sfrustrowany78
07.11.07, 11:56
Zaczne od tego, ze mieszkam za granica (z powodow ekonomicznych).
Zarabiam niby niezle, powyzej tutejszej sredniej krajowej; w pracy
spedzam caly czas czesto weekendy tez. Mieszkam sam; koszty
mieszkania, splata kredytu, rachunki, jedzenie poza domem, brak
kontroli nad wydatkami - wszystko to sprawia, ze mimo nominalnie
wysokich zarobkow ledwie wiaze koniec z koncem. Moja dziewczyna
studiuje w Polsce. Przyjezdza dosc czesto do mnie (ja place za
podroz), ma oczywiscie wymagania: obiady w restauracjach, kino,
teatr, muzea i tak dalej. Sama nie zarabia ze wzgledu na
studia; nigdy nie zarabiala - ja od drugiego roku studiow - ona
mowi, ze ma ciezkie studia (filozofia), nie to co moje. W kazdym
razie efekt jest taki, ze ja za wszystko place. Jak juz
powiedzialem, zyje bardzo skromnie, ale ona ma wymagania, caly czas
jest glodna, narzeka ze nie robie odpowiednio duzych zakupow, nie
podoba jej sie tutejsze jedzenie itp itd. Poza tym jest feministka,
wiec nie zamierza sama gotowac. Kiedy ja jestem w pracy ona calymi
dniami nie wychodzi z domu ("uczy sie"); ja o osmej wieczorem
wracajac z pracy robie zakupy, kupuje dla niej jedzenie, dzwigam do
domu (niestety nie stac mnie na samochod); poniewaz jest ciagle
glodna wiec sam nie dojadam, wszystko jej oddaje. Dodam jeszcze, ze
jako feministka nie uwaza za stosowne ubierac sie kobieco (moze to i
lepiej przy jej tuszy): zazwyczaj chodzi w takich bardzo luznych
szerokich spodniach i czarnej skejtowskiej bluzie. W czasie, kiedy
sie nie uczy, siedzi na telefonie (zagraniczne rozmowy do Polski z
kolezankami-feministkami, rozmawiaja glownie o swoich problemach
emocjonalnych).
Poradzcie mi co mam robic??