sto-krotka86
22.03.08, 17:15
Półtora roku temu poznałam faceta. Facet okazał sie ksiedzem ( nie ukrywał
tego). Poznaliśmy sie w internecie i pisaliśmy ze sobą długo. Własciwie o
wszystkim. Potrafilismy pisać całymi godzinami... Po około półtora miesiaca
znajomości postanowilismy sie spotkac i pogadac...po prostu... Poznalismy sie
i swietnie nam sie gadało... bez zadnych podtekstów i takich tam...No i doszło
do spotkania. Z czasem rozmowy przez gg nie wystarczały nam - chyba sie
przyzwyczailiśmy do tego ( i to oboje) ze wieczorem po tej drugiej stronie
monitora siadamy i piszemy... Nie wiem kiedy ale popłynelismy... Aż wstyd sie
przyznac i w ogóle ale zakochaliśmy sie w sobie. Po 3 miesiacach napisał sms ,
ze mnie kocha... Byłam zszokowana bo w sumie nie dopuszczałam wczesniej tej
mysli do siebie ( nawet nei chciałam dopuszczac- bo jak?) ...
Nasze spotkania stawały sie częstsze i juz oboje czuliśmy, ze sytuacja sie
wymyka... Nasze relacje przestały byc typowo "koleżeńskie".... Zaczął patrzec
na mnei jak na kobiete..Bardzo przezywałam całą sytuacje ...Co ludzie
powiedzą? jak to wygląda?... tak nie mozna...
Milion razy wyrzucałam go z mojego mieszkania ale on zawsze wracał...
deklarował miłość... Mówił , ze sam juz nie wie czy czuje "powołanie" , ze
chce być ze mną...że bedziemy razem. Kochałam go juz wtedy i kocham nadal ale
nie potrafie dłuzej...
Prosiłam go i błagałam wrecz wiele razy żeby odszedł ...że tak nei mozna zyc...
Szukaliśmy mieszkania i mieliśmy zamieszkac razem...miał znalesc
prace...ale..zawsze dziwnym trafem cos sie wydarzało..
ciagle potrzebował czasu...że to nei jest takie proste bo musi wiele rzeczy
pozałatwiac...
ze miał stłuczke autem i bedą koszta to znowu termin naszego bycia sie przesuwa..
ze był w szpitalu - kolejny powód zeby przesunac wszystko... "jak nie urok to
sraczka"...
szczerze nawet nie wiem czy chciałabym z nim byc...gdy mu powiedziałam "ze nie
chce" strasznie sie wkurzył...zaczał osadzać mnie o romans...zabierac i
sprawdzac telefon , klucze od mieszkania .. nawet sobie dorobił!!!
a z naszego bycia razem jak nie było nic tak nie ma...
jestem zmęczona zyciem i takim ogromnym ciezarem który nosze...
musze znalesc nowe mieszkanie ( nie powiem mu gdzie) i w ogóle odetne sie ze
nie będzie mógł mnie znalesc...bo nie bedzie miał kluczy i nie będzie wiedział
gdzie mieszkam...
Ludzie, kocham go niesamowicie ale wolę go nie miec niż zyc w takim pseudo
zwiazku...
Teraz sa swieta a ja siedze sama ...
Czy jesli ludzie chcą byc razem to nie powinno być nic wazniejszego od tego?
Dodam jeszcze, ze nie czerpie z niego zadnych korzysci materialnych a czuje
sie wykorzystywana i okropnie krzywdzona..
czasami siadam i płaczę nad moim zyciem...