcego dramatu zrobiłoby się zaledwie 5.

      I to nie jest kwestia pieniędzy. Budżetu. Tylko dobrej woli.
      A jej tym razem zabrakło.
      • Gość: alma Re: Bądż przy dziecku IP: *.ld.euro-net.pl 05.06.03, 15:48
        W kilku miejscach masz rację, ale wydaje mi się, że przede wszystkim wasze
        histeryczne zachowanie spowodowało równie histeryczną reakcję dziecka. Moje
        dzieci też jako całkiem małe były poddawane bolesnym zabiegom. Ale starałam się
        przygotować je do tego trochę wcześniej a nie na sali zabiegowej. I zawsze
        zachowywałam przy nich stoicki spokój-chłopcy wiedzieli, że dopóki mama jest
        spokojna, to mimo bólu, będzie dobrze.
        • yenna_m Re: Bądż przy dziecku 05.06.03, 15:52
          Na histerię pozwoliłam sobie dopiero, gdy mały był już uśpiony.

          Nerwy mi puściły.
          Tak zwyczajnie.

          A cały czas, podczas tej ponad 20-minetowej procedury, uspokajałam,
          zagadywałam, odwracałam uwagę.

          Ciekawe, czy Twoje dziecko zachowałoby spokój, gdyby personel medyczny ZNECAŁ
          sie nad nim przez tyle czasu? Nawet wtedy, gdybyś Ty miała, jak ja miałam,
          kamienną twarz?

          • yenna_m Re: Bądż przy dziecku 05.06.03, 15:54
            Jeszcze jedno, bo mi sie za wczesnie wyslalo.
            Zawsze zachoowaniu dziecka beda winni rodzice.
            Nawet ci najbardziej spokojni.
            Bo przeciez tak najlatwiej usprawiedliwic brak kompetencji.

            Pozdr.
            YennaM
            • Gość: Marzena Re: Bądż przy dziecku-zawsze IP: *.arkonskie.v.pl 05.06.03, 20:51
              Tak czytam ten artykół i czytam z Magdą moją córką prawda że 13-
              latką jesteśmy bardzo częstymi pacjentkami CZD i czasami mam już
              dość
              1 przykład:
              oddział- noworodek tak malutki że mieścił się w dłoni sam bez
              matki darł się tak żałośnie z pół godziny ale tak że nie
              wytrzymałam weszłam do "izolatki" i wiecie co dziecko nie miało
              smoczka a piguły widziały co sie dzieje przez okno w swoim
              pokoju i spokojnie wpierda..... słonecznik nie reagując,
              dopiero po moim wejściu raczyły się ruszyć.Ja już nie opisuję
              innych "wydażeń" bo zrobiłyście to szczegółowo i jest to w
              artykule
              2 przykład :
              W CZD zgubiono próbkę biopsji z wątroby młodej nie wiadomo kiedy
              i gdzie no co oni przecierz są nie winni twarz zacisłam
              wydzwaniałam (ze Szczecina)czy się znalała czy nie przez dobre
              10-dni dopiero jedna z laborantek powiedziała co muszę
              zrobić ,na kolejną wizytę dowiozłam nową próbkę z
              bloczka ,dlaczego nikt odrazu nie powiedział co mam zrobić?
              takie telefony kosztują a co to kogo obchodzi przecież oni
              pracują
              3 przykład:
              ostatnia wizyta w czterech poradniach w jednym dniu, po całej
              nocy w pociągu o godz. 8,30 jesteśmy w CZD

              pierwsza wizyta choć drugie w kolejce wchodzą inni bo tamte
              dzieci są naczczo my czekamy,pytam spokojnie dlaczego jeśli
              wiedzą że jestem z daleka nie mogę wejść z dzieckiem mówię że
              mam jeszcze trzy wizyty w poradniach burknięcie jak sie pani nie
              podoba może pani nie przychodzić tak rano? a najlepiej to niech
              pani wcale nie przychodzi(syk przez zęby)zabrałam kartę i
              poszłam dalej

              druga wizyta zarejstrowałam się szczęśliwa że choć jedno będzie
              załatwione i co i nic jak wszędzie są i maleństwa i jak zwykle
              płączą albo są nie spokojne ,szczęśliwa że już nasza kolej mam
              wchodzić a pani doktor wychodzi mówiąc że teraz przyjmnie
              płaczące dzieci bo to bardzo stresujące przysięgam nie
              wytrzymałam zaczęłam wrzeszczeć i wchodze do gabinetu bo
              przecierz moja kolej tłumacząc że jestem po całej nocy w podruży
              i że z daleka i że o czternastej mam pociąg powrotny,ja pani nie
              przyjmę dopiero po maluchach przysięgam zbluzgałam lekarke od
              chamek i jakie tylko na świecie nic nie poskutkowało ,gdy
              weszłam do gabinetu powiedziałam że to co jej wykrzyczałam nie
              cofnę i nie przeprosze bo nie było widocznej potrzeby
              przyjmowania innych dzieci wcześniej,gdy zobaczyła kartę i
              historię choroby córki wystraszyła się ,dlaczego pani nie
              powieziała że ona jest tak chora? myślałam że spdanę z krzesła
              powiedziałam że kolejka obowiązuje wszystkich równo i ja do tej
              zasady się stosuję.W gabinecie siedziałyśmy z dobrą godzinę.

              Trzecia wizyta przebiegła bez żadnych przeszkód ,pielęgniarki
              bardzo miłe i lekarka też aż dziw.

              Wracam do pierwszej wizyty pielęgniary jak nas zobaczyły nagle
              stałyśmy się pierwsze ,naprawdę aż mnie zatknęło i znów lekarka
              jak zobaczyła kartę latały jak z jajem ,nawet córce załatwiły
              wizytę w poradni genetycznej.

              Czwarta wizyta jestem pierwsza tylko dlatego że w między czasie
              zarejstrowałam młodą wcześniej i tu już bez żadnych zgrzytów ,
              pan doktor przyszedł nawet na czas co nas bardzo ucieszyło .


              Zdążyłam nawet zawieść biopsię na górę i dzięki Bogu już jest po
              kominku i wiemy jak młodą leczyć, wiem że to może banalne ale
              dlaczego nikt nie patrzy że są miejsca takie jak CZD gdzie jadą
              ludzie z dziećmi z całej Polski nie tylko z okolic a jednak nie
              wszyscy chcą o tym pamiętać,rozumiem że są dzieci bardziej chore
              od mojego ale w takiej instytucji w poradni nie ma dzieci którym
              coś zagraża natychmiast życiu.

              Jeżdzimy do Warszawy już trzy lata i naprawdę mamy już dość
              młoda już nawet nie protestuje przy pobieraniu krwi ,teraz nawet
              weszła sama i poszło bardzo szybko i bez krzyku jestem z niej
              bardzo dumna.

              Ostatnia moja uwaga nawet tam w CZD są równi i równiejsi nie
              rzadko zdarza się że dzieci aktorów,prominentów innych są
              przyjmowane poza wszelką kolejką prowadzone od lekarza do
              lekarza przez właśnie lekarzy a tam to widać dobrze kto jest kto
              ( po fartuchach).

              Młoda leżała w wielu szpitalach i wszędzie jest podobnie
              wszystko zależy od personelu tylko ja jestem już inna i nie boję
              się postawić bo wiem że jeśli kategorycznie nie poproszę lub nie
              spytam nie osiągnę celu jakim jest życie i zdrowie mojej córki i
              nigdy się nie zawacham ani przed pigułą ani przed lekarzem.

              Jest wielu ludzi serca w śród lekarzy i pielęgniarek tylko jest
              ich niestety bardzo mało.
    • Gość: Basia Re: Bądż przy dziecku IP: *.crowley.pl 05.06.03, 21:16
      Moja niespełna sześcioletnia córka była w styczniu w krakowskim
      szpitalu dziecięcym w Prokocimiu na zapalenie płuc.Na oddziale,
      na którym przebywała pozwalano zostawać rodzicom, i mimo że Ania
      jest już dość duża, zdecydowałam się być przy niej cały czas. Na
      jedną noc pojechałam do domu i gdy o szóstej rano byłam z
      powrotem okazało się, że nad ranem dostała torsji. Później już
      nie wracałam do domu na noc.
      Opieka była bardzo dobra, zarówno lekarze, jak i pielęgniarki
      były kompetentne i bardzo opiekuńcze. Mimo, że czasami zdawało
      się, że przeszkadzamy (rodzice) to nie utrudniano nam pobytu.
      Dzieki temu Ania nie ma urazu, nie boi się szpitala, lekarzy,
      pobyt wspomina miło (nowe dzieciaki, fajny pan doktor, super
      maseczka tlenowa itd.)
      Prawdziwie współczuję dzieciom przy których nie mogli być
      rodzice w czasie ich choroby i cierpienia. Nie wyobrażam sobie
      tego, zwłaszcza gdy dziecko jest malutkie. Okrutny obyczaj nie
      wpuszczania rodziców do szpitala, jakoby z powodów higieniczno-
      organizacyjnych jest całkowicie do dupy, sorry. Rozumiem jeszcze
      intensywna terapia, zakaźny, chociaż i tam pewnie dałoby się
      jakoś to zorganizować. Poza tym w naszym surrealistycznym kraju
      jest to tym bardziej bez sensu. Podam przykład-po urodzeniu
      mojej młodzej córci mąż nie mógł nas odwiedzać (cztery lata
      temu). Przyjechał ze starszą, żeby nas zobaczyć, pokazano mu
      przez dziesięć sekund dieciaka przez szybę. W ten sam dzień
      robotnicy w roboczych ciuchach czyścili lampy w salach, również
      w tych z noworodkami. Co na to Sanepid, sens i logika?
    • Gość: Michał Starzewski Re: Bądż przy dziecku IP: *.ppwk.pl 06.06.03, 16:27
      W dyskusji na temat obecności rodziców przy dziecku w szpitalu
      umknęła jedna bardzo ważna kwestia. Otóż, gdy nasze maleństwo
      znajdzie się juz w tym mało przyjaznym miejscu, rodzicom nie
      przysługuje prawo do zwolnienia lekarskiego w ramach opieki
      (chyba że dziecko nie ma jeszcze dwóch lat). Czyli państwo
      uznaje, że skoro dziecko jest w szpitalu, to opiekę ma
      zapewnioną i rodzice spokojnie mogą się zająć pracą zawodową.
      Ten nieludzki przepis powinien być jak najszybciej zmieniony,
      Gazeto, powalczcie o to! W dodatku jest to przecież nonsens: na
      zwykłe przeziębienie dziecka dostaniemy zwolnienie, zaś gdy
      ciężko zachoruje i jest w szpitalu - to już nie. Gdzie tu sens,
      logika i zdrowy rozsądek? Moja żona musiałą brać urlop
      wypoczynkowy, aby być przy dziecku w szpitalu.
    • Gość: Ania Re: Bądż przy dziecku IP: *.acn.pl 08.06.03, 09:06
      Właściwie to najwięcej zależy od personelu:ordynatora,lekarzy,
      pielęgniarek. Moje dzieci były kilka razy wszpitalu- i zawsze ja
      z nimi.Najstarsza 15 lat temu, jako dwutygodniowe niemowlę z, na
      szczęście niezbyt grożnym, zapaleniem płuc.W Instytucie Matki i
      Dziecka w Warszawie.Byłam z nią od rana do późnego wieczora.
      Niestety nie było możliwe spędzenie nocy z dzieckiem.Ale
      przebywanie z dzieckiem w ciągu dnia -oczywiste i bezproblemowe!
      A najważniejszą zasadą było to,że nie można było "ruszać" innych
      dzieci,a w razie potrzeby wzywać pielęgniarkę.Bo to były
      niemowlaki i gdyby ktoś,nawet w dobrej wierze zrobił coś nie
      tak... A jak pielęgniarka nakarmiła moje dziecko rano z butli,to
      na moją prośbę nad łóżeczkiem zawisła kartka "Nie karmić rano.
      Przyjdzie matka." Drugi raz "byłam" w szpitalu 10 lat temu. Tym
      razem z najmłodszą pociechą.Miała 10 miesięcy, też zapalenie
      płuc. A tym razem znalazłyśmy się w Dziekanowie Leśnym. Zostałam
      przyjęta na oddział jako matka karmiąca,dostałam razem z małą
      izolatkę, tylko za posiłki musiałabym płacić.Jadłam kanapki i
      posiłki z barku.Trafiały się co prawda pielęgniarki,którym
      musiałam tłumaczyć,że będę razem z dzieckiem przy wszystkich
      zabiegach,bo tak będzie lepiej- dla niej też,bo szybciej zrobi
      zastrzyk czy pobranie krwi,bo dziecko trzymane przeze mnie
      będzie spokojniejsze...Ale ogólnie nie było źle.A
      dziewczynce,która bardzo tęskniła za mamą i płakała w nocy,pani
      doktor pozwoliła spać u mnie w izolatce. Trzeci raz trafiło mi
      się 2 lata temu gdy moja już ośmioletnia córeczka miała wycinany
      wyrostek.Tym razem zapoznałam się z Działdowską.Mimo,że już nie
      maluszek byłam z nią cały czas.Nie miałam łóżka, to fakt. Spałam
      na fotelu, nogi oparte na krzesełku.Ale traktowana byłam
      normalnie. Mimo,że nieraz wypytywałam o mnóstwo
      spraw,przypominałam o zmianie kroplówki,czy prosiłam o delikatne
      odklejanie plastra przy zmianie wenflonu.Moje dziecko
      twierdziło,że jest to gorsze niż zastrzyk, który przecież trwa
      tylko chwilę,a odklejanie wielkich plastrów dłużej. i cieszyła
      się kiedy w drzwiach sali pojawiwła się ta siostra,która jest
      miła,rozmawia z nią, uspakaja czy żartuje - słowem traktuje jak
      człowieka.Bo nie wszystkie takie były. Działdowską zresztą
      odwiedzałam często na oddziale "dziennym", kiedy to po zabiegach
      i badaniach dziecko na noc wraca do domu,aby znów rano
      przyjechać do szpitala.Właściwie nikt nie robił tam problemu, że
      zawsze jestem z dzieckiem,czy to przy pobraniu krwi czy nawet
      gastroskopii.Po tych wszystkich doświadczeniach wiem jak wiele
      znaczy dla dziecka,że nie jest samo,że jest z bliską osobą,
      czuje wsparcie,ma się komu wypłakać gdy boli i do kogo
      przytulić. Ja się z brakiem zrozumienia bardzo rzadko
      spotykałam. W zasadzie moje PRAWO DO OPIEKI NAD DZIECKIEM,a
      raczej PRAWO DZIECKA DO OPIEKI OSOBY BLISKIEJ było respektowane.
      Bo takie prawo ma zagwarantowane każdy z nas w Karcie Praw
      Pacjenta.[art19 ust3 pkt1]A dziecko też przecież pacjentem
      jest.Tylko te warunki pobytu i nocowania na oddziałach... To
      chyba najtrudniejsza do zmiany strona problemu.
    • Gość: Kat Re: Bądż przy dziecku IP: 195.212.51.* 13.06.03, 12:53
      Gdy miałam siedem lat spędziłam ponad miesiąc w szpitalu i choć
      moja mama jako pracownik ZOZ spędzała ze mną kilka godzin
      dziennie, ten pobyt pozostawił ślad w mojej psychice. Po
      powrocie ze szpitala przez wiele tygodni wykonywałam okrutne
      zabiegi na wszystkich moich lalkach a moje reakcje na szpital,
      panująca tam atmosferę i zadawany ból są histeryczne. W maju
      spędziłam z moja 10-miesięczną córką kilka dni w klinice na
      oddziale neurologii w celach diagnostycznych. Myślę że ona
      zniosła ten pobyt dużo lepiej niż ja dlatego, że przebywaliśmy z
      nią 24 godziny na dobę. Moje dziecko spało, bawiło się i jadło
      tam jak zwykle.
      Uważam, że pobyt z dzieckiem jest to obowiązkiem każdego rodzica
      a jeśli sytuacja życiowa na to nie pozwala (praca lub dzieci) to
      rodzica powinien zastąpić ktoś inny z rodziny.
      Obowiązkiem rodzica jest ochrona dziecka tam gdzie to możliwe.
      Nigdy nie pozwoliłam wyprosić się z zabiegu jeśli nie było to
      konieczne. Moje dziecko znacznie lepiej to znosiło gdy byłam
      przy nim a sam zabieg przebiegał sprawniej. Nasz pobyt był na
      szczęście krótki ale poznałam tam mamy, prawdziwe bohaterki,
      które od pierwszych dni walczą o życie swoich dzieci i tylko
      zmieniają oddziały. Na oddziale było niemowlę z bezdechem, który
      zdarzał się kilka razy na dobę. Dziecko wymagało stałej
      obserwacji i natychmiastowej reanimacji. Tylko stały pobyt
      rodzica mógł ją zapewnić. Takie matki są ekspertami w chorobach
      swoich dzieci. Byłam świadkiem sytuacji, gdy matka zauważyła
      błąd pielęgniarki w dawkowaniu leku padaczkowego. Ja poprosiłam
      żeby założono wenflon mojej córce bezpośrednio przed zabiegiem a
      nie na kilka godzin przed uśpieniem, bo tak się to standardowo
      wykonywało. Rozdrażnione dodatkowo głodem niemowlę, bo zabieg
      musi być na czczo, skupia całą swoją uwagę na wyrwaniu jej sobie
      z ręki pomimo bandażowania itp. Gdyby mnie tam nie było
      prawdopodobnie dziecko zostałoby przywiązane i podano by mu leki
      uspokajające.
      Śląska klinika, w której przebywałyśmy była nowym obiektem,
      kolorowym i nowocześnie wyposażonym. Na tym oddziale (dzieci do
      3 lat!) nikt jednak nie przewidział w nich miejsca dla opiekuna.
      Mamy spały na podłogach lub łóżkach polowych. Mama, która
      obserwowała swoje dziecko z bezdechem spała z nim w jego
      łóżeczku od kilku tygodni pomimo porannej bury od pielęgniarek.
      Do zmęczenia psychicznego dochodzi więc jeszcze zmęczenie
      fizyczne. Najtrudniejsze są jednak oddziały patologii noworodka,
      gdzie wymagane są sterylne warunki a przy dużym stłoczeniu
      dzieci na salach liczba matek obecnych na sali jest ograniczona
      i opiekunowie toczą bój pod drzwiami by móc nakarmić i
      pielęgnować swoje dziecko.
      Jednak od zmęczenia fizycznego dużo gorszy jest strach o
      dziecko. Spokojne informowanie rodziców o przebiegu leczenia,
      planowanych zabiegach a nawet rozpisany plan badań oraz jasne
      określenie zasad panujących w szpitalu w postaci regulaminu
      rozwiązałoby wiele kwestii. Rodzic nie musiałby robić
      specjalizacji z hierarchii szpitalnej gdyby noszenie
      identyfikatorów przez personel było obowiązkowe.
      Niestety w polskich szpitalach mały pacjent jest przypadkiem a
      nie dzieckiem a „służba zdrowiu” sloganem. Takie akcje są ważne
      bo pokazują rodzicom ich prawa i jak mają walczyć o ich
      realizacje.
    • Gość: iko Re: Bądż przy dziecku IP: 217.153.88.* 14.07.03, 11:59
      Moje dziecko było w szpitalu 2 razy. Oto nasza pierwsza historia:
      Przygoda szpitalna nr 1.

      Gorący czerwiec. Zwykły poranek. Dziś mamy wizytę u pediatry
      dermatologa. To już kolejny lekarz. Może to będzie ten... Ana ma
      4,5 miesiąca i strasznie cierpi z powodu wysypki. Całe małe
      ciałko pokrywa swędząca skorupa, od czubka głowy po stopy, tylko
      pupa jest gładziutka. Ana nie przestaje się drapać. Ponadto od
      dwóch miesięcy nie przybiera na wadze: 6, 450 kg, 6,450 kg,..
      Do końca życia zapamiętam te liczbę. Czas najwyższy z tym
      skończyć. Lekarz pierwszego kontaktu podejrzewa intensywną skazę
      białkową. Jego leczenie nie przynosi jednak oczekiwanych przez
      nas rezultatów.
      Wizytę mamy zaraz przed południem w pięknej błyszczącej klinice
      Centrum Medyczne w hotelu Mariott. Jedziemy taksówką, Ana śpi...
      Lekarz, dosyć młody człowiek, zabiera się do badania Any.
      Badanie przeciąga się: lekarz coraz bardziej natarczywie bada
      jej odruchy niemowlęce, Ana coraz bardziej płacze, wreszcie
      wpada w histerię. Cierpię. Boże ratuj! Myślę, muszę być
      cierpliwa, to dla jej dobra. W końcu dostaję dziecko z powrotem,
      mogę przystawić ją do piersi; jest straszny upał Anie chce się
      pić i jest przerażona. Lekarz bez rozmowy ze mną dzwoni do
      Szpitala Bielańskiego, kiedyś tam pracował. Boże!!! Moje gardło
      zaciskają jakieś obręcze, a serce wali, jak szalone... O co
      chodzi?
      Lekarz informuje mnie w końcu, że według niego dziecko nie ma
      alergii tylko jakąś poważną chorobę. Przy alergii poziom
      leukocytów nie byłby tak wysoki, no i ta waga... Dziecko powinno
      natychmiast znaleźć się w szpitalu... Napisał skierowanie,
      zaznaczył na nim jakieś okropne choroby, które tego wieczora
      szukałam z płaczem w encyklopedii, przezywając koszmar.
      Nie miałam czasu na myślenie czy telefon do jakiejś koleżanki –
      mamy z większym doświadczeniem. Taxówka i byłam w szpitalu.
      Dzień stał się tragiczny. Zostałam przyjęta przez starszą panią
      doktor. Musiała wypełnić formularz przyjęcia do szpitala. Był to
      najdłuższy formularz w moim życiu. Zaraz na początku zabrano mi
      Anę, na badania. Wypełnianie trwało. Pani doktor pytała mnie o
      rzeczy, które teraz wydają mi się kompletnie nie związane ze
      sprawą. Patrzyłam z coraz większym niepokojem na zegar. Gdzie
      jest moje dziecko. Wskazówki przeskakiwały z minuty na minutę;
      Na co zmarł Pani dziadek? Jak duże ma pani mieszkanie. Ocknęłam
      się trochę i zapytałam, co dzieje się z moim dzieckiem. Zaraz
      pani do niego pójdzie. Przesłuchanie trwało ze dwie godziny,
      ponieważ pani doktor, pytała o te same rzeczy kilka razy i
      strasznie powoli pisała.
      Moja Ana leży sama. Jest czerwona od płaczu, zdesperowana.
      Pielęgniarki zostawiły ją. Nie pomyślały nawet, żeby mi ją
      odnieść. Po prostu zostawiły przerażone małe dziecko. Ze mną tez
      było źle, a to dopiero był początek... Nie miałam nic ze sobą
      poza dwoma pieluchami dla małej. Nikt nie zainteresował się mną,
      nie zapytał, czy czegoś nie potrzebuję. Pielęgniarka pojawiła
      się za to, kiedy wyjęłam komórkę. Poinformowała, że nie wolno mi
      rozmawiać przez telefon. Nie wiem, komu miało to przeszkadzać,
      byłam sama na sali!!! Poza zakazem nie usłyszałam niczego, nawet
      tego, gdzie jest pokój pielęgniarek. Nic!!!
      Sala z przeszklonymi szybami, obok inne dzieci zupełnie same.
      Wyciągają do mnie ręce, płaczą. Jestem w piekle. Sama też nie
      mogę przestać płakać. Przechodząca pielęgniarka każe mi się
      uspokoić.

      Przecież dziecko było cały czas pod opieką różnych lekarzy,
      dlaczego nikt mi nic nie powiedział, nikt nic nie zauważył
      dziwnego... Czułam się koszmarnie. Wyrzuty, żal, strach. Mąż w
      delegacji, nie chcę go stresować, to i tak nic nie zmieni. Nie
      chcę też, żeby wracał na łeb na szyję do Warszawy, to mogłoby
      się źle skończyć. Co robić!? Byłam bezradna, spragniona, głodna
      i strasznie sama. Muszę zacząć pić, bo nie będę miała czym
      nakarmić Any. Cały czas trzymałam ją przy piersi, niestety nerwy
      skutecznie zahamowały pracę moich gruczołów. Coś musze zrobić.

      W desperacji, gdzieś w kącie sali, zadzwoniłam do lekarza, który
      skierował mnie do szpitala. Chciałam zapytać go, czy stanie się
      coś, jeśli na noc wrócę do domu, zwłaszcza, że w szpitalu nic
      się nie dzieje. Lekarz zdecydowanie odradził mi, kazał czekać do
      rana. Nawet nie mam pieluch, nie to nie ma sensu.
      Zdecydowałam, że poproszę lekarza dyżurnego o przepustkę do
      domu. Muszę zabrać i przywieźć rzeczy małej. Nie zostawię jednak
      dziecka. O dziwo lekarz dyżurny zgodził się.

      Dom. Ledwo weszłam, nakarmiłam mała, a już siedziałam z
      encyklopedią. Nazw chorób o które podejrzewał ją lekarz z
      pięknego Centrum Medycznego, już nie pamiętam i nie chcę
      pamiętać. Bezsenna noc, dobrze, że chociaż Ana śpi. Będzie
      potrzebowała dużo sił.
      Rano wychodzę na taksówkę z wielką walizką; rzeczy muszą
      wystarczyć do powrotu męża. Melduję się w szpitalu. Pojawia się
      lekarz przydzielony Anie. Bada ją potem robi ze mną „wywiad”.
      Formularz, wypełniony poprzedniego dnia, okupiony histerią mojej
      córki jest nieczytelny. Gdzieś w głębi poczułam bunt. Nie miałam
      jednak siły i odwagi, by wyrazić swoje niezadowolenie.
      Poinformowano mnie, że Ana spędzi w szpitalu dużo czasu, a
      lekarze spróbują znaleźć odpowiedź. Przez pierwszy tydzień
      cierpliwie znosiłam wszystko. Mąż wrócił z delegacji. Już nie
      bałam się, że czegoś mi zabraknie i nie będę mogła wyjść do
      sklepu. Lekarz prowadzący przekazał teściom, że jestem
      rozhisteryzowaną mamą. Może jeszcze coś gorszego. Teściowie
      jakby zaczęli się mnie bać, bać tego, co mogę zrobić z
      dzieckiem. Nigdy nie dowiedziałam się, co tak naprawdę o mnie
      naopowiadano. Może to dobrze. Podobno nie dawałam dziecku wit. D
      i w ogóle jakaś chyba nieodpowiedzialna, może gorzej. Ja!
      Wzorowa uczennica i studentka. Zorganizowana i energiczna.
      Naprawdę starałam się, aby Anie było jak najlepiej. Pielęgniarka
      środowiskowa powiedziała nie tak dawno, będąc u nas w domu, że
      rzadko widuje tak zaradne młode mamy.
      Nigdy w życiu nie było mi tak źle. Na dodatek mi powiedziano, że
      za dużo daję dziecku wit. D i że zbyt szybko zarasta mu
      ciemiączko. Jakie to wszystko było dziwne. Nie rozumiem
      dlaczego, rodzinie mówiono co innego, mnie co innego. Nawet
      kochający mnie mąż przeżył chwilę zwątpienia we mnie. Straszny
      koszmar. Tygodniowy pobyt wystarczył, abyśmy uwierzyli w
      nieuleczalną chorobę córki i aby zniszczyć pozytywne relacje
      miedzy mną a teściami. Relacje musieliśmy potem bardzo długo
      odbudowywać.
      Ten pierwszy tydzień był dla mnie horrorem. O Anie nie wspomnę.
      Pozwalałam na wykonywanie jej różnych badań, chociaż nikt mi nie
      powiedział dlaczego akurat takie badanie, a nie inne. Nie
      wiedziałam, o co chodzi.
      Po kilku nocach pielęgniarki zaproponowały mi wreszcie nocleg w
      pokoju matek. Jedna noc, druga noc. Dziecko przestało budzić się
      w nocy na jedzenie. Nie! Po prostu pielęgniarki ignorowały jej
      płacz, zrezygnowałam ze spania w pokoju i drzemałam na fotelu.
      Mała budziła się kilkakrotnie na jedzenie.
      W drugim tygodniu nabrałam trochę pewności. Powoli odnalazłam
      się w szpitalu, wiedziałam już, gdzie prysznic, gdzie toaleta.
      Posprzeczałam się tez skutecznie z niektórymi pielęgniarkami, z
      niektórymi nawiązałam bardzo dobry kontakt i mogłam na nie
      liczyć.

      Anę oglądano i oglądano. Sprawa jednak nie posuwała się w żadnym
      kierunku. Męża informowano, że poszukiwania niezwykłej choroby
      trwają. Zaczęliśmy się niecierpliwić, myśleć o innym szpitalu.
      Rosło w nas poczucie straty czasu. Na dodatek w piątek w drugim
      tygodniu zaobserwowano powiększenie wątroby. Anę wymęczył lekarz
      prowadzący i jeszcze dwóch lekarzy praktykujących. Zapytałam:
      może to ibufen, który Ana dostała na stan zapalny w nóżce? Nie!
      Zdecydowanie stwierdził lekarz.
      Nie tak być nie może. Z małą gorzej, a lekarze tylko ją
      oglądają. Obiecaliśmy sobie, że jeśli w trzecim tygodniu nic się
      nie zmieni, wypiszemy się na własne
      • niedzwiedziczka Re: Bądż przy dziecku 14.07.03, 13:54
        Niestety lekarze, którzy nie wiedzą, co dziecku dolega
        uwielbiaja wyszukiwac przeróżne choroby. Moje dziecko,
        które przestało przybierać na wadze, bo po prostu zaczęło
        chodzić i spalało więcej energii, podejrzewano o
        celiakię, co zaowocowało półroczną dietą bezmleczną i
        bezglutenową, którą przerwałam sama po konsultacji z
        pediatrą pierwszego kontaktu. I co? I dziecko nie miało
        żadnej celiakii, ale jakąś wymówkę trzeba było znaleźć,
        jeśli nie umie się szybko zdiagnozować.
    • monika.zdz Re: Bądż przy dziecku 14.07.03, 15:13
      Mój syn jak trafił do szpitala miał niecałe dwa latka.Byliśmy przy nim cały
      czas,mąż w nocy ja z mamą (babcią)wymieniałyśmy się w ciągu dnia.Chodziłam z
      małym na zabiegi i badania.Byłam przy nim w chwilach dla niego ciężkich.Nie
      wyobrażam sobie,że mogło by być inaczej.Pod koniec tego kołowrotu także się
      rozchorowałam,a na dodatek szpital zrobił się jeszcze w domu bo syn dostał na
      pamiątkę od szpitala rotawirusa.Mimo wszystko nie żałuję,na sali z moim synem
      leżała Zuzia,9 miesięczna,matka wpadała do niej chwilę (w domu jeszcze gromadka
      dzieci),to dziecko było takie samotne,tęskniło,płakało,nie zdrowiało.Biedne te
      samotne dzieciaki,szkoda,że niektórzy rodzice nie patrzą na to z punktu
      widzenia osamotnionego dziecka,które walczy z chorobą ,bólem bez wsparciw osób
      które zna i kocha.
    • Gość: wenta Re: Bądż przy dziecku IP: 195.116.161.* / 195.116.161.* 20.11.03, 17:21
      Kij ma zawsze dwa końce ! Nie mam własnych dzieci, ale w zeszłym roku pomagałam
      na zmianę opiekować się dzieckiem kuzynki które miało usuwaną przepuklinę i
      znamnię na pleckach. Mały był w szpitalu chyba z dwa tygodnie, sala cztero
      osobowa, jedno z dzieci ok 5 lat też miało jakiś zabieg a to co się wokół niego
      działo to był istny cyrk. Dwie babcie, ciocie i jeszcze jakaś rodzina,
      zapełniali całą salę. Jedna osoba przy dziecku i basta !

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka