evula
16.11.07, 09:40
Miesiąc temu zaoferowałam swoją pomoc w zatrzymaniu na tydzień
bezdomnego pieska. Potem zgodziłam się, żeby został u mnie miesiąc,
ale nie dłużej. Przywiozła mi go kobieta z fundacji, która go leczy
i daje karmę. Mija miesiąc, pies choruje, o karmę muszę się prosić
za każdym razem. Dzwoniłam do tej kobiety kilka razy i prosiłam o
zabranie pieska - wciąż bezskutecznie..
Wracam do domu poźno, on siedzi 10h sam. Załatwia sie w mieszkaniu,
a ja juz nie jestem w stanie dłużej się nim zajmować. W środku
narasta złość i chęć wykrzyczenia do tej kobiety: "Proszę o zabranie
pieska bezdyskusyjnie!" Ale gdy zaczynam z nią rozmawiać włącza mi
sie jakaś blokada.. ona sie pyta co mu jest, a ja zamiast
powiedzieć,że chcę by zabrała psa, wdaję się z nią w dyskusje na
temat jego stanu zdrowia, ona obiecuje kontakt za dzien lub dwa i na
tym rozmowa sie kończy. Po czym nie dzwoni przez dni 5. Męczy mnie
to ciągłe dzwonienie do niej i proszenie, które nie przynosi żadnych
rezultatów. Ja się boję tej kobiety.. jakoś nie potrafię byc
stanowcza, czuję się jak malutka dzidzia, bezradna, załamana.
Tymczasem piesek wciąż jest u mnie, a całą złośc z zaistniałą
sytuacją kieruję na siebie:-( Powiedzcie proszę, może wiecie jak
rozwiązać ten problem, co mam zrobić, co powiedzieć, żeby wreszcie
przestała nadużywac mojej uprzejmości, bo doszłam do wniosku, że po
prostu zostałam ukarana za swój dobry uczynek, a jednocześnie jej
postawa skutecznie zniechęciła mnie do jakiejkolwiek pomocy
zwierzakom w przyszłosci. No total załamka:-(