amboj
25.02.08, 12:02
mam koleżankę-to typowy przykład teorii nurtującej mnie czasem-
mężatka,bardzo komunikatywna i towarzyska, wszędzie ma znajomości,
ciągle gdzieś lata i wszystko zawsze udaje jej się załatwić.a w domu-
uległa, grzeczna mysz. wpada w stres,gdy może nie zdążyc na czas z
obiadem dla męża, dba o niego przesadnie, dogadza mu w każdej
chwili.lata za nim z kawką,wyprasowanymi ciuszkami- poprostu stara
się ułtwiać mu każdy krok i zejśc mu z drogi gdy jest zły.wtedy
spadają na nią wyzwiska i zawsze jest wszystkiemu winna. a ona
posłusznie się z t zgadza!!!! to jeszcze nic- zawsze, powtarzam
ZAWSZE jest gotowa na seks i to ona go inicjuje. wciąż go pragnie i
na tym polu również mężuś króluje- spełniane są JEGO zachcianki, a
ze ma niewielkie wymagania ona jest wciąż niezaspokojona i pragnąca.
...a potem spotykam gdzieś takiego gościa i w zwykłej rozmowie daje
mi do zrozumienia,ze jest panem świata-choć zupelnie mi na niego nie
wyglada. często facet jest niczym a z własnego domu wynosi
przekonanie,ze wszystkie kobiety powinny mu usługiwać i ulegać.
Powiedzcie- czemu same sobie zakładacie ten krzyż? czemu pozwalacie
facetom tak bardzo dominować nad sobą? przeciez oni tego NIGDY nie
doceniają.